niedziela, 28 czerwca 2015

Everything Wrong With: Breaking Dawn p.1 // Przed świtem, cz.1 (Saga "Zmierzch")


Nie jestem jakąś wielką hejterką sagi Zmierzch. Jasne, mądre to to nie jest, specjalnie dobrze zrealizowane też nie, ale da się oglądać. Widziałam parę gorszych i głupszych filmów. Poprzednia część (Zaćmienie) dostała ode mnie nawet całe 5 gwiazdek: scena z Jacobem informującym Edwarda, że Let's face it: I'm hotter than you była autentycznie zabawna, a do tego między Pattinsonem i Steward (którzy chyba wtedy zaczęli się ze sobą umawiać) po raz pierwszy dało się zauważyć jakąś chemię. Do Przed świtem podeszłam więc wprawdzie bez większych oczekiwań, ale też bez jakichś wielkich uprzedzeń; co więcej, namówiłam do tego seansu męża, którego chciałabym z tego miejsca szczerze za ten błąd przeprosić. Chociaż może niepotrzebnie. W końcu oboje ubawiliśmy się setnie.


Mówiąc krótko: pierwsza część Przed świtem to film zły. I to jak zły. Zły do obrzydliwości i do łez śmiechu. Zły tak, że aż nie chce się wierzyć, że oni wszyscy tak na poważnie. Zły tak, że aż nie mogę o nim nie napisać. Jedno muszę mu oddać: emocje we mnie wzbudził, chociaż chyba nie do końca te, o które twórcom chodziło. A może jednak tak, bo serio, nie da się chyba stworzyć czegoś takiego i nie być świadomym tego, co się właśnie spłodziło. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że twórcy celowo zrobili sobie z widzów jaja.

Jest taka przyjemna seria pseudo-recenzji na youtubie; nazywa się toto Everything Wrong With..., a tworzone jest przez użytkownika cinemasins. W przypadku Zmierzchu autorzy dali sobie spokój już po Księżycu w nowiu, więc, ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, nie mogłam porozkoszować się dokładną analizą wszystkich absurdów tego filmu. Może dlatego, że musieliby skomentować prawie cały film. Ale nic straconego! Z najwyższą przyjemnością prezentuję Wam moją własną wyliczankę filmowych grzechów Przed świtem.

Aha - oczywiście, że są spoilery. Ale nie przejmujcie się tym, koniec filmu i tak jest od początku oczywisty, a fabuły w nim za bardzo nie ma, więc są zupełnie niegroźne.


Everything Wrong With: Breaking Dawn Part One

  • Mroczny Edward na początku filmu. I sposób wprowadzenia tego kompletnie nieistotnego wątku:
     - Bello, nie wiem czy powinniśmy wziąć ślub.
     - Co, TERAZ cię wątpliwości dopadły?
     - Nie wiesz o mnie wszystkiego.
     - Ok, to się zaczyna robić dziwne, o co chodzi?
     - Zabijałem ludzi. Ale tylko złych, żebyś sobie nie myślała. Ale zawsze.
     - Spoko, przecież tyle razy uratowałeś mi życie, że już dawno to odkupiłeś.
     - Ale Bello... To byli żywi ludzie!
     - Edwardzie, przestań marudzić, jutro bierzemy ślub.
     - No dobra, masz rację. Wyśpij się i już nigdy nie wracajmy do tego nieistotnego szczegółu.
  • Miny Belli podczas drogi do ołtarza. Ja nie wiem, brałam ślub dwukrotnie i sądząc po zdjęciach i filmach na żadnym z nich nie wyglądałam, jakbym za chwilę miała się przehiperwentylować. Jest to o tyle irytujące, że podczas wcześniejszej wizji ślubu Bella wygląda normalnie i nawet, o cudzie, ładnie. Ale nie, podczas rzeczywistego musi wyglądać, jakby za chwilę zamierzała stamtąd zwiać.
  • Kompletny brak chemii między Steward i Pattinsonem. Te drobne iskierki, które wydawały się tak obiecujące w poprzedniej części, tu są zupełnie nieobecne. Co mocno komplikuje wiarygodność filmu, zwłaszcza jeśli doda się do tego...
  • ...podejrzanie mocną chemię między Steward a Taylorem Lautnerem. Kiedy Jacob wbija po kryjomu na wesele Edwarda i Belli, po czym świeżo upieczony pan "młody" pozwala mu łaskawie zatańczyć ze swoją żoną, widz ma prawo być lekko skonsternowany. Bella sprawia wrażenie, jakby wzięła ślub nie z tym mężczyzną, z którym powinna. Ciężko dopatrzeć się w jej relacjach z Edwardem choćby 1/3 tych emocji i intymności, które widać jak na dłoni podczas tego tańca z Jacobem.
  • Długość trwania całego tego ślubnego wątku. Bella myśli o ślubie, Bella szykuje się do ślubu, Bella śni o ślubie, Bella bierze ślub, Bella jest na weselu, Bella żegna się z rodzicami po weselu, Bella jedzie w podróż poślubną. Żeby jeszcze coś się na nim działo, ale nie, to tylko zwyczajna ekspozycja do szczątków akcji.
  • Sama sensowność tego ślubu. Wampir, który upiera się, że musi wziąć ślub, bo inaczej sumienie go zje. Wampir z chrześcijańskimi wartościami. No litości, ja wiem, że to zgodne z książką, ale i tak jest głupie tak, że nie da się tego wybronić. Pani Stefo, to, że Pani żyje według pewnych wytycznych i w nie wierzy, naprawdę nie znaczy automatycznie, że bohaterowie Pani książek też muszą się do tych zasad stosować. Zwłaszcza jeśli kreuje Pani świat fantastyczny i te zasady nie mają w tym wykreowanym świecie sensu. A tu ni hu-hu nie mają.
  • Rio de Janeiro. Po pierwsze, świetne miejsce na wycieczkę dla wampirów, nawet jeśli od słońca nie umierają, tylko dziwnie się świecą. Idealne wręcz. Po drugie: tak, na pewno Rio właśnie tak wygląda, że obojętnie kiedy by się tam nie poleciało, zawsze, ale to zawsze spotka się na ulicy tłumy tańczących ludzi. Nie mam najmniejszych wątpliwości.
  • Apartament na prywatnej wyspie. Apartament na prywatnej wyspie. Nie no, jak miałam jakieś 15 lat to też marzyłam sobie, że jak dorosnę, to zamieszkam w pięknym domu na odludziu, w którym będę jedynie rozkoszować się przyrodą, czytać mądre książki, pisać bestsellerowe powieści i piec ciasteczka. Bella ciasteczek nie piecze, nie czyta i nie pisze - zamiast tego gra w szachy i pływa w oceanie. Żyć nie umierać. Ciekawe skąd mieli na to pieniądze. Czyżby Edward w mhhrocznym okresie obrabowywał też swoje ofiary?
  • Dlaczego ona zawsze musi przegrywać w te szachy?! Nawet jak raz wreszcie wygrała, to musiało się później okazać, że to tylko sen.
  • Cała konstrukcja związku Belli i Edzia. Edward jest nadludzko silny, nadludzko szybki, nadludzko piękny, nadludzko świetnie gra w szachy, troski życia codziennego są mu obce (apartament na prywatnej wyspie!!!) i wprowadza tę biedną, małą, zakompleksioną Bellę do swojego wspaniałego życia. Wybaczcie, ale mi się od tego robi niedobrze.
  • Dlaczego Edward nie sparkli się w słońcu na tej wyspie? 
  • Dlaczego w ogóle nie widać po nim tego, że ma ponoć 100 lat? Czyżby przemiana w wampira uniemożliwiła mu również rozwój umysłowy? Przecież ten chłopak zachowuje się jak zwykły, współczesny nastolatek. Nie powinien mieć, nie wiem, jakichś problemów z dogadaniem się ze swoją młodszą o 80 lat żoną? Jakaś różnica pokoleń? Nie? No, najwyraźniej skoro wygląda na 17 lat to nie ma problemu...
  • Dlaczego Bella goli nogi przed nocą poślubną? Ja wiem, że chodziło o efekt komiczny i prawie to twórcom wyszło, ale nie wiem, nie powinna była zrobić tego... Bo ja wiem, przed ślubem? W sumie co kto lubi, włosy na nogach są w pełni naturalne, nie powinnam się czepiać... Ale ostatecznie je jednak goli, więc to chyba nie żaden feministyczny manifest, tylko głupia niedoróbka.
  • Edward "rozwalający łóżko" w czasie nocy poślubnej. Cóż za subtelna metafora.
  • Reakcja Belli na zniszczenie jej... eeee, "łóżka"... czyli It's ok. Wypowiedziane takim tonem, jakby pocieszała zmartwione dziecko, a nie była w trakcie nocy poślubnej. It's ok? Serio? Serio???
  • Cały ten wątek Edwarda uciekającego od Belli i Belli usiłującej namówić go, żeby łaskawie poszedł z własną żoną do łóżka. Mówiłam już, że wkurza mnie konstrukcja tego związku?
  • Dyskusje o aborcji w filmie o wampirach. Naprawdę, autorko, to, że Ty wyznajesz jakieś zasady... I tak dalej. W tym uniwersum to się kupy nie trzyma. Odkładając na bok moje prywatne zdanie na ten temat, którym niekoniecznie chciałabym się tu dzielić: jaki jest sens dyskutować o tym, czy Bella ma w brzuchu dziecko, czy zarodek, jeśli jest to ewenement w wampirzym świecie, nikt nie wie, jak to się w ogóle stało i czy przypadkiem nie urodzi się z tego antychryst albo elfi kotoczołg? To nie tak, że spodziewają się małego, ślicznego, różowego bobasa.
  • Ośli upór Belli w sprawie urodzenia dziecka. To nie wygląda jak głos za pro life, to wygląda, jakby bohaterka nie używała mózgu. Zwłaszcza, że: patrz wyżej. No i ten szczegół, że jej teść, LEKARZ, jest przekonany, że Bella tej ciąży nie przeżyje. I że to wampirze dziecko wyżera ją od środka. Ja nie mówię, że koniecznie powinna je usunąć, ale, no nie wiem... Zastanowić się? E, chyba za dużo wymagam...
  • Taylor Lautner i jego aktorstwo. Nikt w tym filmie nie gra specjalnie dobrze, ale ten chłopak przebija wszystkich. W poprzednich częściach aż tak nie rzuciło mi się to w oczy; tu ma do odegrania sporą rolę (może nawet najważniejszą) i nie radzi z tym sobie kompletnie. Drewno na drewnie i drewnem pogania.
  • Szaleńczy bieg Jacoba-wilka przez las, który rozmazuje się w jakieś kolorowe smugi robione w Photoshopie.
  • Wilcze zebranie, czyli moment, od którego przestałam traktować ten film choćby w jakiejś części poważnie. CGI wolves are CGI. Wilki są na maksa sztuczne, a na całą tę "dyskusję", czyli zmutowany głos zza kamery przy jednoczesnych zbliżeniach na wilcze mordy, brakuje mi odpowiednich słów.
  • Scena z imionami. Wprowadzona na siłę, odstająca od reszty filmu i w ogóle tak nie pasująca, że aż dziwnie się na nią patrzy.
  • Poród. Co-to-było. Pozwólcie, że zwymiotuję.
  • Idiotyczne zachowanie Edzia po porodzie. Przez cały okres ciąży gadają o tym, że Bellę trzeba zmienić w wampira zaraz po tym, jak urodzi. Wcześniej nie, bo dziecko, ale jak tylko je wyciągną to przemieniają ją, natychmiast! Ok, Renesmee się "rodzi", Bella leży z rozprutym brzuchem i złamanym kręgosłupem - i co robi Edward? Bierze córkę na ręce, zachwyca się nią, podaje ją Belli i na tym słodkim pierdu-pierdu traci bezcenne minuty. Po czym jest bardzo zdziwiony, kiedy Bella robi się jakaś... zimna. W pewien sposób twórcom należą się brawa: to była jedyna scena, w której byłam przejęta tym, co widzę na ekranie. To było za głupie, żeby spokojnie usiedzieć.
  • Edward jako wilczy tłumacz!
  • Przemiana Belli w pakiecie z lśniącymi włosami i makijażem. Co ten wampirzy jad robi z człowiekiem...
  • Generalna nuda, którą wieje z ekranu. Ten film praktycznie nie ma fabuły. Ślub, seks, ciąża. Dramatycznych wyborów brak, bo Bella zwyczajnie nie myśli. Bohaterowie irytują. Dobrze, że przynajmniej jest śmiesznie.
  • Dialogi. Nudne, banalne, oczywiste, niewiele wnoszą. Są po prostu złe.

Żeby nie było, że się złośliwie czepiam i nie zauważam plusów: proszę bardzo, oto pozytywne strony tego arcydzieła kinematografii:
  • Anna Kendrick
  • Sen Belli o ślubie. To było rzeczywiście coś. I piękne, i niepokojące, i nawet trochę straszne. Szkoda, że to jedyna scena, w której twórcy sugerują, że Bella ma jednak pewne opory przed żywieniem się krwią i całą resztą przyjemności, które łączą się z zostaniem wampirem.
  • Zdjęcia. Piękne kolory, piękne lokacje, aż przyjemnie się patrzy.
  • Scena ze wściekłym Edwardem, który też ma dość tego, że Bella nie myśli i sama, bezrefleksyjnie decyduje się urodzić ich dziecko. To mógłby być bardzo ciekawy wątek, gdyby oczywiście nie ograniczył się do tej jednej sceny. Niemniej jednak była to jedna z niewielu (dwóch?) scen w tym filmie, które wzbudziły we mnie jakąś empatię i pozwoliły mi chociaż trochę uwierzyć w prawdziwość bohaterów.

Podsumowując: złe w tym filmie jest prawie wszystko. Scenariusz, dialogi, aktorstwo, fabuła, bohaterowie. Zmuszanie bohaterów do dostosowywania się do moralności autorki książki, bez względu na ich własne charaktery, pochodzenie czy doświadczenia życiowe, też nie wyszło mu na dobre. Do szału doprowadza mnie też to przesłanie: nieważne, że dziecko może być potworem, że cię najprawdopodobniej zabije, że zrobią ci cesarskie cięcie na żywca, że płód łamie ci kości - masz z męczeńskim uśmiechem na ustach zgodzić się na to wszystko, bo tak robi prawdziwa matka! Coś z tego ci się nie podoba? Cóż, widocznie jesteś słaba. Przepraszam, jeśli tu nadinterpretuję, ale taki obraz idealnej matki-męczennicy jest jak na mnie trochę chory. I ciśnienie mi od niego skacze.

Druga część? A obejrzę, czemu nie. Gorzej być chyba nie może. Liczę na Volturich. Może będzie nawet trochę Dakoty Fanning? 

W każdym razie, pierwsza część  Przed świtem zasługuje na mocne dwa na dziesięć ;).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails