sobota, 31 grudnia 2016

'Tata Jesus is bängala!': o "Biblii jadowitego drzewa" Barbary Kingsolver

 6/6

Sięgnęłam po The Poisonwood Bible Barbary Kingsolver (polskie tłumaczenie, "Biblia jadowitego drzewa", jakkolwiek wierne, brzmi mi jakoś niezgrabnie) nie wiedząc o tej książce nic, li i jedynie dlatego, że (znów!) co rusz natykałam się na nią na kolejnych listach lektur obowiązkowych. Bez oczekiwań. I przypadkiem przeczytałam najlepszą książkę mojego czytelniczego roku 2016.

To jedna z tych nielicznych powieści, którym nie mam niczego do zarzucenia. Żadnych zastrzeżeń. Nic nie było zbyt rozwlekłe, nic nie niedopracowane, nigdzie nie dało się wyczuć fałszywych nut. W dodatku wyraźnie widać, co przyświecało autorce, kiedy postanowiła tę książkę napisać; to powieść z misją, którą doskonale udaje jej się wypełnić. Z posłowia wynika, że Barbara Kingsolver nosiła się z pomysłem na tę powieść przez, bagatela, jakieś dwadzieścia lat - ciągle unikając zabrania się za nią na poważnie, ze strachu, że temat ją przerośnie i wyjdzie jej zupełnie nie to, czego by sobie życzyła. Może i dobrze, że dała sobie tyle czasu na przygotowania; ale przede wszystkim dobrze, że ostatecznie ten strach przełamała. Efekt robi wrażenie.

Głównymi bohaterami Biblii jadowitego drzewa jest rodzina Price'ów - ojciec, gorliwy baptysta i pastor tegoż kościoła, jego pozornie stłamszona, niekochana żona, oraz ich cztery córki: najstarsza Rachel, bliźniaczki Leah i Adah, oraz najmłodsza, ledwie pięcioletnia Ruth May. Akcja powieści rozpoczyna się, kiedy wielebny Price postanawia udać się wraz z całą rodziną na misję ewangelizacyjną do Konga. Żadna z otaczających go kobiet czy dziewcząt - do tej pory mieszkających w Ameryce - nie wydaje się być tym postanowieniem szczególnie zachwycona, ale w domu Price'ów panuje typowy patriarchat, nie próbują więc nawet protestować. Rodzina - nie bez problemów - dociera do biednej, odciętej od świata wioski gdzieś w kongijskiej dżungli. Tam ojciec, przekonany o swojej nieomylności i boskim wsparciu, poświęca się całkowicie coraz bardziej rozpaczliwym próbom nawrócenia miejscowej ludności; problemów bardziej przyziemnych - jak np. konieczności wyżywienia sześcioosobowej rodziny w obcym, nieprzyjaznym klimacie - nawet nie zauważa, pozostawiając je na barkach umęczonej żony. Ich córki tymczasem przechodzą przyspieszony kurs dorastania - wprawdzie każda z nich na swój sposób i z zupełnie innym efektem końcowym, ale jednak żadnej z nich to kongijskie doświadczenie nie pozostawia niezmienionej.

czwartek, 8 grudnia 2016

Co za dużo, to niezdrowo: o "Małym życiu" Hanyi Yanagihary

 3/6

Zmęczyłam Małe życie. Dawno nie czytałam powieści aż tak długo, a jednocześnie tak nieregularnie: początkowo normalnym tempem, potem coraz wolniej, z dłuższą przerwą po 40% tekstu (Litości, dopiero czterdzieści procent?! Nie mogę. Może lepiej przerwać...?), by wreszcie, po powrocie do lektury, doczytać ją do końca szaleńczym sprintem. Motywację do sprintu miałam podwójną i tak sobie myślę, że doskonale odzwierciedla ona mój ambiwalentny stosunek do Małego życia jako takiego: trochę było w niej ciekawości i przejęcia losami bohaterów, ale równie dużo znudzenia, irytacji i przemożnej chęci zostawienia tej lektury za sobą. Tak, należę do tej mniejszości, której Małe życie nie zachwyciło, którą zdumiewa medialny szum wokół tej pozycji i niezliczone pięciogwiazdkowe recenzje. I o ile nie mogę powiedzieć, że historia opisana przez Yanagiharę pozostawiła mnie całkowicie obojętną, to jednak mam do niej spore zastrzeżenia.

