poniedziałek, 22 lutego 2016

Oscarowe odliczanie: "Carol" i "Dziewczyna z portretu" (a.k.a. 'The Danish Girl')

Wiecie, tegoroczne Oscary wyjątkowo mało mnie obchodzą. W minionych dwóch latach większość nominowanych filmów przyciągała moją uwagę i za punkt honoru stawiałam sobie obejrzenie ich wszystkich, coby wyrobić sobie opinię jeszcze przed galą... A w tym roku patrzę na tytuły z tej ścisłej czołówki niby najlepszych filmów roku - i nie czuję nic. Żadnego podekscytowania, żadnego "o, to bym sobie zobaczyła". Z ośmiu nominowanych filmów (tylko ośmiu! Mniej niż w ubiegłych dwóch latach, powinno być łatwiej, a tymczasem...) przyciągnęły moją uwagę trzy: Brooklyn, Marsjanin i Pokój. Ten pierwszy widziałam już jakieś półtora tygodnia temu; drugi był chyba w kinach dużo wcześniej, więc z pewnością go przegapiłam; trzeci wchodzi na ekrany dopiero w połowie marca. Oglądania reszty nie planuję. Cóż, może ominie mnie przez to jakiś interesujący obraz, który wcale nie wygląda na coś w moim guście (casus Nebraski sprzed dwóch lat!), ale trudno, nic nie poradzę. Poważnie, tak mnie od tych pozostałych nominacji odrzuca...

Zanim jeszcze ogłoszono nominacje rzuciłam się do kina na dwa filmy, które zapowiadały się raczej ciekawie (i raczej są), które ponoć na 99% miały być nominowane (a nie są), a już aktorki w nich występujące statuetki mają mieć jak w banku (w przypadku Alicii V. - mam nadzieję!). Mówię oczywiście o dwóch wielkich nieobecnych głównej kategorii, czyli Carol i Dziewczynie z portretu (The Danish Girl). Z dużym poślizgiem (moja motywacja do pracy twórczej, a do takiej zaliczam pisanie, spada zimą do zera. Bezwzględnego. Podejrzewam, że z korzyścią dla czytelników - nie chcielibyście czytać mojego zimowo-depresyjnego smęcenia, wierzcie mi...), ale zawsze: parę słów na temat obu produkcji.


Oba filmy mają ze sobą wiele wspólnego. Po pierwsze: oba dotyczą problematyki LGBT, choć różnych jej odłamów. Po drugie: w obu mamy praktycznie dwoje wiodących aktorów i bardzo trudno jest określić, która rola jest tu pierwszo-, a która drugoplanowa (Czy może obie są pierwszoplanowe? Zwłaszcza w przypadku Dziewczyny z portretu skłaniałabym się właśnie ku tej opcji). Po trzecie: oba opowiadają o czasach minionych, a jednocześnie nadal nam bliskich; wprawdzie historia z Dziewczyny z portretu jest zdecydowanie wcześniejsza niż ta z Carol, ale w obu przypadkach akcja przypada na XX wiek i ten retro-klimat jest w obu filmach doskonale oddany (tu palmę pierwszeństwa przyznałabym jednak Carol). W obu mamy bohaterów walczących z niezrozumieniem, oskarżeniami o dewiację, samych przeciw światu. Jak również heteroseksualnych partnerów głównych bohaterów, którzy tak bardzo by chcieli, żeby było "normalnie", tak jak dawniej, bez tych wszystkich dziwactw, które żona/mąż nagle zaczęła/zaczął wyprawiać...

Carol (2015; Wielka Brytania, USA)
Reżyseria: Todd Haynes
Obsada: Rooney Mara, Cate Blanchet
Ocena: 6,5/10

Carol to historia dwóch kobiet: młodej, niebogatej, rezolutnej Therese (Rooney Mara), sprzedawczyni ze sklepu z zabawkami, i dojrzałej, bogatej, zamężnej Carol (Cate Blanchet). Po początkowej, krótkiej i z założenia chyba pełnej napięcia scenie w restauracji, w której nieistotny dla fabuły mężczyzna przerywa bohaterkom rozmowę i zmusza je do pożegnania, możemy zanurzyć się we wspomnieniach Therese i popodglądać początki ich sekretnego związku - już w kolejności chronologicznej. Początki, jak na mój gust, banalne i mało przekonujące. Therese przyuważa piękną klientkę szukającą w jej sklepie prezentu dla dziecka i już, z miejsca, motyle w brzuchu, piorun ją trafia i - voila! - mamy szokującą, skrywaną namiętność. Wierzę w miłość błyskawiczną, rozwijającą się w ekspresowym tempie, w ciągu paru tygodni - sama taką przeżyłam! - ale w miłość po zamienieniu ze sobą kilku zdań na temat elektrycznych kolejek - jakoś nie...



Naczytałam się sporo o tym, jak to cudownie przedstawione zostało tu uczucie między dwiema kobietami: ileż tu napięcia, te iskry, te emocje! I z przykrością kontrapunktuję: ni hu hu tego nie zauważyłam. Cały ten romans był dla mnie "z założenia": z założenia namiętny, pełen z założenia znaczących spojrzeń i z założenia intymnych rozmów. Marze i Blanchet, chociaż ich technice aktorskiej nie mam nic do zarzucenia, nie udało się przekonać mnie, że darzą się wzajemnie gorącymi uczuciami. I ciekawa jestem - z czego to wynika, czyja to wina? Moja, bo, jako osoba heteroseksualna, nie potrafię wyczuć chemii między dwiema kobietami? Aktorek, którym nie udało się tego odpowiednio odegrać? Czy jednak mojej podświadomości, która - wiedząc, że obie aktorki lesbijkami nie są - wyczuwała fałsz w ich udawanym uczuciu?


Fabularnie Carol mnie więc nie zachwyciła: nie kupuję punktu wyjścia romansu, nie czuję chemii między ponoć zakochanymi bohaterkami, sama historia też nie jest jakoś nadzwyczaj oryginalna (podstawcie sobie zamiast tytułowej Carol dowolnego mężczyznę w jej wieku, a zostanie Wam sztampowa historia o biednej, młodej i niewinnej oraz starszym i bogatym, którzy zakochują się w sobie mimo różnic majątkowych i klasowych, wywołując skandal i gorsząc lokalne towarzystwo - banał, czyż nie?). Ale: jak to jest nakręcone! Ta dbałość o szczegóły, klimat epoki, te stroje, muzyka, urocza Rooney Mara wystylizowana na studentkę-prymuskę z lat 50'! Te zdjęcia! Scena, w której obie bohaterki ruszają w świąteczną podróż i przez chwilę obserwujemy świat oczyma Therese - świat piękny, jasny, pastelowy, jakże przyjazny i rozkoszny, przefiltrowany przez różowe okulary zakochania - jest jedną z piękniejszych, jakie widziałam w kinie w ciągu ostatnich paru miesięcy. W ogóle cała ta ich wyprawa odbywa się w zaiste pięknych okolicznościach przyrody. Żeby to zima w Hamburgu tak wyglądała...



***

The Danish Girl // Dziewczyna z portretu (2015; Niemcy, USA, Wielka Brytania)
Reżyseria: Tom Hooper
Obsada: Alicia Vikander, Eddie Redmayne, Matthias Schoenaerts
Ocena: 7,5/10

Dziewczyna z portretu natomiast to burzliwa historia małżeństwa Einara i Gerdy Wegenerów. Małżeństwa dość jak na czas akcji nietypowego, i to, bynajmniej, nie tylko ze względu na zmienną tożsamość płciową Einara. Oboje są malarzami (przy czym Einar odnosi dużo większe sukcesy niż Gerda, bezskutecznie szukająca "właściwego obiektu" swojej sztuki), należą do artystycznej bohemy Kopenhagi, za nic mają konwenanse (w jednej ze scen Einar wspomina swoje pierwsze spotkanie z Gerdą, która ubrana była wówczas w suknię bezwstydnie odsłaniającą kostki!); przede wszystkim zaś są takim bardzo współczesnym, zwariowanym, roześmianym i kochającym się małżeństwem. Oboje czują się ze sobą dobrze, i to na każdej płaszczyźnie: jako przyjaciele, kochankowie, a nawet jako artyści. Małżeństwo idealne. Do czasu, kiedy Einar zaczyna przepoczwarzać się w Lili.


Zaczyna się niewinnie: modelka Gerdy spóźnia się na umówione spotkanie, kobieta prosi więc męża, żeby jej pozował. Drapuje na nim suknię, na nogi wciąga mu pończochy, a stopy wpycha mu w zdecydowanie za małe pantofelki. W żartach nadaje swojej nowej "modelce" imię Lili. Einar się broni przed robieniem z niego kobiety, jest wesoło i z nutą zwykłego u Wegenerów szaleństwa - ale chwilę później, kiedy patrzy na własne nogi w pończochach i pantofelkach, jest mu już mniej do śmiechu. Scena urywa się, kiedy do mieszkania wpada spóźniona przyjaciółka-modelka i Einar może stać się na powrót Einarem. Lili powraca jeszcze raz, znów z inicjatywy doskonale się bawiącej Gerdy. A potem, ku jej przerażeniu, zostaje...




Ciekawostka: The Danish Girl to wcale nie "dziewczyna z portretu", czyli Einar/Lili, a Gerda, którą nazywa tak dawny przyjaciel Einara. W oryginalnej wersji to Gerda jest więc bohaterką tytułową. I o ile w przypadku Carol nie potrafię jednoznacznie zdecydować, która z bohaterek jest "główniejsza" (chyba pół na pół: w pierwszej połowie filmu rządzi Therese, w drugiej skupiamy się na Carol), o tyle Dziewczyna z portretu jest dla mnie przede wszystkim filmem o Gerdzie. Vikander jest w tej roli rewelacyjna i z całą sympatią dla Mary z jej berecikami, ale pannie V. Oscar za tę rolę należy się jak psu micha (że tak pozwolę sobie na chwilę zmienić rejestr wypowiedzi ^^). Sytuacja Gerdy jest chyba jeszcze bardziej dramatyczna niż Einara: on musi zrozumieć siebie, szukać pomocy i podjąć kilka trudnych decyzji, ona może tylko próbować pogodzić się z tym, że jej małżeństwo przestaje istnieć i obojętnie czego by nie zrobiła, nie jest w stanie tego rozpadu powstrzymać.


Wierzę, że Einarowi było ciężko, że nie rozumiał, co się dzieje i nie miał do kogo zwrócić się o pomoc - ale jest w tym jego transseksualizmie parę rzeczy, które mi zgrzytają. Przede wszystkim dziwne rozgraniczenie osobowości Einara i Lili. Lili sprawia wrażenie nie "kobiecej wersji" Einara, a zupełnie innej osoby, jakiejś alternatywnej tożsamości, wykluczającej wszystko to, czym Einar dawniej był. Panikuje, kiedy znajomy zwraca się do niej per "Einar". W jednej z końcowych scen bezlitośnie informuje Gerdę, wspominającą ich małżeństwo, że one dwie nigdy małżeństwem nie były; mężem Gerdy był Einar, a on już przecież nie żyje. W innej, wcześniejszej scenie Einar a.k.a. Lili szuka profesjonalnej pomocy i jeden z lekarzy w tajemnicy diagnozuje u niego schizofrenię. Widok bohatera uciekającego z gabinetu przez okno jest może i zabawny, ale nie jestem przekonana, czy w tej obśmianej, nieprofesjonalnej diagnozie nie było aby ziarnka prawdy.


Dalej: czy zmiana płci naprawdę przychodzi w pakiecie ze zmianą orientacji seksualnej? Jakoś podejrzane mi się to wydaje. Skandal na pół Danii Einar i tak już wywołał - czy homoseksualny związek z, jakby nie patrzeć, własną żoną, jakkolwiek by mu zaszkodził? Zszargał mu reputację? Żeby on był w małżeństwie nieszczęśliwy. Albo przynajmniej: żeby on tej Gerdy nie kochał, tylko tak po przyjacielsku lubił, bez jakiegokolwiek pociągu fizycznego. Ale nie, pierwsze minuty filmu przedstawiają nam Einara zakochanego, pożądliwego, w dodatku wyznającego, jakie wrażenie zrobiły na nim swego czasu te bezwstydnie odkryte kostki Gerdy. Nie wierzę w tę nagłą zmianę orientacji i widzę to bardziej jako kolejny krok na drodze do zostania "prawdziwą kobietą". A więc - po raz kolejny oszukiwanie samego/samej siebie. Tyle wysiłku, by stać się naprawdę sobą, a tu znów ślepa uliczka...


No i wreszcie: uderzył mnie potworny egoizm Lili (a nie mam w zwyczaju szafować tym oskarżeniem na lewo i prawo!). Już pal sześć samo to dążenie za wszelką cenę do przepoczwarzenia się na stałe w Lili, bez względu na uczucia żony; ok, życie w nie swoim ciele musi być trudne, chyba już lepiej tak niż przeżyć życie w kłamstwie. Ale to bezlitosne zrywanie więzów z Gerdą za każdym razem, kiedy zdaje się, że transformacja w Lily musi się udać, jest po prostu obrzydliwe. Ilekroć Lili poczuje się pewniej, tylekroć rzuca do Gerdy tekstem z gatunku: "Już nie jestem twoim mężem, musisz nauczyć się żyć sama". Po czym - gdy tylko grunt pod nogami zaczyna jej się palić, gdy robi się niebezpiecznie albo po prostu potrzebuje kogoś, kto potrzymałby ją za rękę - zwraca się, rzecz jasna, do Gerdy. Trochę się panna Lili zapędziła w tej pogoni za marzeniami...


Zastanawiałam się po tym seansie: czy było warto? Życie Einara nie było nieszczęśliwe, wręcz przeciwnie. Czy nie lepiej było zostawić wszystko po staremu niż ryzykować życiem i zdrowiem, niszczyć udany związek...? I druga wielka zagadka: czy Einar naprawdę był transseksualistą? Nie jestem pewna, czy cały ten dramat, z schizofrenicznym podziałem na dwie tożsamości włącznie, nie był przypadkiem owocem rozdziału ówczesnego świata na świat kobiet i świat mężczyzn. W dzisiejszych czasach Einar spokojnie mógłby pracować w perfumerii, mógłby się malować, mógłby się nawet ubierać w sukienki - łatwo by nie było, ale może jakoś by przeszło. Czy wymiana genitaliów była w tym przypadku naprawdę niezbędna...?

Lubię, jak film każe mi się nad czymś głębiej zastanowić. Ten kazał. Więc lubię ten film, mimo wszystkich powyższych zastrzeżeń. I - jak widać po objętości mojej pisaniny - podobał mi się zdecydowanie bardziej, niż Carol.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek chce się podzielić wrażeniami? :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails