czwartek, 14 lipca 2016

Jon Krakauer, 'Into the Wild' // "Wszystko za życie"

4/6

[Uwaga: Wpis nie zawiera spojlerów książki, za to - jak i sama książka - zdradza zakończenie jej filmowej adaptacji już w pierwszym akapicie. Jeżeli nie znasz historii Chrisa McCandlessa i chciałbyś najpierw obejrzeć film, a dopiero potem (może) przeczytać książkę, lepiej nie czytaj dalej].

Into the Wild Jona Krakauera - znane jako opowieść o młodym idealiście rozpaczliwie pragnącym żyć inaczej niż nakazywało mu to materialistyczne społeczeństwo, który w poszukiwaniu "prawdziwego życia" zawędrował na Alaskę i tam umarł z wycieńczenia/głodu -  oscyluje gdzieś na granicy reportażu, eseju i zbeletryzowanych zapisków z prywatnego, dziennikarskiego śledztwa. Chris McCandless jest wprawdzie głównym, ale absolutnie nie jedynym bohaterem książki. Jego historia nie jest tu  - w przeciwieństwie do filmu pod tym samym tytułem - przedstawiona w kolejności chronologicznej. Punktem wyjścia opowieści jest jej koniec: odnalezienie zwłok wychudzonego włóczęgi w alaskańskiej dziczy. Krakauer, dobra dusza, od początku informuje nas, że ucieczka na Alaskę nie skończyła się dla głównego bohatera tak, jak to sobie wymarzył, a tym samym oszczędza nam nieprzyjemnej niespodzianki, z której w wersji filmowej nie zrezygnował, niestety, Sean Penn (ja wiem, że suspens się dzięki temu zrobił i w ogóle, z reżyserskiego punktu widzenia to było sensowne zagranie, ale to było za nieoczekiwane, za smutne, zniszczył mnie ten koniec - panie Penn, 6-7 lat minęło od seansu i ciągle nie doszłam do końca do siebie, tak się nie robi)...

Rzeczywisty Christopher McCandless aka Alexander Supertramp (źródło)
Chronologia nie jest zachowana również później. Krakauer opisuje swoje spotkania z ludźmi, którzy poznali Chrisa na różnych etapach jego wędrówki (wędrówek?); korzystając z zapisków samego Chrisa szczegółowo odtwarza jego wcześniejsze (tj. przed-alaskańskie) podróże, opisuje jego dzieciństwo i lata nastoletnie. Cały czas stara się też zrozumieć motywy jego postępowania; jeden rozdział poświęca - w ramach charakterystyki porównawczej - innym uciekinierom od cywilizowanego świata, a dwa wręcz swojej własnej, młodzieńczej, szalonej podróży na Alaskę. Dostajemy również kilka rozdziałów oscylujących między dramatem a thrillerem, czyli opis (idącego jak po grudzie...) ustalania tożsamości zmarłego i reakcji jego bliskich na wiadomość o jego śmierci. Dopiero ostatnich kilka rozdziałów traktuje o samej wielkiej, alaskańskiej wyprawie Chrisa-Alexa - na tyle, oczywiście, na ile autor był w stanie odtworzyć jej przebieg.


To była dziwna książka: piękna, inspirująca, a jednocześnie doprowadzająca mnie do szału, przez co bardzo ciężko mi ją ocenić. Najciekawsza w tym wszystkim jest sama historia Alexa. Krakauer, najwyraźniej równie mocno jak ja zafascynowany swoim bohaterem, wykonał kawał porządnej, dziennikarskiej roboty, sklejając nieliczne, porozrzucane kawałki biografii Alexa w spójną i intrygującą historię. A to musiało być niełatwe: Chris podczas podróży robił wprawdzie notatki, ale są one nieregularne i bardzo zwięzłe; sporo czasu spędzał w zupełnej samotności i nawet kiedy na krótko dołączał do tej czy innej społeczności, to jednak zawsze trochę (albo i nie trochę...) się od niej dystansował. W dodatku często zmieniał tożsamość i unikał podawania danych osobowych (numer ubezpieczenia? None of your business). Krakauerowi pozostawały jedynie - poza lakonicznymi notatkami - równie lakoniczne pocztówki, które Chris wysyłał do nowych przyjaciół z kolejnych miejsc na trasie podróży, a przede wszystkim sami ludzie, którzy mieli szansę poznać młodego Supertrampa. Dotarcie do nich też musiało nastręczać autorowi sporo kłopotu. A jednak udało mu się ułożyć puzzle, stworzyć w miarę pełny obraz Christophera McCandlessa i zaprezentować go w bardzo atrakcyjny sposób. Właśnie: to wszystko jest naprawdę dobrze napisane. Czyta się to z zaciekawieniem, momentami wręcz ciężko się od tej książki oderwać.

Źródło

I wszystko byłoby piękne, gdyby autor poprzestał na byciu dziennikarzem, a podarował sobie próby zostania psychoanalitykiem. Jon Krakauer od początku stara się zrozumieć Alexa - i chwała mu za to, dobrze to o nim świadczy. Tyle, że on się tak stara i stara, i stara, i stara, i analizuje, i zastanawia się, i nie rozumie, i czyta notatki Chrisa, i nadal nie rozumie, próbuje ugryźć problem z jednej strony, z drugiej, a może choroba psychiczna, a może samobójstwo, a może głupi gówniarz, po co on się pchał na tę Alaskę, czego on tam szukał, o co tu chodziło... Jest to o tyle śmieszne, że każdy rozdział książki rozpoczyna się dłuższym cytatem. Przeważnie są to albo fragmenty notatek Alexa, albo cytaty, które ten popodkreślał w książkach, które zabrał ze sobą na Alaskę; czasem jednak są to po prostu - w ten czy inny sposób odnoszące się do treści - fragmenty innych powieści, wybrane prawdopodobnie przez samego Krakauera. I tak na początku rozdziału szesnastego czytamy:
I wished to acquire the simplicity, native feelings, and virtues of savage life; to divest myself of the facttious habits, prejudices and imperfections of civilisation; ... and to find, amidst the solitude and grandeur of the western wilds, more correct views of human nature and of the true interests of man (...).
Estwick Evans, A Pedestrious Tour, of Four Thousand Miles, Through the Western States and Territories, During the Winter and Spring of 1818

Wilderness appealed to those bored or disgusted with man and his works. It not only offered an escape from society but also was an ideal stage for the Romantic individual to exercise the cult that he frequently made of his own soul (...).
Roderick Nash, Wilderness and the American Mind
Można by przypuszczać, że człowiek, który sam wybrał te cytaty i umieścił je we własnej książce nie powinien mieć większych problemów ze zrozumieniem, dlaczego pewien 24-latek postanowił spędzić kilka miesięcy na Alasce, w dziczy, zdany tylko na siebie. A Krakauer nie: drąży i drąży, i ile by się nie nadrążył - nadal nie rozumie. Nie posuwa się w tym nierozumieniu wprawdzie aż tak daleko, jak niektórzy z jego rozmówców, których rozumowanie można podsumować jako: Alex umarł na Alasce = był źle przygotowany = nie próbował się przygotować = był aroganckim gówniarzem. Krakauer uczciwie broni swojego bohatera, który - wbrew oskarżeniom - czuł respekt przed potęgą natury, przeżył w głuszy ponad 100 dni, a zmarł najprawdopodobniej na wskutek zatrucia nasionami, które nigdzie nie były oznaczone jako trujące, co trudno zakwalifikować jako "śmierć z głupoty":
It would be easy to stereotype Christopher McCandless as another boy who felt too much, a loopy young man who read too many books and lacked even a modicum of common sense. But the stereotype isn't a good fit. McCandless wasn't some feckless slacker, adrift and confused, racked by existential despair. To the contrary: His life hummed with meaning and purpose. But the meaning he wrestled from existence lay beyond the comfortable path: McCandless distrusted the value of things that came easily.
 ...i gdybym chciała, wzorem Krakauera, pobawić się tu w psychoanalizę, to mogłabym zacząć się zastanawiać, czy autor nie cierpi aby na schizofrenię. Kilkadziesiąt stron wcześniej, po dwurozdziałowym opisie młodzieńczej, nieudanej eskapady Krakauera-alpinisty na Devils Thumb, pisze bowiem:
It is easy, when you are young, to believe that what you desire is no less than what you deserve, to assume that if you want something badly enough, it is your God-given right to have it. When I decided to go to Alaska that April, like Chris McCandless, I was a raw youth who mistook passion for insight and acted according to an obscure, gap-ridden logic (...).
Autorze, zdecyduj się. Albo nieszczęśliwy wypadek człowieka, który był całkiem nieźle przygotowany i zdawał sobie sprawę z możliwych niebezpieczeństw, albo gap-ridden logic. To się wzajemnie wyklucza.

W jednej tylko kwestii Jon Krakauer od początku do końca zgadza się z krytykami Alexa, tylko tej jednej kwestii - choć bezustannie ją roztrząsa - za nic nie jest w stanie pojąć: dlaczego Chris zerwał kontakt z rodzicami. Ja z kolei nie mogę pojąć, dlaczego wszyscy - i Krakauer, i jego rozmówcy - zdają się być tak zbulwersowani faktem, że 24-latek wyruszył w świat bez pytania rodziców o zgodę; ba, że - wiedząc, że tej zgody by nie otrzymał, że rodzice próbowaliby storpedować jego plany - nie kontaktował się z nimi przez całe trzy lata. I to mimo że rodzina Chrisa sama wyraźnie (choć mimowolnie) to wyjaśnia:
"We were all worried when we didn't hear from him", says Carine, "and I think my parents' worry was mixed with hurt and anger. But I didn't really feel hurt by his failure to write. I knew he was happy and doing what he wanted to do; I understood that it was important for him to see how independent he could be. And he knew that if he'd written or called me, Mom and Dad would find out where he was, fly out there, and try to bring him home."

Walt does not deny this. "There's no question in my mind," he says. "If we'd had any idea where to look - OK - I would have gone there in flash, gotten a lock on his whereabouts, and brought our boy home."
Ale to Krakauera nie przekonuje. Ilekroć w narracji pojawia się temat rodziny, Chris odmalowywany jest jako egoistyczny dzieciak (autor niezmiennie mówi o nim boy; spójrzcie raz jeszcze na zdjęcie na początku tego posta - wyrośnięty ten boy, prawda?), który uciekł z domu dla jakiejś głupiej mrzonki, milczeniem karał rodziców za jakieś wyimaginowane krzywdy, a w końcu na złość im wziął i umarł. Autor zdaje się uważać, że Chris powinien był nie wygłupiać się z jakąś wolnością, wędrowaniem, samodzielnością i tym podobnymi niebezpieczeństwami, tylko wieść bezpieczne, nieszczęśliwe życie, żeby nie narażać rodziców na stres (opisując płacz matki Chrisa przeglądającej ostatnie zdjęcia jej syna, stwierdza: Such bereavement, witnessed at close range, makes even the most eloquent apologia for high-risk activities ring fatuous and hollow - panie autorze, jakie high-risk activities, toż to brzmi jakby Chris zmarł przez nieudany skok na bungee, a nie przez nieszablonowe życie! A swoją drogą, tu akurat Krakauer ma rację, życie to istotnie high-risk activity...). Dziwny to tok myślenia jak na alpinistę; zawsze żyłam w przekonaniu, że nie jest to najbezpieczniejszy zawód świata. Ale może Jon Krakauer jest takim alpinistą on the safe side? Albo po prostu jest taki mądry i rozważny, bo do tej pory nie zdarzyło mu się spaść podczas wspinaczki w przepaść...?
"I just don't understand why he had to take those kind of chances," Billie protests through her tears. "I just don't understand it at all."
No właśnie. Nie rozumiesz. Żyłaś z tym człowiekiem pod jednym dachem przez ponad 20 lat, a nie rozumiesz, co było dla niego w życiu najważniejsze. I czyja to wina...?

A na koniec cytat z rozdziału porównującego McCandlessa i innego "dzikusa", Everetta Ruessa (nareszcie ktoś, kto nie ma problemu z rozumieniem oczywistości):
"Everett was strange," Sleigh concedes. "Kind of different. But him and McCandless, at least they tried to follow their dream. That's what was great about them. They tried. Not many do."
I za to chapeu bas ode mnie, panowie.

Mimo wszystko brzmi to jak mission accomplished (źródło)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails