niedziela, 24 maja 2015

Ludzie filmu: Louis Lumière

Dacie wiarę, że to moja setna notka na blogu? Dla większości blogerów byłaby to pewnie "dopiero" setna, zwłaszcza że od założenia bloga minęło już sporo czasu, ale mnie - jako że piszę sobie spokojne i leniwie, raz na jakiś czas, jak najdzie mnie ochota - bardzo ta okrągła liczba zaskoczyła. Mam wielką nadzieję, że kolejna setka przyjdzie równie nagle i niespodziewanie, że nie opuści mnie wena ani chęć do pisania i że jeszcze przez długi, długi czas będę mieć czas i chęci na zagłębianie się w wszelakich "odbiciach rzeczywistości" - czy to filmowych, literackich, czy jeszcze innych.

Minione dwa miesiące nie przyniosły mi żadnej wielkiej rewolucji. Nadal tkwię po uszy w filmach niemych; podczytuję sobie po kawałku 900-stronnicową Historię kina, tworzę na jej podstawie zagmatwane i nie do końca czytelne notatki i jednocześnie staram się, o ile to możliwe, oglądać filmy, o których czytam - co, rzecz jasna, bardzo spowalnia sam proces czytania, bo o ile przeczytać rozdział jestem w stanie w kilkanaście/-dziesiąt minut, to obejrzenie wymienionych w tym rozdziale filmów (i jeszcze wyszukanie, które z nich są w ogóle osiągalne, na które mogę kiedyś mieć nadzieję, a które są oficjalnie uznane za zaginione...) zajmuje mi już w najlepszym wypadku kilka godzin, i to tylko jeśli wszystkie wymienione filmy to krótkometrażówki. Raz na jakiś czas, kiedy zaczynam czuć przesyt starym kinem, przerzucam się na filmy nowsze - trafiło się wśród nich parę perełek, którymi w najbliższych dniach z przyjemnością się z Wami podzielę. A na deser czytam recenzje filmów z dobiegającego właśnie końca festiwalu w Cannes i ostrzę sobie zęby na parę tytułów. A może by tak o tym też napisać...?

Póki co jednak chciałabym zainaugurować nowy blogowy cykl. "Ludzie filmu" to kategoria, której już od dawna mi tu brakowało, bo też zazwyczaj tak właśnie wygląda moje zapoznawanie się z kolejnymi tytułami: aktor/reżyser przykuwa moją uwagę, przeglądam jego/jej profil i po chwili cała wyliczanka nowych filmów ląduje na liście "do obejrzenia". Nie zamierzam kopiować tu ogólnie dostępnych źródeł ani zanudzać Was nieistotnymi biografiami; to raczej rodzaj klucza, według którego chciałabym uporządkować i zaprezentować moje subiektywne, filmowe wrażenia. Pozwolę sobie zacząć z wysokiego C: od samego twórcy kina, czyli Louisa Lumière.


O braciach Lumière słyszeli wszyscy - tego jestem akurat pewna, bo doskonale pamiętam, że to nazwisko pojawia się już w szkolnych podręcznikach do historii. Właściwie należałoby tu mówić nie tyle o "braciach", co tylko o młodszym z nich, Louisie; Lumièrowie, od chłopięcych dni bardzo ze sobą związani, chętnie dzielili się między sobą wszelkimi zasługami, ale akurat w dziedzinie kinematografii prym wiódł bezapelacyjnie Louis i to jemu rodzinna firma Lumièrów zawdzięczała swój sukces. I choć Amerykanie niezmiennie przyznają filmową palmę pierwszeństwa Edisonowi, to jednak w Europie Louis Lumière od lat nazywany jest "ojcem kina" - a to ze względu na pierwszą publiczną projekcję, taką prawdziwą i podobną do dzisiejszej, otwartą dla wszystkich, którym udało się kupić bilet. 

Od roku 1895, kiedy to rzeczona projekcja miała miejsce, Louis Lumière (nagle zrozumiawszy jak potężne i obiecujące może stać się to nowe medium, o którym kilka miesięcy wcześniej, podczas zamkniętej jeszcze projekcji, połączonej z pokazem innych osiągnięć rodzinnej firmy, po prostu... zapomniał) poświęcił się całkowicie kinu. Wyreżyserował mnóstwo filmów (w samej bazie Filmwebu jest ich 175, w rzeczywistości o wiele więcej) - w większości krótkich, 50-sekundowych scenek. Tylko na tyle pozwalała bowiem ówczesna długość filmowej taśmy. Najsławniejszymi z nich pozostają do dziś najwcześniejsze filmiki: pionierscy Robotnicy wychodzący z fabryki...


...i niewiele późniejszy, ale za to jeszcze słynniejszy Wjazd pociągu na stację w Ciotat.

 
Louis Lumière był reżyserem płodnym i nie sposób wspomnieć tu o wszystkich jego filmach - i szczerze powiedziawszy, osobiście nie jestem też w stanie ich wszystkich obejrzeć, nawet po odjęciu wszystkich tych filmów, które zaginęły w ciągu minionego ponad stulecia. Powiedzmy sobie szczerze: filmy Lumière'a, aczkolwiek pionierskie, ważne i interesujące z historycznego punktu widzenia nie mają większych szans zaczarować współczesnego widza. Dużo tu zwyczajnych scenek rodzajowych (Repas de bébé, Premiers pas de bébé), pociągów wjeżdżających na stacje (Ciodad było dopiero początkiem...) czy do tuneli, panoram. Oczywiście, że w każdym z tych filmików można znaleźć coś godnego podziwu. Pociągi, obowiązkowo poruszające się po skosie, można uznać za pierwsze zastosowanie efektów specjalnych w kinie (wszyscy chyba znamy historyjkę o widzach uciekających w popłochu podczas pierwszej projekcji Pociągu..., prawda?). Panoramy były nowym, szalonym pomysłem: kto to widział, żeby rejestrować nieruchomy obraz ruchomą kamerą! Wiązały się one zresztą z innym, jeszcze bardziej niecodziennym pomysłem Lumière'a: reżyser rozesłał na cały świat swoich operatorów z przykazaniem zebrania ciekawego materiału. "Cały świat" nie jest tu bynajmniej przesadą, a przynajmniej nie bardzo dużą; operatorzy Louisa Lumière'a dotarli nie tylko do Włoch czy Anglii, ale również m.in. do Japonii czy Sajgonu, dając nam jedyną w swoim rodzaju szansę podejrzenia życia w tak dalekich stronach 120 lat temu. Wciągające? Niespecjalnie. Ale trudno nie poczuć czegoś na kształt respektu...


O ile można mieć wątpliwości, czy "och-nie-ten-pociąg-nas-przejedzie!" zasługuje na miano efektu specjalnego, o tyle w przypadku Niszczenia muru (1896) nikt już takich obiekcji nie zgłasza. Z dzisiejszego punktu widzenia - banalna sztuczka, żadne wielkie osiągnięcie. Ale jednak wcześniej nikt na taką sztuczkę nie wpadł. To jeden z moich ulubionych filmików Lumière'a, bo widać po nim, że reżyser - a z nim i widzowie - powoli uczy się kinem bawić.


Wielu ludzi uważa Louisa Lumière za twórcę kina realistycznego czy nawet dokumentalnego. Niektórzy utrzymują wręcz, że trudno uznać go za reżysera, bo wcale swoich filmików nie reżyserował - on tylko stał z kamerą i kręcił. Nieprawda! Owszem, takich scen jest sporo, może nawet większość (pociągi, tunele, panoramy, obrazki z zagranicy...) - ale poza tym Lumière kręcił też gagi (Polewacz polany) czy filmiki, które dziś zakwalifikowalibyśmy zapewne jako sci-fi: Mechaniczny rzeźnik (La charcuterie mécanique) czy właśnie powyższe Niszczenie muru. Zresztą, nawet co do tych scenek rodzajowych mam spore wątpliwości; niby to realistyczne i naturalne, ale kto wie, czy jednak nie odrobinkę wyreżyserowane? Weźmy taką Łódkę opuszczającą port (Barque sortant du port). Rzeczywista scenka? Czy raczej aktorzy, udający nie-aktorów? A Morze (La Mer)? A wspomniane już Karmienie dziecka (Repas de bébé)? To, że scenki wyglądają naturalnie nie znaczy jeszcze, że rzeczywiście takie są. Kto wie, może Louis Lumière był prekursorem W-11...?

Jeżeli chcielibyście zapoznać się z twórczością Louisa Lumière, to mam dla Was dobrą wiadomość: internet jest w tym przypadku prawdziwą skarbnicą wiedzy. Filmików na YouTube jest aż nadto; mi samej, mimo sporego zapału, udało się obejrzeć tylko mniej więcej jedną trzecią czy czwartą całego tego dobra. Obejrzyjcie poniższą kompilację, a jeśli będziecie mieli ochotę na więcej, poszukajcie po prostu kolejnych części. Jest ich bodajże dwanaście, co łącznie daje - bagatelka - sześć godzin oglądania. Niezły wynik jak na zbiór filmów, które trwają mniej niż minutę...



I? Jak się Wam podobało? Lubicie takie starocie czy są dla Was już zbyt prehistoryczne? Koniecznie podzielcie się wrażeniami!

W następnym odcinku: kolejny wielki Francuz, czyli Georges Méliès. W dalszych planach: zapomniany Irlandczyk, czyli Sidney Olcott, a w jeszcze dalszych: gigant filmu niemego, czyli D.W.Griffith. Tym razem wcześniej niż za dwa miesiące. Stay tuned!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails