niedziela, 10 lipca 2016

John Updike, "Uciekaj, Króliku" // 'Rabbit, Run'

2/6

Dziwnie się wraca do pisania po tak długiej przerwie; jeszcze dziwniej, jeżeli z góry ma się świadomość, że ta nowa notka, pierwsza od ponad miesiąca, będzie jedną z najbardziej marudnych w historii bloga. A będzie. Postanowiłam zapoznać się z twórczością Johna Updike'a właściwie bez powodu - poza tym jednym, że w jednej z moich wcześniejszych tegorocznych lektur natknęłam się przypadkiem na jego nazwisko. Zawsze jakoś dziwnie mi się robi, kiedy ktoś ot, tak, od niechcenia, wspomina o jakimś pisarzu, a ja po raz pierwszy w życiu o nim słyszę; przy najbliższej okazji wypożyczyłam więc tego nieszczęsnego Rabbita, który jest najsłynniejszą powieścią Updike'a i miał być ponoć przenikliwym, sarkastycznym portretem Ameryki lat 60. Mój ty świecie, jeżeli tak wyglądało wówczas USA, to cieszę się, że przyszło mi żyć w zupełnie innym miejscu i czasie...


Słowo o fabule: Harry Angstrom (angstu w nim istotnie sporo, nazwisko nie jest tu zapewne przypadkowe), zwany Królikiem, lat 26, mąż ciężarnej żony i ojciec niespełna trzyletniego synka, pewnego dnia, pod wpływem impulsu, ucieka z domu. Nie skłania go do tego żadne dramatyczne wydarzenie; wspomina sobie dni licealne, kiedy to był gwiazdą szkolnej drużyny koszykówki i świat zdawał się leżeć u jego stóp, a kiedy porównuje z tym swoje obecne życie - nudna, głupia, marudna, zdeformowana przez ciążę żona-alkoholiczka, praca polegająca na natrętnej sprzedaży idiotycznego kuchennego gadżetu, wiecznie włączony telewizor, stukające drzwiczki od szafy - wpada w panikę i ucieka. Ucieczka - pozwolę sobie tu na mały spojler, cobyście nie wyrobili sobie fałszywego obrazu fabuły - kończy się już następnego dnia powrotem z podkulonym ogonem do rodzinnego miasta. Zamiast jednak wrócić do domu, Królik wprowadza się do dopiero co poznanej byłej-prawie-prostytutki. Jedynym pośrednikiem między nim a jego dawnym życiem staje się pastor, proboszcz parafii, do której należy jego żona i teściowie; i choć pastor Eccles chciałby nakłonić Harry'ego do powrotu do żony, to jednocześnie nie chce na niego naciskać, w efekcie czego obaj panowie głównie grają razem w golfa. Czas mija, aż w końcu żona Królika, Janice, zaczyna rodzić...

Ustalmy fakty: Harry "Królik" Angstrom jest jednym z najbardziej antypatycznych bohaterów literackich, jakich kiedykolwiek dane mi było poznać. Początkowo myślałam, że rozumiem jego chęć ucieczki przed rzeczywistością, która tak dalece rozminęła się z marzeniami i nawet mu w niej kibicowałam, ale im dalej w las, tym trudniej mi było pojąć, co bohater właściwie wyprawia. Nie chodzi nawet o to, CO on robi, ale JAK to robi. A większość rzeczy robi, niestety, zupełnie bezmyślnie. Nie łapie się to też pod kategorię spontaniczności. Królik rozumu nie używa w ogóle, kieruje się emocjami, i to też li i jedynie tymi, które odczuwa w konkretnym, decyzyjnym momencie. Żadnego sensu, żadnej spójności. O wizji tego, czego właściwie szuka, jak chciałby żyć, możemy w ogóle zapomnieć. Miota się więc między żoną a kochanką, obie na zmianę kocha albo ich nienawidzi (nie, nie próbuje przeanalizować swoich uczuć), do mistrzostwa opanowuje sztukę absolutnego egoizmu, niszczy wszystko, czego się dotknie i odmawia ponoszenia jakiejkolwiek odpowiedzialności za to, co zniszczył. Mało tego, w większości przypadków nawet nie przechodzi mu przez myśl, że mógłby poczuć się do winy i jeżeli ktoś ośmieli się zasugerować mu taką możliwość, reaguje świętym oburzeniem pokrzywdzonego niewiniątka. Raz na jakiś czas przyjdzie mu do głowy, że zachował się nie w porządku, ale wyrzuty sumienia mijają mu gdy tylko osoba, wobec której czuje się winny, zachowa się inaczej niżby sobie tego życzył. Angstrom ma niewyczerpane zasoby miłości własnej i niebotycznie zawyżoną samoocenę. Po prostu: zadufany w sobie, kapryśny egoista z wyraźnie zarysowanymi cechami socjopatycznymi. Zresztą, co ja będę opisywać - niech przemówi sam Królik, bo lepiej nie da się go podsumować:

She asks, "Why can't you try to imagine how I feel? I've just had a baby."
"I can. I can but I don't want to, it's not the thing, the thing is how I feel. And I feel like getting out".

Oczywiście bohater nie ma obowiązku być dobrym czy chociaż wzbudzającym sympatię człowiekiem. W tym przypadku ewidentnie nie miał nim być (nawiasem mówiąc, sporo ludzi mimo wszystko Królika lubi i w pewnym stopniu się z nim identyfikuje, czego nie potrafił pojąć nawet sam autor...). Tylko że ten Królik jest tak przeraźliwie... nudny. Wiecie, Raskolnikow też nie był przyjemniaczkiem, ale całe to szaleństwo, które rozgrywało się w jego głowie, to stopniowe tracenie pewności siebie, zmiana światopoglądu etc. sprawiały, że mimo wszystko chciało się o nim czytać. Tymczasem w głowie Królika nie dzieje się absolutnie nic godnego uwagi. Jego decyzje, a nawet myśli - nawet te głupie, niesprawiedliwe, okrutne - nie układają się w żaden logiczny ciąg. Potraficie czerpać przyjemność z czytania o antypatycznym typku, który pogardza wszystkimi dookoła, a jednocześnie sam nie jest w stanie wydalić z siebie jednej interesującej myśli? Bo ja nie.

A do tego wszystkiego nie podobał mi się język. Tak, wiem, jestem w mniejszości, ale jakoś do mnie ten styl Updike'a nie trafił. Przede wszystkim uważam, że błędem było napisanie ten powieści w czasie teraźniejszym. Czas teraźniejszy nadaje akcji wartkość, ma budować złudzenie, że akcja toczy się teraz, na naszych oczach - a tu przez pierwszą połowę czy wręcz 2/3 książki akcji prawie że nie ma. Opisy ulic, opisy budynków, opisy ogrodu, opisy gry w golfa. Strasznie statyczny jest ten (dłuuugi) początek i zestawienie tego z czasem teraźniejszym, implikującym coś dokładnie przeciwnego, okropnie mi się nie podobało. Nie podobały mi się same opisy, w większości mało odkrywcze i powtarzalne. Nie podobała mi się dziwna maniera nagłego budowania zdań-węży, miejscami pozbawionych interpunkcji, ciągnących się bez końca. Miało to chyba tworzyć złudzenie strumienia świadomości, ale zupełnie nie pasowało do reszty tekstu, który napisany jest jednak dużo prostszym językiem.

Czy żałuję, że przeczytałam Uciekaj, Króliku? Nie. Czy cieszę się, że mogę mówić o tej lekturze w czasie przeszłym? Bardzo. Czy porwę się na następne części cyklu? Za nic...

Zmęczyłam się. O losie, i to jak.

Ale przyznaję, znalazłam w tekście powieści kilka fragmentów - zazwyczaj pojedynczych zdań - które mi się spodobały albo przynajmniej trochę mnie rozbawiły:

He has nervously felt her watching him for some sign of resolution inspired by her speech. In fact he has hardly listened; it is too complicated and, compared to the vision of a sandwich, unreal.

Litości. Toż to nie mężczyzna, to ameba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails