niedziela, 12 lutego 2017

Oscarowe odliczanie: "La La Land" i "Ukryte działania"

Oscary (a tuż przed nimi Berlinale!*) za pasem; kina - jak zapewne zauważyliście - nagle oszalały, więc, tradycyjnie, wydaję majątek na bilety, żeby zobaczyć przynajmniej większość z tego, co zobaczyć bym chciała. Na pierwszy ogień poszedł długo wyczekiwany - bo już od zeszłorocznego festiwalu w Cannes**, na którym zebrał tak entuzjastyczne recenzje, że nie sposób było ich nie zauważyć - La La Land, a tuż po nim Hidden Figures, przetłumaczony na polski jako Ukryte działania. Od razu zaspojleruję własnego posta: różnica w poziomach obu filmów jest gigantyczna i gdybym miała typować zwycięzcę tylko spośród tych dwóch tytułów, bez najmniejszych wątpliwości postawiłabym na La La Land. Dlaczego? A, o, dlatego:


La La Land
Reżyseria: Damien Chazelle
Obsada: Emma Stone, Ryan Gosling
Ocena: 8/10

Wiecie, przypadek La La Landu jest trochę podobny do przypadku I Capture the Castle, o którym pisałam ostatnio (o, tu). To znaczy, podobny w tym, że teoretycznie mam do tego filmu zastrzeżenia - dwa, bardzo konkretne, które powinny mi przeszkadzać; i które nawet faktycznie mi przeszkadzają, kiedy o nich myślę... tylko że nie bardzo wywierają wpływ na mój odbiór filmu jako takiego. Bo La La Land, jako całokształt, podobał mi się bardzo. Jest tak uroczo powolny, tak uroczo niewiele się tam dzieje, co daje reżyserowi pole do pobawienia się konwencją i skupienia się nie tyle na akcji, co na uczuciach swoich bohaterów. Poza oczywistymi motywami - o tych za chwilę - jest tu tyle drobiazgów, które przemawiają do mnie aż za dobrze. Taka np. scena, w której Mia, zaciągnięta przez współlokatorki na imprezę celebrytów, ucieka do łazienki, a kiedy z niej wychodzi, świat dookoła niej jest jakby spowolniony, nierzeczywisty, w transie. Chyba każdy, kto znajduje się raczej po introwertycznej stronie mocy i komu zdarzyło się wbrew sobie wylądować w środku szalonej imprezy, doskonale zna to uczucie totalnego wyobcowania w tłumie i palącą potrzebę ucieczki (...czy może to tylko ja tak mam?). Mnóstwo tu też codziennych absurdów, prawdopodobnie przerysowanych (...chociaż nie dam głowy za to, co się wyrabia w LA...), ale dzięki temu przedstawionych z bezbłędną ironią. Moją faworytką jest pani, która żąda zwrotu pieniędzy za ciastko, kiedy dowiaduje się (ku swojemu przerażeniu i niedowierzaniu), że rzeczone ciastko nie jest bezglutenowe. Scena. w której Sebastian kończy swój mini-wykład o jazzie beznamiętnym It's very exciting, też jest całkiem zacna.

Sukienki w kolorach podstawowych (źródło)
Główne motywy są dwa, oba oczywiste: marzenia o sławie i zakochanie. Ten pierwszy przedstawiony jest w optymistycznych, nasyconych barwach (co zresztą udało się reżyserowi osiągnąć w banalnie prosty sposób: poubierał aktorki w sukienki w czystych, jaskrawych kolorach podstawowych), przy akompaniamencie radosnej, żywiołowej muzyki. Ten drugi jest - mam tu na myśli warstwę audiowizualną - ewidentnie romantyczny; czasem pojawia się w nim nutka wesołości, ale w zdecydowanej większości scen reżyser skupia się na zobrazowaniu magii stanu zakochania, czego ukoronowaniem jest, oczywiście, otwarcie baśniowa scena tańca w planetarium. Oba motywy łączy jedno: są pięknie przedstawione. W La La Landzie nie ma miejsca na kontrolowane emocje; jeżeli cieszymy się życiem, to na całego, jeżeli marzymy, to wbrew wszystkiemu, jeżeli się zakochujemy, to po uszy. Sama nie wiem, czy bardziej zachwyciła mnie strona wizualna filmu czy jego soundtrack, który aż za mocno wrył mi się w pamięć; w każdym razie, wyszłam z kina kompletnie oczarowana.

Otwarcie baśniowa scena w planetarium (źródło)
Zastrzeżenia, jak już wspomniałam, mam dwa. Po pierwsze (uwaga, herezja!): aktorzy nie umieją śpiewać. Przepraszam, ale nie. To znaczy, nie twierdzę, że są w tej dziedzinie jakoś wybitnie nieutalentowani; przeważnie nie fałszują, a jeśli da się im małą taryfę ulgową, to nawet przyjemnie się tego słucha... Tylko te głosiki mają takie słabe, takie nieciekawe, nie robiące żadnego wrażenia. I nie mówię tu tylko o głównej parze aktorów. Już przy pierwszym utworze, Another Day of Sun, byłam zaskoczona poziomem solistów; w kolejnym, Someone in the Crowd, Emma Stone ewidentnie fałszuje swoje I think I'll stay behind; Ryan Gosling śpiewa wszystko płasko i na jedno kopyto. Co gorsza, w filmie występuje również profesjonalny piosenkarz, John Legend, co bynajmniej nie wychodzi reszcie ekipy na dobre, bo aż nazbyt dobitnie uwidacznia przepaść między ludźmi, którzy śpiewać naprawdę umieją, a tymi, którzy umieć by chcieli, ale nie bardzo im to wychodzi. Jeżeli miałabym wytypować najbardziej udany występ wokalny w tym filmie - wyłączając z klasyfikacji Johna i jego We Can Start the Fire - postawiłabym na The Fools Who Dream, jako że Emmie udaje się tam nawet zaśpiewać z mocą całe dwa wersy. Generalnie uważam, że wszystkie te kompozycje brzmiałyby o niebo lepiej, gdyby zaśpiewał je ktoś, kto śpiewać umie; i jestem przez to dosyć skołowana, bo warstwa instrumentalna utworów podoba mi się bardzo, do tekstów też nic nie mam, jestem o krok od zachwytu - i te ich bylejakie głosy stanowią tu ostatnią przeszkodę. W efekcie polecam film absurdalnym: Piękna muzyka. To znaczy, aktorzy nie umieją za bardzo śpiewać, ale piosenki są naprawdę fajne.

Dlatego najbardziej z całego soundtracku lubię główny motyw. Instrumentalny.

Zastrzeżenie drugie dotyczy końcówki filmu, więc pozwolę sobie podzielić je na dwa podpunkty: generalny, a więc bezspojlerowy, i szczegółowy. Najpierw ogólnie. Otóż: trudno nie zauważyć, że komedie - albo dramaty - romantyczne mają, muszą mieć określoną strukturę. Jest on, jest ona, poznają się, zakochują, są szczęśliwi, wszystko układa się jak najlepiej... Aż tu nagle, w 3/4 filmu, pojawia się DRAMAT. Ostatnia ćwiartka filmu jest więc poświęcona użeraniu się bohaterów z owym DRAMATEM; ostatecznie albo im się to udaje i żyją długo i szczęśliwie (jeżeli film jest komedią romantyczną), albo DRAMAT okazuje się być nie do przeskoczenia i bohaterowie rozstają się ze złamanym sercem (jeżeli mamy do czynienia z, no cóż, (melo)dramatem). La La Land przez długi, długi czas zapowiadał się na film, który w te utarte koleiny nie wpadnie. Oczywiście, wymagałoby to wielkiej odwagi reżyserskiej - bo przecież jak to, romans, bez DRAMATU? Taka nuda, nic się nie dzieje, kto by to oglądał? Już widzę tę krytykę - że nieżyciowe, że polukrowane, że brak dynamiki... W efekcie DRAMAT się w La La Landzie pojawia. Niestety. Strasznie żałuję. Takie to stereotypowe i oczywiste, i po prostu nudne. Reżyserowi tak pięknie udaje się przedstawić uczucia zakochanych; nie można było na tym poprzestać? Na artystycznej wizji stanu zakochania?

A bardziej szczegółowo (SPOILERY!): wybacz, filmie, ale twoje zakończenie jest po prostu głupie. Twoi bohaterowie są tchórzami, którzy zdając sobie sprawę z tego, że się kochają, że to uczucie jest inne niż wszystkie ich dotychczasowe zauroczenia, a wręcz że zawsze będą się kochać, o czym informują się nawzajem tak wyraźnie, że wyraźniej się nie da... Wyrzucają je na śmietnik? I tak, wiem, że próbujesz mnie przekonać, że zrobili to, żeby móc realizować swoje marzenia. Konflikt tragiczny. Tylko że wcale nie. I ty też doskonale o tym wiesz, bo przecież sam przedstawiłeś mi na końcu alternatywną wersję tej historii. Nie widzę żadnego powodu, dla którego sukcesy zawodowe Mii i Sebastiana miałyby uniemożliwić im bycie szczęśliwą parą. Na jak długo Mia miała wyjechać do tego Paryża? Trzy miesiące? I to jest ta przeszkoda nie do pokonania? Ale nie, musiał być DRAMAT. Wstydź się, filmie. Zachowałeś się jak tani wyciskacz łez. I nie, to, że byłeś w tej roli skuteczny nie ma tu nic do rzeczy. Bohaterowie mieli być fools who dream, a ty, na sam koniec, zrobiłeś z nich tylko fools. Bardzo to głupie z twojej strony.

***

Hidden Figures // Ukryte działania
Reżyseria: Theodore Melfi
Obsada: Taraji P. Henson, Octavia Spencer, Janelle Monae
Ocena: 6/10

O Hidden Figures mam do powiedzenia niewiele. Poszłam na ten film bez większego zapału - ujmując to inaczej, mąż mnie zaciągnął, bo sama chętniej wybrałabym się na Jackie - spodziewając się standardowego filmu biograficznego. I w sumie to właśnie dostałam. Ukryte działania to nie jest zły film, momentami chwyta za serce, a sama historia czarnoskórych pracownic NASA, które mimo ponadprzeciętnej wiedzy i umiejętności zajmowały się nudną, niedocenianą pracą obliczeniową i z wielkim samozaparciem usiłowały wywalczyć sobie prawo do piastowania bardziej odpowiedzialnych stanowisk, na pewno zasługuje na nagłośnienie. Tylko że wszystko to jest tak... standardowe. Od początku do końca wiadomo, jak potoczy się akcja. Wiadomo, że wszyscy biali będą rasistami i będą rzucać naszym bohaterkom kłody pod nogi - no, może pojawi się jeden czy dwóch białych nie-rasistów, żeby uniknąć zarzutów o - haha, no właśnie - rasizm. Bohaterka nalewa sobie kawy ze wspólnego dzbanka? Wiadomo, że reszta biura będzie tym zszokowana i wiadomo, że następnego dnia Katherine (Taraji P. Henson) sobie tej kawy z "białego" dzbanka nie naleje. Wszystkie bohaterki są sympatyczne i bez skazy. Ten monolit urozmaica trochę najmłodsza z trzech pań, Mary (Janelle Monae), która jest śliczna, elegancka, wygadana i trochę bezczelna, ale - niestety! - pojawia się na ekranie dużo rzadziej niż Katherine, która wyrasta tu na główną bohaterkę.

Mary the badass (źródło)
Reżyser zdecydował się też umieścić w filmie parę straszliwie ogranych, stereotypowych, śmiesznych inaczej gagów, które doprowadzały mnie do szału. Mary idzie obejrzeć z bliska prototyp rakiety (czy co to tam było...)? Oczywiście, że obcas musi ugrzęznąć jej w kratce podłogowej! Oczywiście, że zamiast po prostu wyjąć stopę z buta i schronić się w biurze przed startującą maszyną będzie próbowała wyciągnąć obcas z tej kratki! Drogi reżyserze, czy nie chciałeś nas przypadkiem przekonać, że ta pani była ponadprzeciętnie mądra? Szpilki w ogóle zdają się być źródłem szczególnej uciechy dla reżysera; związany z nimi jest też główny gag filmu, czyli Katherine drepcząca jakimś niepełnosprawnym truchtem, ze stertą papierów, na drugi koniec kampusu, do jedynego budynku, w którym znajdują się toalety dla "kolorowych". Jako że gag ma ilustrować przyziemne problemy wynikające z dyskryminacji, z jakimi musi borykać się główna bohaterka, a z których jej biali współpracownicy nawet nie zdają sobie sprawy, scena truchtu na szpilkach i, OCZYWIŚCIE, gubienia po drodze teczek z papierami, powtarza się jakieś trzy czy cztery razy. Intencja zacna, jestem za, ale dlaczego to wykonanie jest takie idiotyczne? Kobieto, weźże idź normalnie, jak człowiek, do tej toalety; ten komiczny trucht wcale nie jest szybszy, a w dodatku kiedyś zgubisz te teczki! Dlaczego w ogóle zawsze zabierasz ze sobą tę stertę? Ile obliczeń jesteś w stanie wykonać siedząc na toalecie? Potrzebujesz aż czterech teczek? I czy zabieranie ich ze sobą w ulewnym deszczu jest aby na pewno dobrym pomysłem? 

Nie jestem też przekonana do paru scen, które reżyser próbuje podciągnąć pod problem rasizmu. Nie jestem, bo uważam, że problem jest szerszy i niekoniecznie związany z kolorem skóry. Najstarsza z bohaterek, Dorothy (Octavia Spencer), wykonuje obowiązki przełożonej, ale kierownictwo nie chce oficjalnie jej na tę pozycję awansować - ani, co za tym idzie, dać odpowiedniej podwyżki. Reżyser wiąże to z rasizmem, a ja wołam w duchu: o, to zupełnie, jak moja mama! Albo: Katherine po raz pierwszy wchodzi do nowego biura, w którym pracuje tabun białych mężczyzn i jedna biała kobieta, i wszyscy patrzą na nią jak sroki w gnat. Dla reżysera problemem jest rasizm - a ja dostaję głupawki, wspominając moją poprzednią pracę i pierwsze poranne zebrania, w jakich brałam udział: tłum zaprzyjaźnionych panów w średnim wieku, wyższych ode mnie o głowę, i ja, o połowę młodsza, jedyna kobieta w tym gronie, z przytłaczającym poczuciem niedopasowania. Chociaż fakt, nikt nie skarżył mi się na niewyniesione śmieci...

Dlaczego nieistotna, pomijana Katherine na wszystkich zebraniach stoi na samym środku, w najlepszym miejscu? (źródło)
Irytowała mnie też główna bohaterka. Nie wiem, czy to wina aktorki, czy scenariusza; tak czy inaczej, zdecydowanie bardziej polubiłam pozostałe dwie panie. Octavia Spencer była rzeczywiście bardzo dobra i to chyba jedyna z nominacji dla tego filmu, którą jestem w stanie zrozumieć.

Jeszcze raz: to nie jest zły film. Ale nie jest też szczególnie dobry czy zapadający w pamięć. Na pewno nie jest to film oscarowy i dziwi mnie, że w ogóle został nominowany. Mam pewne podejrzenia, skąd wzięła się ta nominacja, ale niech będzie, dam temu spokój. Przy tegorocznej konkurencji - choćby przy samym tylko La La Landzie - nie ma najmniejszych szans, więc traktuję tę nominację bardziej kurtuazyjnie...



************************************************

*Tzn., Berlinale nie jest "za pasem", bo rozpoczęło się już przedwczoraj. Jego wyniki są. Za pasem.
**Ok, "długo wyczekiwany" to w tym przypadku lekkie nadużycie z mojej strony - zwłaszcza w porównaniu do takiego np. Milczenia (premiera, przynajmniej u nas, w połowie stycznia 2017), na które czekałam jakieś sześć lat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails