wtorek, 10 maja 2016

Ktoś musi pracować, by bawić się mógł ktoś: o "Dworku Longbourn" Jo Baker.

5/6

Pierwszy raz przeczytałam o Longbourn u Pyzy Wędrowniczki, w komentarzach pod którymś ze starszych już wpisów. Sądząc po tonie, w jakim utrzymany był i komentarz, i odpowiedzi na niego, Longbourn jest powieścią dość dobrze znaną, choćby i tylko ze słyszenia, wśród fanów Jane Austen, a w dodatku zbiera całkiem niezgorsze recenzje (w przeciwieństwie, na przykład, do takiej niewiele starszej Emancypacji Mary Bennet - nadal się nie odważyłam...!). Mi jakoś tytuł nigdy wcześniej o uszy się nie obił. Może i nie ma w tym nic dziwnego, bo ciężko byłoby nazwać mnie wielką fanką Austen; wprawdzie przeczytałam wszystkie powieści autorki przetłumaczone na polski, ale z reakcjami na nie bywało różnie. Zaczęłam od Emmy, która podobała mi się całkiem-całkiem, potem przyszła kolej na Dumę i uprzedzenie, która podobała mi się bardzo, na Rozważną i romantyczną, która wynudziła mnie na śmierć, na Opactwo Northanger, które pokochałam, a wreszcie na Mansfield Park i Perswazje, które nie podobały mi się w ogóle. Fanka? Chyba jednak nie...

Fabuła Longbourn osnuta jest wokół wydarzeń z Dumy i uprzedzenia, a więc jednej z dwóch książek Jane Austen, do których zdarzyło mi się wracać. Przy czym "osnuta" jest tu bardzo pasującym określeniem, bo choć akcja toczy się (w większości) w tytułowym dworku Longbourn, zamieszkanym przez rodzinę Bennetów, to sami bohaterowie, znani nam z oryginalnej powieści, tu przemykają tylko w tle, przeważnie pełniąc rolę nieuniknionej siły sprawczej, komplikującej życie naszych nowych bohaterów: dwóch służących-nastolatek, gospodyni, jej męża i świeżo zatrudnionego lokaja. Podczas lektury miałam przyjemne uczucie, że sprawiedliwości stało się zadość: w Dumie i uprzedzeniu służba była niewidoczna i nikt nawet nie zwracał uwagi na jej istnienie; w Longbourn perypetie sercowe Lizzie i jej sióstr mają jakiekolwiek znaczenie tylko wtedy, kiedy wiążą się z dodatkową pracą i mają bezpośredni wpływ na życie bohaterów. Sam wielki happy end wyjściowej powieści podsumowany zostaje jako Elisabeth had made a spectacular deal. Romansu Lizzie i Darcy'ego nie widzimy w ogóle.

Longbourn broni się przede wszystkim nie jako fanfiction do Dumy i uprzedzenia, a jako samodzielna historia, z luźno wplecionymi wątkami austenowskimi. Ośmielę się stwierdzić, że historia bardziej interesująca i życiowa niż powieść, która ją zainspirowała. Kontrast między działaniami bohaterów (a zwłaszcza bohaterek!) obu powieści jest uderzający: podczas gdy panny Bennett spędzają dni na spacerach, proszonych obiadach, tańcach i grze na pianinie, Sarah i Polly piorą ich bieliznę, myją po nich naczynia, układają im wymyślne fryzury i biegają do miasta po sprawunki. Czynności do życia niezbędne, ale mało reprezentatywne, i jako takie w świecie Austen skandalicznie nieobecne. Jo Baker wysupłała z Dumy i uprzedzenia nieliczne fragmenty dotyczące służby i sporo rozdziałów rozpoczyna właśnie tymi krótkimi cytatami. "Dla orientacji", twierdzą niektórzy, ale ja tam widzę w tym głównie gorzką ironię. Czy ktokolwiek z nas czytając o balu u Bingey'ów pomyślał o tym, ile pracy musieli włożyć w przygotowania do niego ludzie, którzy nawet nie uczestniczyli potem w zabawie? Czy czytając o kwiatkach do butów, dostarczonych przez posłańca, przyszło nam do głowy zastanawiać się nad tożsamością rzeczonego posłańca? Nieoczekiwanie posłanie do miasta pod sam koniec dnia pracy, marsz w ulewnym deszczu, ociekająca wodą suknia i litościwe spojrzenia przechodniów, nieoczekiwane spotkanie, rozkwitający romans, zazdrość Jamesa - wszystko to zostaje sprowadzone do the very shoe-roses for Netherfield were got by proxy. No jak tu się nie wściekać?

Strasznie podoba mi się w Longbourn to zacięcie prospołeczne. Protagonistka powieści, Sarah, jest w ogóle bardzo wyemancypowaną bohaterką (a jednocześnie, na szczęście, nie sprawiającą wrażenia współczesnej dziewczyny w kostiumie z epoki!), wierzącą (i wiedzącą), że można chcieć od życia więcej - i ona właśnie chce tego "więcej". Chce być szczęśliwa, i to na własnych zasadach; chce rzeczy wzniosłych, jak ślub z miłości, a nie dla podniesienia statusu społecznego, ale też zupełnie przyziemnych, jak uwolnienie się od znienawidzonego obowiązku prania cudzej brudnej bielizny. W przeciwieństwie do młodszej o kilka lat Polly zachowała w pamięci przebłyski radosnego dzieciństwa i dzięki temu pamięta jeszcze, że happiness was an option. Nie ma w niej wprawdzie otwartego buntu z gatunku "to niesprawiedliwe!", ale codzienność prowokuje ją nieraz do niepokornych rozmyślań. Apogeum przypada chyba na moment, w którym dziewczyna po raz pierwszy widzi Pemberley; potrafi być jednocześnie zachwycona jego pięknem i zastanawiać się, skąd w rękach jednego człowieka wzięło się tyle bogactwa, i w ogóle - po co mu ono?
The wagon trundled on, but Sarah's gaze was stuck; she twisted round in her seat to keep the house in sight. It was so extraordinary: how did it all start, property and wealth and beauty like that? Who staked out a fence, strung out lines and said, This is my land and nobody else's; these fields are mine, these woods are mine; this water, reflecting the white moon, is mine; and all the fish that swim in the water are mine; and all the birds that fly and roost in the woods are mine; and the very air is mine while it moves over my land; and all of this will be mine, and after I am gone, it will be my son's; and it will never leave our hands, not while there are still sons left to inherit it. Because there was, there must have been a time before, when the fish swam and the fowl flew and were not anybody's at all, and the world was young, when Adam and Eve staggered out of Eden all baffled and ashamed.
Nie ma właściwie w Longbourn niczego, co by mi się nie podobało. Może trochę niezręczna jest zmiana narracji gdzieś w 2/3 powieści; nagle cofamy się wiele lat w przeszłość i zamiast, jak dotąd, obserwować świat oczami Sary, poznajemy dokładniej historie pani Hill i lokaja Jamesa. Zwłaszcza historia Jamesa, choć sama w sobie też ciekawa, trochę rozbija tu klimat: niewtajemniczonym wyjaśniam pospiesznie, że chodzi o wątek wojen napoleońskich i czasu, jaki nasz bohater spędził w Hiszpanii. Jasne, wszystko to jest ważne dla fabuły, ale ten przeskok od Wickhama mającego ewidentną chrapkę na trzynastoletnią Mary-Polly (tak, autorka zrobiła z czarnego charakteru charakter jeszcze czarniejszy; z drugiej strony, oryginalny Wickham gustował w panienkach niewiele starszych, bo piętnastoletnich...) do wędrówki Jamesa przez Portugalię i Hiszpanię był dla mnie, czytelniczo, lekkim szokiem. Chociaż z czasem się przestawiłam. I nawet mimo czytelniczego szoku nieszczególnie mam ochotę na to narzekać.

Bardzo podobało mi się za to przedstawienie postaci Mary Bennett - tej nieszczęsnej "średniej" siostry, która nie była ani tak dystyngowana i urodziwa jak siostry starsze, ani tak wesoła i uroczo-lolitkowata jak siostry młodsze, więc zamknęła się w swojej twierdzy z wiedzy i pianina, pragnąc chociaż w czymś być dobra. Jo Baker zdaje się mieć wobec Mary dużo więcej wyrozumiałości niż miała swego czasu Jane Austen (a swoją drogą, nigdy nie rozumiałam, czym Mary zasłużyła sobie na takie pogardliwe traktowanie; dziewczyna się stara, horyzonty ma szersze niż "gdzie by tu znaleźć męża", a tymczasem jej pociąg do wiedzy jest przecież otwarcie przedstawiony jako niezmiernie zabawne dziwactwo!) i portretuje ją jako nieszczęśliwą nastolatkę, prawie równie niewidzialną jak służące. Austen stwierdza, że po masowych zamążpójściach sióstr Mary zrobiła się sympatyczniejsza w obejściu; Baker zagłębia się w charakterystykę jej postaci trochę bardziej:
Mary, being the only child remaining now at home, found that she became overnight what she had always struggled and jostled to be, which was, quite simply, important. It was Mary's company that was required now by her mother; her opinions were solicited on every subject. And with no other daughters at home to empty her purse for her, Mrs. Bennett was now determined that Mary must be bought clothes, and bonnets, and ribbons, and even new sheets of music if she really must have more of the stuff. But she was a clever, talented child, her mother now discovered, and Mrs. Bennett was determined to share this revelation with everyone she met. It was extremely provoking, Mary told Polly, who now assisted her with her toilette, that she must be dragged away from her studies so very often, to drink tea, or to look at a fashion plate, or drive out on a morning call.

"I don't think you mind so very much, though, do you, miss?"

Mary smiled, "I shall reconcile myself to it, I dare say".

And so Mary flourished and was happy in the warm glow of her mother's attention. And to be flourishing, and happy, was to be a good way towards being beautiful. And being flourishing, and happy, and beautiful, was a good way towards being belowed - it seemed at least to suggest its possibility to Mary, and this made the world seem bright again.
A swoją drogą: spójrzcie tylko, jak to jest pięknie napisane! Tego się nie czyta, przez to się płynie. I czy to nie jest przypadkiem trochę stylizowane na rytm Austen...?

Myślę, że fanom Dumy i uprzedzenia nie muszę tej książki polecać. Pozwolę sobie za to na słówko do tych, którzy twórczości Austen albo nie znają, albo za nią nie przepadają: spróbujcie dać Longbourn szansę. Jeżeli od oryginału odrzuciła Was monotematyczność fabuły, nadmierne skupienie się na matrymonialnych podchodach, sięgnijcie w zastępstwie po powieść Baker. Romansów też tu trochę jest, pewnie, służba życie uczuciowe ma równie bogate jak jaśnie państwo - ale nie tylko to ciągnie fabułę. Ja jestem bardzo zadowolona, że przypadkiem natrafiłam na ten tytuł i z przyjemnością sięgnę po inne książki tej autorki, jeśli będę miała kiedyś okazję.

(Jeśli jest na sali ktoś, kto ma pod ręką wersję polską i chciałby się podzielić w komentarzach tłumaczeniem cytatów, to bardzo serdecznie go o to proszę!)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails