sobota, 13 sierpnia 2016

Jean Rhys, 'Wide Sargasso Sea' // "Szerokie Morze Sargassowe"

5,5/6

Wypożyczyłam sobie Wide Sargasso Sea i ustawiłam je w kolejce do przeczytania głównie dlatego, że co rusz natrafiałam na ten tytuł na kolejnych listach ze strony List Challenges. Powieść Jean Rhys, chociaż w Wielkiej Brytanii zaliczana jest już do współczesnej klasyki, w Polsce, z tego co się orientuję, pozostaje prawie nieznana (na Biblionetce ma ledwie trochę ponad 40 ocen...), więc w sumie nic dziwnego, że nigdy wcześniej o niej nie słyszałam. Zachęciła mnie - jakie to bardzo w moim stylu... - okładka. Nie ta z Penguina, zdobiąca wydanie, które ostatecznie udało mi się zdobyć, ale ta:


Co z tego wynika? Ano to, że poza tym, co sugerowała mi właśnie ta kolorowa okładka i tytułowe Morze Sargassowe, nie miałam zielonego pojęcia, za co się zabieram. Dowiedziałam się tego dopiero z opisu z tylnej okładki i wstępu (tak na marginesie: jak ci Brytyjczycy czy Amerykanie to robią, że ich wstępy tak dobrze się czyta? Toż to jest nieraz ciekawsze niż właściwa powieść!), i w sumie trochę tego żałuję, bo jaką przyjemnością musiałoby być samodzielne odkrywanie, kim właściwie są bohaterowie Szerokiego Morza Sargassowego

Sami spójrzcie:

Piękna, młoda dziewczyna z Karaibów, córka dawnych plantatorów (co ustawia ją w bardzo dziwnym miejscu na miejscowej drabinie społecznej: niby jest biała, ale w zasadzie od dzieciństwa wszyscy nią pogardzają - i nowa, biała elita, i dawni niewolnicy), dziedziczy po ojczymie sporą sumę pieniędzy; pewien angielski dżentelmen, jako drugi syn nie mający szans na spadek po ojcu, żeni się z nią, skuszony rzeczonym spadkiem; z biegiem czasu dowiaduje się, że matka dziewczyny popadła w obłęd, przez co zaczyna mieć obawy co do stanu psychicznego swojej świeżo poślubionej żony; małżeństwo szybko okazuje się katastrofą, ojciec i brat dżentelmena umierają i pozostawiają naszego bohatera wściekłego na żonę, której pieniądze okazały się jednak zupełnie niepotrzebne; wreszcie bohaterka ląduje na zimnym, nieprzytulnym strychu gdzieś w Anglii, odizolowana od społeczeństwa, najwyraźniej istotnie obłąkana, a ostatecznie wymyka się z pokoju, by podpalić dom. Dorzućmy do tego jeszcze fakt, że choć bohaterka ma właściwie na imię Antoinette, jej mąż (on z kolei pozostaje nienazwany) od pewnego momentu uparcie nazywa ją Berthą. Czy tego już gdzieś nie grali...?

Nie bójcie się jednak, jeśli, nauczeni przykrym doświadczeniem, unikacie wszelkich prequeli, sequeli i fan fiction do znanych powieści. Wide Sargasso Sea spokojnie mogłoby funkcjonować jako samodzielna historia. Oczywiście, wiemy, kim są główne postacie dramatu i dla tych, którzy czytali i polubili Jane Eyre zapoznanie się z najwcześniejszymi dziejami małżeństwa Rochesterów będzie miało zapewne dodatkowy smaczek, ale sama historia nie straciłaby nic ze swojego dramatyzmu, gdyby pozmieniać bohaterom personalia. Geneza powieści jest dokładnie taka, jaka być powinna: Jean Rhys, sama będąca Kreolką, po przeczytaniu Jane Eyre wściekła się na takie a nie inne przedstawienie swojej krajanki i postanowiła dać jej to, czego Charlotte Bronte jej odmówiła: historię, uczucia i prawo do głosu.

No dobrze, znamy więc bohaterów i z grubsza wiemy jak potoczą się ich losy - ale jak to jest przedstawione?

Wide Sargasso Sea czyta się ciężko. Nie ze względu na język - ten jest akurat stosunkowo prosty - ale na to, że autorka nie stara się ulogiczniać i tłumaczyć posunięć swoich bohaterów. Bardzo dużo pozostaje niedopowiedziane i  nieraz potrzeba naprawdę maksymalnego skupienia, wyobraźni, empatii i umiejętności czytania między wierszami żeby zrozumieć, dlaczego scena A zaowocowała sceną B. O ironio, z trzech części powieści najtrudniej zrozumieć tę, której narratorem jest Rochester; ponoć-obłąkana Antoinette opowiada swoją historię dużo bardziej spójnie. Bohater zdaje się sam nie rozumieć swoich uczuć (As for my confused impressions they will never be written. There are blanks in my mind that cannot be filled up), nie próbuje ich też analizować; jego myśli i opinie są nieraz zupełnie sprzeczne, i dopiero po zakończeniu lektury i dojrzałym namyśle można jako-tako zrozumieć, co mógł w danym momencie mieć na myśli. Widać to chociażby w jego stosunku do samej Dominikany (miejsce akcji jest zresztą wyraźnie powiązane z osobowością bohaterki; Antoinette jest wytworem Karaibów równie mocno jak Rochester wiktoriańskiej Anglii; zderzenie kulturowe jest nieuniknione i aż dziwne, że bohaterowie są nim zaskoczeni...).
Everything is too much, I felt as I rode wearily after her. Too much blue, too much purple, too much green. The flowers too red, the mountains too high, the hills too near. And the woman is a stranger. Her pleading expression annoys me. I have not bought her, she has bought me, or so she thinks. I looked down at the coarse mane of the horse... Dear Father. The thirty thousand pounds have been paid to me without question or condition. No provision made for her (that must be seen to). I have a modest competence now. I will never be a disgrace to you or to my dear brother the son you love. No begging letters, no mean requests. None of the shabby manoeuvres of a younger son. I have sold my soul or you have sold it, and after all is it such a bad bargain? The girl is thought to be beautiful, she is beautiful. And yet...
It was a beautiful place - wild, untouched, above all untouched, with an alien, disturbing, secret loveliness. And it kept its secret. I'd find myself thinking, 'What I see is nothing - I want what it hides - that is not nothing.
Równie zmienny jest stosunek Rochestera do świeżo poślubionej żony. Na początku ich miodowego miesiąca nic nie zwiastuje późniejszej katastrofy; owszem, w powietrzu czuć nutkę melancholii, małżonkowie słabo się znają, ale zdają się przyjaźnie do siebie nastawieni. Rochester zapewnia żonę o swoim oddaniu i przekonuje ją, że przy nim nie musi się już niczego obawiać; Antoinette szybko porzuca wcześniejszą maskę chłodu i obojętności i po raz pierwszy w życiu czuje się szczęśliwa. Wszystko zdaje się zmierzać w jak najlepszym kierunku, gdy wtem bohater oświadcza:
'You are safe,' I'd say. She'd liked that - to be told 'you are safe.' Or I'd touch her face gently and touch tears. Tears - nothing! Words - less than nothing. As for the happiness I gave her, that was worse than nothing. I did not love her. I was thirsty for her, but that is not love. I felt very little tenderness for her, she was a stranger to me, a stranger who did not think or feel as I did.
Pożycie intymne bohaterów (a także rozdźwięk pomiędzy ich seksualnym a uczuciowym zaangażowaniem w związek...) odgrywa zresztą wielką rolę w rozwoju - i załamaniu - relacji między Antoinette a Rochesterem. Z rzucanych tu i ówdzie uwag można wywnioskować, że bohaterka obdarzona jest iście karaibskim temperamentem (I watched her die many times. In my way, not in hers. In sunlight, in shadow, by moonlight, by candlelight. In the long afternoons when the house was empty. Only the sun was there to keep us company. We shut him out. And why not? Very soon she was as eager for what's called loving as I was - more lost and drowned afterwards), który początkowo Rochesterowi bynajmniej nie przeszkadza, ale później, kiedy mija pierwsze zauroczenie, wręcz gorszy. Do tego dochodzi zazdrość o domniemanych dawnych, a może i obecnych kochanków; mimo że przez cały czas akcji powieści nie widzimy ani jednej sceny niewierności Antoinette (a niewierności jej męża - i owszem...), Rochester mimowolnie daje wiarę zasłyszanym plotkom i na ich podstawie wyrabia sobie opinię o żonie:
She'll loosen her black hair, and laugh and coax and flatter (a mad girl. She'll not care who she's loving.) She'll moan and cry and give herself as no sane woman would - or could. Or could. Then lie so still, still as this cloudy day. A lunatic who always knows the time. But never does.
Sama Antoinette Cosway jest postacią tragiczną i budzącą współczucie. Od dzieciństwa nieszczęśliwa, doświadczająca odrzucenia ze wszystkich stron: czy to ze względu na przeszłość jej rodziny (na którą nie miała przecież wpływu), czy na nie do końca jasne pochodzenie rasowe (niby biała, ale te alien eyes...), czy też na nędzę, w jakiej żyła jako dziecko (Plenty white people in Jamaica. Real white people, they got gold money. They didn't look at us, nobody see them come near us. Old time white people nothing but white nigger now, and black nigger better than white nigger), ostatecznie odrzucona nawet przez własną, oszalałą z rozpaczy matkę, wyrasta na wycofaną, nieufną i kompletnie zagubioną młodą kobietę:
It was a song about a white cockroach. That's me. That's what they call all of us who were here before their own people in Africa sold them to the slave traders. And I've heard English women call us white niggers. So between you I often wonder who I am and where is my country and where do I belong and why was I ever born at all).
Równie nieufnie podchodzi do pomysłu zamążpójścia. I choć ostatecznie zgadza się na ślub, to jednak robi to niechętnie, obawiając się tego, co może przynieść jej to małżeństwo. Jak się wkrótce okazuje - w pełni słusznie. Po krótkim okresie szczęścia ponowna samotność i odrzucenie są już ponad siły bohaterki i doprowadzają ją do szaleństwa. Troskliwy, kochający mąż potrafiłby zapewne ukoić zszargane nerwy Antoinette: nakłonić ją do zwierzeń, wysłuchać, uspokoić, pomóc jej odzyskać (czy raczej: uzyskać) wewnętrzną równowagę. Gdyby Rochester był inny - albo po prostu bohaterka urodziłaby się w dzisiejszych czasach - mogłaby być zwyczajną, nieidealną kobietą. Uczuciową, pogubioną, popełniającą błędy, trochę kapryśną, trochę choleryczką, ale nie wariatką rzucającą się na ludzi z nożami. Lecz Rochester Antoinette nie kocha (co wreszcie oświadcza jej wprost), nie czuje z nią ani odrobiny tej więzi, która lata później połączy go z plain Jane, a jako wiktoriański dżentelmen oczekuje przynajmniej wiktoriańskiej, opanowanej żony - tej wyimaginowanej Berthy, w którą próbuje przemienić Antoinette. Nie nadaktywnej seksualnie ślicznotki ze sporym bagażem emocjonalnym i chorobą psychiczną w historii rodziny, kryjącej burzę emocji za uśmiechem lalki. Nie potrafi (nie chce?) pomóc załamanej żonie, co wytyka mu w końcowej rozmowie służąca-opiekunka Antoinette, Christophine:
'I tell her so. I warn her. I say this is not a man who will help you when he sees you break up. Only the best can do that. The best - and sometimes the worst.'

'But you think I'm one of the worst, surely?'

'No,' she said indifferently, 'to me you are not the best, not the worst. You are - ' she shrugged ' - you will not help her. I tell her so.'
Sam Rochester wypada tu bardzo niekorzystnie. Wprawdzie, jeśli dłużej i głębiej pozastanawiać się nad częścią, której jest narratorem, można do pewnego stopnia zrozumieć jego zachowanie: pomijając brak więzi emocjonalnej z żoną, ciągłe poczucie, że jest w niej coś obcego, egzotycznego i niepasującego do jego świata, czuje się oszukany przez całą jej rodzinę - i, jak sądzi, nią samą. Kiedy okazuje się, że matka Antoinette rzeczywiście była obłąkana, Rochester z miejsca daje wiarę wszystkim innym plotkom na temat jego młodej żony, odrzucając jej opowieści jako kłamstwa albo urojenia chorego umysłu (I began to wonder how much of all this was true, how much imagined, distorted). Ale w ostatecznym rozrachunku jest po prostu okrutny, pozbawiony serca; wręcz celowo popycha żonę w stronę kompletnego szaleństwa. She'll not laugh in the sun again. She'll not dress up and smile at herself in that damnable looking-glass. So pleased, so satisfied. Vain, silly creature. Made for loving? Yes, but she'll have no lover, for I don't want her and she'll see no other. (...) No more damned magic. You hate me and I hate you. We'll see who hates best. But first, first I will destroy your hatred. Now. My hate is colder, stronger, and you'll have no hate to warm yourself. You will have nothing (...). Nothing left but hopelessness. Jest tak antypatyczny, że czułam prawdziwą satysfakcję czytając o oszalałej Antoinette wymykającej się ze strychu z zapaloną świecą.

Jane Eyre czytałam już parę dobrych lat temu, tylko raz, i słabo pamiętam, jak dokładnie przedstawiono tam dojrzałego Rochestera. Powinnam to sobie odświeżyć. I przy okazji spojrzeć inaczej na szaloną kobietę ze strychu. There is always the other side, always.

Stylistycznie to perełka: język jest plastyczny, wręcz odurzający, natychmiastowo przenoszący czytelnika na karaibską wyspę. Zdania są melodyjne, płynie się przez nie bez wysiłku. Momentami aż za bardzo - bo ten sens, często ukryty między wierszami, gdzieś po drodze ucieka i trzeba się potem zatrzymać, wrócić, podumać...

Rozpisałam się strasznie, ale ta książka jest zbyt dobra, żeby pisać o niej skrótowo. Polecam z całego serca.

A na marginesie - znalazłam przypadkiem idealną kandydatkę do roli Antoinette. Jest i blada cera, i alien eyes, i nawet czerwona suknia. Tak ją widzę...

As soon as I turned the key I saw it hanging, the colour of fire and sunset. The colour of flamboyant flowers. (...) The scent that came from the dress was very faint at first, then it grew stronger. The smell of vetivert and frangipanni, of cinnamon and dust and lime trees when they are flowering. The smell of the sun and the smell of the rain.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails