czwartek, 10 marca 2016

George Orwell, "Rok 1984"


Uprzedzę na wstępie: jestem świeżo po lekturze Roku 1984 i piszę tę notkę głównie dlatego, że kłębi mi się w głowie stado rozszalałych i zupełnie nieuporządkowanych myśli, i mam wrażenie, że oszaleję, jeśli się ich szybko z tej głowy nie pozbędę. W tłumaczeniu: istnieje duże prawdopodobieństwo, że to, co tu za chwilę wyprodukuję, będzie jakąś dziką, trudną do ogarnięcia plątaniną opisu fabuły i moich osobistych wyznań, więc wyłuskanie z tego logicznego sensu może być trudniejsze niż zwykle. Jeżeli szukacie zwykłej recenzji, to szczerze Wam radzę, zmieńcie adres, bo tego pod to określenie nie będzie można podciągnąć. Zostaliście ostrzeżeni. Uwaga, zaczynam!


Po pierwsze: jak ja nie cierpię dystopii! Borze Tucholski, jakie to było okropne! Spytacie: to po co bierzesz się za książkę, o której każdy wie, że to wręcz definicja dystopii? Powody są dwa: po pierwsze, bo to jednak książka-klasyk, którą warto znać choćby po to, by móc powiedzieć, co się o niej myśli; po drugie, bo najwyraźniej do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, że nie cierpię dystopii aż tak. W sumie niewielkie miałam na tym polu doświadczenie: powieściowo jedynie Nowy wspaniały świat Huxleya, a filmowo Brazil i - w zupełnie innych klimatach - Nie opuszczaj mnie. W dodatku z tej trójki tylko Brazil wspominam mało entuzjastycznie; pozostałe dwa tytuły były zdecydowanie bardziej w moim guście. Niestety, Rok 1984 z każdą kolejną stroną coraz bardziej kojarzył mi się właśnie z Brazil (jak się okazało, nie bez powodu, bo faktycznie film sporo zaczerpnął właśnie z Orwella). Po paru podrozdziałach podobieństwo świata przedstawionego i ogólnego klimatu było już tak wyraźne, że przestałam się łudzić i przyznałam sama przed sobą, że to będzie trudna przeprawa. I była.

Rok 1984 jest książką smutną, przygnębiającą, depresyjną, pozbawioną jakiegokolwiek, najmniejszego choćby skrawka nadziei. To już nawet to okropne Brazil było bardziej optymistyczne - a jeśli widzieliście ten film, to wiecie, że optymizmu to tam ze świecą szukać. Beznadzieja osacza głównego bohatera ze wszystkich stron. Absurdy powieściowej rzeczywistości byłyby śmieszne, gdyby w tej alternatywnej rzeczywistości nie traktowano ich śmiertelnie (dosłownie...) poważnie. Do tego dochodzi strach, ciągła inwigilacja, kontrola na każdym kroku, brak zaufania kogokolwiek do kogokolwiek i celowe odczłowieczanie obywateli, a ostatecznie wszystko to zostaje polane sosem bestialskiego okrucieństwa. Nie wiem, czy kiedykolwiek wybaczę autorowi scenę ze szczurami. Naprawdę, panie Orwell, nie lubię pana za to. Proszę mi teraz pomóc wejść na odpowiedni level doublethinkingu i zapomnieć, że kiedykolwiek tę scenę przeczytałam, bo inaczej założę się, że kiedyś mi się to przyśni. A ja to czytałam w pracy, podczas przerwy obiadowej! Wie pan, co pan narobił...? Na samo wspomnienie mnie mdli.

Źródło

Mam okropnie ambiwalentne uczucia wobec tej książki. No bo tak: jest oczywiście dobrze napisana, świat przedstawiony jest aż za bardzo przekonujący, wszystko trzyma się kupy, autorowi braku wyobraźni nie można zarzucić i tak dalej, Wiecie, żadnego rozsądnego, obiektywnego powodu, żeby na tę powieść narzekać. Parę rzeczy wręcz mi się podobało: fragmenty poświęcone nowomowie (linguist mode on!) czy wycinki z the book Goldsteina (ekhm). Piękne opisy zachwytu starym modelem życia, a więc prawie że naszym obecnym; jak wspaniale było uświadomić sobie, że mam to wszystko, o czym bohater może tylko marzyć i że to rzeczywiście jest takie piękne...! A jednocześnie kompletnie mnie od tej książki odrzuca; z każdą linijką czułam, że NIE CHCĘ tego czytać i nie wiem, po co ja to robię. To "po co?!" tłukło mi się po głowie przez dłuższy czas, przy każdym kolejnym rozdziale - im dalej w las, tym mocniej. Po co tworzyć takie straszydła?!

Pytanie o tyle bezsensowne, że u Orwella każdy głupi doskonale wie "po co". Że to powieść-ostrzeżenie. Że jeśli ludzkość się nie ogarnie, to tak właśnie skończy. Praktyczny, ważny, edukacyjny wymiar. (A z drugiej strony, biorąc pod uwagę fatalistyczną wymowę Roku 1984, nie jestem aż tak pewna, czy to rzeczywiście miało być ostrzeżenie, czy raczej ponure proroctwo...) Tak czy inaczej, próbując ująć tę moją niechęć do tej książki w jakieś ramy i zrozumieć, o co mi właściwie chodzi, uczepiłam się kolejnej myśli: czy Orwell trochę nie przesadził? Przecież taki świat nie miałby prawa istnieć, na pewno nie przez dłuższy czas. Przekoloryzował. Dlatego mi się nie podoba. To wszystko jest za okropne. Prawda...?

Źródło

Tu prezentuje się w pełnej krasie moja pseudo-schizofrenia, pozwalająca mi na dyskutowanie z sobą samą na kilka głosów. No bo tak: moją pierwszą, odruchową reakcją jest zdecydowane: niemożliwe! To przecież niemożliwe, żeby ludzkość była tak głupia i zła, żeby z premedytacją stworzyć piekło na ziemi. Nie wierzę. Pojedyncze jednostki, opętani manią wielkości szaleńcy - pewnie, ale nie całe społeczeństwa! Ale potem do głosu dochodzą wątpliwości: czy aby historia już nie udowodniła, że się mylę? A nazizm? A stalinizm? Przecież Orwell nie wziął zarysu tej powieści z kapelusza i nie trzeba być geniuszem, żeby domyślić się, kto był pierwowzorem postaci Wielkiego Brata i Goldsteina. Ta powieść jest, do pewnego stopnia, oparta na faktach... Z trzeciej strony, nawet Związek Radziecki nigdy nie wyglądał AŻ TAK. Poza tym, argument o Związku Radzieckim jest tu właśnie najlepszym kontrargumentem: sama historia pokazała, że nawet ten olbrzymi, niepokonany Związek Radziecki, na którego upadek nikt nie śmiał liczyć - upadł. Z hukiem. A z czwartej strony, może i to, że ZSRR nie wyglądało aż tak, jak u Orwella, i to, że ostatecznie upadło, było jedynie zasługą niższego niż w powieści stopnia rozwoju technologicznego? Jak potoczyłaby się historia, gdyby Stalin mógł wyposażać mieszkania zwykłych ludzi w teleekrany, inwigilujące ich dzień i noc...?

Męczyłam się tak przez jakiś czas, podgryzałam problem z pięćdziesięciu różnych stron i łamałam sobie głowę nad tym, co mi tu nie pasuje. Bo coś ewidentnie nie dawało mi spokoju. Było w tej powieści coś więcej niż bezwzględna dyktatura, tortury i fałszowanie rzeczywistości; samo to nie ruszyłoby mnie aż tak. Coś mnie gryzło. Głowiłam się, głowiłam, aż w końcu mnie olśniło. Znalazłam w konstrukcji tego świata punkt, w który nie wierzę.

Nie wierzę mianowicie w ludzi stawiających zło wyżej niż samych siebie.
I nie przemawia przeze mnie, wyjątkowo, wiara w ludzkość, a coś wręcz przeciwnego: wiara w ludzki egoizm. Bez jakichkolwiek ocen moralnych: człowiek z zasady chce żyć tak, żeby to jemu było przyjemnie. Jasne, można tu wyodrębnić podgrupy: jeden chcieliby, żeby wszyscy mogli mieć tak dobrze jak on, inny wręcz przeciwnie, będzie się napawał tym, że ma lepiej od innych, ale w gruncie rzeczy sprowadza się to do podstawowej zasady: człowiek z natury jest egoistą. (Co zresztą Orwell, nawiasem mówiąc, też próbuje swoją powieścią udowodnić - znowu te szczury...!). I jeżeli już decyduje się tę swoją naturę poskromić, to robi to w imię wyższych idei. Oddaje życie za ojczyznę. Za rewolucję. Za religię. Za naukowe odkrycie, którego kazano mu się wyprzeć. Generalnie: za coś, co ma dla niego dodatnią wartość, co uważa za dobre i właściwe (choćby i w rzeczywistości takie nie było!). Zresztą, w tych przypadkach też nie jestem pewna, czy to poświęcenie jest tak zupełnie pozbawione egoizmu; może jest w tym odrobina dumy z zostania bohaterem, męczennikiem, a w przypadku prześladowań religijnych - wiara w nagrodę po śmierci...

Źródło

Orwell natomiast każe nam uwierzyć w kastę rządzącą, która z premedytacją stworzyła na ziemi piekło i jest zdeterminowana, by je tam utrzymać. "Zdeterminowana" to chyba złe słowo, bo zakłada istnienie jakiejkolwiek możliwości zmiany sytuacji; a przecież Partia Wewnętrzna WIE, że już nigdy od władzy nie odejdzie. Jej członkowie przyznają, że nie przyświecają im żadne szlachetne idee; chcą mieć władzę, chcą rządzić, chcą, żeby życie obywateli stało się nie do zniesienia. Czyste, świadome zło (ta scena, w której Winston najpierw przez dobrą stronę jęczy w myślach, że zaraz usłyszy, że partia robi to wszystko dla dobra ludzi, bo proles są za głupi i nie potrafiliby sami sobą rządzić, to z troski... Po czym jego oprawca nazywa go głupkiem i wyznaje wprost, również przez dobrą stronę, że partia ma los proletariatu w głębokim poważaniu i chce tylko władzy, władzy, władzy, chyba Winston nie jest tak głupi, żeby uwierzyć we wszystkie te gadki o rządzeniu dla dobra rządzonych...? Jeśli mam w tej książce jakieś ulubione sceny, to ta jest z pewnością na podium!). A jednocześnie ten sam oprawca stwierdza, że skrócenie średniej długości życia człowieka - również jego samego, również innych członków rządzącej partii! - byłoby bez znaczenia, bo Partia trwałaby nadal. Mówimy tu o naturalnej śmierci w okolicach 30-go roku życia. A więc: poświęcenie lwiej części czasu, który został człowiekowi dany, w imię idei, którą samemu uważa się za szatańską i nie niosącą ze sobą żadnych pozytywnych wartości. Słyszeliście o czymś takim? Bo ja nie. Nie, terroryści-samobójcy się nie liczą. W końcu ma ich potem otoczyć tłum dziewic o soczystych waginach. Członkom Partii Wewnętrznej nie przyświecały tak przyjemne cele.

I dlatego (ufff, dobiłam bezpiecznie do brzegu...!) uważam, że Orwell się pomylił. Na całe szczęście. Nie docenił ludzkiego egoizmu. I owszem, istnieją ludzie, którzy wprowadzają w życie iście szatańskie plany (Korea Północna...?), ale robią to dla siebie. Bo mają z tego jakiś wymierny zysk.

Szkoda, że Orwell nie dożył do naszych czasów albo przynajmniej do końca XX wieku. Szkoda, że nie zobaczył upadku ZSRR i tego, że świat jednak się opamiętał. Dla mnie Rok 1984 - jako że samą wizję, quod erat demonstrandum, uważam za przesadzoną - jest wartościowy przede wszystkim jako stadium kompletnego upadku ducha pisarza (i zapewne nie tylko jego) w pewnym konkretnym punkcie historii. Ciekawie, notabene, wypada porównanie Roku 1984 z powstałym kilka lat wcześniej Folwarkiem zwierzęcym: w tym drugim nawet głupiutka koza czuła, że mimo wszystko sprawiedliwy świat JEST możliwy, że byli blisko jego stworzenia, tylko że po drodze coś poszło zupełnie nie tak... W Roku 1984, zaledwie kilka lat później, nie ma po tych przebłyskach nadziei śladu. Patrząc na XX-wieczną historię - trudno się dziwić. Odbieram więc Rok 1984 bardziej jako dowód na wpływ wszystkich tych XX-wiecznych katastrof na kondycję psychiczną człowieka niż przestrogę na przyszłość. Bo powiedzmy sobie szczerze: od czasu, w którym Rok 1984 został napisany, wiele się zmieniło i udało nam się od tamtej pory znacząco oddalić od siebie zagrożenie totalitaryzmu. (I niech mi ktoś spróbuje tu powiedzieć coś o UE czy polskiej polityce, to słowo honoru, zasadzę soczystego kopa w dupę!) 

Dużo bardziej aktualny wydaje mi się Nowy wspaniały świat; totalitaryzm chwilowo nam nie grozi, ale świat szczęśliwych idiotów - i owszem. W ogóle świat wymyślony przez Huxleya podobał mi się o wiele bardziej; mniej brutalny, mniej doprowadzony do absurdu, przerażający, ale jednocześnie kierujący się jakąś wewnętrzną logiką, nie tylko "bo my tak chcemy, buahahahahaha!". Tam można było po przeczytaniu rzeczywiście nieźle zgłupieć i zacząć się zastanawiać, czy aby na pewno wszystko to było takie okropne i niewłaściwe. U Orwella - nie bardzo. Tzn., zdążyłam już zauważyć, że sporo ludzi ma po lekturze Roku 1984 tego typu przemyślenia, jak najbardziej - kto tu w końcu miał rację, nie wiadomo, w co wierzyć... I TO jest dopiero przerażające.

Z myśli luźnych: ciekawy kontrast między ujęciem seksualności u Orwella i Huxleya. W obu przypadkach doprowadzona do absurdu, ale w kompletnie inny sposób. U Orwella całkowity zakaz współżycia (chyba że w celach rozrodczych...) i seks jako wyraz buntu; u Huxleya patrzenie krzywym okiem na zbyt monogamiczne związki i wręcz obowiązek jak najszybszego rozładowania jakiegokolwiek napięcia seksualnego, buntem staje się za to abstynencja. 

Z myśli luźnych 2: ktokolwiek wymyślił program Big Brother, miał mocno perwersyjne poczucie humoru. Jakoś mnie to nie bawi. Nie wiem czemu.

A na deser: the quote, czyli cytat, dla którego warto było czytać:
The best books, he perceived, are those that tell you what you know already.

2 komentarze:

  1. Nareszcie napisałaś o książce, którą czytałam, więc mogę się wypowiedzieć :D

    To jest książka, która wkręca się w mózg, o której długo nie można zapomnieć i która zmusza do przemyśleń. Wszystko to pokazałaś w tym wpisie. Myślę, że to właśnie świadczy o arcydziele. Bo książka, którą kochamy, której bohaterom kibicujemy, którą czyta nam się przyjemnie i nie można od niej oderwać... no cóż takie książki rzadko lądują na półce "klasyka, którą trzeba znać".
    "Rok 1984' jest właśnie takim dziełem. Trzeba je znać. Moim zdaniem kolejnym powodem, dla którego zdobyła tak wielką popularność jest nie tylko jej polityczna strona, ale też fakt, że to tak naprawdę pierwsza dystopia. Gdyby zamiast tego Orwell wpadłby na pomysł Hunger Games to właśnie one stałyby na tej snobistycznej półce :D

    Doszłaś do bardzo ciekawych wniosków w tym wpisie i nie mogę się z Tobą nie zgodzić. Ta książka wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby Orwell dożył upadku ZSRR, ale nie oszukujmy się... żył w takich czasach, że widząc, co najpierw wyrabiał Hitler, a później Stalin i że byli ludzie (i to w tysiącach! milionach!), którzy za nimi szli... no cóż, mógł chłop stracić wiarę w ludzkość. Możliwe, że właśnie tak widział przyszłość, ale bardziej prawdopodobne, że chciał ludzi przestrzec przed takim scenariuszem.

    Nie czytałam "Nowego, wspaniałego świata" i muszę koniecznie nadrobić!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jak miło Cię widzieć! :)

      Wiesz, ja nie bardzo lubię takie określanie książek jako te, które trzeba czy wypada znać, bo bardzo ciężko jest tu ustalić jakieś rozsądne kryteria - często działa to po prostu na zasadzie "wszyscy to znają, więc wypada znać", niezależnie od walorów samego dzieła - a poza tym, właśnie że nic nie trzeba, free the readers! :P Za to - właśnie przez tę samonakręcającą się spiralę pt. "to jest Wielkie Dzieło" - pewne książki warto znać dla własnego dobra, żeby chociażby orientować się w różnych aluzjach, nawet w życiu codziennym. W takim ujęciu znajomość "Roku 1984" faktycznie bardzo się przydaje, bo akurat ta powieść przeniknęła do najdalszych zakamarków popkultury (choćby ten Big Brother, a trochę mniej popkulturalnie przychodzi mi od razu do głowy Murakami ze swoim "1Q84").

      Absolutnie nie odmawiam Orwellowi talentu literackiego, ale... Uch, sama nie wiem, jak to ująć. Wydaje mi się, że "Rok 1984" BYŁ bardzo ważną książką w momencie, w którym powstał (i też nie dziwię się autorowi, że stracił wiarę w ludzkość - ciężkie czasy mu się trafiły do życia...), ale do dziś się (i całe szczęście!) zdezaktualizował. Mi wizja tego świata wydała się przerysowana i przerażała mnie nie realnością, a brutalnością i nagromadzeniem dewiacji. Tzn.: była okropna, ale nie okropnie prawdziwa. Jasne, nadal to jest dobra powieść, robi niezapomniane wrażenie, ale ja jednak szukam w książkach czego innego. Teraz na przykład czytam "Władcę much" i wprawdzie jestem dopiero w połowie, ale aż mi się nieswojo robi jak o niej pomyślę... Niby wszystko zaczyna się pięknie: słońce, wyspa, chłopcy bawią się w odkrywców - ale czuć, że wykluwa się z tego powoli coś strasznego, że wydarzy się tam coś, o czym nie chciałoby się czytać. Coś czuję, że to dopiero wryje mi się w mózg ;).

      Ha, a wiesz, że Orwell wcale nie był pierwszy? Jest jeszcze wcześniejsza dystopia, którą Orwell ponoć bardzo się inspirował: "My" Zamiatina, z początku lat 20'. Ale nie czytałam (i pewnie jeszcze przez dłuższy czas nie przeczytam, na razie mam dosyć :P), więc nic mądrego na ten temat nie napiszę.

      Och, nadrób koniecznie! Z fabuły "Nowego wspaniałego świata" pamiętam jakieś fragmenty dialogów, ale za to sama wizja świata robi spore wrażenie. I wszystko to takie sensowne, i takie wcale nie "nie-do-uwierzenia"...

      Usuń

Related Posts with Thumbnails