sobota, 28 listopada 2015

Cierpienia młodego Heathcliffa, czyli o "Wichrowych wzgórzach" Andrei Arnold

Jeżeli jesteś, drogi Czytelniku/Czytelniczko, wielkim fanem/fanką Wichrowych Wzgórz, jeśli od dawna wiesz, jak powinien wyglądać idealny Heathcliff, jeśli uważasz, że ekranizacja ma obowiązek ściśle trzymać się książkowego pierwowzoru, przedstawić go jak najdokładniej i pod żadnym pozorem nie dodawać niczego od siebie, to szczerze Ci radzę: nie oglądaj tego filmu. Nie spodoba Ci się, pewnie się tylko niepotrzebnie zdenerwujesz. Jeśli jednak wierzysz, że filmowa adaptacja książki - jeżeli ma być dobra -  musi się od pierwowzoru różnić, a od arcydokładnego przedstawienia wszystkich opisanych w powieści szczegółów ważniejsze jest dla Ciebie odwzorowanie jej ducha (może nawet dodanie autorskiej interpretacji?), Wichrowe wzgórza Andrei Arnold mają szansę Cię uwieść. Będzie inaczej, nie ukrywam. Ale czy to koniecznie musi znaczyć: gorzej?

Wuthering Heights // Wichrowe wzgórza (2011; Wielka Brytania)
 Reżyseria: Andrea Arnold
Obsada: Shannon Beer, Solomon Glave, Kaya Scodelario, James Howson 
Ocena: 6,5/10

W ogólnym zarysie akcja filmu niewiele różni się od tej książkowej (do pewnego momentu). Gdzieś na dalekiej północy, wśród bezkresnych, szkockich wrzosowisk, mieszka rodzina Earnshawów: ojciec i jego dwoje nastoletnich dzieci. Towarzyszy im dwójka służących: stary Joseph i młoda Nelly. Poza tym - pustka. Dookoła same dzikie pola, domy sąsiadów widnieją dopiero gdzieś na linii horyzontu. Do tego odciętego od cywilizacji miejsca powracający z dalekiej wyprawy ojciec rodziny przywozi nastoletniego, czarnoskórego chłopca. Znalazł go na ulicach Liverpoolu, samego, zdanego na siebie. Postanowił więc zabrać go ze sobą i wychować jak syna. To przecież oczywiste. Tak należało postąpić.
Panu Earnshawowi wypełnianie przykazania miłości bliźniego przychodzi łatwo. Jego dzieciom już nie. Ani prawie już dorosły Hindley, ani młodsza od niego Cathy nie są zachwyceni pojawieniem się Heathcliffa - bo tak zostaje ochrzczony ich nowy brat. Z biegiem czasu ich pierwotna niechęć ustępuje miejsca uczuciom o wiele żywszym. Hindley'a przepełnia nienawiść przemieszana z pogardą, której z przyjemnością daje wyraz przy każdej okazji; Cathy natomiast szybko przestaje się kryć się z fascynacją, jaką wzbudza w niej nieoczekiwany przybysz. Między dwójką młodych bohaterów zawiązuje się nieoczekiwana nić sympatii. Szybko stają się nierozłączni. I choć nie pada między nimi wiele słów, choć nie uświadczymy tu pięknych, wzniosłych deklaracji, to trudno wyobrazić sobie, jak mieliby funkcjonować oddzielnie...


Wichrowe wzgórza, te w interpretacji pani Arnold, to historia bardzo powolna i oszczędna w słowach. Wszystko jest tu podporządkowane wrażeniu jak największego realizmu, momentami przeplatanego (nietypowe zestawienie...) z ujęciami czysto impresjonistycznymi. Prowadzona z ręki kamera trzęsie się w rytm kroków bohaterów, kiedy ci biegną przed siebie, w dzicz. Podczas ich konnej przejażdżki włosy siedzącej z przodu Cathy zasłaniają prawie cały widok - tak zapewne widział ją w tym momencie Heathcliff - a gdy wiatr porusza ich pasmami można wręcz poczuć ich łaskotanie na policzku. W jakiś tajemniczy sposób film oddziałuje na wiele więcej zmysłów niż tylko wzrok i słuch. Aż czuć to zimno, tę wilgoć, ten wiatr wśród wzgórz. Nie ma tu stereotypowego piękna: wrzosowiska są puste, samotne, surowe. A jednak jest w tej surowości jakiś urok. Dziczy, przygody, wolności?
Niewiele dialogów. Absolutny brak muzyki, poza jednym utworem w końcówce filmu. Słuchać tylko huczący wokół wiatr. O tak, te wzgórza są z pewnością wystarczająco wichrowe...


Pierwszą połowę filmu oglądałam jak w transie. Atmosfera mnie oczarowała. Dopiero kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że już sporo czasu minęło, że jeszcze trochę a film się skończy, a tu ledwo co wymieniono aktorów na ich dorosłe odpowiedniki... Zaczęłam się trochę niepokoić. Nie bez powodu, jak się okazało, bo wersja Andrei Arnold równa się jedynie jakiejś połowie książki. Nie mam jej w tej chwili, niestety, pod ręką, więc nie mogę sprawdzić, ile oryginalnej fabuły wycięto - w każdym razie każdy, kto tę książkę przeczytał, domyśla się chyba, w którym momencie urwano akcję. Tak, w tym.

I wiecie, jak nie wymagam od filmu zgodności z książką, jak nawet cieszę się, jeśli pierwowzór jest dla reżysera tylko inspiracją, na kanwie której przedstawia własną, zmodyfikowaną historię, tak w tym przypadku nie potrafię się na tę kastrację nie skrzywić. 

Bo książkowe Wichrowe Wzgórza to opowieść o rozprzestrzenianiu się zła i o tym, jak sami tworzymy swoich własnych katów. Nigdy nie potrafiłam dostrzec w niej "opowieści o wielkiej miłości", którym to mianem jest powszechnie określana. Ani ze strony Cathy, która podjęła taką a nie inną, dobrowolną decyzję, ani (tym bardziej!) ze strony Heathcliffa, którego tzw. miłość wygląda mi raczej na chorobliwą obsesję. Widzę natomiast wyraźnie wypływającą z tej historii, bardzo prostą naukę: jeżeli kopiesz bliźniego, to nie dziw się później, że on kopie ciebie. Albo twoje dzieci. Wnuki. Sąsiadów, przyjaciół. Albo po prostu każdego, kto jest pod ręką, z czystej nienawiści do świata. Nabytej. Gratulacje, możesz być z siebie dumny.

Tymczasem film zubożono właśnie o to, co dla mnie jest w tej opowieści najcenniejsze. Niby widać pod koniec, że Heathcliff zgorzkniał, niby wiesza psa za obrożę, ale trudno nazwać to życiem zemstą. A że wątek romansowy całej historii niespecjalnie mnie przekonuje, to i film przekonał mnie średnio. Nie bardzo wiem, o czym był. O miłości, która zdawała się być beznadziejna i istotnie taka była? No, można to nazwać pewnym twistem fabularnym - brak twistu w momencie, w którym widz mógłby się go spodziewać... O cierpieniach młodego Heathcliffa, któremu znowu w życiu nie wyszło? To też nie moje klimaty...


W filmie widać też sporą rozbieżność między wydarzeniami przed i po wyjeździe Heathcliffa. Sądząc po warstwie formalnej filmu, efekt ten był w pewnej mierze zamierzony: ot, takie na przykład zestawienie statycznych ujęć podczas sztywnego picia herbatki z porcelanowego serwisu i rozdygotanych wspomnień dzikiego, nieskrępowanego niczym przemierzania wrzosowisk. Trudno o bardziej dosłowną metaforę. Jednocześnie jednak reżyserka trochę się w tym budowaniu rozdźwięku zapędziła. Innymi słowy: to nie rozbieżność, to istna przepaść, przez co sceny z dorosłymi Cathy i Heathcliffem nijak nie pasują do tego, co prezentowano w pierwszej, dużo dłuższej części filmu - a między wyjazdem a powrotem Heathcliffa miały (według książki) minąć, jeśli mnie pamięć nie myli, zaledwie dwa lata. Heathcliff, do tej pory gburowaty mruk, posługujący się tak dziwną odmianą angielszczyzny, że nawet nie próbowałam go zrozumieć (o ile, oczywiście, w ogóle się odezwał, co przytrafiało się naprawdę rzadko), nagle staje się kulturalnym dżentelmenem. Shannon Beer natomiast, grająca (z wielkim powodzeniem, nawiasem mówiąc) młodą Cathy, nagle przepoczwarza się w Kayę Scodelario. Która z pewnością piękną kobietą jest, ale nijak panny Beer nie przypomina i mimo szczerych chęci nie udało mi się uwierzyć, że to ta sama Cathy co do tej pory, tylko trochę doroślejsza. Trochę to chybiony wybór, zwłaszcza że rola dorosłej Cathy była tak krótka, że spokojnie można było kierować się przy nim tylko kryterium wyglądu jej potencjalnej odtwórczyni. Mam nieprzyjemne wrażenie, że Kaya Scodelario została zaangażowana do tego filmu głównie po to, żeby móc umieścić na plakacie choć jedno szerzej znane nazwisko...


Jestem więc trochę rozczarowana, bo mogło być pięknie, a wyszło tylko nieźle. Ale może Wam spodoba się bardziej? Ja w każdym razie, mimo końcowego rozczarowania, nie żałuję czasu, który poświęciłam temu filmowi.


(Aha - i nie przeszkadza mi czarnoskóry Heathcliff. W ogóle. Miał być inny, na pierwszy rzut oka odstający od reszty towarzystwa, a jego ewentualny związek z Cathy miał być nie do pomyślenia - i te warunki Heathcliff-Murzyn spełnia równie dobrze jak Heathcliff-Cygan. Może nawet lepiej, zwłaszcza dla dzisiejszego odbiorcy...?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails