piątek, 15 stycznia 2016

2015: literackie podsumowanie roku

Moje czytelnicze statystyki żadnego porządnego mola książkowego nie zwalą z nóg. 25 książek przeczytanych w roku 2015, średnio jedna na dwa tygodnie - rekord to to nie jest. A jednak mnie samą ten wynik bardzo cieszy. To dwa razy więcej niż w roku 2014! Jeszcze bardziej od niego cieszy mnie zaś świadomość, że znów, po raz pierwszy od długieeego czasu, czytanie sprawia mi przyjemność. Z tego powodu ubiegłoroczne 25 książek znaczy dla mnie o wiele więcej niż 25 książek sprzed dwóch lat; pamiętam, jak musiałam się wtedy do tego zmuszać i w bólach przedzierałam się przez kolejne stronice... A teraz - nie. No, przeważnie nie. 
 
 

Literackie powroty

Przede wszystkim: powtórki. Dużo powtórek. Czytanych na głos, z mężem, którego stopniowo zaznajamiam z tym wszystkim, co czytałam jako dziewczynka i nastolatka, i co - zapewne - ukształtowało w dużym stopniu teraźniejszą mnie. Przede wszystkim Musierowicz i jej Jeżycjada. Jesteśmy już na Nutrii i Nerwusie, czyli części dziesiątej, i pewnie niedługo damy sobie z tą serią spokój, bo im dalej w las, tym... Cóż, najnowsza Jeżycjada jaka jest, każdy widzi. Ale jeszcze przynajmniej Córkę Robrojka chciałabym przeczytać, a że i kolejne trzy części są nadal dobre, to pewnie dociągniemy to do Kalamburki. Potem ten spadek formy jest już zbyt widoczny, żebym miała katować czymś takim dorosłego mężczyznę.
 
Póki co to nadal ta Jeżycjada, w której można się zakochać. Z bohaterami, których trudno nie lubić, przy której można się pośmiać i wzruszyć. Odświeżam sobie tę serię w miarę regularnie, więc ominęło mnie standardowe w takich momentach zdziwienie "och, jak byłam młodsza odbierałam to wszystko zupełnie inaczej!". W moim przypadku to "inaczej" jest prawie nieobecne - ale jeśli już się pojawia, to wypada, niestety, tylko na minus. Ze zdumieniem odkryłam, że irytują mnie umoralniające, rozciągnięte na pół strony (a nawet i na całą, a co!) wywody Dmuchawca (a przecież ja lubię Dmuchawca! Można w ogóle nie lubić Dmuchawca...?) czy dziadka Borejki; nagle zaczęłam też dostrzegać niedostatki stylu pani Musierowicz, z nadużywaniem epitetu "miły" na czele. Zaczyna się to chyba jakoś w okolicach Noelki i doprowadza mnie do płaczu i zgrzytania zębów (no, prędzej tego drugiego niż pierwszego). Bo to, po pierwsze, takie słowo-wytrych, które, zwłaszcza jeśli pozostaje niedookreślone, oznacza nie wiadomo co - bo co to właściwie znaczy, że "do pokoju weszła miła kobieta"? Że jest kulturalna? Uprzejma? Rzadko się złości? W jaki sposób bohaterowie to niby wiedzą - poznali po samych rysach twarzy? Uch, znam ja takich "miłych", od których po dziesięciu minutach znajomości chce się uciekać, gdzie pieprz rośnie... Po drugie, nudne to, można by przecież wysilić się na jakieś bardziej urozmaicone zobrazowanie bohaterów. A po trzecie, im więcej "miłego", tym wyraźniejsza ta irytująca polaryzacja jeżycjadowego świata; bohaterowie, których autorka każe nam lubić, są "mili" i już. Nie ma samodzielnego wyciągania wniosków: to miła kobieta. Łagodnie uśmiechnięta. No, po tak głębokiej analizie postaci wiemy już o niej absolutnie wszystko. Uch, naprawdę, wczoraj znów natrafiłam w Nutrii... na coś "miłego" i nie udało mi się powstrzymać przed przewróceniem oczami...

Z powtórek zaliczyliśmy jeszcze dwie pozycje: Wszyscy jesteśmy podejrzani Chmielewskiej i Błękitny zamek Lucy Maud Montgomery. Obie te książki uwielbiam, chociaż tę drugą chyba jednak bardziej. Nigdy nie wiem, czy bardziej podoba mi się wątek miłosny, opisy przyrody, całe życie Joanny vel Valancy na Mistawis czy może jednak relacje ze spotkań rodzinnych Stirlingów. A może rzucone przez bohaterkę w nagłym gniewie (jak się przekonałam, wymyślone przez tłumacza mojej wersji, Karola Borawskiego, nie przez samą autorkę) "A wie wuj, dlaczego Kain zabił Abla? Bo mu opowiadał głupie dowcipy"...?

Jedenaście powtórek. Zostaje czternaście nowych pozycji.

Porażek roku... chyba nie ma. No, chyba żeby uznać za takowe seks-romansidła dla nastolatek autorstwa Abbi Glines: Spróbujmy jeszcze raz i Zacznijmy od nowa, które podebrałam siostrze jakoś w okolicach zeszłorocznej Wielkanocy. Książeczki są naprawdę słabiutkie, wydumane, totalnie oderwane od rzeczywistości - ale z drugiej strony, nie oszukujmy się: wiedziałam na co się piszę. Nie można brać się za nastoletnie seks-romansidła i narzekać potem, że dostało się nastoletnie seks-romansidła. Śmiesznie było, rozerwałam się trochę, w głowie zostały mi z tego jakieś strzępki scen. Miło, że te książki wcale nie udają, że są bardziej wartościowe niż w rzeczywistości. I są w tej swojej naiwności jakoś tak rozczulające, że aż nie mam najmniejszej ochoty ich krytykować.
 
 
 
 
Odkrycia roku: Większość z tych pozostałych dwunastu książek mi się podobała (czy może nawet wszystkie?), ale kilka z nich szczególnie pozytywnie zapisało mi się w pamięci.
 
Przede wszystkim: Biała jak mleko, czerwona jak krew Alessandro d'Avenii. Myślę, że każdy już przynajmniej słyszał o tej książce, swego czasu wytrwale reklamowanej jako "współczesne Love Story" (całkiem zresztą trafnie), zachwalanej wszędzie, gdzie się człowiek nie obrócił. I mi również się podobała, chociaż... Chyba z zupełnie innego powodu niż większości czytelników.
Wyrosłam już jakiś czas temu z lat nastoletnich, więc tematyka pierwszych miłości, przyjaźni, odkrywania własnej tożsamości etc., jakkolwiek urocza, nie porusza mnie aż tak, jak poruszałaby zapewne dziesięć lat temu. Panu d'Avenii nie udało się też mnie zaskoczyć: rozwiązania fabularne zastosowane w tej powieści uważam za najbanalniejsze z banalnych, w dodatku nie zgadzam się z (jeśli można je tak nazwać...) wnioskami autora: nie, nie i jeszcze raz nie dla tego, jak ta powieść się kończy! Stylistycznie też nie jest wybitnie; wprawdzie mi to nie przeszkadzało, bo narratorem miał być typowy, niepokorny nastolatek, którego życiowym mottem jest Nie myśl tyle, bo zrobi ci się biało, więc pewna prostota języka jest uzasadniona, ale nie to mnie w tej książce zachwyciło. Nie, dla mnie najważniejszym wątkiem tej powieści była i jest pogoń za marzeniami. Wcale nie wielka miłość. Wcale nie śmiertelna choroba. Tylko te parę cytatów, które przeczytałam w momencie, w którym bardzo było mi to potrzebne...
Sprawiło to jej marzenie. Ja swojego jeszcze nie znam, ale czuję, że wkrótce je odkryję. Skąd to wiem? Dzięki worom pod oczami. Tak, mam pod oczami wory, które mi służą do przechowywania marzeń. Kiedy już znajdę moje marzenie, opróżnię worki i oczy zaczną mi błyszczeć, a spojrzenie stanie się lekkie.
Zapytał, na jakim jestem etapie z odkrywaniem mojego wielkiego marzenia, a ja powiedziałem, do jakich doszedłem wniosków. Ale powiedziałem mu też, że wszystko wzięło w łeb po tym moim wypadku i że w ogóle nie jestem pewien, czy będę dalej szukać, bo za każdym razem, gdy zabieram się do tego na poważnie, dzieje się coś złego - najpierw Beatrice, teraz ja... Słysząc to, Naiwniak uśmiechnął się i stwierdził, że to nieodłączna część prawdziwych marzeń.

- Prawdziwe marzenia buduje się na trudnościach i przeszkodach. W przeciwnym razie trudno je zmienić w realne projekty; na zawsze pozostają marzeniami. Pamiętasz chłostę z baśni mojego dziadka? To właśnie dzięki niej widać różnicę między marzeniem a konkretnym projektem. Marzenia nie czekają na nas gotowe, trzeba je dopiero skonstruować, przy czym na koniec może się okazać, że są całkiem inne, niż to sobie wyobrażaliśmy.

(...) Wioząc list do Beatrice, starałem się urzeczywistnić swoje marzenie. A jeżeli realizacja jakiegoś marzenia zderza się z tyloma przeciwnościami, to znaczy, że jest ono warte zachodu.
Gdybym nie miał nadziei, nie osiągnąłbym tego, co wydaje się nieosiągalne.

I trochę bardziej na wesoło (a co tam, jak już wypisuję te swoje zaznaczenia to niech będzie hurtem...):
- To o czym tak rozmawialiście?
- O gwiazdach.
- O gwiazdach? I ona cię słuchała?
Jest Boże Narodzenie, w związku z czym przesiedzę następne dwa tygodnie w domu, z ręką uwiązaną u szyi. "Wykorzystaj te wakacje na nadrobienie zaległości" - poradziła mi mama. Rzeczywiście, piękne wakacje, uczyć się dwa razy tyle co zawsze! Chociaż właściwie dwa razy zero to i tak zero, tyle jeszcze wiem z matematyki.
Wykrzykuję najgorsze słowa, powtarzam je wiele razy i czuję się lepiej. Może więc Bóg istnieje, w przeciwnym razie nie czułbym się lepiej. Bunt przeciw Wielkiemu Wybuchowi nie pomógłby mi. Bunt przeciw Bogu - tak.

Po drugie: Obrona Sokratesa Platona. Wielkie zaskoczenie: napisane jest to wcale nie trudnym, filozoficznym językiem, przez który przeciętny człowiek nie da rady przebrnąć nie nabawiając się po drodze bólu głowy; nie, to prosty w odbiorze, dobrze napisany, kipiący emocjami tekst. I trudno się dziwić. Ciekawa jestem, czy obrona, która wygłosił w sądzie Sokrates, rzeczywiście brzmiała tak, jak przedstawił to Platon... Chociaż podejrzewam, że starał się to przedstawić jak najwierniej - który uczeń przekłamywałby słowa swojego ukochanego mistrza i nauczyciela...?
Do przeczytania (albo ściągnięcia) na niezastąpionym serwerze Wolne Lektury - o, tu.

A po trzecie: ostatnia część Jeżycjady, czyli Feblik. Znajomość z tą serią zakończyłam (nie z własnej woli, tak wyszło...) na Sprężynie, ominęły mnie więc McDusia i (ponoć słabiutka) Wnuczka do orzechów. Mając jednakże w pamięci przedsprężynowe wyczyny pani Musierowicz - Trollę, Żabę i Polewkę - podeszłam do Feblika bez większych nadziei. Przeczytam, pewnie, że przeczytam, dostałam pod choinkę, mogę sprawdzić, co tam słychać w moim porzuconym na wieki Poznaniu, ale bez jakiegokolwiek zaangażowania. I ta okładka taka paskudna...

Zaskoczyła mnie ta książka kompletnie. Po pierwsze: rok 2013, upalne lato, rozkopane rondo Kaponiera, kilometrowe korki, zaduch i obezwładniające poczucie, że trzeba z tego piekła na ziemi uciec - o, jak ja dobrze to pamiętam! Ledwo miesiąc przed początkiem akcji Feblika wyjechałam z Polski, ledwo dwa miesiące wcześniej ewakuowałam się z rozpalonego Poznania.
Po drugie: Ignacy Grzegorz Stryba, wreszcie w jakiejś normalnej roli. Nie genialnego dziecka, nie nadętego bachora, donosiciela, starego malutkiego, miągwy czy kim tam jeszcze bywał do tej pory. Nie, Ignaś ma lat dziewiętnaście, zmężniał, wyprzystojniał, trądziku brak i choć nadal jest dosyć zachwycony własną erudycją, to jednak jest to już tylko mała wada, na którą można patrzeć z lekką pobłażliwością, a nie dominująca cecha charakteru, za którą chciałoby się smarkacza wyrzucić z kart powieści.
Po trzecie: Agnieszka Żyra w jednej z dwóch głównych ról, czyli nagły powrót do Sprężyny! Ha, okazuje się, że nic przez nieznajomość poprzednich dwóch tomów nie straciłam: była sobie ta córka Maćka i Kreski, przyjechała, wyjechała i tyle - a akcja Feblika wiąże się znów z ostatnią częścią cyklu, jaką czytałam (dla tych, którzy nie pamiętają i twierdzą, że Agnieszka wzięła się znikąd - proszę bardzo, cytat ze Sprężyny: Jeśli chodzi o inicjatywę własną, to kochał się od roku w koleżance z klasy - delikatnej blondynce imieniem Agnieszka, która nigdy nie obdarzyła go nawet spojrzeniem. Lubił pisać wiersze. Napisał dla Agnieszki sonet (zadanie poetyckie niezwykłej trudności!) z nadzieją, że ona go kiedyś, z zachwytem, przeczyta. I zarazem miał smutną pewność, że to nigdy nie nastąpi. Strona 77, jakby co. Plus parę aluzji przez resztę książki).
Po czwarte: dużo pozytywnego podejścia do świata. Brak tego irytującego w poprzednich częściach, wyraźnego podziału na czarne i białe. Tu mamy szarości. Bogacze nie muszą być nadętymi snobami. Główni bohaterowie nie muszą pochodzić z inteligenckich rodzin, w których rozmawia się po łacinie i nigdy, przenigdy nie robi się niczego moralnie wątpliwego. Nie, bohaterowie mogą być rozczarowani życiem, mogą mieć problem z alkoholem, a przy tym nie być chodzącymi czarnymi charakterami. Dużo w tej powieści ciepła i zrozumienia. Agnieszka i Ignacy też mają w tym swój udział; każde z nich ma swój punkt widzenia, swoje racje, nieraz się nie zgadzają i nareszcie nie miałam podczas lektury wrażenia, że autorka usiłuje zmusić mnie do wyznawania Jedynych Słusznych Poglądów.

Oczywiście, słabsze momenty też są. Pani Musierowicz ma (co wiadomo nie od dziś) tendencję do rozprawiania się z krytyką na kartach swoich książek. Tu również wtłacza w usta dziadków Borejko skierowany do czytelników wykład, tym razem o krytyce i jej właściwym przyjmowaniu, gdzieś tam pojawia się też tłumaczenie się Gabrieli z czytania powieści autora nieprzetłumaczonego na polski (??? Ktoś to poważnie uznał za wadę? Pani Musierowicz poważnie się z tego tłumaczy?). Powieść na tym traci, bo postaci są w Febliku zarysowane wyjątkowo dobrze, każdy z klanu Borejków ma tu własną, unikalną osobowość - a w tych skierowanych do czytelników fragmentach nagle ją traci. Wygląda to okropnie, sztucznie, psuje przyjemność czytania i jest, jak na mój gust, po prostu głupie. Powieści nie służą do tłumaczenia czytelnikom, dlaczego się nie znają. Przynajmniej w moim rozumieniu.


A poza tym? Wreszcie, po latach, doczytałam do końca Annę Kareninę - i jak początkowo byłam tą powieścią zachwycona, tak z czasem irytowała mnie coraz bardziej i udało mi się ją skończyć tylko dzięki dużej dawce samozaparcia. Wątek Kitty i Lewina doprowadzał mnie do szału. To ma być idealny związek? To toksyczne zawłaszczanie drugiej osoby? Zwłaszcza, że Lewin ma tu być niby alter ego autora (skromny, nie ma co!) - i zwłaszcza, że Tołstoj święty nie był...

Zapoznałam się troszkę z twórczością Charlotte Link, o której słyszałam dużo dobrego. Padło najpierw na Wilde Lupinen (powinnam się tłumaczyć z tego, że czytam nieprzetłumaczone powieści? ^^), czyli powieść obyczajową o czasach drugiej wojny światowej, a potem na Nieproszonego gościa, czyli już kryminał (z tym najczęściej kojarzy się nazwisko autorki). Nie było źle, ale te postaci takie papierowe, te ich opisy nijak nie pasujące do ich czynów, te idiotyczne zwroty akcji, które mają być och jakże nieoczekiwane - i faktycznie są, bo są tak głupie i nieprawdopodobne, że do dziś w końcówkę Nieproszonego gościa nie wierzę... Na razie podaruję sobie dalsze zgłębianie tych terenów.

Dużo bardziej przypadła mi do gustu - zostając w niemieckich klimatach - powieść Petry Benning-Durst Die Samenhändlerin. Czworo głównych bohaterów (no, jedna z nich, Hannah, jest jakby "główniejsza"), każdy z nich wiarygodny, do pewnego momentu nawet wszystkim im kibicowałam, mimo że ich interesy były ze sobą sprzeczne. Bardzo podobał mi się opis postępującej choroby psychicznej (?) Seraphine - uch, ciekawa postać, niebanalna. Najpierw trudno jej nie współczuć i nie rozumieć; potem czekałam wprawdzie na to, żeby ktoś ją wreszcie wywiózł z tej wioski na taczce z łajnem, ale jednocześnie, odkąd wyobraziłam sobie w tej roli Emmę Watson, znienawidzić jej nie mogłam. Nawiasem mówiąc, wryłam sobie tę Emmę jako Seraphine do głowy tak mocno, że czuję lekkie przerażenie kiedy na nią patrzę... Coś jak Rosamund Pike po Gone Girl.

No i, na sam koniec, Skrzydło anioła Jolanty Krysowatej - pół-dokumentalna powieść o ośrodku dla północnokoreańskich sierot, ukrytym gdzieś w środku Polski. Rozpisana na wiele głosów, wciągająca, wzruszająca i smutna jednocześnie - bo przecież te wszystkie miłostki, przyjaźnie, więzi nie miały prawa przetrwać. Historia tych, którzy przeżyli, jest w zasadzie jeszcze smutniejsza niż wątek młodziutkiej, ciężko chorej Kim Ki Dok, która umarła z dala od rodzinnego kraju. Bardzo dobra lektura.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails