wtorek, 27 stycznia 2015

Oscarowe Odliczanie 2015: 'Gra tajemnic' i 'Birdman'

Dokonałam w ostatnich tygodniach szokującego odkrycia: praca na cały etat pożera lwią część niegdyś wolnego czasu, a co gorsza - ogranicza pozostały wolny czas do tego stopnia, że ciężko wygospodarować go dosyć na wszystkie dotychczasowe hobby. Wielkie zaskoczenie, wiem. Ta ciągle świeża zmiana mojego planu dnia przyniosła też jednak inny, tym razem rzeczywiście niespodziewany skutek: poprzestawiała mi mianowicie moje hobbystyczne priorytety i preferencje. Przez ostatnie półtora roku szalałam na punkcie kinematografii, jedynie od czasu do czasu przymuszając się do przeczytania tej czy innej pozycji; teraz odkryłam nagle, że dużo chętniej sięgam po jedną z piętrzących się na półkach (albo w czytniku...) książek. Wymyśliłam nawet dość logicznie brzmiące wytłumaczenie: dopóki większość czasu spędzałam w domu i brakowało mi dodatkowych bodźców, miło zaglądało mi się w obrazkowe historie innych ludzi; teraz, kiedy ludzi (i bodźców) mam na co dzień po dziurki w nosie, lepiej odpoczywa mi się przy czymś, co przynajmniej nie robi hałasu ;). W ostatnich dniach głównie wracałam więc do starych przyjaciół, którzy wreszcie opuścili karton i zajęli należne im miejsce. Parę ostatnich części Jeżycjady, Rilla ze Złotego Brzegu, Całe zdanie nieboszczyka Chmielewskiej. Czytam, czytam i oderwać się nie mogę.


W związku z powyższym, oglądam zdecydowanie mniej filmów niż do tej pory. Muszę przyznać, że Oscary kręcą mnie w tym roku dużo mniej niż w ubiegłym i wręcz trochę mnie do filmów zniechęcają - bo filmy, które sama sobie wybieram, są dużo ciekawsze niż te, które wybrała mi Akademia :P. Póki co udało mi się obejrzeć kolejne dwa - Grę tajemnic i Birdmana. Pozwólcie, że na wstępie zaspoileruję: Boyhood nadal pozostaje moim zdecydowanym faworytem do głównej nagrody...

Gra tajemnic to dobry film. W przeciwieństwie do wielu oburzonych filmwebowiczów nie czuję się osobiście urażona faktem, że polscy naukowcy, którzy w dużym stopniu przyczynili się do złamania Enigmy, nie zostali tu wymienieni z imienia i nazwiska. Może dlatego, że z założenia miał to być film nie o Enigmie, a o Alanie Turingu, więc nie ma większego znaczenia kto i co wcześniej z niemiecką maszyną robił. I jako biografia Alana Turinga wypada (tzn., jak na moje, niezbyt dokładnie zorientowane w temacie oko) bardzo przyzwoicie. Benedict Cumberbatch doskonale radzi sobie z rolą, a Keira Knightley po raz pierwszy od dawien dawna podobała mi się tu równie mocno, jak na samym początku kariery. Ona jest stworzona do wcielania się w takie postacie: charakterne, trochę zadziorne, dla których istnieją dużo ważniejsze rzeczy niż miłostki. Joan to niezwykła kobieta, zbyt inteligentna jak na czasy, w których przyszło jej żyć, stale żyjąca pod presją udowadniania, że nie jest głupsza od mężczyzn, a w dodatku doskonale sobie z tą presją radząca. I'm a woman in men's job and I can't afford the luxury of being an ass - informuje Turinga, kiedy ten nie może zrozumieć, dlaczego jest miła dla jego współpracowników. Powody, dla których decyduje się poślubić głównego bohatera, też są raczej nietypowe...
Sam Turing sprawia wrażenie chorego na zespół Aspergera. W retrospekcyjnych ujęciach widzimy go jako odizolowanego od grupy, szykanowanego chłopca, odbierającego rzeczywistość zupełnie inaczej niż jego rówieśnicy (groszek i marchewka?). W dorosłym życiu jest równie aspołeczny; rozumienie drugiego dna wypowiedzi (choćby dla przeciętnego Kowalskiego było ono tak zrozumiałe, że nie uważałby go nawet za drugie dno) przerasta jego możliwości, a myśl o współpracowaniu z... eee, współpracownikami... nawet nie postaje w jego głowie. Dziwne, że akurat z Joan udało mu się nawiązać nić porozumienia i szkoda, że film jakoś dokładniej nie wyjaśnia, skąd się ono wzięło - czy może raczej, nie przedstawia początków ich nietypowej przyjaźni.
Właściwie nie mam Grze tajemnic nic do zarzucenia. Aktorstwo jest dobre, fabuła ciekawa, zrealizowane jest to również bez zarzutu. Tyle tylko, że ten film jest tak strasznie... poprawny. Niespecjalnie mnie zaangażował, nie chwycił mnie za serce. Może dlatego, że Turinga, mimo wszystko, trudno szczerze polubić. Może dlatego, że historia jest, przynajmniej w ogólnych zarysach, dość znana i nie ma tu miejsca na wielkie zaskoczenia. Może dlatego, że (znów, podobnie jak w Teorii wszystkiego!) za mało miejsca poświęcono samym ideom Turinga, w związku z czym jego rozgryzanie Enigmy to dla widza podłączanie kolejnych części do wielkiej maszyny. Ciężko stwierdzić. To jeden z tych filmów, którymi tuż po seansie czuję się bardzo usatysfakcjonowana i radośnie wystawiam im ósemkę, ale następnego dnia dochodzę do wniosku, że zapomnę o tym obrazie już za parę tygodni...

Birdmana obejrzałam wczoraj i tylko wrodzony upór (i blogerskie poczucie odpowiedzialności - "przecież muszę napisać notkę!") powstrzymały mnie przed poddaniem się po jego pierwszych 60 minutach. Czas na zarzut, który naprawdę rzadko się na tym blogu pojawia: Birdman, a zwłaszcza jego pierwsza połowa, jest po prostu śmiertelnie nudny. Może obejrzałam go w złym momencie, może byłam zbyt zmęczona, nie wiem - ale historia Riggana Thomsona nie zaciekawiła mnie nawet w najmniejszym stopniu. Do szału doprowadzała mnie ścieżka dźwiękowa - monotonne, irytujące dudnienie, które w dodatku zagłuszało kwestie aktorów. Akcji tu niewiele, fabuła niby zmierza w stronę filmu psychologicznego, ale jednocześnie jest to za hałaśliwe i za absurdalne, żeby rzeczywiście się w psychikę bohatera zagłębić. Elementy komediowe... Hmm, może miałam wyjątkowo skopany humor, ale w ogóle ich nie zauważyłam. Chyba że mówimy o tym straszliwie zabawnym momencie, kiedy szlafrok bohatera utyka w zatrzaśniętych drzwiach, w związku z czym Thomson biegnie do głównego wejścia w bokserkach...?
Na szczęście w drugiej połowie film trochę zwalnia, dudnienie jakby przycicha i pojawiają się nawet sceny wskazujące na to, że supermoce bohatera (tak, tak, przez cały film je przejawia...) istnieją tak naprawdę tylko w jego głowie, a on sam cierpi na bliżej niezidentyfikowane zaburzenia psychiczne (schizofrenię?), które pchają go na skraj samobójstwa, zupełnie zresztą nieplanowanego. Ba, niektóre ujęcia są naprawdę piękne (i nie mam tu wcale na myśli całego tego lotu Birdmana nad miastem, a Sam odwiedzającą ojca w szpitalu...). W bodajże dwóch scenach dudnienie zostało zastąpione lirycznymi smyczkami - balsam na moje umęczone dudnieniem uszy, subiektywna ocena filmu od razu podskoczyła mi o co najmniej jedno oczko... Ale znów - zakończenie (to najzupełniej końcowe zakończenie) zupełnie nie przypadło mi do gustu, nijak nie wstrzeliło się w moje rozumienie tego filmu i zniszczyło właściwie jedyny wątek Birdmana, któremu udało się mnie zainteresować. Jeśli o Grze tajemnic zapomnę za parę tygodni, to Birdman nie wytrzyma w mojej pamięci nawet jednego. Szczerze mówiąc, już dzisiaj muszę mocno się koncentrować, żeby przypomnieć sobie, o czym w ogóle ten film był...
Większość nominacji dla Birdmana uważam za nietrafione (a nominacje za dźwięk i montaż dźwięku to już zupełny, ponury żart...), ale w jednym się z Akademią zgodzę: Edward Norton był fantastycznym Głównym Dupkiem i nie bolałaby mnie statuetka dla niego za tę rolę. Z nominowanych panów widziałam do tej pory tylko dwóch, ale już mam sporą zagwozdkę: Ethan Hawke też wypadł w Boyhood bardzo dobrze i sama nie wiem, na którego z aktorów ostatecznie bym się zdecydowała...
A Emma Stone do złudzenia przypominała mi tu Imogen Poots w Sztuce spadania. Bardzo przyjemne skojarzenie, nawiasem mówiąc.


The Imitation Game // Gra tajemnic (2014; Wielka Brytania, USA) - 7,5/10
Birdman (2014; USA) - 5/10

niedziela, 11 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014! (i parę planów na 2015)



Późno, bo późno, ale nareszcie udało mi się znaleźć wolną chwilę, wykopać z kartonowych odmętów laptopa i nawet podłączyć się do internetu. Najwyższy czas na krótkie podsumowanie 2014 roku!

Zacznę od siebie, a jak ;).

Jeśli wierzyć filmwebowym statystykom, obejrzałam w 2014 roku 131 filmów. To dla mnie absolutny życiowy rekord. Wynika z tego, że oglądałam coś mniej więcej co trzy dni, nieraz nawet częściej - a zdarzało mi się nawet obejrzeć dwa filmy jednego dnia! Dla porównania dodam, że w całym moim 25-letnim życiu obejrzałam (znów, jeśli statystyka nie kłamie...) jakieś 517 filmów, więc 25% mojego całościowego filmowego doświadczenia pochodzi tyko z zeszłego roku. Szok.

Wśród tych 131 tytułów znalazło się sporo bardzo dobrych pozycji, o których aż przyjemnie jest myśleć. O większości z nich pisałam na bieżąco i nie widzę potrzeby rozpisywania się o nich drugi raz - a zresztą, tyle ich było i to tak różnorodnych, że nie jestem w stanie wytypować tu kilku najlepszych "polecanek". Najwyższe noty, bo aż 9,5, otrzymały dokumentalny I Am i About Time, który - wbrew infantylnemu polskiemu tytułowi (Czas na miłość - bo Kwestia czasu na przykład byłaby już zbyt pomysłowa...) - nie jest lekką, głupiutką komedią romantyczną; w zasadzie to prawie wcale nie jest komedią romantyczną, tylko pięknym filmem o docenianiu własnego życia i cieszeniu się każdą chwilą. Całkiem sporo filmów dostało też ósemki; z całej tej grupy pominęłam na blogu tylko Promised Land (2012), Lady (2011) i Bhutto (2010). Wszystkie trzy polecam: pierwszy powinien spodobać się miłośnikom ekologii, choć i reszcie może przypaść do gustu dzięki odrobinie thrillerowego zacięcia, dwa późniejsze to zaś portrety niesamowitych, odważnych kobiet, które nie wahały się zaryzykować własnego życia w walce o demokratyzację ojczyzny. 

Porażkami roku (chociaż jak na porażki to i tak nie jest tak źle; wszystkie trzy filmy dostały ode mnie czwórki, chociaż nie do końca wiem za co...) okazały się za to Immediately Afterlife (krótkometrażowy film z Troian Bellisario i Shay Mitchell; całkiem ciekawy, ale fatalnie zagrany...), Zen i niesławny Spacer w chmurach, który był tak przeraźliwie złym filmem, że do dziś nie mogę o nim zapomnieć ;). Po tym seansie zaczęłam odczuwać bliżej nieokreślone obawy na widok Keanu Reevesa na plakacie jakiegokolwiek filmu... Bardzo rozczarowało mnie też Wzgórze nadziei, czyli Cold Mountain, które ratują tylko dobrze ropisane wątki wojenne.

Generalnie jednak jest bardzo dobrze. Mam chyba nosa do filmów (albo dostatecznie dobrze poznałam już "swój" filmowy typ), bo naprawdę rzadko zdarza mi się seans, który w ogóle mnie nie satysfakcjonuje. 3 słabe filmy na 131 obejrzanych to chyba dość dobry wynik :).

Premiery roku 2014...


Do tej pory udało mi się obejrzeć niewiele tegorocznych premier, ale w większości były to filmy, które bardzo przypadły mi do gustu. Niechlubnym wyjątkiem są tu tylko Mapy gwiazd, zupełnie niepasujące do moich filmowych kryteriów, ale nawet w tym przypadku nie żałuję poświęconego filmowi czasu. Trudno mi wytypować najlepszy film z tej piętnastki, ale do ścisłej czołówki zaliczyłabym Boyhood, Początek i Zanim zniknę. Trochę niżej umieściłabym Sztukę spadania, Desert Dancer i Zaginioną dziewczynę, jeszcze niżej - Grand Budapest Hotel, Teorię wszystkiego, Czarownicę i Calvary. Ale różnice między tymi poziomami są naprawdę minimalne...


Dużo obszerniejsza jest moja lista tegorocznych filmów, które dopiero chciałabym obejrzeć. Poza tymi z powyższych plakatów marzy mi się również najnowsza Madame Bovary i The Keeping Room z Brit Marling. W ostatniej chwili wyrzuciłam z obrazka Grace, księżną Monako - mam coraz większe wątpliwości, czy powinnam się za tę biografię zabierać...

Oczywiście, nie wszystkie z tych filmów nęcą mnie równie mocno. Absolutnym Must see jest dla mnie Effie Gray; rodzinny dramat, prerafaelici i Dakota Fanning w tytułowej roli - to nie może się nie udać! Od dawna czekam też na japońską Zawsze wodę (czy raczej Drugie okno, gdyby wysilić się na tłumaczenie z oryginału, nie z angielskiego...) i Świętsze od aniołów z Brit Marling. Kuszą mnie też niemieckie Siostry i Schiller, a także francuska Szalona miłość, która - według opinii, które dotychczas czytałam - ma wyśmiewać romantyczne podwójne samobójstwa kochanków i przedstawiać je jako coś zupełnie sztucznego, pozbawionego realnego uczucia i rodzaj ówczesnej mody. Romantyzm jest od dawna moim najmniej lubianym okresem w literaturze, nigdy nie lubiłam jęczącego Wertera, a przez czwartą część Dziadów ledwo przebrnęłam, więc coś mi się zdaje, że mam szansę pokochać ten film ;). Moim najnowszym odkryciem są Tajemnice lasu, czyli Into the Woods. Trailer jest fantastyczny i nie mogę doczekać się filmu!


...i nadzieje na rok 2015



Nie odkryłam do tej pory zbyt wielu filmów, na których premiery czekałabym z utęsknieniem. Poza powyższą piątką ciekawi mnie jeszcze Milczenie Boga (ekranizacja Milczenia Shusaku Endo - wolałam Samuraja, ale ta powieść też była bardzo dobra) i Amerykańska sielanka (Ewan McGregor, Jennifer Connelly i Dakota Fanning w jednym filmie...?). Podejrzewam, że dopiero przy okazji kolejnego Berlinale lista znów stanie się tak długa, że przestanę za nią nadążać... Póki co jednak najbardziej kusi mnie chyba  Milczenie Boga i W głowie się nie mieści (trailer oglądałam już z 10 razy...). Marsjanina chętnie bym przeczytała, ale mam trochę wątpliwości, czy w wersji filmowej nie wyjdzie z tego zwyczajny film katastroficzny...

Ogółem na mojej liście filmów do obejrzenia znajduje się obecnie 513 pozycji. Bardzo chciałabym, żeby za rok było ich tam mniej, bo trochę mnie ta liczba przytłacza ;). Z drugiej strony, byłoby mi bardzo przykro, gdybym odkryła, że obejrzałam już wszystko, co mogłoby mnie zainteresować - więc może ta rozrastająca się lista nie jest niczym złym? Tyle intrygujących tytułów, pasjonujących historii przede mną...

Życzę Wam wszystkim (i sobie też, a co!) udanego (nie tylko) filmowego roku! :)
Related Posts with Thumbnails