poniedziałek, 2 stycznia 2017

2016: literackie podsumowanie roku

Szczęśliwego Nowego Roku!

Oby był dla nas wszystkich - niezależnie od tego, co każdy z nas sądzi o roku 2016 - (jeszcze?) lepszy niż ten miniony :).

A że przełom roku jest tradycyjną porą blogerskich podsumowań, to i ja spieszę z podsumowaniem mojego czytelniczego roku 2016. 


Przeczytałam w roku 2016 ponad dwa razy więcej książek niż w 2015: 67, w tym tylko dwie powtórki. Większość lektur wspominam przynajmniej dobrze; kilka trochę słabiej, ale cieszę się, że mogłam się z nimi zapoznać; na palcach jednej ręki jestem w stanie policzyć te, przy których musiałam zagryzać zęby i walczyć z chęcią ciśnięcia książką/czytnikiem o ścianę. Ogólny bilans wypada bardzo pozytywnie.


Przeczytałam sporo książek z Penguinowskiej serii Modern Classics. Under Milk Wood Dylana Thomasa. Dwóch Orwellów: Rok 1984 i Birmańskie dni. Wide Sargasso Sea Jean Rhys, o którym pisałam już tutaj. Coś jeszcze na pewno by się tam znalazło...

Dzięki głównej bohaterce Pięknych istot, która w jednej z początkowych scen filmu czyta You Get So Alone At Times That It Just Makes Sense sięgnęłam po Charlesa Bukowskiego; przeczytałam, o ile dobrze liczę, cztery zbiory jego poezji, powieść (Hollywood) i coś na kształt pamiętnika z najpóźniejszych lat. Mam ochotę na więcej, ale na tym kończą się zbiory mojej e-biblioteki.

Przeczytałam wreszcie Ariel, tomik poezji Sylvii Plath. Po paru miesiącach wreszcie ustawiłam się w kolejce po Szklany klosz i liczę na to, że za parę dni będę się mogła za niego zabrać.

Przeczytałam Harry'ego Pottera i przeklęte dziecko! Co było całkiem niezłą zabawą, chociaż do kanonu temu tworowi daleko. Pewnie byłabym bardziej krytyczna, gdybym musiała za tę książkę zapłacić, ale skoro udało mi się dopaść wersję biblioteczną, to mogłam podejść do niej z wyrozumiałością.

Rzecz do poprawki: rzadko czytałam po niemiecku. Bodajże dwie książki, a więc jeszcze mniej niż w roku 2015. Mam nadzieję, że w tym roku uda mi się to zmienić; jeszcze dwa-trzy miesiące i zorganizuję sobie jakiś month of reading German.

Odkrycia roku


Dobrych książek było w tym roku tak dużo, że nie dałam rady wytypować tylko trzech najlepszych. Na podium zrobiło się tłoczno:


Na pierwszym miejscu: Biblia jadowitego drzewa Barbary Kingsolver, którą już kilka dni temu okrzyknęłam najlepszą książką roku (o, tu) i Władca much Williama Goldinga - jedna z tych książek, które zrobiły na mnie takie wrażenie, że boję się o nich pisać. Władca much był piękny i przerażający, i nawet dziś, choć czytałam to jakoś na wiosnę, na myśl o ostatnich rozdziałach ciarki chodzą mi po plecach. To zdecydowanie moja ulubiona powieść dystopiczna.


Na miejscu drugim: Zabić drozda, którym zachwycałam się już tutaj, oraz Duch króla Leopolda, o którym wspomniałam krótko pod notką o Biblii jadowitego drzewa. Bardzo porządne, dokładne opracowanie najnowszej historii Konga i zbrodni popełnionych w nim przez kolonizatorów, które przypłaciło życiem jakieś, plus minus, 10 milionów ludzi. Wiem, że niektórzy Belgowie usiłują tę książkę zdyskredytować i bardzo jestem ciekawa, jakich argumentów w tym celu używają. Wszystko, co pisze Adam Hochschild jest poparte cytatami i opiera się na oryginalnych dokumentach z opisywanych czasów, niektórych nawet stworzonych przez samych Belgów, w tym ich niesławnego króla. Wydawałoby się, że trudno byłoby tu iść w zaparte...


I miejsce trzecie! 
O Szerokim Morzu Sargassowym pisałam już tu.
The Heart is a Lonely Hunter Carson McCullers to, zdaje się, amerykański klasyk, po którym nie spodziewałam się fajerwerków - i zostałam bardzo mile zaskoczona. Wielu czytelników twierdzi, że to najbardziej depresyjna powieść, jaką w życiu czytali; i faktycznie, jest w niej sporo melancholii, bo trudno uwierzyć, żeby marzenia któregokolwiek z czwórki bohaterów miały szansę się ziścić. Przeszkadza im w tym bieda, kolor skóry, struktura społeczna. Każdy z nich żyje w swoim świecie, bez szans na zrozumienie ich pasji przez otoczenie. Jedyny człowiek, któremu mogą zwierzyć się ze swoich marzeń i planów jest głuchoniemy. Refleksyjna powieść, podszyta smutkiem - ale ciekawa, zapadająca w pamięć. Dobrze się ją czyta.
Pamiętnik Bukowskiego, The Captain Is Out To Lunch and the Sailors Have Taken Over the Ship, jest za to doskonałą odtrutką na smutek. Bukowski jest fantastycznym obserwatorem rzeczywistości, zgryźliwym do bólu, pozbawionym hamulców i komentującym bezlitośnie wszelkie absurdy, z jakimi musi się co dzień zmagać. To od tej lektury zaczęłam zapisywać na dysku cytaty z wypożyczonych książek - nie mogłam pozwolić na to, żeby tyle piękna kiedyś wyleciało mi z pamięci:
There’s nothing to mourn about death any more than there is to mourn about the growing of a flower. What is terrible is not death but the lives people live or don’t live up until their death. They don’t honor their own lives, they piss on their lives. They shit them away. (...) Most people’s deaths are a sham. There’s nothing left to die. (p. 13)
Who invented the escalator? Moving steps. Now, talk about crazy. People going up and down escalator, elevators, driving cars, having garage doors that open at the touch of a button. Then they go to health clubs to work the fat off. In 4,000 years we won’t have any legs, we’ll wiggle along in our assholes, or maybe we’ll just roll along like tumbleweeds. Each species destroys itself. (p. 28)
I needed shirt. I looked at the shirts. Couldn’t find a damned one. They looked like they had been designed by half-wits. (...) I was getting tired. Looking at things made me tired. Department stores wore me down and stamped on me. There was nothing in them. Tons and tons of crap. If it were free, I wouldn’t take it. Don’t they ever sell anything likeable? (p. 62-63)
Why are there so few interesting people? Out of the millions, why aren’t there a few? Must we continue to live with this drab and ponderous species? Seems their only act is Violence. They are so good at that. They truly blossom. Shit flowers, stinking up our chance. Problem is, I must continue to interact with them. That is, if I want the lights to go on, if I want this computer repaired, if I want to flush the toilet, buy a new tire, get a tooth pulled or my gut cut open, I must continue to interact. I need the fuckers for the minute necessities, even if they, themselves, appall me. And appall is a kind word. (p. 141)
Jak on pięknie nienawidzi ludzi ^^.


A to przecież nie wszystko. Tuż za podium wylądowała Jo Baker z Longbourn i niewiele słabszym A Country Road, a Tree. Alice Hoffman z zachwycającą biografią matki Camille'a Pisarro, A Marriage of Opposites. Opowieść podręcznej Margaret Atwood czy Niech wieje dobry wiatr (Let Me Sing You Gentle Songs - pokochałam tę książkę już za sam tytuł...) Lindy Olsson. Naprawdę udany rok.


Porażki roku



Zdecydowanie najgorszą książką, jaką przeczytałam w 2016 roku było Better Than Before Gretchen Rubin. Autorka, którą przy Projekcie szczęście bardzo polubiłam, straciła tu całą moją sympatię i zaczęła mnie wręcz przerażać. Tematem książki są głównie nasze nawyki i to, jak możemy je kształtować; i o ile w niektórych przypadkach mogę jeszcze zrozumieć, że wykonywanie danej czynności automatycznie, bez myślenia, może mieć swoje plusy, to zautomatyzowanego okazywania uczuć nie jestem już w stanie pojąć. Spójrzcie zresztą na ten przeuroczy fragment, podsumowanie trzystu stron wywodów (notabene, dotyczących głównie wagi, ćwiczeń, odżywiania etc.):
Tomorrow, without making any decisions, without exerting any willpower, I'll wake up at 6:00 a.m., kiss Jamie while he's still asleep, work on the computer for an hour, wake Eliza and Eleanor, fix the family breakfast (I'll have three scrambled eggs, no oatmeal), stand on one leg in the elevator, walk Eleanor to school, sit down at my clutter-free desk again ... and so on. Those habits wouldn't make everyone happy, but they make me very happy.
Everyday life in Utopia.
Nad dwiema kolejnymi pozycjami (zdecydowanie lepszymi niż dzieło pani Rubin!) zdążyłam się już poznęcać: nad Małym Życiem tutaj, nad Królikiem tutaj. Nadal nie zmieniłam o nich zdania.

I na koniec akcent klasyczny: Tessa d'Urbeyville Thomasa Hardy'ego. Czy tylko ja tak tę powieść znienawidziłam? Wszystko było w niej tak okropne: i tematyka (ta bezwstydna Tess, co to się dała zgwałcić!), i język (wina tłumaczenia? Czy Hardy naprawdę tak topornie pisze?), i przeciąganie fabuły (powiedzieć? nie powiedzieć? powiem! ...a nie, jednak nie...), i zakończenie (jakie Stonehenge, skąd Stonehenge???), i nawet wydanie, które czytałam (Świat Książki; małe literki, tekst się zlewa, i ta piękna Tess na okładce taka brzydka...)! Męczyłam tę książkę z tydzień, mimo że miałam wtedy urlop okołowielkanocny i mogłam czytać do woli. Jak dobrze mieć to za sobą.


Nie lubię planować list lektur i czytać "w kolejności", więc, tradycyjnie, nie mam wielkich planów na nowy rok. Jako że w 2016 udało mi się przeczytać 65 nowych pozycji, mój tegoroczny reading challenge to również 65 - i mam nadzieję, że znów uda mi się mieć pod koniec roku sporą nadwyżkę lektur. Poza tym zamierzam zacząć ten rok od bliższego zapoznania się z kobiecą twórczością: niniejszym oficjalnie ogłaszam styczeń 2017 moim Month of Reading Female!
I, jak wspomniałam wcześniej, marzy mi się podobny miesiąc z niemieckim. Ale nie mam pojęcia, czy i kiedy się za to zabiorę.

5 komentarzy:

  1. "Szklany klosz" jest cudowny, nie powinien Cię rozczarować. Chociaż to taka książka, która aż się prosi, żeby ją czytać latem, najlepiej w taki gorący wieczór, kiedy nie pomaga otwieranie okien. Ale zimą też będzie wspaniała, bo jest to po prostu znakomita proza!

    A rok czytelniczo owocny, więc pozostaje życzyć tego samego w nowym! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! I nawzajem :).

      Właśnie skończyłam "Szklany klosz" i faktycznie, jest pięknie napisany (i faktycznie, taki upalny, duszny dzień pasowałby tu do lektury jak znalazł!). Trudno mi póki co powiedzieć coś więcej, bo jeszcze go sobie przetwarzam. Na pewno zaskoczył mnie humor i te wszystkie sarkastyczne wtręty, zupełnie się tego nie spodziewałam. Zebrałam sporo materiału do mojego pliku z cytatami ;). Ale jednocześnie ciężko mi się to czytało, głównie chyba za złości na głupotę tych wszystkich ludzi z otoczenia Esther, z lekarzami włącznie, na te elektrowstrząsy, na to totalne niezrozumienie ludzkiej psychiki. Biedna dziewczyna. Żeby tak urodziła się te 50 lat później...

      Usuń
    2. Miałam podobne wrażenia: myślałam, że to książka bardzo trudna (i taka przecież jest!), ale pisana jest z tak dużym dystansem, z tragikomicznym zacięciem, to jest zupełnie niesamowite. No i zgadzam się, atmosfera epoki, w jakiej żyje bohaterka, jest może najbardziej duszącym elementem tam.

      Usuń
  2. Ja też w 2016 odkryłam Bukowskiego. Póki co przeczytałam "Kobiety", ale ściągnęłam na czytnik jeszcze sporo jego twórczości i będę ją w tym roku zgłębiać.

    Powodzenia w nowym roku. Ja też nie snuję jakichś konkretnych planów. Chciałabym przeczytać minimum 104 książki, ale co to będzie i czy się uda - zobaczymy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 104, wow! Strasznie dużo :o. A wliczasz w to też książki, które czytasz z córeczką? :)

      Widziałam u Ciebie recenzję "Kobiet". Też bardzo chciałabym przeczytać coś z jego wcześniejszej twórczości - właśnie "Kobiety", "Z szynką raz!" czy co tam jeszcze było - ale niestety, w mojej bibliotece nie ma żadnej z tych bardziej "standardowych" książek Bukowskiego. Tak więc ja znam głównie Bukowskiego-dziadka, który mieszka z żoną i stadem kotów w domku pod LA, nocami pisze na maszynie, walczy z obsługą komputera, co dzień jeździ na wyścigi konne i potem marudzi, że to tak okropnie nudne. A na swoje wcześniejsze wybryki patrzy z lekkim politowaniem (jest taki uroczy wiersz, w którym opisuje to jako "I was starting to feel like a dildo" ;)).

      Usuń

Related Posts with Thumbnails