niedziela, 20 lipca 2014

Co słonko widziało #14: tydzień angloamerykański

Wybranie filmu, który chciałabym danego dnia obejrzeć, zajmuje mi zawsze przeraźliwie dużo czasu. W tym tygodniu, żeby trochę ten proces usprawnić (i wprowadzić małe urozmaicenie do naszych filmowych wieczorów), postanowiłam zafundować nam tydzień "tematyczny" - wypełniony filmami pochodzącymi z jednego kręgu kulturowego, które łączyłby przede wszystkim wspólny język. Tak się złożyło, że pierwszy z tegotygodniowych filmów był produkcją irlandzką - stanęło więc, niezbyt oryginalnie, na filmach w języku angielskim. Wbrew pozorom nie był to dla mnie tak banalny i oczywisty wybór, jak mogłoby się wydawać. Oglądam sporo kina światowego i sporadycznie nachodzi mnie ochota na hollywoodzkie produkcje; w efekcie nie widziałam wielu dobrych, obsypanych nagrodami filmów, które "wszyscy widzieli", których "wstyd nie znać" albo które po prostu od lat leżą odłogiem na mojej liście filmowych inspiracji. Ten tydzień był doskonałą okazją, żeby chociaż w małym stopniu to zmienić.

W przyszłym tygodniu wybierzemy się w filmową podróż do Skandynawii. Może podzielilibyście się jakimiś polecankami? Chciałabym wreszcie przekonać się, co takiego niezwykłego jest w filmach Bergmana, chętnie obejrzałabym też Simona i dęby, Dziewczynę z pomarańczami i Tańcząc w ciemnościach - ale może macie ciekawsze propozycje? :)

Och, a Niemcy wygrali Mundial. Noc była dość głośna, nawet na naszym odludziu ;). Jakie to dziwne uczucie: kibicować drużynie, która nie dość, że wychodzi z grupy, to jeszcze wygrywa...


1. Calvary (2014; Irlandia, Wielka Brytania) - 7/10

Wpadłam na trop tego filmu jakieś pół roku temu, podczas oglądania podsumowującego reportażu z tegorocznego Berlinale. Napatrzyłam się właśnie na serię fragmentów z filmów o złych, mrocznych księżach i zaczynałam już czuć się nieco zirytowana tą antyklerykalną obsesją, kiedy na ekranie pojawił się reżyser Calvary. "Chcieliśmy zrobić film o złym księdzu, ale potem pomyśleliśmy, że to już nudne. Wszyscy robią filmy o złych księżach. Postanowiliśmy, że my zrobimy film o dobrym księdzu!" - powiedział wtedy. Fragmenty, które zaprezentowano po tym oświadczeniu wyglądały całkiem obiecująco, więc zanotowałam sobie tytuł i czekałam, kiedy w końcu uda mi się go dopaść. I wreszcie mi się udało.

Calvary to połączenie dramatu i thrillera. Akcja rozgrywa się w małym, irlandzkim miasteczku, w którym wszyscy się znają, chodzą do tego samego kościółka i mają bardzo bliski kontakt z proboszczem - nawet jeśli niekoniecznie stosują się do jego wskazówek. Sam główny bohater (Brendan Gleeson) to ksiądz, o jakim mógłby marzyć każdy parafianin. Cierpliwy, wyrozumiały i istotnie - zgodnie z założeniem reżysera - ewidentnie "dobry", a jednocześnie bardzo zwyczajny i ludzki, niezgrywający świętego. Powiedziałabym nawet, że trochę oszukany - jest wdowcem, ma dorosłą córkę (Kelly Reilly), a księdzem został dopiero po śmierci żony. 
Film otwiera scena spowiedzi, która wcale spowiedzią nie jest. Mężczyzna, którego głos dobiega zza kamery, wyznaje głównemu bohaterowi, że w dzieciństwie był molestowany przez księdza. Winowajca nie żyje, a mężczyzna, przez całe życie ukrywający swoją tajemnicę, dyszy żądzą zemsty. Oznajmia więc proboszczowi, że postanowił go zabić. Za tydzień, w niedzielę, na plaży. Zabicie złego księdza to nic nadzwyczajnego, ale zabicie dobrego - o, to dopiero coś...

Wątek kryminalny stanowi tylko część fabuły -  bynajmniej nie największą. Początkowo można by pomyśleć, że zupełnie nic nie zaszło: ksiądz odwiedza parafian, próbuje napominać zagubione owieczki, spotyka się z córką i żyje zupełnie normalnie - mimo że, o czym dość szybko się przekonujemy, zna tożsamość mężczyzny, który mu groził. Dopiero z czasem poczucie zagrożenia przybiera na sile i atmosfera coraz bardziej się zagęszcza. Najlepsze w tym filmie jest jednak zupełnie co innego: sceny z udziałem bohaterów drugoplanowych, stanowiących chodzące parodie ludzkich przywar. Osobiście najbardziej przypadł mi do gustu miejscowy bogacz (Dylan Moran), obnoszący się ze swoim statusem i powtarzający co drugie zdanie It's very expensive. Po piętach depcze mu wikariusz (David Wilmot), plotkujący o rzeczach, które usłyszał podczas spowiedzi, z wdzięcznością przyjmujący pieniądze od rzeczonego bogacza, który próbuje kupić sobie rozgrzeszenie i generalnie będący całkowitym zaprzeczeniem tego, czym dobry ksiądz powinien być. Future of priesthood, podsumowuje go zgryźliwie Fiona, córka proboszcza.

Z ciekawostek: w filmie, obok Brendana Gleesona, wystąpił jego coraz bardziej znany syn Domhnall i Aidan Gillen, czyli Littlefinger z Gry o tron. Nawet ucharakteryzowany jest na Littlefingera.

Podobały mi się chodzące parodie, dialogi, w których raz po raz pojawiała się jakaś interesująca myśl i to, że do ostatniej chwili nie wiedziałam, jak się ten film zakończy. Jednocześnie nie do końca uwierzyłam w wykreowany przez reżysera świat. Nigdy nie byłam na irlandzkiej wsi i może niesłusznie niedowierzam, ale lokalni grzesznicy zadający sobie trud biegania za księdzem, żeby poafiszować się tym, jak bardzo nie obchodzi ich jego zdanie, wydali mi się strasznie nienaturalni... Zabrakło mi też trochę pogłębienia niektórych postaci, które zostały wprowadzone do fabuły i potraktowane po macoszemu. Z tej racji "tylko" siedem gwiazdek.


2. Somewhere // Między miejscami (2010; USA) - 5,5/10

To jedna z najstarszych, najbardziej zalegających pozycji na mojej liście. Zbierałam się do tego filmu cztery lata. Naczytałam się przez ten czas o tym, jaki to on jest nudny, o niczym etc., więc kiedy wreszcie zasiadłam do oglądania, byłam przygotowana na baaaardzo spokojny film. A przynajmniej tak mi się zdawało - bo, jak widać po ocenie, Somewhere mimo wszystko mnie rozczarowało.

Jako że jestem fanką wolnych narracji, nie wynudziłam się na tym filmie. Było spokojnie, kontemplacyjnie, dużo długich ujęć - niczego innego się nie spodziewałam, a że właśnie na to miałam wówczas ochotę, to traktuję to jako plus. Ciężko też powiedzieć, że ta historia jest o niczym - wręcz przeciwnie, podsumowanie przedstawionej w filmie tematyki nikomu nie powinno sprawić kłopotu. Problem w tym, że można to zrobić w paru zdaniach. Główny bohater (Stephen Dorff) to sławny aktor, który ma mnóstwo pieniędzy, wszystko może kupić, jest krańcowo znudzony życiem i nic nie sprawia mu przyjemności. Ożywa tylko wtedy, kiedy odwiedza go córka (Elle Fanning). Ona nadaje sens jego pustemu życiu i kiedy znika, mężczyzna uświadamia sobie, jak bardzo jest samotny.

Nie jest to szczególnie oryginalna problematyka, w dodatku zaprezentowana w niezbyt atrakcyjny sposób. Film przypomina trochę dokument albo obrazy z ukrytej kamery. Zwykłe sceny z życia, podane bez żadnego komentarza - nawet nie werbalnego, ale chociażby wynikającego z sekwencji scen. "Coś" się w tym filmie dzieje, owszem - rzecz w tym, że nijak nie składa się to na fabułę. Tu scena, tam scena. Żadnego morału, poza tym najbardziej oczywistym, w dodatku przedstawionym pod koniec filmu w bardzo łopatologiczny sposób, kompletnie niepasujący do eteryczności pozostałych scen. Że tak miało być? Domyśliłam się. Nie zmienia to faktu, że zupełnie to do mnie nie trafia.

Do ostatniej chwili miałam nadzieję, że to jeden z tych filmów, w których w ostatniej minucie pojawia się ostatni, szokujący element układanki, który zmienia wymowę wszystkiego, co działo się do tej pory i sprawia, że film na dłużej zostaje w pamięci. Nic z tego. Końcówka jest równie monotonna jak cały film.

Doceniam ten film za parę ironicznych scen i spokojną, senną atmosferę. Za ładne widoki i dobrą grę obojga aktorów. Niemniej jednak, to nie jest film dla ludzi, dla których najważniejsza w filmie jest fabuła. Jej tu, po prostu, nie ma. Somewhere pozostaje daleko, daleko w tyle za Między słowami i Marią Antoniną. Szkoda.


3. Enid (2009; Wielka Brytania) - 8/10

Przyznam szczerze, że nie słyszałam wcześniej o Enid Blyton - brytyjskiej pisarce, autorce niezliczonych i bardzo popularnych książek dla dzieci, uwielbianej przez rzesze młodych czytelników. Gdybym znała ją przed obejrzeniem filmu, gdybym zdążyła pokochać jej książki i zachwycić się łatwością, z jaką potrafiła nawiązywać kontakt z dziećmi, pewnie byłabym teraz w lekkim szoku. Filmowa Enid ma, najłagodniej to ujmując, trudny charakter i w niczym nie przypomina uśmiechniętej, kochającej dzieci bajarki, za którą uważali ją jej młodzi czytelnicy. A jednocześnie nie potrafię jednoznacznie jej potępić, nie wziąć pod uwagę okoliczności łagodzących...

Najważniejszym i najbardziej traumatycznym wydarzeniem w życiu Enid Blyton było odejście ojca do innej kobiety. Nastoletnia dziewczynka nie potrafi zrozumieć, jak jej ukochany tata, z którym była bardzo silnie związana, który twierdził, że córka jest najbliższą mu osobą, mógł ją tak po prostu zostawić. Ani pragmatyczna matka, ani dwoje małych braci nie potrafią (nie chcą?) pomóc jej uporać się z tą stratą. Jedyne pocieszenie dziewczynka znajduje w świecie wyobraźni. Układa w głowie piękne historie i zapomina o smutnej rzeczywistości. Aż któregoś dnia pakuje się, wyprowadza się z domu i zaczyna rozsyłać do wydawnictw rękopisy swoich powieści...

Opuszczenie przez ojca kładzie się cieniem na całym życiu Enid. Jako dorosła kobieta nie potrafi stawić czoła rzeczywistości; stary nawyk uciekania w świat fantazji pozwala jej być obojętną (ku rozpaczy jej męża) nawet na zbliżającą się wojnę. Niespecjalnie ceni też sobie kontakty międzyludzkie: nie ma wprawdzie problemów z ich zawieraniem, ale bez skrupułów porzuca tych, którzy już się jej znudzili. Całkowicie odcina się od matki, którą obarcza winą za odejście ojca, ignoruje listy od braci (jeszcze by się jej przypomniało coś smutnego...), nie ma w sobie ani krzty empatii nawet dla topiącego smutki w alkoholu męża, a co najgorsze: w najmniejszym stopniu nie ma serca dla własnych dzieci. Ciężko w to uwierzyć, ale kobieta, która pisała książki dla dzieci, która była przez maluchy uwielbiana, która zaśmiewała się nad listami swoich młodocianych fanów i zapraszała ich na magiczne podwieczorki, swoje własne dzieci traktowała oschle, przedmiotowo, jako przeszkodę w pracy. Jedyną rzeczą, która była dla niej naprawdę ważna, było pisarstwo. Nic innego tak naprawdę się nie liczyło.

I'm not a complete monster - mówi w którymś momencie Enid do swojej przyjaciółki (o ile w ogóle była zdolna do zawierania przyjaźni...). W pełni w to wierzę. Przez pierwszą połowę filmu irytował mnie raczej jej mąż: popadający w alkoholizm, ponury i niezadowolony, że sama Enid nie podziela jego złego humoru. Dlaczego niby rozpaczanie nad zbliżającą się wojną miałoby być lepsze niż skupianie się na tym, co daje nam szczęście? Dlaczego miałoby być coś złego w tym, że Enid chciała dobrze się bawić? Później było jednak tylko gorzej. Stosunek Enid do własnych dzieci naprawdę woła o pomstę do nieba i zupełnie nie potrafię zrozumieć, jak mogła je tak traktować. Zwłaszcza przy takich doświadczeniach z własnego dzieciństwa!

Od strony technicznej film jest bardzo dobry. To produkcja BBC, co mówi samo za siebie. Ładne zdjęcia, dobre aktorstwo, porządny scenariusz. A że historia sama w sobie też jest intrygująca, Enid zupełnie mnie zaczarowała. To nie tylko biografia, ale też bardzo dobry film psychologiczny. Bardzo, bardzo polecam!

Ciekawa jestem tylko, jak naprawdę wyglądało życie Enid. Udało mi się znaleźć tylko ten artykuł. Może jednak (oby!) nie było więc aż tak źle, jak przedstawiono to w filmie...


4. Saving Mr. Banks // Ratując pana Banksa (2013; USA, Wielka Brytania, Australia) - 6/10

To jeden z tych filmów, które chciałam obejrzeć w ramach "Oscarowego odliczania", ale nie starczyło mi na nie czasu. Obejrzałam Ratując pana Banksa dopiero teraz i... W pierwszej kolejności uderzyło mnie niesamowite podobieństwo tego filmu do Enid. Obie bohaterki - i Enid Blyton, i Pamela Travers - były pisarkami, obie pisały dla dzieci i były przez nie uwielbiane, obie były w rzeczywistości zgorzkniałe i wrogo nastawione do świata. Obie uwielbiały w dzieciństwie swoich ojców, obie łączyła z nimi ponadprzeciętnie silna więź. A wreszcie: obie zostały przez ukochanych ojców opuszczone i w obu przypadkach zaowocowało to traumami, które ciągnęły się za nimi przez całe życie. A jednak, mimo tych wszystkich podobieństw, Ratując pana Banksa to film o klasę gorszy od Enid. Mimo że P.L.Travers jawi się jako o wiele sympatyczniejsza postać niż egocentryczna Enid...

W przeciwieństwie do Enid, w której dominuje zwyczajna, chronologiczna narracja, akcja Ratując pana Banksa dzieje się w dwóch równoległych płaszczyznach czasowych. Główną część filmu (ale wcale nie szczególnie dominującą) stanowią przepychanki pani Travers (Emma Thompson) z Waltem Disneyem (Tom Hanks), który uparł się, że musi sfilmować Mary Poppins. Problem w tym, że dla autorki to bardzo osobista powieść, nie zamierza więc tak łatwo udzielić Disneyowi prawa do ekranizacji. Zwłaszcza, że w jego wizji nie podoba jej się prawie wszystko. Mary Poppins w ogóle nie nadaje się na musical, Dick van Dyke nie powinien grać pana Banksa, sam pan Banks pod żadnym pozorem nie powinien mieć wąsów, kolor czerwony nie ma prawa pojawić się w filmie, a pomysł z animowanymi pingwinami prawie przyprawia biedną kobietę o palpitacje serca. Druga płaszczyzna to zaś wspomnienia z Australii, w której Travers spędziła dzieciństwo. Tu też pojawia się motyw ukochanego ojca (Colin Farrell) i mnóstwo związanych z ich relacją detali, które rzucają nowe światło zarówno na samą Mary Poppins, jak i na ośli upór autorki co do szczegółów adaptacji.

Przyznam się do rzeczy dość smutnej: nigdy porządnie nie obejrzałam ani nie przeczytałam Mary Poppins. Sięgnęłam po książkę w dzieciństwie, ale odrzuciła mnie kategoryczność i surowość niani, którą wyobraziłam sobie wcześniej jako uroczą, ciepłą kobietę. Nawet to bardzo ograniczone doświadczenie z tą książką wystarcza mi jednak, żeby zauważyć, że z disney'owską ekranizacją jest coś nie tak. Dlaczego surowa niania śpiewa? Dlaczego jest młoda i śliczna? Dlaczego ciągle się uśmiecha i jest postacią z rodzaju "do rany przyłóż"? Całym sercem wspierałam panią Travers podczas jej kłótni z Disneyem, któremu zachciało się zrobić z jej powieści lukrowane kino familijne. Co mu się, niestety, udało.

Najmocniejszą stroną filmu są wspomnienia z dzieciństwa Pameli. Relacja dziewczynki z ojcem jest tu przedstawiona o wiele bardziej szczegółowo niż w przypadku Enid i już samo to można by obserwować z zainteresowaniem - a zestawienie tego z powieścią i szczegółami, których autorka uparcie broni, jest fascynujące. Część australijska obfituje też w przepiękne plenery; dzieciństwo autorki, jak to dzieciństwo, jest skąpane w ciepłych promieniach słońca, przez co jawi się sielsko i radośnie... Przepychanki Travers i Disneya to już, niestety, zupełnie inna bajka. Kontrast między ich sposobami bycia jest oczywiście zabawny, ale to by było na tyle. Część scen jest niezbyt potrzebna (chyba że dla większej ilości lukru...), a jedna swoją barbarzyńską dosłownością psuje widzowi całą przyjemność z prób interpretowania Mary Poppins. Nawiązania już wcześniej są dostatecznie jasne, a przy tego typu scenach mam zawsze wrażenie, że reżyser potraktował mnie jak skończoną idiotkę, której trzeba wyłożyć kawę na ławę, bo inaczej nie zrozumie, że krew jest czerwona...

A może po prostu nie wierzę temu filmowi. Bo nakręciło go studio Walta Disneya. Bo wiem, że było mniej słodko i przyjaźnie. Bo Disney panią Travers zwyczajnie oszukał i ledwo udzieliła mu prawa do ekranizacji, a zupełnie przestał liczyć się z jej zdaniem. Bo pan Banks ma wąsy, Mary czerwoną podszewkę płaszcza, a pingwiny są animowane. Bo jest faktem powszechnie znanym to, że Pamela Travers rozpłakała się na premierze Mary Poppins i próby przekonania mnie, że płakała ze wzruszenia, uważam za trochę żałosne.

Najchętniej wycięłabym z tego filmu Disneya i zostawiła sam wątek dzieciństwa i jego konsekwencji.

Ale aktorstwo było dobre. Colina Farrella wręcz nie poznałam...


5. The Talented Mr. Ripley // Utalentowany pan Ripley (1999; USA) - 7/10

To jeden z tych filmów, który "wszyscy" znają, tylko ja nie. Mój tata od lat raz po raz o nim przebąkuje, więc z czasem nabrałam ochoty, żeby go obejrzeć. Spodziewałam się historii o młodym zdolnym, który wyprowadza w pole rozpieszczonego synalka bogacza. Nielegalnie, oczywiście, ale sprytnie, z opanowaniem i nie robiąc przy tym nikomu większej krzywdy. Podczas seansu czułam się więc podobnie jak podczas lektury Wichrowych wzgórz, po które sięgnęłam pewna, że to romantyczna historia o wielkiej, nieujarzmionej miłości. Utalentowany pan Ripley wcale nie jest szczególnie utalentowany. Umie, a przede wszystkim lubi, udawać kogoś, kim nie jest. I jest psychopatą. Im dalej w las, tym większym...

Fabuła filmu jest właściwie mało skomplikowana. Biedny Tom Ripley (Matt Damon) zostaje przez omyłkę wzięty za absolwenta prestiżowego uniwersytetu. Postanawia nie wyprowadzać rozmówcy z błędu i grać rolę znajomego jego syna, Dickiego (Jude Law). Mężczyzna, niepodejrzewający niczego, prosi go o sprowadzenie z powrotem do Stanów rzeczonego syna, który wyprowadził się do Włoch. Obiecuje Ripley'owi pokrycie kosztów i 1000$ nagrody, jeśli mu się powiedzie. Chłopak bez wahania decyduje się więc spróbować. Wyjeżdża do Włoch i wkupuje się w łaski Dickiego i jego dziewczyny, Marge (Gwyneth Paltrow). A przy okazji szybko uczy się żyć jak jego nowy przyjaciel...

Mam bardzo ambiwalentne uczucia co do tego filmu. Z jednej strony jest bardzo dobrze zagrany, zdjęcia są piękne (w którymś momencie ze śmiechem pomyślałam o tych paru nędznych kadrach z Zakochanych w Rzymie - absolutnie bez porównania...), fabuła trzyma w napięciu. A z drugiej, kurczę blade, nie lubię takich filmów. Nie i już. Lubię, kiedy z filmu coś wynika, kiedy mogę wycisnąć z seansu coś dla siebie - obojętnie, czy to będzie całościowe przesłanie czy cytat-perełka. Z tego filmu mogę wycisnąć tylko tyle, żeby nie ufać nieznajomym. Że pozory mylą. Że człowiek może być przerażająco bezwzględny. To bardzo "gęsty", mroczny film, który na pewno robi wrażenie i zostaje w pamięci na dłużej, ale mojego życia specjalnie nie ubogacił...

I znów, ciężko mi uwierzyć w realność przedstawionych wydarzeń. Pan Ripley musiałby być wielkim szczęściarzem, żeby tak wiele uszło mu płazem. Nie żeby to było niemożliwe, ale jednak...

niedziela, 13 lipca 2014

Co słonko widziało #13: japońszczyzna razy dwa

Za 80 minut zabieram się za oglądanie ostatniego meczu tego mundialu (o ile jakimś cudem ten tłum Niemców przed ekranami nie zapcha doszczętnie streamingu...), ale przedtem podzielę się moimi najnowszymi filmowymi wrażeniami. Tym razem mogę pochwalić się tylko dwoma filmami. Oba są japońskie i raczej dobre, ale żaden z nich nie skradł mi serca na tyle, żebym myślała o nim z jakimś szczególnym entuzjazmem...

A od jutra wracam do normalnego rytmu. Okropnie stęskniłam się za filmami i mam już całą listę pomysłów na to, co chciałabym w najbliższym czasie obejrzeć.


1. Moetsukita chizu // Człowiek bez mapy (1968, Japonia) - 6/10

To kolejny, po opisywanej niedawno Kobiecie z wydm, film nakręcony na postawie powieści Abego Kobo. Obejrzałam go już prawie miesiąc temu i dosyć ciężko mi przypomnieć sobie, o czym właściwie był... I to właściwie sporo już o nim mówi. Film wyreżyserował wprawdzie twórca Kobiety z wydm, a scenarzystą był sam Abe Kobo - ale mimo to Człowiek bez mapy zostaje daleko w tyle za swoim słynniejszym poprzednikiem. To nie jest zły film, ale jeżeli widzieliście już Kobietę z wydm, spokojnie możecie go sobie podarować.

Tematyka jest bardzo typowa dla całej twórczości Abego. Mamy tu bohatera, który stara się rozwikłać zagadkę (w tym przypadku: detektywa, który próbuje odnaleźć zaginionego mężczyznę), nieoczekiwaną bezsilność, bezskuteczne próby porozumienia się z ludźmi, którzy mogliby mu pomóc (tu: z żoną zaginionego, która uparcie nie mówi detektywowi całej prawdy i generalnie sprawia wrażenie, jakby wcale nie zależało jej na odnalezieniu męża), złowieszczą erotykę, agresję i ogóle poczucie walenia głową w mur. Zwyczajne zlecenie, jedno z wielu w pracy detektywa, z czasem zaczyna przejmować kontrolę nad jego życiem. Mężczyzna błądzi po omacku, starając się znaleźć jakikolwiek sens w całej tej historii - i choć, nauczona doświadczeniem (czy raczej: lekturą paru dzieł Abego), najchętniej zmusiłabym go do porzucenia poszukiwań, z których i tak nie wyniknie nic dobrego, uparty detektyw uparcie pogrąża się w tej matni.

Brzmi znajomo? No właśnie. Abe lubi żonglować kilkoma sprawdzonymi motywami, ale w tym przypadku efekt końcowy tej żonglerki mogę ocenić co najwyżej jako niezły. To film o bardzo podobnej atmosferze i tematyce (przynajmniej tej najogólniejszej) co Kobieta z wydm, ale mniej intrygujący i czytelny. Nie znalazłam w nim niczego, co - w lepszej formie - nie pojawiłoby się już we wcześniejszym z dzieł. Zrozumiałabym to, gdyby nakręcono te filmy w odwrotnej kolejności - ale tak nie jest. A przez to Człowiek bez mapy sprawia wrażenie mniej udanego sequela Kobiety z wydm.


2. After Life (aka Wonderful Life; 1998, Japonia) - 7/10

Kolejny film Hirokazu Koreedy, ale jakże inny od poprzednich! Pokochałam tego reżysera za przepiękny realizm, umiejętność przemieniania zwyczajnej codzienności w sztukę. After Life jest jego pierwszym filmem (tj., z tych, które widziałam...), w którym tego elementu prawie nie ma - więc, siłą rzeczy, przypadł mi do gustu nieco mniej niż Ciągle na chodzie czy Życzenie. Raczej nie obejrzałabym go ponownie, ale absolutnie nie żałuję czasu, jaki mu poświęciłam. Koreeda miał bardzo ciekawy pomysł na fabułę i choć sama doprawiłabym ją trochę emocjami, to i tak uważam, że udało mu się stworzyć kolejny dobry film.

Akcja filmu toczy się - jak sam tytuł wskazuje - w zaświatach. A raczej w czymś w rodzaju "poczekalni" przed właściwą wiecznością, do której trafiają kolejne grupki nieboszczyków. Ich opiekunowie - zwykli ludzie, którzy z wyjaśnionych dopiero dużo później powodów utknęli w poczekalni na dłużej - stawiają im jeden warunek wiecznego życia: zmarli mają wybrać jeden moment ich życia, który szczególnie utkwił im w pamięci i który chcieliby zachować ze sobą na zawsze. Mają trzy dni na dokonanie wyboru; następnie ich wybrane wspomnienie zostanie możliwie wiernie odtworzone i nakręcone. Będzie to jedyne wspomnienie, które zabiorą ze sobą w zaświaty.

Akcja filmu skupia się na trudnym procesie dokonywania tego wyboru. Grupka, której losy obserwujemy, jest bardzo zróżnicowana. Mamy tu staruszkę, z którą zupełnie nie można się porozumieć, dwudziestoparolatka, który twierdzi, że nie spotkało go w życiu nic dobrego i nie zamierza niczego wybierać, uroczą nastolatkę, która w pierwszym odruchu decyduje się na wspomnienie wycieczki do Disneylandu, a także - jakżeby inaczej - stereotypowego japońskiego mężczyznę, który stwierdza po śmierci, że przepracował całe życie i właściwie nie było w nim niczego wartego zapamiętania. Ich rozmowy z opiekunami są momentami śmieszne (I wszyscy tu trafiają? To nie jest tak, że jak się robiło dobre rzeczy, to idzie się do Nieba, a jak złe, to do Piekła? Wszyscy tutaj?!), często nostalgiczne i nieraz smutne. Przy okazji okazuje się, że losy jednego z nich splecione są z losem jego opiekuna...

Jeżeli czegoś mi w tym filmie zabrakło, to pewnej dynamiki i ładunku emocjonalnego. Uwielbiam ten błogi spokój w innych filmach Koreedy, ale tu, w tak nierzeczywistych realiach, działał na mnie zbyt usypiająco. Cała akcja filmu rozgrywa się w tej samej scenerii (swoją drogą, parę razy przemknęło mi przez myśl, że jakieś bardzo niedofinansowane jest to ichnie Niebo...), bohaterowie przez większość czasu siedzą i wspominają. Najbardziej nie podobały mi się sceny samego odtwarzania wspomnień - pewnie niezbędne, ale po prostu nudne i niewiele wnoszące do fabuły. Zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu refleksyjne fragmenty... I cała wymowa filmu.

Dla mnie to najsłabszy z dotychczasowych filmów Koreedy. Ale co kto lubi - mąż twierdzi z kolei, że najlepszy ;). Przekonajcie się sami - na pewno warto.


***

Sąsiedzi nie krzyczą, znaczy - goli brak. Stream ponoć działa. Idę oglądać i do usłyszenia za tydzień!
Related Posts with Thumbnails