sobota, 23 lipca 2016

Jacek Dehnel, "Lala"

5/6

Lala Jacka Dehnela (którą ciągle traktuję podświadomie jak wydawniczą nowość, a tu przecież od premiery minęło już jakieś dziesięć lat...) to książka wprawdzie nierówna, ale jednak, w ogólnym rozrachunku, bardzo dobra. Może nie aż tak dobra jak Władca much czy Zabić drozda, moje największe czytelnicze odkrycia tego roku, ale z takim Pożegnaniem z Afryką (odkrycie o pół oceny mniejsze) spokojnie może już konkurować. Widzę zresztą parę zaskakujących podobieństw między tymi tytułami: obie książki pozbawione są jakiegokolwiek suspensu czy choćby prób budowania napięcia, narracja jest leniwa, odprężona, a mimo to, z niewiadomych powodów, ciężko się od czytania oderwać. W pewien sposób podobni są też ich główni bohaterowie: szlachta zamieszkująca najokazalszą rezydencję w okolicy, samotna wyspa pośród tłumu zwyczajnych ludzi, która wprawdzie przygląda się chłopstwu z sympatią, ale jednocześnie jest doskonale świadoma własnej odrębności. No i obie książki są zbiorem wspomnień - z tą tylko różnicą, że w przypadku Lali to nie sama tytułowa bohaterka, a jej wnuk postanowił przelać te wspomnienia na papier.


Nie wiem, jaką kobietą była w rzeczywistości babcia Jacka Dehnela - ta śliczna, bezimienna dziewczynka, którą nazywano Lalą; ta dumna, bezkompromisowa, młoda kobieta, którą nadal nazywano Lalą, mimo że dawno już ochrzczono ją jako Helenę; ta starsza pani, znów bezimienna, bo będąca tylko mamą i babcią, która nie potrafiła już przypomnieć sobie historii własnego życia. Nie wiem nawet, czy w rzeczywistości miała dar opowiadania, czy to może tylko jej wnuk ubrał jej opowieści w ładne słowa - chociaż w to akurat ciężko mi uwierzyć, fragmenty stricte Dehnelowe brzmią tak inaczej...! Tak czy inaczej, ta wykreowana (przez autora? Siebie samą? Czy po prostu prawdziwa?) Lala-Helena jest najjaśniejszym punktem powieści. Lala potrafi zaczarować słuchacza (i czytelnika) swoimi opowiadaniami: nieuporządkowanymi, pełnymi dygresji, ale tak plastycznymi i pobudzającymi wyobraźnię, że nie sposób mieć do niej pretensji o ten narracyjny chaos. Lala posiada sporą dawkę autoironii przemieszaną z głęboko zakorzenionym poczuciem własnej wartości. Tak głęboko, że nie warto nawet o tym wspominać ani próbować tej wartości podkreślać. Ona tam po prostu jest, przejawia się nie w słowach, a w czynach. Może to dzięki temu bohaterka ma też duży dystans do samej siebie, nie próbuje się wybielać ani pozować na bohaterkę i dziwi ją, że wnukowi zachciało się pisać książkę właśnie o niej.
- A co tam piszesz? - pyta babcia znad jakiegoś pisma.
- Powieść o tobie, babciu.
- O mnie? O takiej cholerze?
- Dlaczego cholerze? O wspaniałej babci.
- No, tak wspaniała to ja nigdy nie byłam. Te zdrady z Julkiem. Ale jak ja bym pisała, tobym napisała wszystko. I jak?
- Co i jak?
- I jak ci idzie?
- Fatalnie. Nic się nie klei. Bo albo muszę iść chronologicznie, a to bez sensu, bo ty nigdy nie opowiadasz chronologicznie, albo dygresjami, a wtedy nikt się nie zorientuje, o co chodzi.
- To sobie przeczyta dwa razy.
- No, pewnie to jest jakiś sposób.
Poza Lalą młodą, Lalą wspominającą, występuje w powieści również Lala-babuleńka, która ma coraz większe problemy z pamięcią i normalnym funkcjonowaniem. I o ile wspomnienia tytułowej bohaterki całkowicie mnie oczarowały, o tyle nie do końca wiem co sądzę na temat tych najpóźniejszych chronologicznie fragmentów. Bo z jednej strony dobrze, że autor nie uciekł od tego tematu; że nie bał się pokazać starości i bolesnej przemiany tej niegdyś odważnej, bezkompromisowej, błyskotliwej itd. kobiety w coraz bardziej karykaturalną postać. Uciekanie przed ciężkimi tematami i udawanie, że nie istnieją, nie jest chyba właściwą drogą. Naprawdę ciężko robi się zresztą dopiero pod koniec; wcześniej zaniki pamięci babci stanowią momentami nawet element humorystyczny:
(...)Ale babcia już nie pamięta. Ostatnio siedziała z nami przy stole i nagle zapytała mamę:
- Haniu, czy mi się już wszystko miesza, czy ja miałam bardzo bujne życie erotyczne?
Ale z drugiej strony - mówimy o konkretnej postaci, z imieniem i nazwiskiem, która powoli traci kontrolę nad swoim ciałem i umysłem. Autor nie opisuje fikcyjnej postaci, choćby i wzorowanej na tej i tej osobie; nie pisze też o sobie samym, do czego miałby pełne prawo. Pisze o bliskiej mu, ale jednak odrębnej od niego osobie, która nie jest już w stanie zawyrokować, które detale z ostatnich lat życia chciałaby upublicznić, a których nie. A coś mam wrażenie, że gdyby była w stanie, to jednak niektóre z opublikowanych przez wnuka szczegółów niespecjalnie by jej się spodobały. Ja w każdym razie raczej nie chciałabym, żeby kiedyś, kiedy sama będę zdziecinniałą staruszką, mój hipotetyczny wnuk opowiadał bezimiennym ludziom o tym, jak to zsiusiałam się w spodnie od piżamy...

Pomijając ten zgrzyt: bardzo podobała mi się przedstawiona w powieści relacja babci i wnuka. Może dlatego, że jest ona przedstawiona tak mimochodem, bez wzniosłych deklaracji miłości czy opisów tego, jak to wnukowi serce się kraje, kiedy patrzy na to, jak babcia się zestarzała. Dehnel opisuje czyny, rozmowy, wieczory spędzane wspólnie przy herbacie. Wyłania się z tego obraz wielkiej bliskości, która wydaje się być najoczywistszą rzeczą pod słońcem - tak oczywistą, że aż niewartą komentarza. Pięknie mu to wyszło, przyznaję z przyjemnością.

I tylko w jednej, jedynej sytuacji Lala przestaje zachwycać, a zaczyna irytować: kiedy staje się powieścią nie o Helenie Bieleckiej, a o Jacku Dehnelu. Wtedy, kiedy autor robi coś dokładnie przeciwnego do tego, co tak podobało mi się w przedstawieniu relacji babcia-wnuk: kiedy forma przesłania treść (a niekiedy i jej brak), kiedy narracja staje się zawikłana i zbyt poetycka, kiedy autor zdaje się upajać własną erudycją, kiedy kolejne przeczytane zdania niczego nie wnoszą, nijak nie przybliżają czytelnika do historii Lali. Jest tego sporo na początku (rozwlekłe rozważania nad tym, jak najlepiej opowiedzieć tę historię; te same zdania powtarzane w kółko, tylko ubrane w nieco inne słowa...) i trochę na końcu; w środkowej części Lala zagarnia historię dla siebie, nie pozostawiając miejsca dla nazbyt elokwentnego wnuka. Na szczęście.
Ale opowiadanie dokonuje się w czasie, i to podwójnie - raz, że opisuje czas miniony, wydany, upłynniony, ułożony w sprawdzalne chronologie i układy zdarzeń, a dwa, że opisuje go również w czasie - w czasie rozmów. I tak pojawi się tu mnóstwo postaci, które wydają się z pozoru nieistotne. Znajomi i znajome, przypadkowi przechodnie, bliższa i dalsza rodzina, a nade wszystko moje przyjaciółki i moi przyjaciele - nie bohaterowie, lecz słuchacze. Ale jakże inne są historie dla każdego z nich! O ileż prostsze, odarte z wdzięku, jeśli są tylko ilustracjami zdarzeń, skróconą kroniką z kuriera na potrzeby pani Władzi albo pani na rynku - a jak skrzą się dowcipem, jeśli babcia się postara...
Żeby to był wstęp czy pierwszy rozdział, ale nie. Autor już zdążył zacząć opowiadać, już mnie zaciekawił, chciałabym wiedzieć, co stało się później - a on teraz zabiera się za wyjaśnienia. Swoją drogą, te wzmianki o tym, komu co opowiadał, tez wydawały mi się niepotrzebne. Bo co przyjdzie mi z tego, że wiem, że tę czy inną historię Jacek Dehnel opowiedział Basi? Nie wiem, kim jest Basia; jak wygląda, kim jest dla autora, jaki ma charakter, skąd się w ogóle wzięła. Puste imię, za którym nie kryje się choćby zarys twarzy. Dziwny zabieg. Ośmielę się wręcz powiedzieć, że nietrafiony.

Jeżeli jesteście w stanie trochę pozaciskać zęby na początku - albo jeśli erudycyjne popisy autora po prostu Was nie irytują - sięgnijcie po Lalę. Dostaniecie w zamian czarującą gawędę, która na chwilę ożywi dla Was międzywojenny, na zawsze miniony świat.

O ile w ogóle ostał się jeszcze ktoś, kto - jak ja - nie sięgnął po powieść Dehnela już lata temu...?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails