sobota, 28 listopada 2015

Cierpienia młodego Heathcliffa, czyli o "Wichrowych wzgórzach" Andrei Arnold

Jeżeli jesteś, drogi Czytelniku/Czytelniczko, wielkim fanem/fanką Wichrowych Wzgórz, jeśli od dawna wiesz, jak powinien wyglądać idealny Heathcliff, jeśli uważasz, że ekranizacja ma obowiązek ściśle trzymać się książkowego pierwowzoru, przedstawić go jak najdokładniej i pod żadnym pozorem nie dodawać niczego od siebie, to szczerze Ci radzę: nie oglądaj tego filmu. Nie spodoba Ci się, pewnie się tylko niepotrzebnie zdenerwujesz. Jeśli jednak wierzysz, że filmowa adaptacja książki - jeżeli ma być dobra -  musi się od pierwowzoru różnić, a od arcydokładnego przedstawienia wszystkich opisanych w powieści szczegółów ważniejsze jest dla Ciebie odwzorowanie jej ducha (może nawet dodanie autorskiej interpretacji?), Wichrowe wzgórza Andrei Arnold mają szansę Cię uwieść. Będzie inaczej, nie ukrywam. Ale czy to koniecznie musi znaczyć: gorzej?

Wuthering Heights // Wichrowe wzgórza (2011; Wielka Brytania)
 Reżyseria: Andrea Arnold
Obsada: Shannon Beer, Solomon Glave, Kaya Scodelario, James Howson 
Ocena: 6,5/10

poniedziałek, 21 września 2015

Historia po niemiecku: "Wizja z życia Hildegardy z Bingen", "Siostry i Schiller" i "Biała wstążka"

Przeprowadzka do nowego miejsca zawsze wiąże się z łatwiejszym dostępem do lokalnej kultury - i tak też było również w przypadku mojego wyjazdu do Niemiec i niemieckich filmów. Nie żeby wrota filmografii zza Odry w jednej chwili stanęły przede mną otworem; musiało minąć trochę czasu, zanim doszlifowałam język na tyle, żeby móc czerpać przyjemność z filmu nieanglojęzycznego z niemieckimi napisami. Pełne rozumienie ze słuchu jest dla mnie ciągle jeszcze (niestety!) niewykonalne, więc na kinowe premiery niemieckich filmów jeszcze się nie wybieram... Ale nie przeszkadza mi to; filmy z medioteki mają zawsze - o ile są w oryginale niemieckojęzyczne - napisy dla niedosłyszących, które bez skrupułów wykorzystuję. Przydaje się to zwłaszcza w przypadku filmów kostiumowych tudzież historycznych, w których słownictwo bywa wzięte z księżyca - a właśnie taki zestaw chciałabym Wam dzisiaj przedstawić.

sobota, 19 września 2015

Francusko: "Jedwabna opowieść" i "Renoir"

Są ludzie, którzy bezkrytycznie zachwycają się kinem francuskim: bo jest pełne uroku, wyraźnie inne od amerykańskiego, magiczne i rzeczywiste zarazem (kilka dni temu natrafiłam na czyjąś opinię na ten temat: "Lubię kino francuskie za to, że kobiety po obudzeniu są w nim niepomalowane i mają potargane włosy" - istotnie, mają; patrz: Lea Seydoux w Żegnaj, królowo). Ja wprawdzie aż tak entuzjastyczna nie jestem, bo urok urokiem, ale nieraz jednak to nie wystarcza i widziałam parę francuskich filmów, które poza tą "magią" niewiele miały do zaoferowania - ale w ogólnym rozrachunku raczej mnie te produkcje przyciągają niż odrzucają. W ostatnim czasie, wśród tej gromady filmów, które obejrzałam, znalazło się więc też parę filmów rodem z Francji. Niektóre z nich widziałam już parę dobrych miesięcy temu, więc pamiętam je trochę przez mgłę, ale mam nadzieję, że uda mi się i tak przekazać Wam, co mnie w nich urzekło...

 Brodeuses / Jedwabna opowieść (2004; Francja)
Reżyser: Eleonore Faucher
Obsada: Lola Naymark, Ariane Ascaride, Thomas Laroppe
Ocena: 8/10

Na pierwszy plan poszła Jedwabna opowieść - film, który swego czasu zwyciężył podczas festiwalu Nowe Horyzonty. Co ja z nim miałam! Od pierwszego wejrzenia zakochałam się w zdjęciach: pięknych, nasyconych kolorach, ciepłym, jesiennym słońcu i cudownych włosach głównej bohaterki (całe życie marzyłam o takich...!). Koniecznie chciałam go zobaczyć. Z wielkim entuzjazmem zabrałam się za poszukiwania i... Nic. Znalezienie/zdobycie tego filmu okazało się niewykonalne. Nic, nigdzie, żadnych śladów. Poddałam się. A teraz wyobraźcie sobie moją radość, kiedy dobry rok później przypadkiem znalazłam go na Netflixie...!

Renoir (2012; Francja)
Reżyser: Gilles Bourdos
Obsada: Christa Theret, Michel Bouquet, Vincent Rottiers
Ocena: 8/10

Na Renoira, obejrzanego parę dobrych miesięcy później, trafiłam za to zupełnym przypadkiem. Czekał i patrzył na mnie z półki w osiedlowej mediatece. A że piękne kolory + impresjoniści to coś, co bardzo lubię, wypożyczyłam bez wahania.

Celowo piszę o tych dwóch filmach jednocześnie, bo są do siebie - mimo oczywistych różnic w fabule - dosyć podobne. Ale najpierw może właśnie o fabułach...


piątek, 21 sierpnia 2015

Futatsume no mado // Still the Water // Zawsze woda


Reżyser: Naomi Kawase
Obsada: Nijiro Murakami, Jun Yoshinaga, Tetta Sugimoto, Miyuki Matsuda, Makiko Watanabe, Jun Murakami
Ocena: 8/10

Marzyłam o obejrzeniu Futatsume no mado od dobrego półtora roku. Marzyłam do tego stopnia, że jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobiłam po powrocie z długiego, odprężającego urlopu było umówienie się z mężem na ostatni seans tego filmu w mieście. Najbardziej przyciągało mnie do niego to, że - możecie się śmiać, ale to szczera prawda... - był kręcony na jednej z okinawskich wysp; konkretniej: na Amami Oshimie. Od czasów magisterki czuję się dziwnie związana z Okinawą i serce mi radośnie skacze, kiedy tylko znajduję jakieś do niej nawiązania. A tu cały film! Cóż za prezent od losu!


niedziela, 28 czerwca 2015

Everything Wrong With: Breaking Dawn p.1 // Przed świtem, cz.1 (Saga "Zmierzch")


Nie jestem jakąś wielką hejterką sagi Zmierzch. Jasne, mądre to to nie jest, specjalnie dobrze zrealizowane też nie, ale da się oglądać. Widziałam parę gorszych i głupszych filmów. Poprzednia część (Zaćmienie) dostała ode mnie nawet całe 5 gwiazdek: scena z Jacobem informującym Edwarda, że Let's face it: I'm hotter than you była autentycznie zabawna, a do tego między Pattinsonem i Steward (którzy chyba wtedy zaczęli się ze sobą umawiać) po raz pierwszy dało się zauważyć jakąś chemię. Do Przed świtem podeszłam więc wprawdzie bez większych oczekiwań, ale też bez jakichś wielkich uprzedzeń; co więcej, namówiłam do tego seansu męża, którego chciałabym z tego miejsca szczerze za ten błąd przeprosić. Chociaż może niepotrzebnie. W końcu oboje ubawiliśmy się setnie.


sobota, 30 maja 2015

Cannes 2015

Festiwal w Cannes dobiegł końca już prawie tydzień temu. I, jak zwykle, najbardziej ekscytującą częścią festiwalu było dla mnie wcale nie ogłoszenie wyników, a regularne czytanie/oglądanie recenzji kolejnych filmów, które podczas festiwalu miały swoją premierę. Polecić niczego, oczywiście, nie mogę, bo nikt mnie do Cannes jeszcze nie zaprasza ;), ale wśród festiwalowych premier znalazło się parę filmów, które z różnych powodów wydają mi się interesujące - i chciałabym zwrócić na nie i Waszą uwagę.

Ha, właśnie odkryłam, że na mojej liście przeważają klimaty azjatyckie. A to ci niespodzianka...

1. Makbet // Macbeth (2015; Francja, Wielka Brytania)


Michael Fassbender jako Makbet, Marion Cotillard jako jego demoniczna żona. Czekam na ten film już od dłuższego czasu i nie ma tu żadnego pola do dyskusji - obejrzę go na 100%, czy będzie zbierał dobre recenzje, czy nie. Póki co recenzja filmwebowego teamu jest średnio przychylna - mogło być dobrze, film ma mocny, ciężki klimat, ale ten tekst taki stary i toporny, nie pasowało to do siebie, lepiej byłoby uwspółcześnić. No nie wiem, jeżeli rzeczywiście mroczni bohaterowie mówią do siebie wierszem, to znaczy, że jest dokładnie tak, jak w oryginale - a ile znacie filmów, którym zaszkodziło to, że są zbyt wierne oryginałowi? Myślę, że będzie przynajmniej nieźle. Zresztą, obejrzę ten film dla samej obsady.


2. Młodość // La giovinezza (2015; Francja, Szwajcaria, Wielka Brytania, Włochy)\


Jestem kompletną ignorantką jeśli idzie o kino włoskie. Nie widziałam nawet Wielkiego piękna, poprzedniego, słynnego filmu reżysera Młodości. Ba, nie znam nawet filmów Felliniego. Ale to, że się na czymś kompletnie nie znam, nie oznacza, że w ogóle mnie to nie interesuje. W tym przypadku - wręcz przeciwnie; bardzo zależy mi na nadrobieniu zaległości. Młodość też dopisałam do listy "do obejrzenia". Ciężko stwierdzić, o czym dokładnie ma traktować film (wolę nie przesadzać z wczytywaniem się w opisy, bo nieraz roi się w nich od spoilerów...), ale spodziewam się spokojnego, kameralnego kina, próby ugryzienia "problemu" starości (jakoś często trafiam ostatnio na tę tematykę, tak nawiasem mówiąc). Do tego w filmie występuje Rachel Weisz, którą bardzo lubię od czasu Wiernego ogrodnika.


3. Louder Than Bombs  (2015; Francja, USA)


Sądząc po recenzji - kawał dobrego dramatu rodzinnego. Wprawdzie pan Walkiewicz twierdzi, że wszystkiego tego jest za dużo, że ciekawe wątki nie są pogłębione, ale nie zaszkodzi przekonać się o tym osobiście. Tu akurat obsada średnio mnie przekonuje (może jeden Jesse Eisenberg wzbudza we mnie jakieś emocje...) i moje zainteresowanie tym filmem opiera się tylko na recenzji, więc może być różnie, ale chętnie dam mu szansę.

4. The Sea of Trees (2015; USA)


I tu zaczyna się robić azjatycko. Wprawdzie film jest produkcji amerykańskiej, ale akcja dzieje się w Japonii (ściślej: pod górą Fuji - haha, byłam tam!), a jednym z dwójki głównych bohaterów jest Japończyk. Wprawdzie jest to Ken Watanabe, czyli najbardziej zamerykanizowany Japończyk naszych czasów, ale zawsze. Wprawdzie żadna ze mnie fanka Gusa Van Santa, ale też do tej pory nie miałam powodów, żeby go nie lubić. Wprawdzie film zebrał fatalne recenzje i został w Cannes wygwizdany (!), wprawdzie już zdobył zaszczytny tytuł "połączenia Paolo Coelho z Nicholasem Sparksem" (swoją drogą, jeśli rzeczywiście jest tak źle to mogę się nieźle na tym seansie ubawić), ale... Sami rozumiecie. Japonia. Góra Fuji. Ken Watanabe. Jak pseudofilozoficzny by ten film nie był, nie mogę tak od razu z niego zrezygnować.
A pseudofilozoficzny wydaje się być już na podstawie opisu: mężczyzna odwodzi drugiego mężczyznę od samobójstwa i razem wędrują przez mroczny i okryty złą sławą las samobójców. Jednocześnie przedzierają się również (oczywiście...) przez meandry własnej psychiki. Nic nie mówię, film o takiej tematyce też m o ż e się udać. Ale wszystko wskazuje na to, że w tym przypadku jednak nie wyszło. Mam nadzieję, że będę miała okazję sama się o tym przekonać.


5. Shan He Gu Ren // Mountains May Depart (2015; Chiny)


Kolejny dramat rodzinny, tym razem prosto z Chin. Już samo to wzbudziło moje zainteresowanie, bo współczesne Chiny wydają się idealnym tłem do takiej tematyki. Państwo Środka zmienia się w zawrotnym tempie i Chińczycy nie zawsze potrafią za tymi zmianami - ekonomicznymi, socjalnymi, kulturowymi - nadążyć. Póki co spora część chińskiego społeczeństwa zachorowała na obsesję pieniądza, co jest zjawiskiem znanym i u nas, ale chyba (na szczęście!) nie na taką skalę. Tradycyjny model rodziny odchodzi do lamusa, wypierany nawet nie przez nowy model, a przez coraz większy zanik więzi międzyludzkich. I to o tym ostatnim ma ponoć opowiadać ten film. Uniwersalna tematyka.
A do tego, nareszcie, bardzo dobra recenzja filmwebowej redakcji. Ponoć to jeden z najlepszych filmów festiwalu.


6. Umimachi Diary // Nasza najmłodsza siostra (2015; Japonia)


Na sam koniec mój numer 1; film, który MUSZĘ obejrzeć, niezależnie od recenzji (ale akurat są pozytywne), komentarzy (nawet nie patrzyłam) i w ogóle jakichkolwiek czynników. Filmy Koreedy biorę w ciemno. Im więcej czasu mija od mojego powrotu z Japonii, tym większy staje się mój sentyment dla japońskiego reżysera; jego filmy posiadają magiczną zdolność teleportowania mnie z powrotem na Daleki Wschód. Pisałam to już kilka razy, ale co tam, powtórzę: jeśli chcecie poznać Japonię "bez gejsz i samurajów", prawdziwą, dzisiejszą Japonię, a nie tylko tanią egzotykę, zapoznajcie się z filmografią Koreedy. Koniecznie!
Fabuła zapowiada się "normalnie" - dużo relacji rodzinnych, dużo niewypowiedzianych (nieuświadomionych?) zarzutów, (nieraz bolesnego) docierania się. Tym razem punktem wyjścia akcji jest śmierć ojca trzech głównych bohaterek i ich nieoczekiwane odkrycie istnienia dużo młodszej, przyrodniej siostry, którą postanawiają się zaopiekować. Widzę w tym potencjał na ciekawą historię i jestem pewna, że Koreeda go nie zmarnował.


Zaciekawiły Was któreś z tych filmów? A może czekacie na zupełnie inne filmy z Cannes? Interesują Was w ogóle filmowe festiwale?

niedziela, 24 maja 2015

Ludzie filmu: Louis Lumière

Dacie wiarę, że to moja setna notka na blogu? Dla większości blogerów byłaby to pewnie "dopiero" setna, zwłaszcza że od założenia bloga minęło już sporo czasu, ale mnie - jako że piszę sobie spokojne i leniwie, raz na jakiś czas, jak najdzie mnie ochota - bardzo ta okrągła liczba zaskoczyła. Mam wielką nadzieję, że kolejna setka przyjdzie równie nagle i niespodziewanie, że nie opuści mnie wena ani chęć do pisania i że jeszcze przez długi, długi czas będę mieć czas i chęci na zagłębianie się w wszelakich "odbiciach rzeczywistości" - czy to filmowych, literackich, czy jeszcze innych.

Minione dwa miesiące nie przyniosły mi żadnej wielkiej rewolucji. Nadal tkwię po uszy w filmach niemych; podczytuję sobie po kawałku 900-stronnicową Historię kina, tworzę na jej podstawie zagmatwane i nie do końca czytelne notatki i jednocześnie staram się, o ile to możliwe, oglądać filmy, o których czytam - co, rzecz jasna, bardzo spowalnia sam proces czytania, bo o ile przeczytać rozdział jestem w stanie w kilkanaście/-dziesiąt minut, to obejrzenie wymienionych w tym rozdziale filmów (i jeszcze wyszukanie, które z nich są w ogóle osiągalne, na które mogę kiedyś mieć nadzieję, a które są oficjalnie uznane za zaginione...) zajmuje mi już w najlepszym wypadku kilka godzin, i to tylko jeśli wszystkie wymienione filmy to krótkometrażówki. Raz na jakiś czas, kiedy zaczynam czuć przesyt starym kinem, przerzucam się na filmy nowsze - trafiło się wśród nich parę perełek, którymi w najbliższych dniach z przyjemnością się z Wami podzielę. A na deser czytam recenzje filmów z dobiegającego właśnie końca festiwalu w Cannes i ostrzę sobie zęby na parę tytułów. A może by tak o tym też napisać...?

Póki co jednak chciałabym zainaugurować nowy blogowy cykl. "Ludzie filmu" to kategoria, której już od dawna mi tu brakowało, bo też zazwyczaj tak właśnie wygląda moje zapoznawanie się z kolejnymi tytułami: aktor/reżyser przykuwa moją uwagę, przeglądam jego/jej profil i po chwili cała wyliczanka nowych filmów ląduje na liście "do obejrzenia". Nie zamierzam kopiować tu ogólnie dostępnych źródeł ani zanudzać Was nieistotnymi biografiami; to raczej rodzaj klucza, według którego chciałabym uporządkować i zaprezentować moje subiektywne, filmowe wrażenia. Pozwolę sobie zacząć z wysokiego C: od samego twórcy kina, czyli Louisa Lumière.


O braciach Lumière słyszeli wszyscy - tego jestem akurat pewna, bo doskonale pamiętam, że to nazwisko pojawia się już w szkolnych podręcznikach do historii. Właściwie należałoby tu mówić nie tyle o "braciach", co tylko o młodszym z nich, Louisie; Lumièrowie, od chłopięcych dni bardzo ze sobą związani, chętnie dzielili się między sobą wszelkimi zasługami, ale akurat w dziedzinie kinematografii prym wiódł bezapelacyjnie Louis i to jemu rodzinna firma Lumièrów zawdzięczała swój sukces. I choć Amerykanie niezmiennie przyznają filmową palmę pierwszeństwa Edisonowi, to jednak w Europie Louis Lumière od lat nazywany jest "ojcem kina" - a to ze względu na pierwszą publiczną projekcję, taką prawdziwą i podobną do dzisiejszej, otwartą dla wszystkich, którym udało się kupić bilet. 

Od roku 1895, kiedy to rzeczona projekcja miała miejsce, Louis Lumière (nagle zrozumiawszy jak potężne i obiecujące może stać się to nowe medium, o którym kilka miesięcy wcześniej, podczas zamkniętej jeszcze projekcji, połączonej z pokazem innych osiągnięć rodzinnej firmy, po prostu... zapomniał) poświęcił się całkowicie kinu. Wyreżyserował mnóstwo filmów (w samej bazie Filmwebu jest ich 175, w rzeczywistości o wiele więcej) - w większości krótkich, 50-sekundowych scenek. Tylko na tyle pozwalała bowiem ówczesna długość filmowej taśmy. Najsławniejszymi z nich pozostają do dziś najwcześniejsze filmiki: pionierscy Robotnicy wychodzący z fabryki...


...i niewiele późniejszy, ale za to jeszcze słynniejszy Wjazd pociągu na stację w Ciotat.

 
Louis Lumière był reżyserem płodnym i nie sposób wspomnieć tu o wszystkich jego filmach - i szczerze powiedziawszy, osobiście nie jestem też w stanie ich wszystkich obejrzeć, nawet po odjęciu wszystkich tych filmów, które zaginęły w ciągu minionego ponad stulecia. Powiedzmy sobie szczerze: filmy Lumière'a, aczkolwiek pionierskie, ważne i interesujące z historycznego punktu widzenia nie mają większych szans zaczarować współczesnego widza. Dużo tu zwyczajnych scenek rodzajowych (Repas de bébé, Premiers pas de bébé), pociągów wjeżdżających na stacje (Ciodad było dopiero początkiem...) czy do tuneli, panoram. Oczywiście, że w każdym z tych filmików można znaleźć coś godnego podziwu. Pociągi, obowiązkowo poruszające się po skosie, można uznać za pierwsze zastosowanie efektów specjalnych w kinie (wszyscy chyba znamy historyjkę o widzach uciekających w popłochu podczas pierwszej projekcji Pociągu..., prawda?). Panoramy były nowym, szalonym pomysłem: kto to widział, żeby rejestrować nieruchomy obraz ruchomą kamerą! Wiązały się one zresztą z innym, jeszcze bardziej niecodziennym pomysłem Lumière'a: reżyser rozesłał na cały świat swoich operatorów z przykazaniem zebrania ciekawego materiału. "Cały świat" nie jest tu bynajmniej przesadą, a przynajmniej nie bardzo dużą; operatorzy Louisa Lumière'a dotarli nie tylko do Włoch czy Anglii, ale również m.in. do Japonii czy Sajgonu, dając nam jedyną w swoim rodzaju szansę podejrzenia życia w tak dalekich stronach 120 lat temu. Wciągające? Niespecjalnie. Ale trudno nie poczuć czegoś na kształt respektu...


O ile można mieć wątpliwości, czy "och-nie-ten-pociąg-nas-przejedzie!" zasługuje na miano efektu specjalnego, o tyle w przypadku Niszczenia muru (1896) nikt już takich obiekcji nie zgłasza. Z dzisiejszego punktu widzenia - banalna sztuczka, żadne wielkie osiągnięcie. Ale jednak wcześniej nikt na taką sztuczkę nie wpadł. To jeden z moich ulubionych filmików Lumière'a, bo widać po nim, że reżyser - a z nim i widzowie - powoli uczy się kinem bawić.


Wielu ludzi uważa Louisa Lumière za twórcę kina realistycznego czy nawet dokumentalnego. Niektórzy utrzymują wręcz, że trudno uznać go za reżysera, bo wcale swoich filmików nie reżyserował - on tylko stał z kamerą i kręcił. Nieprawda! Owszem, takich scen jest sporo, może nawet większość (pociągi, tunele, panoramy, obrazki z zagranicy...) - ale poza tym Lumière kręcił też gagi (Polewacz polany) czy filmiki, które dziś zakwalifikowalibyśmy zapewne jako sci-fi: Mechaniczny rzeźnik (La charcuterie mécanique) czy właśnie powyższe Niszczenie muru. Zresztą, nawet co do tych scenek rodzajowych mam spore wątpliwości; niby to realistyczne i naturalne, ale kto wie, czy jednak nie odrobinkę wyreżyserowane? Weźmy taką Łódkę opuszczającą port (Barque sortant du port). Rzeczywista scenka? Czy raczej aktorzy, udający nie-aktorów? A Morze (La Mer)? A wspomniane już Karmienie dziecka (Repas de bébé)? To, że scenki wyglądają naturalnie nie znaczy jeszcze, że rzeczywiście takie są. Kto wie, może Louis Lumière był prekursorem W-11...?

Jeżeli chcielibyście zapoznać się z twórczością Louisa Lumière, to mam dla Was dobrą wiadomość: internet jest w tym przypadku prawdziwą skarbnicą wiedzy. Filmików na YouTube jest aż nadto; mi samej, mimo sporego zapału, udało się obejrzeć tylko mniej więcej jedną trzecią czy czwartą całego tego dobra. Obejrzyjcie poniższą kompilację, a jeśli będziecie mieli ochotę na więcej, poszukajcie po prostu kolejnych części. Jest ich bodajże dwanaście, co łącznie daje - bagatelka - sześć godzin oglądania. Niezły wynik jak na zbiór filmów, które trwają mniej niż minutę...



I? Jak się Wam podobało? Lubicie takie starocie czy są dla Was już zbyt prehistoryczne? Koniecznie podzielcie się wrażeniami!

W następnym odcinku: kolejny wielki Francuz, czyli Georges Méliès. W dalszych planach: zapomniany Irlandczyk, czyli Sidney Olcott, a w jeszcze dalszych: gigant filmu niemego, czyli D.W.Griffith. Tym razem wcześniej niż za dwa miesiące. Stay tuned!

sobota, 28 marca 2015

Magia kina niemego - moje początki

Spotkanie pierwsze:

Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy grało się jeszcze w pierwsze, pionierskie The Sims. Ściągam z jakiejś fanowskiej strony domek dla moich ludzików. Domek okazuje się być zamieszkany przez niejakiego Rudolpha Valentino. Mama robi znaczące miny i informuje mnie, że taki ktoś istniał naprawdę i był kiedyś bardzo sławnym i przystojnym aktorem. Przyjmuję informację, upycham ją gdzieś w mózgu i wracam do wirtualnego świata. Simy są dużo ciekawsze niż jacyś tam aktorzy sprzed lat.

Spotkanie drugie:

Parę dobrych lat temu. Osiem? Siedem? Jakoś podczas moich późniejszych lat licealnych. Powoli zaczynam odkrywać magię muzyki. Wynajduję "swoich" wykonawców, których płyty pomagają mi zrelaksować się po długich dniach w szkole. Któregoś dnia kupuję sobie najnowszy, wyczekiwany album Katie Melui: Pictures.


Album otwiera piosenka o niejakiej Mary Pickford, które to nazwisko nie mówi mi jednak nic. A przecież to pierwszy utwór na płycie, który powinien przykuwać uwagę i zachęcić słuchacza do przesłuchania całej reszty. Melodia jest chwytliwa, ale tekst nie trafia do mnie w ogóle - musiałabym wiedzieć, kto zacz. Ze wszystkich padających w piosence nazwisk mówi mi coś jedynie Charlie Chaplin, wnioskuję więc (jak się potem okazuje, w pełni prawidłowo), że rzeczona Mary Pickford była pewnie jakąś słynną aktorką sprzed lat, o której, oczywiście, nigdy nie słyszałam. Mały research na Wikipedii potwierdza moje domysły, a nawet pozwala mi zrozumieć zawartą w tekście piosenki (niezbyt dyskretną) aluzję do United Artists. Nie czuję specjalnej potrzeby pogłębienia tej wiedzy; filmów przecież prawie nie oglądam (zazwyczaj do pierwszych reklam...), historia kina mnie nie obchodzi, a na płycie jest tyle innych, ciekawszych piosenek...

Spotkanie trzecie:

Jakieś pół roku temu - może nawet mniej? - zasiadam z mężem do filmu o małym Hugonie i jego niezwykłym wynalazku. Od czasów licealnych zmieniło się w moim życiu wiele: primo, z nieszczęśliwie (obowiązkowo!) zakochanej nastolatki awansowałam na szczęśliwą mężatkę, którą smętne piosenki o rozpaczliwej miłości zdążyły już znużyć; secundo, przestałam oglądać losowe filmy w telewizji, a zaczęłam dobierać je sobie sama, w efekcie czego ze zdumieniem odkryłam, że odpowiednio dobrane kino wcale nie jest nudne, przewidywalne i pozbawione jakichkolwiek wartości; tertio - co prosto wynika z powyższego - pokochałam kino całym sercem i rzuciłam się do nadrabiania nagromadzonych przez laty zaległości, wpadając z jednej skrajności w drugą. 


Hugo i jego wynalazek miał być ciepłą i magiczną historią o zdolnym chłopcu, okazał się natomiast (między innymi, ale mnie akurat ten aspekt filmu uderzył najmocniej...) zakamuflowanym peanem na cześć pioniera kinematografii, francuskiego reżysera Georgesa Mélièsa. Jako że moja wiedza o początkach kina nadal tkwiła na poziomie "Mary Pickford wielką aktorką była", po seansie musiałam (a jakże!) znów przeprowadzić mały research, żeby przekonać się, czy pan Méliès istniał naprawdę, czy to tylko taki wymysł Martina Scorsese. 
Jeśli ktoś też ma takie wątpliwości - istniał. 
A mi po raz pierwszy przyszło do głowy, że może dobrze by było zapoznać się z tym najstarszym kinem, z początkami początków, z twórczością tych, na których, chcąc nie chcąc, wzorowali się potem wszyscy inni. Tyle tylko, że zupełnie nie wiedziałam, jak się za to zabrać. Od czego zacząć? Co jest ważne, wartościowe, a co można sobie spokojnie podarować? Filmografia pierwszych gwiazd kina przyprawia o zawrót głowy - listy tytułów ciągną się bez końca i to, że większość z tych filmów to krótkometrażówki, nijak nie pomaga w ogarnięciu tego ogromu dobra. Skapitulowałam... Na jakiś czas.

Spotkanie czwarte:

Połowa lutego 2015. Rodzice przyjeżdżają do mnie w odwiedziny, przywożąc ze sobą "ostatnie" wory tudzież kartony moich książek. Dużo wśród nich pozycji encyklopedycznych, którymi swego czasu uwielbiała obdarowywać mnie moja babcia, ja natomiast nigdy nie miałam zbytniej ochoty ich czytać. Robię wśród książek bezwzględną selekcję, planując oddać większość z nich do biblioteki. Wreszcie dokopuję się do jakiejś dziwnej pozycji o historii XX wieku, do której nigdy w życiu nie zajrzałam, choć dostałam ją, jeśli wierzyć dedykacji, w gimnazjum. Na wszelki wypadek postanawiam zrobić to teraz, zanim rzucę ten kloc na stertę "do oddania" - i książka otwiera mi się, zupełnie przypadkowo, na rozdziale pt. Łabędzi śpiew kina niemego...
Po dokładniejszym przyjrzeniu się rozdziały dotyczące kina okazują się być właśnie tym, czego potrzebuję. Niezbyt to szczegółowe, temat potraktowany jest mocno "po łebkach", ale dzięki wyliczankom ważnych tytułów jestem w stanie stworzyć sobie jako taki obraz tego, co dobrze byłoby obejrzeć. Filmwebowa lista znów się rozrasta, więc nie zwlekając zabieram się na oglądanie. I znikam z blogosfery na półtora miesiąca.
**********

Kino nieme jest... inne. Inne od tego, co oglądałam do tej pory, inne od tego, co sobie na jego temat wyobrażałam. Przede wszystkim, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, jest bardzo różnorodne. Są tu i pozycje pionierskie, które dziś jednak trudno traktować inaczej niż jako historyczną ciekawostkę, i tendencyjne, po których zęby aż bolą od zgrzytania, i tragicznie słabe, przy których aż ciężko uwierzyć, że odniosły kasowy sukces, i typowe filmy familijne, a wreszcie - arcydzieła, którym nie zaszkodził upływ czasu i które dziś również można oglądać z zachwytem.

Przygodę z kinem niemym zaczęliśmy na chybił-trafił: od Symfonii zmysłów (1927) z Gretą Garbo. Niezbyt to fortunny wybór, Symfonia... okazała się być bowiem klasyczną przedstawicielką typu tendencyjnego. Cenzura w Stanach szalała, kino miało propagować odpowiednie wartości moralne; jak nietrudno się domyślić, efekty takiej polityki są dość ciężkostrawne. Zaśmialiśmy się gorzko, kiedy jeden z bohaterów (ksiądz/pastor) pouczał innego bohatera słowami: Kiedy Szatan nie może posiąść duszy mężczyzny, tworzy kobietę dość piękną, by sprowadzić go na złą drogę  - ale trochę nas wcięło, kiedy z dalszego rozwoju wypadków jasno wynikało, że reżyser zamierza tej tezy dowieść. Oglądając filmy z tamtego okresu można dojść do wniosku, że najwyższym wyznacznikiem moralności było nieuprawianie seksu przed-/pozamałżeńskiego; kobiety zdradzające, kochające, zachodzące w nieślubne ciąże są tu prawdziwymi czarnymi charakterami i padają jak muchy.


Niezrażeni tym średnio udanym seansem oglądaliśmy dalej. Bardzo dużo było w tym ekstremalnie-krótko-metrażówek, trwających najwyżej parę minut - niekiedy nawet nie jedną! Pierwsze filmiki braci Lumiere, pierwszy filmik dźwiękowy Edisona (jeszcze z XIX wieku!), "magiczne sztuczki" Meliesa. Filmy, których ocenić nie sposób, a przynajmniej ja tego nie potrafię. Robotnicy wychodzący z fabryki byli niewątpliwie przełomowym osiągnięciem i trudno nie czuć respektu przed tym początkiem początków - ale nie oszukujmy się, nie będę oglądać go raz za razem z zapartym tchem (mówiąc zupełnie szczerze, podczas oglądania skomentowałam film słowami: o kurczę, ale wychodzą...!). Filmy Meliesa są interesujące pod względem technicznym, jako że reżyser stosuje w nich najwcześniejsze efekty specjalne - ale do bycia prawdziwie ciekawymi sporo im jednak brakuje. Rozdarta między ówczesną a dzisiejszą perspektywą, nie oceniam ich po prostu w ogóle.

Przyszedł czas na Szejka z Rudolphem Valentino w tytułowej roli. I - och, jakie to było złe! I fabuła, i przesłanie, i aktorstwo - zwłaszcza jego! Ponoć po tym właśnie występie Valentino stał się rozchwytywanym bożyszczem kobiet, co jest dla mnie kompletnie niepojęte. Te wytrzeszczone oczy, ten wyszczerzony uśmiech, którymi aktor próbuje przekazać absolutnie każdą emocję! 

Creepy...

Mary Pickford, po której sporo się spodziewałam, rozczarowała mnie mniej. Gra dobrze (o ile nie próbuje udawać małej dziewczynki - istna plaga ówczesnych filmów; dorosłe kobiety skaczą jak wariatki po całym pokoju i to ma przekonać widza, że są młode i dziecinne...) i jest naprawdę śliczna jak obrazek, tyle tylko, że większość filmów, które z nią widziałam, to cieplutkie, krzepiące filmy familijne. Może po prostu źle trafiłam? Mała księżniczka, Tajemniczy opiekun, nawet w Tess z kraju burz jest niezbyt poruszająca. Najlepiej wypadła chyba w Madame Butterfly - nie lubię tej opery i całą tę historię uważam za niemożebnie naiwną i irytującą jednocześnie, ale wersja filmowa podobała mi się dużo bardziej niż dzieło Pucciniego. Niemniej jednak, chociaż polubiłam panią Pickford i chętnie obejrzę z nią coś jeszcze, nie dorasta do pięt innej wielkiej postaci kina niemego - kontrowersyjnemu reżyserowi o nazwisku...

... David W. Griffith.

Griffith jest żywym dowodem na to, że kino nieme nie jest równoznaczne z kinem prymitywnym, prostym,  przestarzałym. Ze wszystkich niemych filmów, jakie do tej pory widziałam, produkcje Griffitha niosą ze sobą najwyraźniejsze przesłanie. Odkładając na chwilę na bok kwestię tego, czy się z poglądami reżysera zgadzamy czy nie - godne pochwały jest już samo to, że Griffith w ogóle miał poglądy i nie bał się dzielić się nimi z widzami. W porównaniu do wszystkich tych szejków, małych księżniczek i symfonii, filmy Griffitha szokują doprecyzowanymi, wciągającymi fabułami, głębią przemyśleń i poruszaną problematyką.

Największe kontrowersje ze wszystkich dzieł Griffitha wzbudzają Narodziny narodu (1915) - oskarżane o rasizm już tuż po premierze, a dla wielu dzisiejszych widzów po prostu skandaliczne. Ja sama nigdy bym nie przypuszczała, że obejrzę kiedyś film, którego głównym bohaterem będzie bohaterski przywódca Ku-Klux-Klanu i że będzie mi się ten film podobał - a podobał się. O tym, dlaczego nie uważam Narodzin narodu za film rasistowski mogłabym napisać całą rozprawkę; ten film zasługuje zresztą na osobny wpis. Parę razy reżyser przesadził (tablica o "odwiecznych prawach rasy aryjskiej" brzmi źle nawet bez skojarzeń z panem z wąsikiem...) i śmieszne jest to, że ze wszystkich przestępstw dyktatury czarnoskórego proletariatu Griffitha najbardziej zdaje się oburzać ich zainteresowanie białymi kobietami (i to legalne, moralne, żenić się chcieli...) - ale przez większość filmu nie czułam się szczególnie oburzona, bo to wszystko, co działo się na ekranie, było zupełnie logicznym, naturalnym następstwem lat niewoli.

Rok później Griffith, w poczuciu niezrozumienia, rozczarowany nietolerancyjnym odbiorem, z jakim spotkał się jego film (który stał się zresztą ówczesnym mega-hitem) nakręcił kolejny obraz: Nietolerancję (1916). Wersja reżyserska liczy sobie ponoć parędziesiąt (!) godzin, kinowa - "tylko" trzy. Dla mnie jest to film totalny. Druga dziesiątka w historii. Griffith rzuca w nim rękawicę wszystkim samozwańczym obrońcom moralności, obnaża ich obłudę i okrucieństwo, jasno pokazuje, ile cierpienia przynoszą innym, jak również to, że z nauką, na którą się powołują, nie ma to wszystko nic wspólnego (nie na darmo historia Chrystusa jest jednym z czterech wątków filmu - analogie widoczne są gołym okiem). Może trochę za dużo scen batalistycznych jak na mój gust, ale z drugiej strony, wtedy nie było ich jeszcze w co drugim filmie i musiały robić na widzu wrażenie.

I to wszystko ponad dziesięć lat przed Symfonią zmysłów, jakże uboższą pod każdym względem...!

**********

O zaletach filmów niemych
(nie zawsze i nie całkiem serio)
  1. Filmy nieme nie są przegadane. Konieczność umieszczania dialogów na planszach między scenami, czarno na białym, obnaża zbyt bezwzględnie wszelkie bezsensowne gadulstwo, wobec czego zazwyczaj po prostu ono nie występuje. Wyjątek: Szejk. Tam wszystkie dialogi można skwitować facepalmem.
  2. Filmy nieme są nieraz bardzo krótkie. Godzinka, może trochę dłużej - można łyknąć nawet jeśli wróciliśmy późno z pracy, jesteśmy zmęczeni i chcemy wcześnie położyć się spać. Polecam tu zwłaszcza te familijne filmiki z Mary Pickford.
  3. Filmy nieme są stare, a więc nieobjęte już prawami autorskimi. W związku z tym dostępne są w sieci, zupełnie legalnie, nieraz w dobrej jakości, nawet na Youtubie (ba, nawet na niemieckim Youtubie, na którym nawet teledysków nie ma...).
  4. Filmy nieme są... nieme. Nie ma więc konieczności używania słuchawek, od których uszy bolą, wsłuchiwania się w każdy dialog i identyfikowania ze słuchu dziwnych słów, których nikt już dziś nie używa. W zamian za to można urozmaicić sobie seans opatrując film własnymi dialogami - metoda polecana zwłaszcza przy filmach niespecjalnie mądrych i przesadnie tendencyjnych.
  5. Filmy nieme zamiast dialogów używają plansz z napisami, w związku z czym teoretycznie jesteśmy w stanie obejrzeć film nawet w języku, którego kompletnie nie rozumiemy - pod warunkiem, oczywiście, że mamy pod ręką żywego tłumacza. Ja właśnie przymierzam się z mężem do francuskiej Atlantydy, chociaż francuskiego nie znam ni w ząb. Może wyjdzie.
  6. Filmy nieme są fascynujące pod względem technicznym, jeżeli wie się oczywiście, na co patrzeć. Ja wszystkiego nie wiem na pewno, ale nawet te drobiazgi, z których zdaję sobie sprawę, są dla mnie szalenie interesujące. W jaki sposób kadrowane są sceny? Jakie przejścia stosuje reżyser? Skąd bierze się kolor? Czy w filmie dzieje się coś dziwnego, niemożliwego do normalnego sfilmowania - a jeśli tak, to jak to sfilmowano? Filmy nieme nauczyły mnie dostrzegać magię kina...

A na deser: jeden z fantastycznych filmików, które były (i wciąż są) dla mnie istną kopalnią wiedzy (i tytułów) na temat rozwoju kinematografii. Hollywoods History of Faking It jest jednym z najciekawszych odcinków, ale jeżeli ten wykład przypadnie Wam do gustu, to koniecznie sprawdźcie tez inne filmiki od Filmmaker IQ - zwłaszcza te o dźwięku i kolorze. Polecam najszczerzej jak się da.

niedziela, 22 lutego 2015

Osobiste Oscary

Oscarowa gala już za parę godzin. Kto ma chęć i możliwości oglądania, pewnie nie może się już doczekać; ja, jako że brakuje mi i jednego, i drugiego, poprzestanę na spokojnym przejrzeniu listy zwycięzców. Pomyślałam sobie jednak, że zdążę jeszcze podzielić się z Wami listą moich osobistych oscarowych zwycięzców, zanim Akademia ogłosi swoich:

Najlepszy film

Nominacje:
Snajper (American Sniper)
Whiplash

Zdecydowanie Boyhood. Reszta jest albo za pobieżna, albo za poprawna, albo fabuła kuleje, albo w ogóle nie przypadła mi do gustu. O dziwo, wydaje mi się, że rzeczywiście Boyhood tę statuetkę dostanie. Cóż, przekonamy się jutro.

Najlepszy aktor pierwszoplanowy

Nominacje:
Michael Keaton (Birdman)
Steve Carell (Foxcatcher)
Benedict Cumberbatch (Gra tajemnic)
Bradley Cooper (Snajper)
Eddie Redmayne (Teoria wszystkiego)

Dwóch z panów (Steve'a Carella i Bradley'a Coopera) nie widziałam, ale z pozostałej trójki zdecydowanie Eddie Redmayne. I jakoś ciężko mi uwierzyć, żeby któryś z tamtych dwóch zagrał swoją rolę lepiej. Rola Eddiego była zresztą typowo oscarowa, więc szanse ma spore...

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa

Nominacje:
Marion Cotillard (Dwa dni, jedna noc)
Reese Witherspoon (Dzika droga)
Julianne Moore (Motyl. Still Alice)
Felicity Jones (Teoria wszystkiego)
Rosamund Pike (Zaginiona dziewczyna)

Z nominowanych pięciu pań nie widziałam tylko jednej - akurat tej, która na 90% zgarnie statuetkę. Z pozostałej czwórki odrzuciłabym na wstępie Felicity Jones (dobra rola, ale bez fajerwerków), a z pozostałą trójką miałabym spory problem, bo i Marion Cotillard, i Reese Witherspoon, i Rosamund Pike zagrały w swoich filmach trudne i niebanalne role. Ostatecznie postawiłabym chyba na Rosamund Pike, bo jej Amazing Amy zupełnie zmieniła mój obraz tej aktorki. Już nigdy nie uwierzę, że jej Jane B. jest słodka i niewinna...

Najlepszy aktor drugoplanowy

Nominacje:
Edward Norton (Birdman)
Ethan Hawke (Boyhood)
Mark Ruffalo (Foxcatcher)
Robert Duvall (Sędzia)
J.K.Simmons (Whiplash)

Widziałam tylko pierwszych dwóch aktorów i obaj bardzo mi się spodobali. Nie wiem, dać im jednego Oscara na pół? W sumie to moje nagrody, mogę wyłonić dwóch zwycięzców, a co. Kto mi zabroni ;).

Najlepsza aktorka drugoplanowa

Nominacje:
Emma Stone (Birdman)
Patricia Arquette (Boyhood)
Laura Dern (Dzika droga)
Keira Knightley (Gra tajemnic)
Meryl Streep (Tajemnice lasu)

Tu dla odmiany widziałam wszystkie nominowane aktorki. Wszystkie były dobre, ale najbardziej utkwiła mi w pamięci piękna rola Laury Dern, nad którą trochę porozpływałam się już wczoraj. Prawdziwego Oscara pewnie nie dostanie, jej postać była na to zbyt pogodna i zdrowa psychicznie, ale ode mnie - jak najbardziej.

Najlepszy reżyser

Nominacje:
Alejandro Gonzales Inarritu (Birdman)
Richard Linklater (Boyhood)
Wes Anderson (Grand Budapest Hotel)
Morten Tyldum (Gra tajemnic)
Bennett Miller (Foxcatcher)

Albo Linklater, albo Anderson. Ciągle nie mogę się zdecydować i najchętniej też dałabym im tego Oscara na pół. Może minimalnie bardziej skłaniam się ku Andersonowi, bo jego Hotel był naprawdę dopięty na ostatni guzik i czemu jak czemu, ale reżyserii w tym filmie nie można zarzucić niczego...

Najlepszy scenariusz oryginalny

Nominacje:
Foxcatcher
Wolny strzelec

Tu, dla odmiany, stawiam raczej na Boyhood. Scenariusz w Hotelu był - a przynajmniej takie sprawił na mnie wrażenie - tylko pretekstem do pobawienia się formą, w Boyhood był siłą napędową filmu. Foxcatchera i Wolnego strzelca nie widziałam, a Birdmana pominę lepiej milczeniem.

Najlepszy scenariusz adaptowany

Nominacje:
Snajper
Wada ukryta
Whiplash

Naprawdę nie nominowali Zaginionej dziewczyny??? Naprawdę? A ja dopiero teraz się zorientowałam...?! Przykro mi, moja statuetka i tak idzie do niej. Zresztą, i tak wygra Whiplash...


Reszta kategorii średnio mnie interesuje i nie mam w niej specjalnych faworytów. Może tylko ucieszyłby mnie Oscar dla Lost Star, bo to piękna piosenka, chociaż może niekoniecznie w wykonaniu Keiry. Zdjęcia i scenografia - stawiam na Andersona i jego Hotel, kostiumy - zapewne na Czarownicę. Co do filmów animowanych, widziałam tylko Jak wytresować smoka 2 i mam nadzieję, że statuetkę zdobędzie jakikolwiek inny film z nominowanej piątki, bo ta animacja była li i jedynie niezła. Z kategorii nieanglojęzycznej leżę i kwiczę, nawet naszej Idy nie widziałam, za co wstyd mi przeokrutnie i co zamierzam prędzej czy później nadrobić. Raczej później, bo po tym maratonie nowości wzięła mnie ochota na klasykę kina...

Fanom oscarowej gali życzę miłego oglądania, a sama lecę szukać ostatnich odcinków Sailor Moon Crystal. Nawet w tym narobiły mi się zaległości ;).

sobota, 21 lutego 2015

Oscarowe odliczanie 2015: "Dzika droga", "Tajemnice lasu" i "Selma"

Oscary tuż-tuż, w ostatniej chwili przybywam więc z drugą i ostatnią notką z tegorocznego Oscarowego Odliczania. 

Tym razem, w przeciwieństwie do ubiegłego roku, nie obejrzałam wszystkich filmów z głównej kategorii i wcale nie mam zamiaru tego robić. Ani Snajper, ani Whiplash mnie nie interesuje (chociaż po tego drugiego może i kiedyś sięgnę), podobnie jak nominowany w paru innych kategoriach Foxcatcher. Nie udało mi się też zmusić do Motyla, czego żałuję o tyle, że w kategorii żeńskiej roli pierwszoplanowej werdykt jest prawie pewny - ale tematyka nie podchodzi mi zupełnie. Zupełnie jak rok temu z Blue Jasmine - statuetka dla Blanchett była zerowym zaskoczeniem, a ja do dziś tego filmu nie obejrzałam...

Obejrzałam za to Dziką drogę, Tajemnice lasu i, tuż przed chwilą, Selmę. Czas na parę słów o tej trójce:

Dzika droga, czyli Wild (8/10; USA), każdemu chyba przywodzi na myśl Wszystko za życie, czyli Into the Wild. Niektórzy posuwają się wręcz do oskarżeń o marnie wykonany plagiat, "feministyczną kopię". Oba filmy wykonane są rzeczywiście w dość podobnej stylistyce (teraźniejszość przeplatana ze wspomnieniami, piękne zdjęcia natury i ten nieuchwytny, niedookreślony "klimat"...), łączy je również motyw ucieczki od cywilizacji i przebywania w odosobnieniu na łonie przyrody - i to takiej dzikiej, niezbyt okiełznanej przyrody. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Historie życia bohaterów obu filmów są zupełnie inne, inne są ich motywacje do ucieczki w dzicz, inne oczekiwania i plany na przyszłość. Ba, nawet samo to, co w tej dziczy robią, jest zupełnie inne - bo o ile Alexander Supertramp próbuje się na dobrowolnym wygnaniu osiedlić, o tyle Cheryl Strayed jest przez cały czas w ruchu, próbując pokonać nieprzyjazny Pacific Coast Trail. Krótko mówiąc: gadki o plagiacie i nieudanej kopii są zupełnie bezpodstawne, bo ładne widoki i motyw odcięcia się od świata nie są tak nadzwyczajnie oryginalne, żeby można było je zarezerwować dla jednego tylko filmu...

Główna bohaterka, właśnie rzeczona Cheryl Strayed, to kobieta, której parę rzeczy w życiu nie wyszło i która, nie mogąc poradzić sobie z nieoczekiwanie spadającymi jej na głowę katastrofami, kompletnie się w tym życiu pogubiła. Na wędrówkę pacyficznym szlakiem decyduje się pod wpływem rozpaczliwego impulsu, mając nadzieję, że dzięki tej podróży uda jej się odnaleźć w sobie osobę, którą kiedyś była. Uleczyć duszę, przepracować traumy, a na koniec - zacząć nowe życie. To chyba podstawowa różnica między Wild a Into the Wild - ucieczka Cheryl to nie konsekwencja jej życiowej filozofii, a akt desperacji. I tylko tyle mogę zdradzić nie psując Wam zupełnie przyjemności z oglądania filmu. Podzielę się jeszcze tylko linkiem do całkiem ciekawego artykułu, który odkryłam szukając poniższego zdjęcia; autorka opisuje w nim Wild jako ważny głos w kontekście coraz głośniejszego problemu street harassment i sposób na uświadomienie mężczyznom, jak czuje się kobieta postawiona w takiej sytuacji. Niby to oczywiste, ale może tylko dla mnie, z racji płci? Małżonek uznał po seansie, że reakcje mężczyzn w tym filmie były strasznie smutne -  z jakimś takim rozżaleniem, jakby to wcale oczywiste nie było...


Od strony technicznej film jest bardzo dobry. Wrażenia robią - napiszę to po raz trzeci... - przede wszystkim zdjęcia (o ile w ogóle się takie naturalne widoki lubi, rzecz jasna), co nie jest zresztą specjalnym zaskoczeniem. Bardzo dobra ścieżka dźwiękowa (a żebym ja w ogóle zwróciła uwagę na to, że coś tam w tle gra, to już naprawdę musi być nieźle...). Pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie Reese Witherspoon, która bardzo dobrze poradziła sobie z, bądź co bądź, wymagającą rolą i w dodatku wyglądała w niej zupełnie nie jak ona (czyt. dużo mniej atrakcyjnie niż zwykle). No i Laura Dern jako matka bohaterki - nie wiem, czy to zasługa aktorki czy po prostu ujmującej postaci, ale byłam pod wielkim wrażeniem tej kreacji i to mój zdecydowany oscarowy typ za najlepszą drugoplanową rolę żeńską.

Mimo niezbyt udanego zakończenia całej historii (miałam wrażenie, jakby film się urwał, a narracja zza kamery była jedynym pomysłem na podsumowanie tematu, na jaki wpadł reżyser...) wystawiłam mu ósemkę i jestem z seansu bardzo zadowolona. I tak sobie myślę... Też bym się przeszła. Tylko trochę to daleko, trzeba by zdobyć wizę, no i kto dałby mi tyle urlopu...? ;)


Tajemnice lasu (Into the Woods  - 7,5/10; USA) to przedstawiciel mojego ukochanego gatunku, musicali - i za samo to ma ode mnie wielki plus. To urocza, miejscami mocno ironiczna kompilacja klasycznych baśni: Czerwonego Kapturka, Jasia i magicznej fasoli, Kopciuszka i Roszpunki, połączona z historią piekarza i jego żony, którzy bezskutecznie starają się o dziecko. Okazuje się, że niepłodność pary jest wynikiem starej klątwy, którą rzuciła na dom piekarza mieszkająca w sąsiedztwie wiedźma. Teraz zdradza im sposób na odczynienie zaklęcia. Zdesperowana para rusza więc do lasu w poszukiwaniu czerwonej peleryny, śnieżnobiałej krowy, złotego pantofelka i pszenicznozłotych włosów - a gdzie te upragnione składniki eliksiru znajduje, nietrudno się domyślić...

Bardzo, ale to bardzo podobała mi się warstwa muzyczna filmu. Sądząc po statystykach na youtubie, nie będę specjalnie oryginalna jeśli napiszę, że najlepszym utworem było dla mnie wyśpiewane przez dwóch książąt - tego od Kopciuszka i tego od Roszpunki - Agony. Prześmiewcze, przerysowane i cudownie wykpiwające stereotyp idealnego księcia z bajki. Podobały mi się też piosenki dotyczące zdobywania własnych doświadczeń, uczenia się na błędach etc.: I Know Things Now i On the Steps of the Palace. Any Moment kupiło mnie jednym wersem: Life can be so unpleasant // you must know it as a peasant - zwłaszcza w połączeniu z miną Emily Blunt. Aktorzy śpiewają dobrze, nic mnie szczególnie nie bolało (chociaż - wybaczcie, drogie fanki - Johnny'ego to bym wycięła...). Do aktorstwa też nie mam zastrzeżeń, a Emily Blunt wręcz pozytywnie mnie zaskoczyła.

Niezbyt podoba mi się za to wypływające z tego filmu przesłanie. Disney w ogóle ma ostatnio ciągoty do tych wszystkich No right, no wrong, no rules for me i w przypadku Into the Woods tez to widać - ale przykro mi, nie dla mnie takie filozofie. Myślę, że bardziej przypadłby mi ten film do gustu bez nazbyt dosłownego No One Is Alone na końcu; mogłabym sobie poprzestać na interpretacji lasu jako prawdziwego, pełnokrwistego życia, w którym czasem trzeba zboczyć ze ścieżki, żeby odkryć coś może i strasznego, ale też ekscytującego. W ogóle w filmie klasyczne baśnie odzyskują (do pewnego stopnia - to jednak ciągle Disney) swoje pierwotne znaczenie, skierowane wcale nie do dzieci. Matka Roszpunki panicznie boi się tego, co może spotkać jej córeczkę w "lesie" i próbuje zamienić ją we wieczne dziecko, ślepa na to, że Roszpunka stała się już kobietą; Wilk jest uroczym mężczyzną sprowadzającym Kapturka na manowce... Jedyne, co mnie rozczarowało, to wątek Kopciuszka i Księcia; po trailerze spodziewałam się jakiegoś pogłębienia tej relacji, przepracowywanych wątpliwości etc., a tymczasem twórcy potraktowali temat bardzo powierzchownie. Nie zmienia to faktu, że to i tak mój ulubiony wątek :).

Trochę muzyki, a jakże:







Selma (7/10; USA) to film dobry i pod każdym względem poprawny - może aż za bardzo. Przedstawiono w nim prawdziwą historię walki czarnoskórych mieszkańców Alabamy o prawo do głosowania - prawo, które oficjalnie w pełni im przysługiwało, ale w praktyce było skutecznie blokowane przez rasistowskich polityków z Południa. Co zrobić, kiedy prezydent umywa ręce (w sumie nie do końca zrozumiałam dlaczego: wcale mu na prawach czarnoskórej ludności nie zależało czy nie miał aż takiej kontroli nad Południem i nie chciał się wikłać w żadne negocjacje...?), a ponad 50% mieszkańców stanu jest uważana za ludność drugiej kategorii i nie może decydować o swoim losie? Na pomoc rusza najsłynniejszy Afroamerykanin wszechczasów, mężczyzna, który miał parę pięknych marzeń i walczył o ich urzeczywistnienie: Martin Luther King.

To jeden z tych filmów, po których trochę mi głupio, że jestem biała.

Sama historia jest - a przynajmniej dla mnie była - interesująca, zwłaszcza, że jest oparta na faktach. Przesłanie nie mogłoby być piękniejsze. Aktorstwo jest bardzo dobre; miło było mi znowu zobaczyć na ekranie Tima Rotha (Dr Lightman z akcentem farmera z południa - bezcenne!), a odtwórca głównej roli, David Oyelowo, wypadł niezwykle naturalnie i aż dziwi mnie brak nominacji dla niego. Jednocześnie jednak Selma jest tak hollywoodzka, że bardziej by być nie mogła. Ten wszechobecny slow motion z dramatycznych momentach, patetyczna muzyka, nawet sposób kadrowania... Nie bardzo też rozumiem, dlaczego w tego typu filmach - biografiach wspaniałych ludzi, którzy zmieniali świat - główny bohater (czy bohaterka) musi zawsze przemawiać niczym skrzyżowanie Jezusa z Gandalfem. Długie, piękne zdania, żadnych zająknięć, jakby wcześniej wyuczyli się tych pouczających gadek na pamięć - a reszta bohaterów w jednej chwili milknie i spija z ust wodza słowa mądrości, choćby właśnie wymordowano im całe rodziny. Niezbyt to naturalne, niezbyt przekonujące i zdecydowanie zbyt uładzone jak na mój gust.

Ale końcowa piosenka, Glory, jest dobra. Chociaż chyba nadal jestem raczej za Lost Star.

wtorek, 27 stycznia 2015

Oscarowe Odliczanie 2015: 'Gra tajemnic' i 'Birdman'

Dokonałam w ostatnich tygodniach szokującego odkrycia: praca na cały etat pożera lwią część niegdyś wolnego czasu, a co gorsza - ogranicza pozostały wolny czas do tego stopnia, że ciężko wygospodarować go dosyć na wszystkie dotychczasowe hobby. Wielkie zaskoczenie, wiem. Ta ciągle świeża zmiana mojego planu dnia przyniosła też jednak inny, tym razem rzeczywiście niespodziewany skutek: poprzestawiała mi mianowicie moje hobbystyczne priorytety i preferencje. Przez ostatnie półtora roku szalałam na punkcie kinematografii, jedynie od czasu do czasu przymuszając się do przeczytania tej czy innej pozycji; teraz odkryłam nagle, że dużo chętniej sięgam po jedną z piętrzących się na półkach (albo w czytniku...) książek. Wymyśliłam nawet dość logicznie brzmiące wytłumaczenie: dopóki większość czasu spędzałam w domu i brakowało mi dodatkowych bodźców, miło zaglądało mi się w obrazkowe historie innych ludzi; teraz, kiedy ludzi (i bodźców) mam na co dzień po dziurki w nosie, lepiej odpoczywa mi się przy czymś, co przynajmniej nie robi hałasu ;). W ostatnich dniach głównie wracałam więc do starych przyjaciół, którzy wreszcie opuścili karton i zajęli należne im miejsce. Parę ostatnich części Jeżycjady, Rilla ze Złotego Brzegu, Całe zdanie nieboszczyka Chmielewskiej. Czytam, czytam i oderwać się nie mogę.


W związku z powyższym, oglądam zdecydowanie mniej filmów niż do tej pory. Muszę przyznać, że Oscary kręcą mnie w tym roku dużo mniej niż w ubiegłym i wręcz trochę mnie do filmów zniechęcają - bo filmy, które sama sobie wybieram, są dużo ciekawsze niż te, które wybrała mi Akademia :P. Póki co udało mi się obejrzeć kolejne dwa - Grę tajemnic i Birdmana. Pozwólcie, że na wstępie zaspoileruję: Boyhood nadal pozostaje moim zdecydowanym faworytem do głównej nagrody...

Gra tajemnic to dobry film. W przeciwieństwie do wielu oburzonych filmwebowiczów nie czuję się osobiście urażona faktem, że polscy naukowcy, którzy w dużym stopniu przyczynili się do złamania Enigmy, nie zostali tu wymienieni z imienia i nazwiska. Może dlatego, że z założenia miał to być film nie o Enigmie, a o Alanie Turingu, więc nie ma większego znaczenia kto i co wcześniej z niemiecką maszyną robił. I jako biografia Alana Turinga wypada (tzn., jak na moje, niezbyt dokładnie zorientowane w temacie oko) bardzo przyzwoicie. Benedict Cumberbatch doskonale radzi sobie z rolą, a Keira Knightley po raz pierwszy od dawien dawna podobała mi się tu równie mocno, jak na samym początku kariery. Ona jest stworzona do wcielania się w takie postacie: charakterne, trochę zadziorne, dla których istnieją dużo ważniejsze rzeczy niż miłostki. Joan to niezwykła kobieta, zbyt inteligentna jak na czasy, w których przyszło jej żyć, stale żyjąca pod presją udowadniania, że nie jest głupsza od mężczyzn, a w dodatku doskonale sobie z tą presją radząca. I'm a woman in men's job and I can't afford the luxury of being an ass - informuje Turinga, kiedy ten nie może zrozumieć, dlaczego jest miła dla jego współpracowników. Powody, dla których decyduje się poślubić głównego bohatera, też są raczej nietypowe...
Sam Turing sprawia wrażenie chorego na zespół Aspergera. W retrospekcyjnych ujęciach widzimy go jako odizolowanego od grupy, szykanowanego chłopca, odbierającego rzeczywistość zupełnie inaczej niż jego rówieśnicy (groszek i marchewka?). W dorosłym życiu jest równie aspołeczny; rozumienie drugiego dna wypowiedzi (choćby dla przeciętnego Kowalskiego było ono tak zrozumiałe, że nie uważałby go nawet za drugie dno) przerasta jego możliwości, a myśl o współpracowaniu z... eee, współpracownikami... nawet nie postaje w jego głowie. Dziwne, że akurat z Joan udało mu się nawiązać nić porozumienia i szkoda, że film jakoś dokładniej nie wyjaśnia, skąd się ono wzięło - czy może raczej, nie przedstawia początków ich nietypowej przyjaźni.
Właściwie nie mam Grze tajemnic nic do zarzucenia. Aktorstwo jest dobre, fabuła ciekawa, zrealizowane jest to również bez zarzutu. Tyle tylko, że ten film jest tak strasznie... poprawny. Niespecjalnie mnie zaangażował, nie chwycił mnie za serce. Może dlatego, że Turinga, mimo wszystko, trudno szczerze polubić. Może dlatego, że historia jest, przynajmniej w ogólnych zarysach, dość znana i nie ma tu miejsca na wielkie zaskoczenia. Może dlatego, że (znów, podobnie jak w Teorii wszystkiego!) za mało miejsca poświęcono samym ideom Turinga, w związku z czym jego rozgryzanie Enigmy to dla widza podłączanie kolejnych części do wielkiej maszyny. Ciężko stwierdzić. To jeden z tych filmów, którymi tuż po seansie czuję się bardzo usatysfakcjonowana i radośnie wystawiam im ósemkę, ale następnego dnia dochodzę do wniosku, że zapomnę o tym obrazie już za parę tygodni...

Birdmana obejrzałam wczoraj i tylko wrodzony upór (i blogerskie poczucie odpowiedzialności - "przecież muszę napisać notkę!") powstrzymały mnie przed poddaniem się po jego pierwszych 60 minutach. Czas na zarzut, który naprawdę rzadko się na tym blogu pojawia: Birdman, a zwłaszcza jego pierwsza połowa, jest po prostu śmiertelnie nudny. Może obejrzałam go w złym momencie, może byłam zbyt zmęczona, nie wiem - ale historia Riggana Thomsona nie zaciekawiła mnie nawet w najmniejszym stopniu. Do szału doprowadzała mnie ścieżka dźwiękowa - monotonne, irytujące dudnienie, które w dodatku zagłuszało kwestie aktorów. Akcji tu niewiele, fabuła niby zmierza w stronę filmu psychologicznego, ale jednocześnie jest to za hałaśliwe i za absurdalne, żeby rzeczywiście się w psychikę bohatera zagłębić. Elementy komediowe... Hmm, może miałam wyjątkowo skopany humor, ale w ogóle ich nie zauważyłam. Chyba że mówimy o tym straszliwie zabawnym momencie, kiedy szlafrok bohatera utyka w zatrzaśniętych drzwiach, w związku z czym Thomson biegnie do głównego wejścia w bokserkach...?
Na szczęście w drugiej połowie film trochę zwalnia, dudnienie jakby przycicha i pojawiają się nawet sceny wskazujące na to, że supermoce bohatera (tak, tak, przez cały film je przejawia...) istnieją tak naprawdę tylko w jego głowie, a on sam cierpi na bliżej niezidentyfikowane zaburzenia psychiczne (schizofrenię?), które pchają go na skraj samobójstwa, zupełnie zresztą nieplanowanego. Ba, niektóre ujęcia są naprawdę piękne (i nie mam tu wcale na myśli całego tego lotu Birdmana nad miastem, a Sam odwiedzającą ojca w szpitalu...). W bodajże dwóch scenach dudnienie zostało zastąpione lirycznymi smyczkami - balsam na moje umęczone dudnieniem uszy, subiektywna ocena filmu od razu podskoczyła mi o co najmniej jedno oczko... Ale znów - zakończenie (to najzupełniej końcowe zakończenie) zupełnie nie przypadło mi do gustu, nijak nie wstrzeliło się w moje rozumienie tego filmu i zniszczyło właściwie jedyny wątek Birdmana, któremu udało się mnie zainteresować. Jeśli o Grze tajemnic zapomnę za parę tygodni, to Birdman nie wytrzyma w mojej pamięci nawet jednego. Szczerze mówiąc, już dzisiaj muszę mocno się koncentrować, żeby przypomnieć sobie, o czym w ogóle ten film był...
Większość nominacji dla Birdmana uważam za nietrafione (a nominacje za dźwięk i montaż dźwięku to już zupełny, ponury żart...), ale w jednym się z Akademią zgodzę: Edward Norton był fantastycznym Głównym Dupkiem i nie bolałaby mnie statuetka dla niego za tę rolę. Z nominowanych panów widziałam do tej pory tylko dwóch, ale już mam sporą zagwozdkę: Ethan Hawke też wypadł w Boyhood bardzo dobrze i sama nie wiem, na którego z aktorów ostatecznie bym się zdecydowała...
A Emma Stone do złudzenia przypominała mi tu Imogen Poots w Sztuce spadania. Bardzo przyjemne skojarzenie, nawiasem mówiąc.


The Imitation Game // Gra tajemnic (2014; Wielka Brytania, USA) - 7,5/10
Birdman (2014; USA) - 5/10

niedziela, 11 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014! (i parę planów na 2015)



Późno, bo późno, ale nareszcie udało mi się znaleźć wolną chwilę, wykopać z kartonowych odmętów laptopa i nawet podłączyć się do internetu. Najwyższy czas na krótkie podsumowanie 2014 roku!

Zacznę od siebie, a jak ;).

Jeśli wierzyć filmwebowym statystykom, obejrzałam w 2014 roku 131 filmów. To dla mnie absolutny życiowy rekord. Wynika z tego, że oglądałam coś mniej więcej co trzy dni, nieraz nawet częściej - a zdarzało mi się nawet obejrzeć dwa filmy jednego dnia! Dla porównania dodam, że w całym moim 25-letnim życiu obejrzałam (znów, jeśli statystyka nie kłamie...) jakieś 517 filmów, więc 25% mojego całościowego filmowego doświadczenia pochodzi tyko z zeszłego roku. Szok.

Wśród tych 131 tytułów znalazło się sporo bardzo dobrych pozycji, o których aż przyjemnie jest myśleć. O większości z nich pisałam na bieżąco i nie widzę potrzeby rozpisywania się o nich drugi raz - a zresztą, tyle ich było i to tak różnorodnych, że nie jestem w stanie wytypować tu kilku najlepszych "polecanek". Najwyższe noty, bo aż 9,5, otrzymały dokumentalny I Am i About Time, który - wbrew infantylnemu polskiemu tytułowi (Czas na miłość - bo Kwestia czasu na przykład byłaby już zbyt pomysłowa...) - nie jest lekką, głupiutką komedią romantyczną; w zasadzie to prawie wcale nie jest komedią romantyczną, tylko pięknym filmem o docenianiu własnego życia i cieszeniu się każdą chwilą. Całkiem sporo filmów dostało też ósemki; z całej tej grupy pominęłam na blogu tylko Promised Land (2012), Lady (2011) i Bhutto (2010). Wszystkie trzy polecam: pierwszy powinien spodobać się miłośnikom ekologii, choć i reszcie może przypaść do gustu dzięki odrobinie thrillerowego zacięcia, dwa późniejsze to zaś portrety niesamowitych, odważnych kobiet, które nie wahały się zaryzykować własnego życia w walce o demokratyzację ojczyzny. 

Porażkami roku (chociaż jak na porażki to i tak nie jest tak źle; wszystkie trzy filmy dostały ode mnie czwórki, chociaż nie do końca wiem za co...) okazały się za to Immediately Afterlife (krótkometrażowy film z Troian Bellisario i Shay Mitchell; całkiem ciekawy, ale fatalnie zagrany...), Zen i niesławny Spacer w chmurach, który był tak przeraźliwie złym filmem, że do dziś nie mogę o nim zapomnieć ;). Po tym seansie zaczęłam odczuwać bliżej nieokreślone obawy na widok Keanu Reevesa na plakacie jakiegokolwiek filmu... Bardzo rozczarowało mnie też Wzgórze nadziei, czyli Cold Mountain, które ratują tylko dobrze ropisane wątki wojenne.

Generalnie jednak jest bardzo dobrze. Mam chyba nosa do filmów (albo dostatecznie dobrze poznałam już "swój" filmowy typ), bo naprawdę rzadko zdarza mi się seans, który w ogóle mnie nie satysfakcjonuje. 3 słabe filmy na 131 obejrzanych to chyba dość dobry wynik :).

Premiery roku 2014...


Do tej pory udało mi się obejrzeć niewiele tegorocznych premier, ale w większości były to filmy, które bardzo przypadły mi do gustu. Niechlubnym wyjątkiem są tu tylko Mapy gwiazd, zupełnie niepasujące do moich filmowych kryteriów, ale nawet w tym przypadku nie żałuję poświęconego filmowi czasu. Trudno mi wytypować najlepszy film z tej piętnastki, ale do ścisłej czołówki zaliczyłabym Boyhood, Początek i Zanim zniknę. Trochę niżej umieściłabym Sztukę spadania, Desert Dancer i Zaginioną dziewczynę, jeszcze niżej - Grand Budapest Hotel, Teorię wszystkiego, Czarownicę i Calvary. Ale różnice między tymi poziomami są naprawdę minimalne...


Dużo obszerniejsza jest moja lista tegorocznych filmów, które dopiero chciałabym obejrzeć. Poza tymi z powyższych plakatów marzy mi się również najnowsza Madame Bovary i The Keeping Room z Brit Marling. W ostatniej chwili wyrzuciłam z obrazka Grace, księżną Monako - mam coraz większe wątpliwości, czy powinnam się za tę biografię zabierać...

Oczywiście, nie wszystkie z tych filmów nęcą mnie równie mocno. Absolutnym Must see jest dla mnie Effie Gray; rodzinny dramat, prerafaelici i Dakota Fanning w tytułowej roli - to nie może się nie udać! Od dawna czekam też na japońską Zawsze wodę (czy raczej Drugie okno, gdyby wysilić się na tłumaczenie z oryginału, nie z angielskiego...) i Świętsze od aniołów z Brit Marling. Kuszą mnie też niemieckie Siostry i Schiller, a także francuska Szalona miłość, która - według opinii, które dotychczas czytałam - ma wyśmiewać romantyczne podwójne samobójstwa kochanków i przedstawiać je jako coś zupełnie sztucznego, pozbawionego realnego uczucia i rodzaj ówczesnej mody. Romantyzm jest od dawna moim najmniej lubianym okresem w literaturze, nigdy nie lubiłam jęczącego Wertera, a przez czwartą część Dziadów ledwo przebrnęłam, więc coś mi się zdaje, że mam szansę pokochać ten film ;). Moim najnowszym odkryciem są Tajemnice lasu, czyli Into the Woods. Trailer jest fantastyczny i nie mogę doczekać się filmu!


...i nadzieje na rok 2015



Nie odkryłam do tej pory zbyt wielu filmów, na których premiery czekałabym z utęsknieniem. Poza powyższą piątką ciekawi mnie jeszcze Milczenie Boga (ekranizacja Milczenia Shusaku Endo - wolałam Samuraja, ale ta powieść też była bardzo dobra) i Amerykańska sielanka (Ewan McGregor, Jennifer Connelly i Dakota Fanning w jednym filmie...?). Podejrzewam, że dopiero przy okazji kolejnego Berlinale lista znów stanie się tak długa, że przestanę za nią nadążać... Póki co jednak najbardziej kusi mnie chyba  Milczenie Boga i W głowie się nie mieści (trailer oglądałam już z 10 razy...). Marsjanina chętnie bym przeczytała, ale mam trochę wątpliwości, czy w wersji filmowej nie wyjdzie z tego zwyczajny film katastroficzny...

Ogółem na mojej liście filmów do obejrzenia znajduje się obecnie 513 pozycji. Bardzo chciałabym, żeby za rok było ich tam mniej, bo trochę mnie ta liczba przytłacza ;). Z drugiej strony, byłoby mi bardzo przykro, gdybym odkryła, że obejrzałam już wszystko, co mogłoby mnie zainteresować - więc może ta rozrastająca się lista nie jest niczym złym? Tyle intrygujących tytułów, pasjonujących historii przede mną...

Życzę Wam wszystkim (i sobie też, a co!) udanego (nie tylko) filmowego roku! :)
Related Posts with Thumbnails