poniedziałek, 7 marca 2016

J. D. Salinger, "Buszujący w zbożu" // 'The Catcher in the Rye'

 
Pierwszy raz usłyszałam o Buszującym w zbożu chyba za czasów licealnych. Coś mi świta, że miało to jakiś niejasny związek z listą lektur - czyżby na niej był, ale został wykreślony jako pozycja nieodpowiednia dla młodych umysłów? Czy raczej na odwrót: nie było go, ale ktoś miał pomysł, żeby go do niej dopisać? Nic z tego, nie pamiętam (i w dodatku miesza mi się to z pamiętną burzą wokół Ferdydurke...); tak czy inaczej, gdzieś w zakamarkach pamięci ostało mi się po tych dyskusjach przekonanie, że Buszujący w zbożu to książka bulwersująca, bluźniercza (a skoro bluźniercza, to zapewne antyreligijna?), bez wątpienia wzbudzająca silne emocje, a swego czasu wręcz zakazana. Zasiadłam więc sobie do czytania opowieści o tym heretyckim, cynicznym żniwiarzu, nastawiona na przemyślenia rodem ze Zbrodni i kary czy Złotej Pagody Mishimy. Na bohatera, o którym może ciekawie się czyta (albo i nie...), ale niekoniecznie chciałoby się go spotkać w ciemnej uliczce. I z zaskoczeniem odkrywałam krok po kroku, w jak wielkim byłam błędzie.


To może na początek tytułowa piosenka?
 I co, nie brzmi to jak ulubiona piosenka Raskolnikowa, prawda...?
To nie jest powieść oburzająca, bluźniercza ani nic z tych rzeczy. To krótka wiwisekcja zagubionego nastolatka, który nie robi nic, co nie byłoby w jego wieku normalne. Holden Caulfield (mój mózg z uporem odczytuje to nazwisko jako Cauliflower...) obdarzony został przez naturę jednocześnie prostodusznym charakterem i nader silnie rozwiniętym zmysłem krytycznym. Skutkuje to swego rodzaju niedopasowaniem społecznym: bohater, sam szczery i otwarty, jest nader wyczulony na "pozerstwo", które zdaje się otaczać go ze wszystkich stron. Pech chce, że większość tego znienawidzonego pozerstwa czyha na niego w kolejnych szkołach; Holden, wytrwale odseperowujący się od irytujących kolegów, konsekwentnie ucieka więc z lekcji, nie angażuje się we własną edukację, nie uczy się, oblewa kolejne egzaminy - i w efekcie w żadnej ze szkół nie zagrzewa miejsca na dłużej. To jest zresztą punkt wyjścia całej historii: Holden, wiedząc już, że za trzy dni, wraz z rozpoczęciem przerwy świątecznej, zostanie wyrzucony, nie mogąc znieść przygnębiającej atmosfery wyczekiwania, wraca do rodzinnego Nowego Jorku. Ale że rodzice nie wiedzą jeszcze o kolejnej porażce na wyboistej drodze edukacji ich syna, a sam zainteresowany wolałby jednak, żeby dowiedzieli się o tym z listu od dyrekcji, a nie od niego, to musi coś ze sobą przez te wolne trzy dni zrobić. Włóczy się więc po Nowym Jorku, spotyka z nielubianymi znajomymi-pozerami, obserwuje napotkanych przypadkiem ludzi i wspomina różne wydarzenia ze swojego życia. Ot, cała historia...
Źródło
Jeżeli jeszcze tej książki nie czytaliście, to lojalnie Was uprzedzę: Holden może irytować. Osobiście uważam, że często ma 100% racji; mnie też śmieszą i przerażają wszystkie te gry pozorów (znam osobiście ludzi, którzy pasują mi do opisów znajomych Holdena - zawsze po spotkaniu z nimi czuję się jak kukła, która musi się otrząsnąć z kukłowatości i wrócić do ludzkiej formy...) i doskonale znam to uczucie, kiedy ma się ochotę odciąć się od całego tego świata (aka: rzucić to wszystko w cholerę). Ale z drugiej strony - bohater jest naprawdę BARDZO krytyczny. Powiedziałabym: za bardzo. Phony zdaje się być dla niego określeniem pasującym do absolutnie każdego; jedyne wyjątki to młodsze rodzeństwo i spotkane na dworcu zakonnice. Każdy jest pozerem. Każdy mu nie pasuje. Na każdego marudzi. I jednocześnie przez cały czas akcji unika nawiązania kontaktu z jedyną osobą, z którą - jak twierdzi - dogadywał się świetnie. Bo co się do tego zabiera, to zaraz "odechciewa mu się". To nagromadzenie krytycyzmu po pewnym czasie staje się męczące. Zwłaszcza że sam Holden - szczególnie jak na kogoś z upodobaniem narzekającego na niedostatki innych - bystry i przenikliwy jest tylko w myślach. Scena, w której spotyka się ze starszym, ponoć inteligentnym kolegą (chociaż pozerem, rzecz jasna) i zaczyna wypytywać go, w bardzo zresztą głupkowaty sposób, o jego życie seksualne, jest chyba jego najbardziej pożałowania godnym występem w całej książce. Kto dał ci prawo do tak łatwego oceniania innych, Holdenie, skoro sam sprawiasz pozory dużo głupszego niż jesteś? Skąd ta pewność, że w bliźnich nie kryje się więcej niż ci się wydaje, tylko ty nie potrafisz tego dostrzec...?
Źródło
Tak, Holden mnie irytował. Najpierw bawił, potem już częściej złościł. Ale nie potrafię uznać tego za jakikolwiek błąd w konstrukcji bohatera. Ten chłopak ma szesnaście lat! Pamiętam z własnych lat nastoletnich takich Holdenów (z tym że u mnie byli oni głównie płci żeńskiej): wiecznie krytycznych i taksujących świat (i bliźnich) bezlitosnym spojrzeniem. Pamiętam na tyle dobrze, że bez problemu mogę uwierzyć w takie zachowanie u nastolatka. Ba, uważam, że to naturalne. Radykalizacja poglądów jest w młodym wieku absolutnie normalna. W sumie dobrze, że u Holdena przejawiało się to tylko tak.
A swoją drogą - wzruszające jest skontrastowanie z całym tym jego buntem i niezgodą na świat uczucia Holdena do młodszej siostry. Dziesięcioletnia Phoebe jest zresztą moją ulubioną bohaterką tej powieści: szczera, otwarta, w dodatku równie mocno co czytelnik (przynajmniej jeśli jestem nim ja) zirytowana marudzeniem brata. Całą jego walkę ze światem i samym sobą podsumowuje krótkim You don't like anything that's happening. Bezbłędna diagnoza.
Old Phoebe, czyli żywy dowód na to, że nie wszyscy ludzie to pozerzy. Źródło.
Sama powieść jest... Lekko nudnawa. Wszystko to jest opisane z humorem, bohater nieraz celnie puentuje rzeczywistość, ale im dalej w las, tym silniejsze wrażenie, że wszystko to donikąd nie prowadzi. To powieść o zagubieniu w sztucznym świecie, nie o odnajdywaniu swojego miejsca. Rozwoju fabuły brak - to zlepek scen, z których większość można by spokojnie pozamieniać miejscami bez szkody dla przejrzystości tekstu. Ciężko tu nawet mówić o ewolucji bohatera; nawet jeśli Holden podejmuje jakieś decyzje, to są one nieprzemyślane i impulsywne. Powieść kojarzy mi się bardzo mocno z niemieckim filmem Oh, boy sprzed paru lat (swoją drogą: warto obejrzeć, ale tylko po uzbrojeniu się w cierpliwość!), którego główny bohater został z kolei okrzyknięty męską wersją Frances Ha (tej pani z kolei ja nie widziałam, ale podejrzewam, że większość z Was skojarzy prędzej właśnie ten film). To samo zagubienie, porzucenie szkoły (no, w przypadku Holdena to raczej szkoła porzuciła jego...), szlajanie się po ulicach bez celu, marazm i poczucie bezsensu egzystencji. To tacy typowi bohaterowie, którzy pełni są niezgody na ten świat i chcieliby żyć inaczej, ale nie bardzo wiedzą jak. I - może nie powinnam się tak otwarcie przyznawać, ale doskonale ich rozumiem. Pozwolę sobie oddać głos Holdenowi, któremu zdarzył się w ciągu tych trzech dni jeden naprawdę dobry występ:
'Look', I said. 'Here's my idea. How would you like to get the hell out of here? Here's my idea. I know this guy down in Greenwich Village that we can borrow his cab for a couple of weeks. He used to go to the same school I did and he still owes me ten bucks. What we could do is, tomorrow morning we could drive up to Massachusetts and Vermont, and all around there, see. It's beautiful as hell up there. It really is.' I was getting excited as hell, the more I thought about it, and I sort of reached over and took Sally's goddam hand. What a goddam fool I was. 'No kidding,' I said. 'I have about a hundred and eighty bucks in the bank. I can take it out when it opens in the morning, and then I could go down and get this guy's car. No kidding. We'll stay in these cabin camps and stuff like that till the dough runs out. Then, when the dough runs out, I could get a job somewhere and we could live somewhere with a brook and all and, later on, we could get married or something. I could chop all our own wood in the wintertime and all. Honest to God, we could have a terrific time! Wuddaya say? C'mon! Wuddaya say? Will you do it with me? Please!'

'You can't just do something like that,' old Sally said. She sounded sore as hell.

'Why not? Why the hell not?'
(...)
'Because you can't, that's all. In the first place, we're both practically children. And did you ever stop to think what you'd do if you didn't get a job when your money ran out? We'd starve to death. The whole thing's so fantastic (...). We'll have oodles of time to do those things - all those things. I mean after you go to college and all, and if we should get married and all. There'll be oodles of marvelous places to go to. You're just -'

'No, there wouldn't be. There wouldn't be oodles of places to go to at all. (...) Open your ears. It'd be entirely different. We'd have to go downstairs in elevators with suitcases and stuff. We'd have to phone up everybody and tell'em good-by and send'em postcards from hotels and all. And I'd be working in some office, making a lot of dough, and riding to work in cabs and Madison Avenue buses, and reading newspapers, and playing bridge all the time, and going to the movies and seeing a lot of stupid shorts and coming attractions and newsreels. Newsreels. Christ almighty (...). It wouldn't be the same at all. You don't see what I mean at all.'
A czemu Buszujący w zbożu? Bo jednym z nierealistycznych, absurdalnych marzeń Holdena jest... Ale co Wam będę spoilerować. To akurat lepiej, żebyście odkryli sami :).

Czytaliście? Podobało Wam się czy wręcz przeciwnie? Z tego co zdążyłam zauważyć, Buszujący w zbożu wzbudza w czytelnikach najróżniejsze uczucia...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails