poniedziałek, 21 września 2015

Historia po niemiecku: "Wizja z życia Hildegardy z Bingen", "Siostry i Schiller" i "Biała wstążka"

Przeprowadzka do nowego miejsca zawsze wiąże się z łatwiejszym dostępem do lokalnej kultury - i tak też było również w przypadku mojego wyjazdu do Niemiec i niemieckich filmów. Nie żeby wrota filmografii zza Odry w jednej chwili stanęły przede mną otworem; musiało minąć trochę czasu, zanim doszlifowałam język na tyle, żeby móc czerpać przyjemność z filmu nieanglojęzycznego z niemieckimi napisami. Pełne rozumienie ze słuchu jest dla mnie ciągle jeszcze (niestety!) niewykonalne, więc na kinowe premiery niemieckich filmów jeszcze się nie wybieram... Ale nie przeszkadza mi to; filmy z medioteki mają zawsze - o ile są w oryginale niemieckojęzyczne - napisy dla niedosłyszących, które bez skrupułów wykorzystuję. Przydaje się to zwłaszcza w przypadku filmów kostiumowych tudzież historycznych, w których słownictwo bywa wzięte z księżyca - a właśnie taki zestaw chciałabym Wam dzisiaj przedstawić.
*** *** ***

Vision - Aus dem Leben der Hildegard von Bingen // Wizja z życia Hildegardy z Bingen (2009; Francja, Niemcy)
Reżyseria: Margarethe von Trotta
Obsada: Barbara Sukowa, Hannah Herzsprung, Heino Herch, Alexander Held
Ocena: 5/10

Bohaterką Wizji z życia Hildegardy z Bingen jest słynna średniowieczna mistyczka, znana również z ponadprzeciętnej znajomości leczniczych właściwości ziół. Ja kojarzę tę postać głównie dzięki wzmiance na jej temat w Świecie Zofii Josteina Gaardera, ale i w innych kontekstach nazwisko Hildegardy z Bingen obiło mi się o uszy. Wam pewnie też. Jako że jednak na tym obijaniu się skończyło, nie jestem z stanie ocenić, czy wizja Hildegardy przedstawiona w filmie jest zgodna z prawdą czy nie. Analizy pozostawię ekspertom. Ja będę tu mówić o filmowej, załóżmy, że fikcyjnej Hildegardzie i jej filmowym życiu.


Filmowa Hildegarda z Bingen to - jak na swoje czasy - zdumiewająco wyemancypowana kobieta. W przeciwieństwie do wielu jej współczesnych, nie uważa samobiczowania za pomoc w drodze do zbawienia; zamiast tego poświęca się badaniu właściwości ziół, wykorzystywanych w celach, o zgrozo, leczniczych. W wolnych chwilach studiuje - z radością sięga po dostarczane jej po kryjomu książki. Pisze nawet własną pracę na temat ziołolecznictwa. Najgorsze jest jednak to, że bezczelnie twierdzi, iż słyszy głos Boga, który w wizjach objawia jej swoją wolę. Ponieważ jednym z niebiańskich poleceń ma być spisanie treści rzeczonych wizji, Hildegarda jak lwica walczy o pozwolenie przełożonych - przeora męskiego klasztoru, biskupa, papieża - na wypełnienie zleconej jej misji. Wielu z mężczyzn, z którymi musi się zmagać, reaguje świętym oburzeniem na samą myśl, że Bóg mógłby wybrać na powiernicę kobietę. Hildegarda spotyka się z lekceważeniem, gniewem, pogardą, a kolejni duchowni raz po raz informują ją, że jej wizje są w rzeczywistości dziełem szatana.

 
Zamknięty, obcy świat średniowiecznych zakonnic okazuje się zdumiewająco podobny do naszego. Mamy tu wątek zazdrosnej koleżanki, która nie może pogodzić się z faktem, że to Hildegarda, a nie ona sama, była ulubienicą dawnej matki przełożonej; mamy też bunt zakonnic, uważających, że Hildegarda, oddzielając ich klasztor od klasztoru męskiego, łamie śluby zakonne.


Najważniejszy i najpiękniejszy jest jednak wątek młodziutkiej, postrzelonej zakonnicy, Richardis (w tej roli pierwsza niemiecka aktorka, która ma szansę dołączyć do grona moich ulubieńców: Hannah Herzsprung), która pragnie wstąpić do zakonu głównie ze względu na oczarowanie postacią przełożonej. Zachwyt, z jakim Hildegarda wpatruje się w Richardis podczas ich pierwszego spotkania może nasuwać pewne nieprzystające do klasztornego życia skojarzenia; z czasem jednak staje się jasne, że wzajemna miłość obu bohaterek opiera się na relacji matka-córka. Nigdy bym nie przypuszczała, że zakonnice w ten sposób rekompensują sobie brak życia rodzinnego, ale uczucie, jakim darzą się wzajemnie Hildegarda i Richardis, jest szczere i piękne - podejrzewam, że bardziej szczere niż w przypadku wielu matek i córek, które łączą więzy krwi, zwłaszcza w tamtych czasach.


I o tym właściwie traktuje cały film: o zmaganiach Hildegardy z ludźmi, którzy rzucają jej kłody pod nogi, o jej upartej walce w obronie własnych przekonań i o niezrozumiałej dla ludzi z zewnątrz więzi, jaka połączyła ją z jej przybraną córką.

*** *** ***

Die geliebten Schwestern // Siostry i Schiller (2014; Austria, Niemcy, Szwajcaria)
Reżyseria: Dominik Graf
Obsada: Henriette Confurius, Hannah Herzsprung, Florian Stetter
Ocena: 6/10

Akcja Sióstr i Schillera toczy się już wiele wieków później. Przyszły słynny poeta - póki co dopiero powoli zdobywający rozgłos - poznaje przypadkiem skromną, zubożałą szlachciankę, Charlotte von Lengefeld. Młodzi szybko przypadają sobie do gustu. Po krótkim czasie Schiller przyjeżdża odwiedzić dziewczynę na wieś, gdzie ta mieszka wraz z matką... I natychmiast wpada w oko - z wzajemnością - również jej starszej siostrze, Caroline (tu znów ta sama Hannah Herzsprung), uwięzionej w nieszczęśliwym małżeństwie, zawartym jedynie w celu uratowania rodzinnych finansów. Banalna historia, słyszeliśmy ją już tyle razy - prawda?



Jest tylko jeden mały szczegół: żadnej z sióstr nie przeszkadza to, że "ta druga" również uległa urokowi poety. Dziewczęta kochają się nad życie, pragną na zawsze być razem i dzielić się wszystkim - również nowo poznanym Schillerem. Marzą, że któregoś pięknego dnia zamieszkają w trójkę. Póki co, pragnąc uczynić krok w stronę realizacji tego marzenia, Charlotte zgadza się wyjść za Schillera za mąż. Z błogosławieństwem Caroline.



Sielanka kończy się, kiedy zszokowana Caroline odkrywa, że małżeństwo jej siostry nie zostało skonsumowane - ba, że Charlotte, zdając sobie sprawę z namiętnego uczucia, jakim jej siostra darzy jej świeżo poślubionego męża, w ogóle nie zamierza z nim współżyć. Nękana wyrzutami sumienia, przekonana, że stała się przeszkodą na drodze do szczęścia ukochanej młodszej siostry, Caroline wyjeżdża. A kiedy po latach wraca, układ sił przedstawia się już zupełnie inaczej...

 *** *** ***

Das weisse Band - Eine deutsche Kindergeschichte // Biała wstążka (2009; Austria, Francja, Niemcy, Włochy)
Reżyseria: Michael Haneke
Obsada: Christian Friedel, Burghart Klaußner, Maria-Victoria Dragus, Leonard Proxauf, Roxane Duran i wielu innych
Ocena: 5/10

Biała wstążka natomiast to historia chronologicznie najpóźniejsza - jej akcja toczy się tuż przed wybuchem I wojny światowej. Narratorem opowieści jest młody, wiejski nauczyciel - czy raczej: mężczyzna, który wspomina krótki okres czasu, kiedy to pracował jako wiejski nauczyciel. Wspomina bez oceniania, bez wyjaśniania czegokolwiek widzowi - ot, po prostu sobie opowiada. O tajemniczych, nieraz brutalnych wypadkach, jakie miały miejsce w tej niewielkiej społeczności. O ukrytych, brzydkich, okrutnych obliczach ludzi, których spotkał na swojej drodze. O dzieciach, wychowywanych w duchu bogobojności, opatrywanych przez rodziców tytułową białą wstążką, która miała przypominać im, że powinny dążyć do czystości i niewinności. O młodej niańce z dworu, którą chciał poślubić. Ostatecznie próbuje podzielić się też efektami swojej zabawy w detektywa - ale bez wyraźnej puenty. Akcja urywa się równie nagle, jak się zaczęła. Nigdy więcej ich nie widziałem.


Nie wiem, czy głównymi, ale na pewno najważniejszymi bohaterami tej historii są dzieci. Anna, córka lekarza, którego tajemniczy upadek z konia widzimy na samym początku filmu. Karli, upośledzony syn położnej. A przede wszystkim Klara i Martin, jedne z licznych dzieci lokalnego pastora. To oni właśnie - również na samym początku - opatrzeni zostają białą wstążką, to oni zdają się wiedzieć o wypadkach więcej niż reszta mieszkańców wioski. 
  

Coś jest z tymi dziećmi nie tak, chociaż do końca ciężko powiedzieć co. Jedno jest jasne: żadne z nich nie jest naprawdę szczęśliwe. Jedne żyją w świecie sztywnych zasad i karane są za drobiazgi w rodzaju spóźnienia się na kolację, inne są przez swoich rodziców otwarcie krzywdzone, jeszcze inne cudem uchodzą z życiem z tajemniczych ataków. Normalnych, zdrowych dzieci, wychowujących się w normalnej, zdrowej, ciepłej atmosferze brak.


Ale czemu tak naprawdę są winne te dzieci? Czy to one stoją za tymi atakami? Za którymi? Dlaczego? I przede wszystkim: co to wszystko ma wspólnego z nazizmem?
Tyle pytań, a odpowiedzi brak...

*** *** ***

Jak widać po ocenach, wszystkie trzy filmy mają pewną cechę wspólną: żaden mnie nie zachwycił. Dlaczego? Z wielu powodów, na czele których plasuje się kolejna cecha wspólna...

Nie wiem, czy to ogólnoniemiecka choroba, czy też problem tylko akurat tych trzech filmów (ale przecież to zupełnie różne pozycje, inna tematyka, poetyka, styl...), ale we wszystkich trzech daje się zauważyć tę samą, dla mnie osobiście irytującą tendencję do bagatelizowania roli ekspozycji. Niemcy nie bawią się w jakieś zawiązywanie akcji, stopniowe zapoznawanie widza z bohaterami ani nic z tych rzeczy; nie, wstęp do filmu jest łopatologiczny, upchnięty w jak najkrótszym czasie (żeby można było przejść już do właściwej fabuły?), opatrzony wyjaśniającą wszystko narracją. Jakby reżyserowie nie wierzyli, że mogłoby im się udać przekazać coś widzowi przez sam obraz, bez precyzyjnego komentarza. Nawet Hanekemu w Białej wstążce nie udało się tego uniknąć, co, biorąc pod uwagę nazwisko reżysera, jest dla mnie zadziwiające. W pozostałych dwóch filmach widać to jeszcze wyraźniej. Generalnie ta smutna tendencja sprawia, że pierwsze 15-30 minut filmu ogląda się jak ilustracje do streszczenia powieści, opatrzone odpowiednim komentarzem zza kamery. Wrażenie - straszne. I nie ma znaczenia, czy to Haneke, czy historia średniowiecznej zakonnicy, czy może aktorska wersja którejś z baśni braci Grimm...


Takie potraktowanie sprawy najbardziej widoczne (i szkodliwe) jest w przypadku Sióstr i Schillera. Pierwszą połowę - no, może 1/3 - filmu ogląda się z zaciśniętymi zębami i z nadzieją, że może później będzie lepiej. Owszem, jest; druga połowa filmu to już wciągający, pełnokrwisty dramat, a historia obu sióstr, doszczętnie zaplątanych w uczuciach i do siebie nawzajem, i do Schillera, jest w całej swojej dziwności rozpaczliwa i chwytająca za serce. Gdyby inaczej potraktować ten nieszczęsny początek, wyszedłby z tego bardzo dobry film. Niestety: mimo że reżyser próbuje bawić się konwencją i aranżacja niektórych scen jest całkiem ciekawa (listy-monologi wygłaszane do kamery), to jednak widać, że spieszy mu się już do ważniejszych partii scenariusza.
Zastrzeżenia mam też do samej postaci Schillera, który jest dziwnie bezpłciowy i obojętny na wszystko, co dzieje się wokół niego. Po seansie potrafiłam zrozumieć zachowanie, myśli i pobudki i jednej, i drugiej siostry; Schiller natomiast do końca pozostał dla mnie tajemnicą. Jakby było mu wszystko jedno, jakby po prostu płynął z prądem - gdzie go obie siostry w swoich planach i namiętnościach zaprowadziły, tam też siedział, bez zainteresowania tym, co dzieje się wokół niego.

Wizji z życia Hildegardy z Bingen nie mam właściwie do zarzucenia niczego konkretnego. Widzę w tym filmie nawet sporo plusów: nie tylko zapewnił mi porcję znakomitego aktorstwa, ale też po raz pierwszy przedstawił mi zjadliwą, nawet przyjemną wizję średniowiecza - okresu, który jest dla mnie jednym wielkim wiekiem mroku, i to bynajmniej nie ze względu na poziom ówczesnej wiedzy, a raczej - poziom mojej wiedzy o nim. Zarzucić mogę mu jedno: nie wciągnął mnie. Portretowi Hildegardy brakuje głębi, przez co scenariusz sprawia wrażenie odhaczania kolejnych punktów z listy. Nie da się bohaterki prawdziwie poznać ani zrozumieć, seans nie wzbogaca nas o wiele więcej niż parę informacji  na temat biografii świętej - a ja właśnie tego szukam w filmach...



Z Białą wstążką mam największy problem, bo bardzo ciężko ująć mi w słowa to, co mi w tym filmie przeszkadzało. Bez silenia się na dogłębne analizy: kiedy skończyliśmy oglądać film spojrzałam na męża i spytałam (pierwsza reakcja po filmie!): o co chodziło? Nie, nie pytam o fabułę filmu; pytam o to, po co ten film powstał, co autor miał na myśli i co w ogóle z tego wynika (czy powinno wynikać). Bardzo nie lubię sytuacji, w której seans niczego nie wnosi do mojego życia - a niestety, to właśnie jeden z tych przypadków. Tłumaczenia Hanekego, że surowe, protestanckie wychowanie przygotowało podatny grunt na rozprzestrzenienie się nazizmu i że to właśnie chciał tym filmem wyrazić, w ogóle mnie nie przekonują. Takie były czasy, ludzie w całej Europie zachowywali się wtedy, jakby mieli kije w pewnej części ciała i tego samego oczekiwali od swoich dzieci - a jednak większość tych dzieci nie wyrosła na zbrodniarzy wojennych. Dzieci pastora nie były zresztą aż tak surowo wychowywane - wprawdzie sztywno i wśród niepodlegających dyskusji reguł, ale na pewno nie bez serca. Inne historie przedstawione w filmie... Cóż, smutne, nieraz tragiczne, ale takie rzeczy się zdarzają. Nawet dziś. Nic z tego wszystkiego nie wynika, donikąd to nie dąży, zakończenie jest otwarte na oścież - po co ja to obejrzałam? Jedynym, co pozostało we mnie po tym seansie, było jakieś dziwne, niedookreślone poczucie zagrożenia, przez które przez jakiś czas budziłam się z bardzo nieswoim uczuciem...

Tak czy inaczej, nie zamierzam się poddawać i planuję nieraz jeszcze dać kinu niemieckiemu szansę. Ciekawi mnie zwłaszcza ta świeżo odkryta Hannah Herzsprung (Widzicie to nazwisko? Podskok serca?) - z chęcią podążyłabym tym tropem, gdyby tylko moja Bücherhalle zaopatrzyła się w kolejne tytuły z udziałem tej pani. Wam w/w filmów nie odradzam - może Wam spodobają się bardziej? - a Siostry i Schillera, jeśli przymknę oko na te problemy z ekspozycją, mogę nawet polecić. A może Wy mielibyście dla mnie jakieś niemieckie polecanki?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails