sobota, 28 marca 2015

Magia kina niemego - moje początki

Spotkanie pierwsze:

Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy grało się jeszcze w pierwsze, pionierskie The Sims. Ściągam z jakiejś fanowskiej strony domek dla moich ludzików. Domek okazuje się być zamieszkany przez niejakiego Rudolpha Valentino. Mama robi znaczące miny i informuje mnie, że taki ktoś istniał naprawdę i był kiedyś bardzo sławnym i przystojnym aktorem. Przyjmuję informację, upycham ją gdzieś w mózgu i wracam do wirtualnego świata. Simy są dużo ciekawsze niż jacyś tam aktorzy sprzed lat.

Spotkanie drugie:

Parę dobrych lat temu. Osiem? Siedem? Jakoś podczas moich późniejszych lat licealnych. Powoli zaczynam odkrywać magię muzyki. Wynajduję "swoich" wykonawców, których płyty pomagają mi zrelaksować się po długich dniach w szkole. Któregoś dnia kupuję sobie najnowszy, wyczekiwany album Katie Melui: Pictures.


Album otwiera piosenka o niejakiej Mary Pickford, które to nazwisko nie mówi mi jednak nic. A przecież to pierwszy utwór na płycie, który powinien przykuwać uwagę i zachęcić słuchacza do przesłuchania całej reszty. Melodia jest chwytliwa, ale tekst nie trafia do mnie w ogóle - musiałabym wiedzieć, kto zacz. Ze wszystkich padających w piosence nazwisk mówi mi coś jedynie Charlie Chaplin, wnioskuję więc (jak się potem okazuje, w pełni prawidłowo), że rzeczona Mary Pickford była pewnie jakąś słynną aktorką sprzed lat, o której, oczywiście, nigdy nie słyszałam. Mały research na Wikipedii potwierdza moje domysły, a nawet pozwala mi zrozumieć zawartą w tekście piosenki (niezbyt dyskretną) aluzję do United Artists. Nie czuję specjalnej potrzeby pogłębienia tej wiedzy; filmów przecież prawie nie oglądam (zazwyczaj do pierwszych reklam...), historia kina mnie nie obchodzi, a na płycie jest tyle innych, ciekawszych piosenek...

Spotkanie trzecie:

Jakieś pół roku temu - może nawet mniej? - zasiadam z mężem do filmu o małym Hugonie i jego niezwykłym wynalazku. Od czasów licealnych zmieniło się w moim życiu wiele: primo, z nieszczęśliwie (obowiązkowo!) zakochanej nastolatki awansowałam na szczęśliwą mężatkę, którą smętne piosenki o rozpaczliwej miłości zdążyły już znużyć; secundo, przestałam oglądać losowe filmy w telewizji, a zaczęłam dobierać je sobie sama, w efekcie czego ze zdumieniem odkryłam, że odpowiednio dobrane kino wcale nie jest nudne, przewidywalne i pozbawione jakichkolwiek wartości; tertio - co prosto wynika z powyższego - pokochałam kino całym sercem i rzuciłam się do nadrabiania nagromadzonych przez laty zaległości, wpadając z jednej skrajności w drugą. 


Hugo i jego wynalazek miał być ciepłą i magiczną historią o zdolnym chłopcu, okazał się natomiast (między innymi, ale mnie akurat ten aspekt filmu uderzył najmocniej...) zakamuflowanym peanem na cześć pioniera kinematografii, francuskiego reżysera Georgesa Mélièsa. Jako że moja wiedza o początkach kina nadal tkwiła na poziomie "Mary Pickford wielką aktorką była", po seansie musiałam (a jakże!) znów przeprowadzić mały research, żeby przekonać się, czy pan Méliès istniał naprawdę, czy to tylko taki wymysł Martina Scorsese. 
Jeśli ktoś też ma takie wątpliwości - istniał. 
A mi po raz pierwszy przyszło do głowy, że może dobrze by było zapoznać się z tym najstarszym kinem, z początkami początków, z twórczością tych, na których, chcąc nie chcąc, wzorowali się potem wszyscy inni. Tyle tylko, że zupełnie nie wiedziałam, jak się za to zabrać. Od czego zacząć? Co jest ważne, wartościowe, a co można sobie spokojnie podarować? Filmografia pierwszych gwiazd kina przyprawia o zawrót głowy - listy tytułów ciągną się bez końca i to, że większość z tych filmów to krótkometrażówki, nijak nie pomaga w ogarnięciu tego ogromu dobra. Skapitulowałam... Na jakiś czas.

Spotkanie czwarte:

Połowa lutego 2015. Rodzice przyjeżdżają do mnie w odwiedziny, przywożąc ze sobą "ostatnie" wory tudzież kartony moich książek. Dużo wśród nich pozycji encyklopedycznych, którymi swego czasu uwielbiała obdarowywać mnie moja babcia, ja natomiast nigdy nie miałam zbytniej ochoty ich czytać. Robię wśród książek bezwzględną selekcję, planując oddać większość z nich do biblioteki. Wreszcie dokopuję się do jakiejś dziwnej pozycji o historii XX wieku, do której nigdy w życiu nie zajrzałam, choć dostałam ją, jeśli wierzyć dedykacji, w gimnazjum. Na wszelki wypadek postanawiam zrobić to teraz, zanim rzucę ten kloc na stertę "do oddania" - i książka otwiera mi się, zupełnie przypadkowo, na rozdziale pt. Łabędzi śpiew kina niemego...
Po dokładniejszym przyjrzeniu się rozdziały dotyczące kina okazują się być właśnie tym, czego potrzebuję. Niezbyt to szczegółowe, temat potraktowany jest mocno "po łebkach", ale dzięki wyliczankom ważnych tytułów jestem w stanie stworzyć sobie jako taki obraz tego, co dobrze byłoby obejrzeć. Filmwebowa lista znów się rozrasta, więc nie zwlekając zabieram się na oglądanie. I znikam z blogosfery na półtora miesiąca.
**********

Kino nieme jest... inne. Inne od tego, co oglądałam do tej pory, inne od tego, co sobie na jego temat wyobrażałam. Przede wszystkim, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, jest bardzo różnorodne. Są tu i pozycje pionierskie, które dziś jednak trudno traktować inaczej niż jako historyczną ciekawostkę, i tendencyjne, po których zęby aż bolą od zgrzytania, i tragicznie słabe, przy których aż ciężko uwierzyć, że odniosły kasowy sukces, i typowe filmy familijne, a wreszcie - arcydzieła, którym nie zaszkodził upływ czasu i które dziś również można oglądać z zachwytem.

Przygodę z kinem niemym zaczęliśmy na chybił-trafił: od Symfonii zmysłów (1927) z Gretą Garbo. Niezbyt to fortunny wybór, Symfonia... okazała się być bowiem klasyczną przedstawicielką typu tendencyjnego. Cenzura w Stanach szalała, kino miało propagować odpowiednie wartości moralne; jak nietrudno się domyślić, efekty takiej polityki są dość ciężkostrawne. Zaśmialiśmy się gorzko, kiedy jeden z bohaterów (ksiądz/pastor) pouczał innego bohatera słowami: Kiedy Szatan nie może posiąść duszy mężczyzny, tworzy kobietę dość piękną, by sprowadzić go na złą drogę  - ale trochę nas wcięło, kiedy z dalszego rozwoju wypadków jasno wynikało, że reżyser zamierza tej tezy dowieść. Oglądając filmy z tamtego okresu można dojść do wniosku, że najwyższym wyznacznikiem moralności było nieuprawianie seksu przed-/pozamałżeńskiego; kobiety zdradzające, kochające, zachodzące w nieślubne ciąże są tu prawdziwymi czarnymi charakterami i padają jak muchy.


Niezrażeni tym średnio udanym seansem oglądaliśmy dalej. Bardzo dużo było w tym ekstremalnie-krótko-metrażówek, trwających najwyżej parę minut - niekiedy nawet nie jedną! Pierwsze filmiki braci Lumiere, pierwszy filmik dźwiękowy Edisona (jeszcze z XIX wieku!), "magiczne sztuczki" Meliesa. Filmy, których ocenić nie sposób, a przynajmniej ja tego nie potrafię. Robotnicy wychodzący z fabryki byli niewątpliwie przełomowym osiągnięciem i trudno nie czuć respektu przed tym początkiem początków - ale nie oszukujmy się, nie będę oglądać go raz za razem z zapartym tchem (mówiąc zupełnie szczerze, podczas oglądania skomentowałam film słowami: o kurczę, ale wychodzą...!). Filmy Meliesa są interesujące pod względem technicznym, jako że reżyser stosuje w nich najwcześniejsze efekty specjalne - ale do bycia prawdziwie ciekawymi sporo im jednak brakuje. Rozdarta między ówczesną a dzisiejszą perspektywą, nie oceniam ich po prostu w ogóle.

Przyszedł czas na Szejka z Rudolphem Valentino w tytułowej roli. I - och, jakie to było złe! I fabuła, i przesłanie, i aktorstwo - zwłaszcza jego! Ponoć po tym właśnie występie Valentino stał się rozchwytywanym bożyszczem kobiet, co jest dla mnie kompletnie niepojęte. Te wytrzeszczone oczy, ten wyszczerzony uśmiech, którymi aktor próbuje przekazać absolutnie każdą emocję! 

Creepy...

Mary Pickford, po której sporo się spodziewałam, rozczarowała mnie mniej. Gra dobrze (o ile nie próbuje udawać małej dziewczynki - istna plaga ówczesnych filmów; dorosłe kobiety skaczą jak wariatki po całym pokoju i to ma przekonać widza, że są młode i dziecinne...) i jest naprawdę śliczna jak obrazek, tyle tylko, że większość filmów, które z nią widziałam, to cieplutkie, krzepiące filmy familijne. Może po prostu źle trafiłam? Mała księżniczka, Tajemniczy opiekun, nawet w Tess z kraju burz jest niezbyt poruszająca. Najlepiej wypadła chyba w Madame Butterfly - nie lubię tej opery i całą tę historię uważam za niemożebnie naiwną i irytującą jednocześnie, ale wersja filmowa podobała mi się dużo bardziej niż dzieło Pucciniego. Niemniej jednak, chociaż polubiłam panią Pickford i chętnie obejrzę z nią coś jeszcze, nie dorasta do pięt innej wielkiej postaci kina niemego - kontrowersyjnemu reżyserowi o nazwisku...

... David W. Griffith.

Griffith jest żywym dowodem na to, że kino nieme nie jest równoznaczne z kinem prymitywnym, prostym,  przestarzałym. Ze wszystkich niemych filmów, jakie do tej pory widziałam, produkcje Griffitha niosą ze sobą najwyraźniejsze przesłanie. Odkładając na chwilę na bok kwestię tego, czy się z poglądami reżysera zgadzamy czy nie - godne pochwały jest już samo to, że Griffith w ogóle miał poglądy i nie bał się dzielić się nimi z widzami. W porównaniu do wszystkich tych szejków, małych księżniczek i symfonii, filmy Griffitha szokują doprecyzowanymi, wciągającymi fabułami, głębią przemyśleń i poruszaną problematyką.

Największe kontrowersje ze wszystkich dzieł Griffitha wzbudzają Narodziny narodu (1915) - oskarżane o rasizm już tuż po premierze, a dla wielu dzisiejszych widzów po prostu skandaliczne. Ja sama nigdy bym nie przypuszczała, że obejrzę kiedyś film, którego głównym bohaterem będzie bohaterski przywódca Ku-Klux-Klanu i że będzie mi się ten film podobał - a podobał się. O tym, dlaczego nie uważam Narodzin narodu za film rasistowski mogłabym napisać całą rozprawkę; ten film zasługuje zresztą na osobny wpis. Parę razy reżyser przesadził (tablica o "odwiecznych prawach rasy aryjskiej" brzmi źle nawet bez skojarzeń z panem z wąsikiem...) i śmieszne jest to, że ze wszystkich przestępstw dyktatury czarnoskórego proletariatu Griffitha najbardziej zdaje się oburzać ich zainteresowanie białymi kobietami (i to legalne, moralne, żenić się chcieli...) - ale przez większość filmu nie czułam się szczególnie oburzona, bo to wszystko, co działo się na ekranie, było zupełnie logicznym, naturalnym następstwem lat niewoli.

Rok później Griffith, w poczuciu niezrozumienia, rozczarowany nietolerancyjnym odbiorem, z jakim spotkał się jego film (który stał się zresztą ówczesnym mega-hitem) nakręcił kolejny obraz: Nietolerancję (1916). Wersja reżyserska liczy sobie ponoć parędziesiąt (!) godzin, kinowa - "tylko" trzy. Dla mnie jest to film totalny. Druga dziesiątka w historii. Griffith rzuca w nim rękawicę wszystkim samozwańczym obrońcom moralności, obnaża ich obłudę i okrucieństwo, jasno pokazuje, ile cierpienia przynoszą innym, jak również to, że z nauką, na którą się powołują, nie ma to wszystko nic wspólnego (nie na darmo historia Chrystusa jest jednym z czterech wątków filmu - analogie widoczne są gołym okiem). Może trochę za dużo scen batalistycznych jak na mój gust, ale z drugiej strony, wtedy nie było ich jeszcze w co drugim filmie i musiały robić na widzu wrażenie.

I to wszystko ponad dziesięć lat przed Symfonią zmysłów, jakże uboższą pod każdym względem...!

**********

O zaletach filmów niemych
(nie zawsze i nie całkiem serio)
  1. Filmy nieme nie są przegadane. Konieczność umieszczania dialogów na planszach między scenami, czarno na białym, obnaża zbyt bezwzględnie wszelkie bezsensowne gadulstwo, wobec czego zazwyczaj po prostu ono nie występuje. Wyjątek: Szejk. Tam wszystkie dialogi można skwitować facepalmem.
  2. Filmy nieme są nieraz bardzo krótkie. Godzinka, może trochę dłużej - można łyknąć nawet jeśli wróciliśmy późno z pracy, jesteśmy zmęczeni i chcemy wcześnie położyć się spać. Polecam tu zwłaszcza te familijne filmiki z Mary Pickford.
  3. Filmy nieme są stare, a więc nieobjęte już prawami autorskimi. W związku z tym dostępne są w sieci, zupełnie legalnie, nieraz w dobrej jakości, nawet na Youtubie (ba, nawet na niemieckim Youtubie, na którym nawet teledysków nie ma...).
  4. Filmy nieme są... nieme. Nie ma więc konieczności używania słuchawek, od których uszy bolą, wsłuchiwania się w każdy dialog i identyfikowania ze słuchu dziwnych słów, których nikt już dziś nie używa. W zamian za to można urozmaicić sobie seans opatrując film własnymi dialogami - metoda polecana zwłaszcza przy filmach niespecjalnie mądrych i przesadnie tendencyjnych.
  5. Filmy nieme zamiast dialogów używają plansz z napisami, w związku z czym teoretycznie jesteśmy w stanie obejrzeć film nawet w języku, którego kompletnie nie rozumiemy - pod warunkiem, oczywiście, że mamy pod ręką żywego tłumacza. Ja właśnie przymierzam się z mężem do francuskiej Atlantydy, chociaż francuskiego nie znam ni w ząb. Może wyjdzie.
  6. Filmy nieme są fascynujące pod względem technicznym, jeżeli wie się oczywiście, na co patrzeć. Ja wszystkiego nie wiem na pewno, ale nawet te drobiazgi, z których zdaję sobie sprawę, są dla mnie szalenie interesujące. W jaki sposób kadrowane są sceny? Jakie przejścia stosuje reżyser? Skąd bierze się kolor? Czy w filmie dzieje się coś dziwnego, niemożliwego do normalnego sfilmowania - a jeśli tak, to jak to sfilmowano? Filmy nieme nauczyły mnie dostrzegać magię kina...

A na deser: jeden z fantastycznych filmików, które były (i wciąż są) dla mnie istną kopalnią wiedzy (i tytułów) na temat rozwoju kinematografii. Hollywoods History of Faking It jest jednym z najciekawszych odcinków, ale jeżeli ten wykład przypadnie Wam do gustu, to koniecznie sprawdźcie tez inne filmiki od Filmmaker IQ - zwłaszcza te o dźwięku i kolorze. Polecam najszczerzej jak się da.

Related Posts with Thumbnails