Głównym bohaterem Małego życia jest niejaki Jude St. Francis oraz troje jego przyjaciół: Willem, Malcolm i JB (i już do tego zdania mogę podpiąć dwa zastrzeżenia... ale porządek musi być, coby mi się to wszystko zupełnie nie rozjechało). Fabuła rozciągnięta jest na ponad 30 lat, podczas których towarzyszymy naszym bohaterom (ekhm, ekhm) w codziennych zmaganiach, obserwujemy rozwój ich karier, wzajemnych relacji, ich kryzysy i mozolne wychodzenie z nich (albo, ekhm ekhm, nie). Po kilku początkowych rozdziałach staje się jasne, że to Jude ma tu największy potencjał powieściowy: zamknięty w sobie, nieufny, nie chce opowiadać o swojej przeszłości i wyraźnie skrywa jakąś tajemnicę, której nikt, nawet najbardziej zaprzyjaźniony z nim Willem, nie jest w stanie z niego wydobyć. Zgodnie z przewidywaniami, z czasem fabuła zaczyna kręcić się wokół niego i jego przeżyć. Dla przyjaciół Jude nadal pozostaje zagadką, ale czytelnik stopniowo poznaje kolejne fragmenty jego dramatycznego dzieciństwa i wczesnych lat nastoletnich. Równolegle może obserwować, jak bardzo dorosły Jude nie radzi sobie z traumą sprzed lat, jak bardzo wykrzywiona jest jego samoocena (nawet nie zaniżona, a właśnie wykrzywiona; to, jak Jude odbiera sam siebie, nie mieści się w żadnej skali).  

Małe życie porusza trudny i ważny problem: nie tylko (ewentualny spojler?) pedofilii i dziecięcej prostytucji, ale też jej długofalowych, ciągnących się za ofiarą latami, tragicznych skutków. Entuzjastyczni recenzenci piszą nieodmiennie o emocjach, jakie wywołała w nich ta lektura, o tym, jak wielki ból przy niej czuli, ile się napłakali, jak bardzo nie potrafią wyrzucić tej historii z pamięci. I oczywiście, mnie też raz po raz coś ścisnęło za gardło - chociaż, o ironio, wcale nie przy dramatycznych wspomnieniach Jude'a czy przy naturalistycznych opisach jego samookaleczania, a raczej przy nielicznych przebłyskach piękna. Taka np. scena, w której Jude nareszcie pojmuje, że jego adopcyjni rodzice kochają go jak własnego syna, że nie zamierzają go wyrzucić na śmietnik, niezależnie od tego, jak się zachowuje. Albo większość scen z Willemem (to w ogóle moja ulubiona postać i bardzo żałuję, że autorka zrobiła z niego tylko dodatek do cierpiącego głównego bohatera), przyjacielem idealnym, który zdaje się być dla Jude'a jedyną deską ratunku. Ale żebym miała utopić czytnik we łzach czy rozmyślać nad tym, jak okrutne scenariusze potrafi pisać życie? Niewykonalne. Bo ja w świat wykreowany przez autorkę, po prostu, nie wierzę.

wtorek, 8 listopada 2016

Życie w katotalibanie: "Opowieść podręcznej" Margaret Atwood

5/6

Rok 1984 niespecjalnie mi się podobał (o czym pisałam - na świeżo, a więc niezbyt składnie - o tu). Wydał mi się przesadzony, nieprawdopodobny psychologicznie; nie wierzę ani w reżim marnotrawiący tyle czasu i energii na przekonywanie skazańców do swoich racji, ani w aparatczyków przedkładających interes otwarcie żądnej władzy partii nad swój własny. Szczerze mówiąc, kojarzy mi się to bardzo kreskówkowo: z takim stereotypowym czarnym charakterem, który chce "przejąć władzę nad światem" i "pogrążyć go w mroku". Bez motywacji, bez korzyści, bo tak. Brakuje tylko mrocznego śmiechu.
Nowy, wspaniały świat podobał mi się bardziej. Mniej depresyjny, bardziej logiczny, nawet struktura społeczna tego świata została całkiem przekonująco wyjaśniona. Byłam w stanie uwierzyć, że twórcy systemu być może kierowali się jakimiś ideałami. Może nawet chcieli dobrze. Może nawet ten ich brave new world miał jakieś plusy?

Opowieść podręcznej plasuje się w moim osobistym rankingu zdecydowanie bliżej Nowego, wspaniałego świata. Mam wrażenie, że nawet go przebiła - chociaż zbyt dawno temu czytałam Huxley'a, żeby móc uczciwie porównać obie powieści. Równie logiczna i przerażająco nie-nieprawdopodobna. Zresztą, kategoria prawdopodobieństwa nie ma tu raczej zastosowania; Atwood wyraźnie sięga do autentycznych wydarzeń, zarówno tych sprzed stuleci, jak i z historii najnowszej. Mamy tu do czynienia z patriarchalnym, ekstremalnie religijnym społeczeństwem, w którym współczesne, samodzielne kobiety zostają nagle pozbawione prawa do samostanowienia, majątku, głosu. I chociaż religia, której podporządkowane zostaje ich życie wywodzi się z kręgu judeo-chrześcijańskiego (autorka nigdzie nie identyfikuje bliżej sekty, o której pisze; nazwy rzeczywistych odłamów chrześcijaństwa padają tylko w kontekście prześladowań), to świat przedstawiony dziwnie przypomina Iran z lat osiemdziesiątych czy Afganistan po przejęciu władzy przez talibów:
A group of people is coming towards us. They're tourists, from Japan it looks like, a trade delegation perhaps, on a tour of the historic landmarks or out for local color. They're diminutive and neatly turned out; each has his or her camera, his or her smile. They look around, bright-eyed, cocking their heads to one side like robins, their very cheerfulness aggressive, and I can't help staring. It's been a long time since I've seen skirts that short on women. The skirts reach just below the knee and the legs come out from beneath them, nearly naked in their thin stockings, blatant, the high-heeled shoes with their straps attached to the feet like delicate instruments of torture. The women teeter on their spiked feet as if on stilts, but off balance; their backs arch at the waist, thrusting the buttocks out. Their heads are uncovered and their hair too is exposed, in all its darkness and sexuality. They wear lipstick, red, outlining the damp cavities of their mouths, like scrawls on a washroom wall, of the time before.

I stop walking. Ofglen stops beside me and I know that she too cannot take her eyes off these women. We are fascinated, but also repelled. They seem undressed. It has taken so little time to change our minds, about things like this.

Then I think: I used to dress like that. That was freedom.

Westernized, they used to call it.

wtorek, 27 września 2016

Z ciała srogim żelazem wypchnięte jelita, czyli subiektywnie o "Iliadzie"


- <<Bogów synu! - Odyseusz tymi rzecze słowy -
Achillu! Hamuj w sobie zapał Aresowy
I głodnych ludzi w pole nie prowadź niebacznie;
Bo gdy raz bój uparty z Trojany się zacznie,
A bóg w piersi rycerzom odwagę wlać raczy,
Nierychły bardzo koniec ta walka obaczy,
Każ, niech w namiotach wojsko chleb i wino bierze:
Chleb i wino do boju umacnia rycerze.
Nikt nie dotrzyma pola do słońca zachodu,
Kto cierpi we wnętrznościach przykre czucie głodu (...)
Iliada jest dziwną książką. Niby każdy ją zna, każdy mniej-więcej wie, o co w niej chodzi i jak się kończy, ale mało kto rzeczywiście porwał się na jej przeczytanie. Książka-klasyka, i to klasyka absolutna, zajmująca arcyważne miejsce w historii literatury, przez co nie sposób jej nie szanować, niezależnie od tego, jak męczącym doświadczeniem byłaby dla czytelnika jej lektura. Ja też nie będę się wygłupiać i porywać na recenzję dzieła, które doczekało się już setek analiz ludzi o wiele lepiej ode mnie obeznanych z tematem. Za to chętnie podzielę się paroma świeżymi, zupełnie nieprofesjonalnymi wrażeniami z lektury.

Iliada wspaniale się zaczyna i wspaniale kończy.
Tylko ten okropny środek...!

Właściwie powinnam się tego spodziewać - w końcu każdy wie, że głównym tematem Iliady jest wojna Achajów z Trojanami. Powinnam spodziewać się ciągłych walk, krwawych opisów i bohaterskich zabójstw. Ale ten początek, te dyskusje w achajskim obozie, ten foch Achillesa - to wszystko również, jakby nie było, związane było ściśle z wojną i naiwnie uwierzyłam, że moje obawy były niepotrzebne, że więcej będzie tu fabuły niż jatki. Cóż - nie ma. Już w następnej księdze zabawa rozkręca się na całego.

niedziela, 18 września 2016

Wenecja 2016

Chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się regularnie i z zainteresowaniem śledzić festiwal filmowy w Wenecji (dziwne, Berlinale czy Cannes poświęcam więcej uwagi, a wcale nie lubię ich bardziej...). "Śledzić" oznacza tu tyle co "czytać na bieżąco recenzje kolejnych filmów / szukać informacji", jako że do samej Wenecji nikt mnie (niestety!) nie zaprosił*; konkursowych filmów nie widziałam, więc mogę tylko dodać kolejne tytuły do niekończącej się listy Filmów, Które Muszę Obejrzeć i liczyć na to, że kiedyś, gdzieś uda mi się na nie natrafić. Sporo ich, chyba więcej niż zazwyczaj. Tak mniej więcej... Połowa wszystkich nominowanych? Czyżby tegoroczne biennale było ułożone specjalnie pode mnie? :) 

Jeżeli ciekawi Was, co w tym roku przyciągnęło moją uwagę - zerknijcie poniżej.
(Opisy pochodzą ze stron filmweb.pl i/albo imdb.com).

sobota, 13 sierpnia 2016

Jean Rhys, 'Wide Sargasso Sea' // "Szerokie Morze Sargassowe"

5,5/6

Wypożyczyłam sobie Wide Sargasso Sea i ustawiłam je w kolejce do przeczytania głównie dlatego, że co rusz natrafiałam na ten tytuł na kolejnych listach ze strony List Challenges. Powieść Jean Rhys, chociaż w Wielkiej Brytanii zaliczana jest już do współczesnej klasyki, w Polsce, z tego co się orientuję, pozostaje prawie nieznana (na Biblionetce ma ledwie trochę ponad 40 ocen...), więc w sumie nic dziwnego, że nigdy wcześniej o niej nie słyszałam. Zachęciła mnie - jakie to bardzo w moim stylu... - okładka. Nie ta z Penguina, zdobiąca wydanie, które ostatecznie udało mi się zdobyć, ale ta:


Co z tego wynika? Ano to, że poza tym, co sugerowała mi właśnie ta kolorowa okładka i tytułowe Morze Sargassowe, nie miałam zielonego pojęcia, za co się zabieram. Dowiedziałam się tego dopiero z opisu z tylnej okładki i wstępu (tak na marginesie: jak ci Brytyjczycy czy Amerykanie to robią, że ich wstępy tak dobrze się czyta? Toż to jest nieraz ciekawsze niż właściwa powieść!), i w sumie trochę tego żałuję, bo jaką przyjemnością musiałoby być samodzielne odkrywanie, kim właściwie są bohaterowie Szerokiego Morza Sargassowego

Sami spójrzcie:

sobota, 23 lipca 2016

Jacek Dehnel, "Lala"

5/6

Lala Jacka Dehnela (którą ciągle traktuję podświadomie jak wydawniczą nowość, a tu przecież od premiery minęło już jakieś dziesięć lat...) to książka wprawdzie nierówna, ale jednak, w ogólnym rozrachunku, bardzo dobra. Może nie aż tak dobra jak Władca much czy Zabić drozda, moje największe czytelnicze odkrycia tego roku, ale z takim Pożegnaniem z Afryką (odkrycie o pół oceny mniejsze) spokojnie może już konkurować. Widzę zresztą parę zaskakujących podobieństw między tymi tytułami: obie książki pozbawione są jakiegokolwiek suspensu czy choćby prób budowania napięcia, narracja jest leniwa, odprężona, a mimo to, z niewiadomych powodów, ciężko się od czytania oderwać. W pewien sposób podobni są też ich główni bohaterowie: szlachta zamieszkująca najokazalszą rezydencję w okolicy, samotna wyspa pośród tłumu zwyczajnych ludzi, która wprawdzie przygląda się chłopstwu z sympatią, ale jednocześnie jest doskonale świadoma własnej odrębności. No i obie książki są zbiorem wspomnień - z tą tylko różnicą, że w przypadku Lali to nie sama tytułowa bohaterka, a jej wnuk postanowił przelać te wspomnienia na papier.

środa, 20 lipca 2016

'The Broken Circle Breakdown' // "W kręgu miłości" (2012; Belgia, Holandia)

Ostatnio raczej czytam niż oglądam, a jeśli już oglądam, to bez szczególnego zachwytu. Nie wiem, czy przez ponowne zwrócenie się w stronę książek wypadłam z rytmu i straciłam jakąś, nazwijmy to, filmową wrażliwość, czy wręcz przeciwnie, naoglądałam się już tylu filmów, i to w relatywnie krótkim czasie, że przejadły mi się i nic nie robi już na mnie wrażenia. Czy może po prostu mam w tych ostatnich tygodniach filmowego pecha. W każdym razie, wczoraj, po raz pierwszy od dłuższego czasu, udało mi się tę złą passę przełamać. Belgijsko-holenderska koprodukcja The Broken Circle Breakdown (swego czasu uhonorowana zagranicznym Cezarem, i to przy zacnej konkurencji: Blue Jasmine Allena, Wielkie piękno Sorrentino...) to film ciężki i wyczerpujący emocjonalnie, ale przez to zapadający w pamięć. Doskonale zagrany, z piękną ścieżką dźwiękową, przepełniony na zmianę pięknem i smutkiem. Unikający łatwych rozwiązań, ale też ckliwego melodramatyzmu. Jak na mnie: bardzo dobre kino, dokładnie takie, jakie lubię. Kto by się spodziewał...?

Najpopularniejsza wersja plakatu wygląda zupełnie inaczej (o tak), ale, jak na mnie, gorzej oddaje treść filmu. Mnie przynajmniej ta sterylna szarość odrzucała i sugerowała zupełnie inną zawartość niż w rzeczywistości.
W kręgu miłości // The Broken Circle Breakdown
Reżyseria: Felix van Groeningen
Obsada: Veerle Baetens, Johan Heldenbergh, Nell Cattrysse
Ocena: 8/10

czwartek, 14 lipca 2016

Jon Krakauer, 'Into the Wild' // "Wszystko za życie"

4/6

[Uwaga: Wpis nie zawiera spojlerów książki, za to - jak i sama książka - zdradza zakończenie jej filmowej adaptacji już w pierwszym akapicie. Jeżeli nie znasz historii Chrisa McCandlessa i chciałbyś najpierw obejrzeć film, a dopiero potem (może) przeczytać książkę, lepiej nie czytaj dalej].

Into the Wild Jona Krakauera - znane jako opowieść o młodym idealiście rozpaczliwie pragnącym żyć inaczej niż nakazywało mu to materialistyczne społeczeństwo, który w poszukiwaniu "prawdziwego życia" zawędrował na Alaskę i tam umarł z wycieńczenia/głodu -  oscyluje gdzieś na granicy reportażu, eseju i zbeletryzowanych zapisków z prywatnego, dziennikarskiego śledztwa. Chris McCandless jest wprawdzie głównym, ale absolutnie nie jedynym bohaterem książki. Jego historia nie jest tu  - w przeciwieństwie do filmu pod tym samym tytułem - przedstawiona w kolejności chronologicznej. Punktem wyjścia opowieści jest jej koniec: odnalezienie zwłok wychudzonego włóczęgi w alaskańskiej dziczy. Krakauer, dobra dusza, od początku informuje nas, że ucieczka na Alaskę nie skończyła się dla głównego bohatera tak, jak to sobie wymarzył, a tym samym oszczędza nam nieprzyjemnej niespodzianki, z której w wersji filmowej nie zrezygnował, niestety, Sean Penn (ja wiem, że suspens się dzięki temu zrobił i w ogóle, z reżyserskiego punktu widzenia to było sensowne zagranie, ale to było za nieoczekiwane, za smutne, zniszczył mnie ten koniec - panie Penn, 6-7 lat minęło od seansu i ciągle nie doszłam do końca do siebie, tak się nie robi)...

Rzeczywisty Christopher McCandless aka Alexander Supertramp (źródło)
Chronologia nie jest zachowana również później. Krakauer opisuje swoje spotkania z ludźmi, którzy poznali Chrisa na różnych etapach jego wędrówki (wędrówek?); korzystając z zapisków samego Chrisa szczegółowo odtwarza jego wcześniejsze (tj. przed-alaskańskie) podróże, opisuje jego dzieciństwo i lata nastoletnie. Cały czas stara się też zrozumieć motywy jego postępowania; jeden rozdział poświęca - w ramach charakterystyki porównawczej - innym uciekinierom od cywilizowanego świata, a dwa wręcz swojej własnej, młodzieńczej, szalonej podróży na Alaskę. Dostajemy również kilka rozdziałów oscylujących między dramatem a thrillerem, czyli opis (idącego jak po grudzie...) ustalania tożsamości zmarłego i reakcji jego bliskich na wiadomość o jego śmierci. Dopiero ostatnich kilka rozdziałów traktuje o samej wielkiej, alaskańskiej wyprawie Chrisa-Alexa - na tyle, oczywiście, na ile autor był w stanie odtworzyć jej przebieg.

niedziela, 10 lipca 2016

John Updike, "Uciekaj, Króliku" // 'Rabbit, Run'

2/6

Dziwnie się wraca do pisania po tak długiej przerwie; jeszcze dziwniej, jeżeli z góry ma się świadomość, że ta nowa notka, pierwsza od ponad miesiąca, będzie jedną z najbardziej marudnych w historii bloga. A będzie. Postanowiłam zapoznać się z twórczością Johna Updike'a właściwie bez powodu - poza tym jednym, że w jednej z moich wcześniejszych tegorocznych lektur natknęłam się przypadkiem na jego nazwisko. Zawsze jakoś dziwnie mi się robi, kiedy ktoś ot, tak, od niechcenia, wspomina o jakimś pisarzu, a ja po raz pierwszy w życiu o nim słyszę; przy najbliższej okazji wypożyczyłam więc tego nieszczęsnego Rabbita, który jest najsłynniejszą powieścią Updike'a i miał być ponoć przenikliwym, sarkastycznym portretem Ameryki lat 60. Mój ty świecie, jeżeli tak wyglądało wówczas USA, to cieszę się, że przyszło mi żyć w zupełnie innym miejscu i czasie...

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Francja: "Ludzie Boga" ('Des hommes et des dieux') i "Historia Marii" ('Marie Heurtin')

Współczesne kino francuskie jest dla mnie zagadką. Z jednej strony komedie-perełki, jakich próżno szukać gdzie indziej: powszechnie znani i lubiani Nietykalni, parę lat później Za jakie grzechy, dobry Boże?, gdzieś po drodze Imię (niby porównywane do Rzezi Polańskiego, która jednak na jego tle wypada sztucznie i męcząco) - a to tylko pierwsze tytuły, jakie przychodzą mi do głowy. Z drugiej strony, wiara we wrodzony urok francuskich produkcji łatwo może obrócić się przeciwko nam: no bo jednak nie, nie wszystko co z Francji jest dobre; wręcz przeciwnie, im więcej się tego ogląda, tym wyraźniej widać, że perełki się, i owszem, zdarzają, ale zjawiskiem powszechnym bynajmniej nie są. Lekkość opowiadania może być plusem (i z pewnością często nim jest), ale jeżeli reżyser zabiera się za dramat obyczajowy, czy choćby obyczajówkę z elementami dramatu, to przy takim ślizganiu się po powierzchni powstaje obraz płytki jak kałuża (a przesłanie filmu można streścić jako: "jeżeli nie układa ci się w życiu, zdradź męża/żonę!" - francuskie podejście do seksualności, a raczej: jego przedstawienie w filmach, to zresztą temat na osobną notkę...). Czy jest na sali ktoś, kto oglądał Kobiety z 6. piętra i/albo Lily? Czy tylko mi te happy endingi wydały się jakieś... niespecjalne?

Wobec tego właśnie podejścia, wybitnie liberalnego, zaskakujące jest, że Francuzi potrafią tworzyć piękne filmy oscylujące wokół stanu duchownego - co jest tematyką, zdawałoby się, konserwatywną z natury. A potrafią. "Oscylujące" to w tym przypadku słowo-klucz - bo nasi bohaterowie są przede wszystkim ludźmi, a dopiero potem zakonnikami, i lęki, z którymi muszą się mierzyć, są powszechne, znane i nam, i naszym pra(praprapra...) dziadkom. Podstawowy instynkt samozachowawczy kontra poczucie obowiązku, pogodzenie (albo i nie) ze śmiercią, wewnętrzna walka o zachowanie wiary. Większości z tego każdy z nas prędzej czy później doświadcza...

Mówię tu przede wszystkim o dwóch filmach, które udało mi się w ostatnich dniach obejrzeć: Ludziach Boga i Historii Marii. Bez obaw, to tylko tytuły brzmią tak stereotypowo-biblijnie.

wtorek, 10 maja 2016

Ktoś musi pracować, by bawić się mógł ktoś: o "Dworku Longbourn" Jo Baker.

5/6

Pierwszy raz przeczytałam o Longbourn u Pyzy Wędrowniczki, w komentarzach pod którymś ze starszych już wpisów. Sądząc po tonie, w jakim utrzymany był i komentarz, i odpowiedzi na niego, Longbourn jest powieścią dość dobrze znaną, choćby i tylko ze słyszenia, wśród fanów Jane Austen, a w dodatku zbiera całkiem niezgorsze recenzje (w przeciwieństwie, na przykład, do takiej niewiele starszej Emancypacji Mary Bennet - nadal się nie odważyłam...!). Mi jakoś tytuł nigdy wcześniej o uszy się nie obił. Może i nie ma w tym nic dziwnego, bo ciężko byłoby nazwać mnie wielką fanką Austen; wprawdzie przeczytałam wszystkie powieści autorki przetłumaczone na polski, ale z reakcjami na nie bywało różnie. Zaczęłam od Emmy, która podobała mi się całkiem-całkiem, potem przyszła kolej na Dumę i uprzedzenie, która podobała mi się bardzo, na Rozważną i romantyczną, która wynudziła mnie na śmierć, na Opactwo Northanger, które pokochałam, a wreszcie na Mansfield Park i Perswazje, które nie podobały mi się w ogóle. Fanka? Chyba jednak nie...

czwartek, 28 kwietnia 2016

Paranormalne a dobre: "Piękne istoty" // 'Beautiful Creatures'

Przerwa Wielkanocna, która trwała w moim przypadku prawie dwa tygodnie, zupełnie wybiła mnie z rytmu. Potem trzeba było jakoś wrócić do codzienności, potem praca trochę przytłoczyła, popodróżowało się tu i ówdzie... Słowem, na bloga nie miałam albo czasu, albo chęci, a nieraz ani jednego, ani drugiego. Tak czy owak: motywacja wróciła, głowa mi dzisiaj działa, więc biorę się wreszcie za posta, do którego zbierałam się od dobrych dwóch tygodni. Wracam do Was z recenzją filmu, który oceny zbiera średnie, komentarze jeszcze słabsze, mi za to spodobał się tak bardzo, że nie wybaczyłabym sobie, gdybym chociaż nie spróbowała Was do niego przekonać. Przed Państwem Piękne istoty!

 Piękne istoty // Beautiful Creatures (2013, USA)
Reżyseria: Richard LaGravenese
Obsada: Alden Ehrenreich, Alice Englert, Jeremy Irons, Emma Thompson, Viola Davis, Emmy Rossum
Ocena: 8,5/10

czwartek, 10 marca 2016

George Orwell, "Rok 1984"


Uprzedzę na wstępie: jestem świeżo po lekturze Roku 1984 i piszę tę notkę głównie dlatego, że kłębi mi się w głowie stado rozszalałych i zupełnie nieuporządkowanych myśli, i mam wrażenie, że oszaleję, jeśli się ich szybko z tej głowy nie pozbędę. W tłumaczeniu: istnieje duże prawdopodobieństwo, że to, co tu za chwilę wyprodukuję, będzie jakąś dziką, trudną do ogarnięcia plątaniną opisu fabuły i moich osobistych wyznań, więc wyłuskanie z tego logicznego sensu może być trudniejsze niż zwykle. Jeżeli szukacie zwykłej recenzji, to szczerze Wam radzę, zmieńcie adres, bo tego pod to określenie nie będzie można podciągnąć. Zostaliście ostrzeżeni. Uwaga, zaczynam!

poniedziałek, 7 marca 2016

J. D. Salinger, "Buszujący w zbożu" // 'The Catcher in the Rye'

 
Pierwszy raz usłyszałam o Buszującym w zbożu chyba za czasów licealnych. Coś mi świta, że miało to jakiś niejasny związek z listą lektur - czyżby na niej był, ale został wykreślony jako pozycja nieodpowiednia dla młodych umysłów? Czy raczej na odwrót: nie było go, ale ktoś miał pomysł, żeby go do niej dopisać? Nic z tego, nie pamiętam (i w dodatku miesza mi się to z pamiętną burzą wokół Ferdydurke...); tak czy inaczej, gdzieś w zakamarkach pamięci ostało mi się po tych dyskusjach przekonanie, że Buszujący w zbożu to książka bulwersująca, bluźniercza (a skoro bluźniercza, to zapewne antyreligijna?), bez wątpienia wzbudzająca silne emocje, a swego czasu wręcz zakazana. Zasiadłam więc sobie do czytania opowieści o tym heretyckim, cynicznym żniwiarzu, nastawiona na przemyślenia rodem ze Zbrodni i kary czy Złotej Pagody Mishimy. Na bohatera, o którym może ciekawie się czyta (albo i nie...), ale niekoniecznie chciałoby się go spotkać w ciemnej uliczce. I z zaskoczeniem odkrywałam krok po kroku, w jak wielkim byłam błędzie.

sobota, 27 lutego 2016

Harper Lee, "Zabić drozda" // 'To Kill a Mockingbird'

Shoot all the bluejays you want, if you can hit 'em, but remember it's a sin to kill a mockingbird.'
Nie wiem jak powinnam pisać o tej książce. No bo z jednej strony: absolutny klasyk. Zajrzyjcie na dowolną listę z gatunku '100 Books to Read Before You Die', a "Zabić drozda" na 100% na niej będzie. Czyli: powinnam zakładać, że potencjalny czytelnik też tę książkę zna, więc mogę dzielić się przemyśleniami bez zahamowań, bo i tak wszyscy znają fabułę. A z drugiej strony, mam wrażenie, że o ile powieść Harper Lee jest klasyką klasyk w Ameryce, o tyle nad Wisłą sprawa przedstawia się już trochę inaczej. Lekturą szkolną nie jest, w rozmowach - nawet w kręgach bardziej wykształconych i oczytanych - pojawia się stosunkowo rzadko. Bez porównania do takiej Rozważnej i romantycznej czy Jane Eyre. Tak sobie myślę, że pewnie wynika to z tematyki; niewolnictwo i późniejszy rasizm, zwłaszcza w południowych stanach, jest jednak takim typowo amerykańskim problemem, który tutaj, w środku Europy, ani nas ziębi, ani grzeje - tam jednak urasta do rangi narodowej traumy porównywalnej z niemiecką "traumą Hitlera". Temat ciągle nie jest zamknięty, ciągle wywołuje wyrzuty sumienia z gatunku: cholera, zbudowaliśmy nasze państwo na cierpieniu niewinnych, trochę wstyd. W każdym razie: nie wiem do końca, od której strony to ugryźć. Na wszelki wypadek postaram się nie wypisywać spoilerów, a przynajmniej nie oczywistych.

poniedziałek, 22 lutego 2016

Oscarowe odliczanie: "Carol" i "Dziewczyna z portretu" (a.k.a. 'The Danish Girl')

Wiecie, tegoroczne Oscary wyjątkowo mało mnie obchodzą. W minionych dwóch latach większość nominowanych filmów przyciągała moją uwagę i za punkt honoru stawiałam sobie obejrzenie ich wszystkich, coby wyrobić sobie opinię jeszcze przed galą... A w tym roku patrzę na tytuły z tej ścisłej czołówki niby najlepszych filmów roku - i nie czuję nic. Żadnego podekscytowania, żadnego "o, to bym sobie zobaczyła". Z ośmiu nominowanych filmów (tylko ośmiu! Mniej niż w ubiegłych dwóch latach, powinno być łatwiej, a tymczasem...) przyciągnęły moją uwagę trzy: Brooklyn, Marsjanin i Pokój. Ten pierwszy widziałam już jakieś półtora tygodnia temu; drugi był chyba w kinach dużo wcześniej, więc z pewnością go przegapiłam; trzeci wchodzi na ekrany dopiero w połowie marca. Oglądania reszty nie planuję. Cóż, może ominie mnie przez to jakiś interesujący obraz, który wcale nie wygląda na coś w moim guście (casus Nebraski sprzed dwóch lat!), ale trudno, nic nie poradzę. Poważnie, tak mnie od tych pozostałych nominacji odrzuca...

Zanim jeszcze ogłoszono nominacje rzuciłam się do kina na dwa filmy, które zapowiadały się raczej ciekawie (i raczej są), które ponoć na 99% miały być nominowane (a nie są), a już aktorki w nich występujące statuetki mają mieć jak w banku (w przypadku Alicii V. - mam nadzieję!). Mówię oczywiście o dwóch wielkich nieobecnych głównej kategorii, czyli Carol i Dziewczynie z portretu (The Danish Girl). Z dużym poślizgiem (moja motywacja do pracy twórczej, a do takiej zaliczam pisanie, spada zimą do zera. Bezwzględnego. Podejrzewam, że z korzyścią dla czytelników - nie chcielibyście czytać mojego zimowo-depresyjnego smęcenia, wierzcie mi...), ale zawsze: parę słów na temat obu produkcji.

piątek, 15 stycznia 2016

2015: literackie podsumowanie roku

Moje czytelnicze statystyki żadnego porządnego mola książkowego nie zwalą z nóg. 25 książek przeczytanych w roku 2015, średnio jedna na dwa tygodnie - rekord to to nie jest. A jednak mnie samą ten wynik bardzo cieszy. To dwa razy więcej niż w roku 2014! Jeszcze bardziej od niego cieszy mnie zaś świadomość, że znów, po raz pierwszy od długieeego czasu, czytanie sprawia mi przyjemność. Z tego powodu ubiegłoroczne 25 książek znaczy dla mnie o wiele więcej niż 25 książek sprzed dwóch lat; pamiętam, jak musiałam się wtedy do tego zmuszać i w bólach przedzierałam się przez kolejne stronice... A teraz - nie. No, przeważnie nie. 
 
 

sobota, 9 stycznia 2016

2015: filmowe podsumowanie roku

Nie jestem jakoś szczególnie przejęta tym, że zaczął się nowy rok. Pozdejmowałam ze ścian nieaktualne już kalendarze, z ulgą pozbyłam się też wreszcie gigantycznego kalendarza "torebkowego" i zastąpiłam go nowym, o ponad połowę mniejszym - i to by chyba było na tyle. Postanowień brak; z tymi filmowymi i książkowymi pożegnałam się na dobre, sportowe ograniczałyby się pewnie do biegania, a do tego się przy obecnej pogodzie nie zmuszę, za to rzeczy, na których naprawdę mi zależy, odkrywam na bieżąco i żadne noworoczne postanowienia nie są mi do ich realizacji potrzebne. Wiem z grubsza, co chciałabym w tym roku zrobić i osiągnąć, ale nie zamierzam spisywać na kartce listy punktów do realizacji. Każdy coach uznałby to zapewne za kardynalny błąd, bo przecież dopiero kiedy sprecyzujesz swoje cele masz szansę je zrealizować, ale u mnie ta złota zasada niespecjalnie się sprawdza. Za dwanaście miesięcy zobaczymy, kto wybrał lepszą metodę :P.

Tak czy inaczej, niezależnie od mojego obojętnego stosunku do zmiany daty, to dobry pretekst do małego filmowego podsumowania. Materiału trochę mam...



Related Posts with Thumbnails