niedziela, 30 listopada 2014

Co słonko widziało #20: filmy warte obejrzenia

Jako że nie pisałam od stu lat i nagromadziła mi się cała sterta filmów, którymi nie udało mi się tu z Wami podzielić, muszę dokonać jakiejś selekcji. Dziś będzie więc bardzo zwięźle (znaczy... jak na mnie :P) i bez większego marudzenia. Chciałabym napisać chociaż parę zdań o tych filmach z ostatnich dwóch miesięcy, które z jakiegoś powodu utkwiły mi w pamięci. W przypadku niektórych takie krótkie podsumowanie wydaje mi się bardzo krzywdzące, więc całkiem możliwe, że prędzej czy później pojawią się też jakieś dłuższe posty o moich ulubieńcach. Póki co jednak - filmowy przegląd ostatnich dwóch miesięcy z życia Aithne:


1. The Theory of Everything // Teoria wszystkiego (2014; Wielka Brytania) - 7/10

Opowieść o znanym astrofizyku Stephenie Hawkinsie - czy raczej: o związku Stephena i Jane Hawkinsów. Przed seansem trzeba wbić sobie do głowy jedno: to (melo)dramat, historia trudnej miłości i walki z bezlitosną chorobą, a nie pełna, naukowa, wyczerpująca temat biografia. Z jednej strony uważam, że to dobrze, bo takie biografie, do których próbuje się upchnąć absolutnie wszystko są przeważnie śmiertelnie długie i nudne. Jestem jak najbardziej za ograniczaniem tematyki, tak jak zrobiono to w tym przypadku. Z drugiej strony, trochę szkoda Stephena Hawkinga na film z cyklu "Okruchy życia"...

Ujmując to krótko: gdybym przed obejrzeniem filmu nie wiedziała, kim jest Stephen Hawking, gdybym nie przeczytała x lat temu Krótkiej historii czasu, to po jego obejrzeniu nadal nie wiedziałabym, kim ten człowiek właściwie jest i czemu jest dla współczesnej (astro)fizyki ważny. Film przeskakuje beztrosko nad naukowymi dokonaniami Hawkinga i musimy uwierzyć reżyserowi na słowo, że oglądamy biografię kogoś nietuzinkowego, może nawet geniusza. Jako dramat film sprawdza się jednak doskonale. Eddie Redmayne i Felicity Jones dają prawdziwy popis swoich aktorskich umiejętności; na pierwszy plan wysuwa się tu, rzecz jasna, Redmayne, któremu przypadła do odegrania bardzo trudna rola, ale i Jones idealnie przedstawia stany emocjonalne swojej bohaterki, przechodzącej od zauroczenia, poprzez miłość i poczucie, że dzięki niej zniesie wszystko, po coraz większe znużenie, frustrację i tęsknotę za spontanicznymi, fizycznymi przejawami miłości i troski, których mąż nie może jej dać. 

Warto obejrzeć dla tej dwójki aktorów. Czy nawet trójki, bo w drugoplanowej roli pojawia się tu również Charlie Cox (Tristan Thorn z Gwiezdnego Pyłu), którego uśmiech osładza trochę oglądanie kolejnych zakrętów na drodze Hawkinsów. Uprzedzam jednak: dla mnie był to bardzo smutny film. Smutna jest sama choroba, smutne jest wycieńczenie Jane, smutny jest koniec, smutny jest moment, w którym wszyscy zdają się myśleć, że lepiej by było, żeby Stephen rzeczywiście już dawno umarł. I uśmiech Coxa nie na wiele się tu zdaje.


 2. C.O.G. (2013; USA) - 7/10

Film, który chciałam obejrzeć ze względu na Troian Bellisario, ale nie spodziewałam się po nim żadnych cudów. Cóż za przyjemne zaskoczenie! Troian wprawdzie ledwo się tu pojawia - jej bohaterka znika z ekranu po maksymalnie dziesięciu minutach... - ale sam film jest zaskakująco zgrabnym połączeniem dramatu i komedii. To historia młodego chłopaka, studenta, który postanawia "zwolnić", "zobaczyć, jak żyją normalni ludzie" i podejmuje pracę w sadzie, gdzieś na amerykańskiej wiosce. Rzeczywistość szybko wybija mu z głowy romantyczne wyobrażenia o pożytecznej, satysfakcjonującej pracy i uczciwych, prostych ludziach; jego umiejętności do niczego mu się nie przydają, praca jest męcząca, ludzie prostaccy i wszyscy zdają się cierpieć na manię religijną.

Film jest niby prześmiewczy, sporo tu przerysowań i elementów komicznych, a jednak momentami zwalnia i wpada w trochę poważniejszy ton. Można się przy nim nieźle uśmiać (a najbardziej w tych wszystkich zabawnych momentach bawi ich prawdziwość - przynajmniej mnie), ale też nie seansu nie kwituje się głupawym rechotem. W tle przewija się motyw problemów rodzinnych, wypieranej ze świadomości tęsknoty za matką; szkoda tylko, że nie podrążono go głębiej. Filmowi brakuje trochę porządnego zakończenia, ale i tak byłam nim bardzo pozytywnie zaskoczona. No i główny bohater studiuje japonistykę (co, oczywiście, też zostaje wyśmiane) - czy mogłoby być piękniej...?


3. The Royal Tenenbaums // Genialny klan (2001; USA) - 7/10

Ten film skomentuję już naprawdę krótko: Wes Anderson. Kto szalonego reżysera zna, ten wie, czego może spodziewać się po historii rodziny Tenenbaumów. Kto nie zna, ten musi obejrzeć, żeby zrozumieć, co odróżnia ten film od setek filmów o podobnych fabułach. Pisałam już o tym przy Pociągu do Darjeeling i Kochankach z księżyca, ale co tam, powtórzę raz jeszcze: uwielbiam u Andersona to połączenie prześmiewczego, zdystansowanego tonu i nieraz zupełnie niezabawnych wydarzeń. W gruncie rzeczy w dziejach rodziny Tenenbaumów jest sporo tragizmu. Niby się człowiek śmieje, ale w którymś momencie historia nagle chwyta go za serce...

Moim ulubionym smaczkiem filmu jest hinduski służący Tenenbaumów - Pagoda. Tak, on naprawdę ma tak na imię.



4. Sleeping Beauty // Śpiąca piękność (2011; Australia) - 6/10

Nie jest to najwyżej oceniony przez mnie film w historii - wręcz przeciwnie, widziałam wiele lepszych - ale z kilku względów warto tu o nim wspomnieć. Po pierwsze, to (bardzo luźna, ale zawsze) adaptacja Śpiących piękności (Nemureru bijo, 眠れる美女) Kawabaty Yasunariego, którego uwielbiam od lat. Wprawdzie akurat to opowiadanie do moich ulubionych nie należy, ale zawsze to Kawabata. Po drugie, sądząc po wpisach na filmwebowym forum, wiele osób próbuje interpretować ten film w odniesieniu do Śpiącej królewny, więc warto chyba wyraźnie tu napisać: nie, to nie na tym ta historia bazuje (a przynajmniej nie w pierwszej kolejności). Po trzecie: Emily Browning zagrała tu bardzo dobrą i wymagającą rolę. A po czwarte: wygląda w niej zjawiskowo. Sam film też jest bardzo dobrze zrobiony (zwłaszcza jak na debiut!): nastrojowy, spokojny, z ładnymi, nasyconymi barwami. Tylko sama historia jest... Cóż, dziwna. I żałośnie smutna, od której strony by nie patrzeć.


5. Maps to the Stars // Mapy Gwiazd (2014; USA, Francja, Kanada, Niemcy) - 5/10

Film, jak widać po ocenie, nie za bardzo przypadł mi do gustu i wpisuję go na tę listę (z założenia niemarudną...) tylko ze względu na bardzo dobre role Mii Wasikowskiej i młodego Evana Birda. Mię często wyzywa się od drewien, co nie za bardzo potrafię zrozumieć, bo sama nigdy nie zauważyłam większych braków w jej sztuce aktorskiej (ok, nie widziałam Alicji w Krainie Czarów, a to chyba właśnie w tej roli podpadła szerszej publice...) - w każdym razie, w Mapach Gwiazd jest w 100% przekonująca. Evan Bird tym bardziej, co robi wrażenie zwłaszcza przy jego młodym wieku. O dziwo, nawet Robert Pattinson jest tu zupełnie nieirytujący - a do fanek tego pana nie należę, oj nie. Za to Julianne Moore, którą część Internautów nominowała już do Oscara za tę rolę, nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Może jestem uprzedzona, trudno powiedzieć (ostatnio odkryłam, że twarz tej pani na plakacie odrzuca mnie od jakiegokolwiek filmu...), ale naprawdę nie widziałam w tej kreacji żadnego geniuszu.

Sam film jest nawet wciągający i poprawny, ale do mojego życia nie wniósł niczego. Dziwna opowieść o dziwnych ludziach, których świat niewiele mnie obchodzi i którzy nie mają kompletnie nic wspólnego z moją skromną egzystencją. Większość bohaterów nie wzbudza najmniejszej sympatii, przez co warstwa dramatyczna filmu leży i kwiczy. Mam im współczuć? Przejąć się tymi ich problemami? Tylko Evanowi Birdowi udało się mnie do tego zmusić - może z racji tego, że jest jeszcze dzieckiem i ma ciągle szansę wyrosnąć na przyzwoitego człowieka. Jedno, co mi się podobało, to elementy satyryczne. Rozłożyły mnie zwłaszcza odniesienia do Dalaj Lamy; ta pseudo-głębia bohaterów, którzy cytują jego wypowiedzi czy chwalą się tym, że go spotkali, to ich przekonanie o tym, że są dzięki temu bardziej wartościowi - i zestawienie tego ze stylem życia, jaki prowadzą...


6. Desert Dancer (2014; Wielka Brytania) - 7,5/10

O, i to jest film, który zasługuje na osobną notkę. Kolejne bardzo pozytywne zaskoczenie. Plakat zwiastował tanie romansidło w egzotycznej scenerii - a to, na szczęście, przede wszystkim film o prywatnym buncie przeciwko tyranii, w drugiej kolejności o tańcu, a dopiero na szarym, szarym końcu znajdują się elementy romansu. Główny bohater, Afshin Ghaffarian, to młody Irańczyk, który od dziecka zafascynowany jest zakazanym w jego ojczyźnie tańcem. Wraz z grupą przyjaciół postanawia założyć potajemnie grupę taneczną. Bez żadnych wielkich planów, nawet bez porządnego nauczyciela - Afshin chce, żeby uczył ich YouTube (również nielegalny, oczywiście, ale na wszystko są sposoby...). Po krótkim czasie do trupy dołącza córka byłej baletnicy, która przejmuje obowiązki nauczycielki tańca, pojawia się wzajemna fascynacja, plany stają się coraz śmielsze... A jednocześnie na trop "przestępców" wpada policja, gotowa przyłapać tancerzy na gorącym uczynku. To czas wyborów prezydenckich, najprawdopodobniej sfałszowanych przez islamskich konserwatystów, masowych protestów i ostrej walki rządzących o utrzymanie władzy. Pragnienie realizowania marzeń przeplata się tu z walką o wolność, sprawiedliwość, chęcią poinformowania reszty świata o tym, co dzieje się w Teheranie, a ostatecznie z rozpaczliwą walką o życie.

I to chyba fabuła stanowi największą siłę tego filmu. Z realizacją jest, niestety, trochę gorzej: bywa łopatologicznie, aktorzy mówią łamaną angielszczyzną (podobny manewr jak w Wyznaniach gejszy...), a Maramie Corlett udaje się zagrać najbardziej drętwą scenę protestu, jaką widziałam od czasu niesławnego Spaceru w chmurach. Na szczęście odtwórca głównej roli, Reece Ritchie, radzi sobie bardzo dobrze - a że to on jest tu najważniejszy, ostateczne wrażenie jest całkiem pozytywne.

Do ostatniej chwili nie wiedziałam, jak ten film się skończy, więc siedziałam jak na szpilkach, trzymając kciuki za ucieczkę Afshina. Dawno nie zdarzyło mi się tak mocno kibicować bohaterowi filmu. O czymś to chyba świadczy.

A Freidzie Pinto grzywka ewidentnie nie pasuje :P.

wtorek, 18 listopada 2014

Urodzinowy Hosseini

Kilka dni temu siedzę sobie przy stole, myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Mąż, który dopiero co wrócił z "polowania", rozpakowuje zdobycze w kuchni. I nagle, zupełnie z zaskoczenia, wyskakuje z tej kuchni nie z workiem cebuli i makaronem, a z bukietem kwiatów i "prezentem urodzinowym"... Co miało prawo mnie zaskoczyć, bo urodziny miałam w sierpniu ;).

Dzielę się z Wami tym prezentem, bo, po pierwsze, jestem nim mega wzruszona, po drugie - jest piękny nawet tylko od strony wizualnej i aż żal byłoby go tu nie wkleić, a po trzecie i najważniejsze - bo ma sporo wspólnego z tematyką bloga (w sumie więcej mieć by nie mógł...) i mam nadzieję (i to taką uzasadnioną, graniczącą z pewnością nadzieję), że wreszcie przełamie moją złą czytelniczą passę (nie miałam w tym roku szczęścia do lektur, oj nie...):


Trudno mi wyobrazić sobie lepszą lekturę "na przełamanie" niż Khaleda Hosseiniego, z jego klasyczną narracją, egzotyką i pół-baśniowym klimatem. Pierwsze trzy rozdziały już za mną. Z ulgą odkrywam, że po raz pierwszy od paru dobrych miesięcy czytanie sprawia mi najprawdziwszą przyjemność. Nareszcie.

środa, 12 listopada 2014

Jesień (w poszukiwaniu weny)

Ostatnio nie bardzo mogę się do czegokolwiek zmotywować. Średnio chce mi się oglądać filmy, czytać jeszcze mniej, a już pisać o tym, co widziałam i przeczytałam - w ogóle. A że nie zamierzam zamieniać bloga w przykry obowiązek, zamilkłam na dobre dwa miesiące. I nadal nie bardzo mogę się zdobyć na stworzenie jakiejś sensownej notki - bo i wypadłam z rytmu, i zaległości mi się porobiły, więc zupełnie nie wiem, za co się najpierw zabrać...

Póki co zostawiam Was z paroma ujęciami mojej jesiennej, polsko-niemieckiej rzeczywistości. Jak tekst nie chce się skleić, to niech będą chociaż obrazki :). No i właściwie to dość dobrze podsumowuje ostatnie dwa miesiące mojego życia: trochę oglądam, trochę czytam, ale przede wszystkim... po prostu sobie jestem.






















Related Posts with Thumbnails