niedziela, 29 czerwca 2014

Filmowe Podsumowanie Półrocza: 2014 cz.1

Mam za sobą kolejny zupełnie nie-filmowy tydzień (niech ten Mundial się już skończy...! ^^) - a że mamy prawie idealnie połowę roku, postanowiłam wykorzystać tę niedzielę na małe filmowe podsumowanie. 

Minione sześć miesięcy było dla mnie absolutnie rekordowe. Nie tak dawno temu w ogóle nie lubiłam oglądać filmów i zdarzało mi się zobaczyć średnio jeden na dwa miesiące - więc 66 filmów, które (jeśli wierzyć mojej liście) obejrzałam od początku tego roku, nawet mnie samą wprawia w lekkie osłupienie :). Było wśród nich parę naprawdę ciekawych pozycji i pomyślałam sobie, że dobrze byłoby je tu wyróżnić i jeszcze raz zareklamować. Niekoniecznie chodzi mi o filmy, którym przyznałam najwyższe oceny. Bardziej o te, które (co dopiero teraz, po upływie pewnego czasu, mogę stwierdzić...) z tego czy innego powodu zostały mi w głowie. Jednym słowem, o wyborze decydowało li i jedynie moje widzimisię ;).


Na poprawę humoru

 


Zaczęłam rok od bardzo dobrego To właśnie miłość, czy raczej About Time, które - wbrew polskiemu tytułowi - okazało się wcale nie komedią romantyczną, a ciepłą i krzepiącą historią o uniwersalnej miłości i docenianiu każdej chwili swojego życia. 
Podobnie budująco zadziałał na mnie przepiękny dokument I Am - póki co jedyny film na moim blogu, któremu udało się przekroczyć magiczną barierę ośmiu gwiazdek. 
Z ostatnich odkryć dopisałabym do tej listy Sztuki wyzwolone (Liberal Arts), choć pojawia się w nich też lekka nuta nostalgii, która mnie akurat wprawia w niekoniecznie dobry humor. 
A skoro już przy tym jestem...

Z nutką nostalgii

 


Bardzo mocno odbieram wszystkie te filmy, których bohaterowie kończą właśnie szkołę i szykują się do studiowania, co wiąże się przeważnie z olbrzymią życiową zmianą. Doskonale pamiętam to uczucie: z jednej strony wielka ekscytacja i poczucie, że życie stoi przed tobą otworem, że możesz zrobić z nim wszystko, cokolwiek zechcesz, że dopiero teraz, na dobrą sprawę, wszystko się zaczyna... A z drugiej strony ta męcząca świadomość, że to wszystko, co dzieje się teraz - licealne przyjaźnie, ostatnie dni w szkole - jest tymczasowe, bez przyszłości, że nieuchronnie musi albo mocno się zmienić, albo w ogóle zniknąć. Pamiętam dobrze tamten smutek i popędzanie ślamazarnego czasu, a jednocześnie część mnie bardzo chciałaby do tego wrócić, mieć znów przed sobą te oszałamiające perspektywy...
Do powrotu myślami do maturalnych czasów zmusiły mnie nie tylko Sztuki wyzwolone, ale też - nawet bardziej - Charlie, czyli The Perks of Being a Wallflower. O tym drugim nigdy akurat niczego nie napisałam, ale cały poprzedni akapit jest podsumowaniem tego, co najmocniej do mnie w tym filmie przemówiło. Plus całkiem niezła rola Emmy Watson, której udało się być Sam na tyle, że nawet nie dziwiło mnie, jak Hermiona może mieć problemy z nauką...

Dokumentalnie

 


Najlepszym dokumentem minionych sześciu miesięcy było bez wątpienia I Am. Piękny, wzruszający i z chęcią obejrzę go jeszcze raz, kiedy za bardzo stracę wiarę w ludzi. Na drugim miejscu plasuje się zupełnie nie budujący, ale ważny i bardzo ciekawy Blackfish. Tata (któremu wierciłam dziurę w brzuchu tak długo, aż w końcu też ten film obejrzał...) marudził na sam styl dokumentu - zbyt statyczny, przegadany, czyli tzw. "gadające głowy" - ale mi to w ogóle nie przeszkadzało. Mądrze gadające głowy przyjemnie się ogląda ;).

Troszkę psychodelicznie

 


Mocno wryło mi się w pamięć Miasto ślepców (Blindness) - film jednocześnie sterylny i brutalny, trudny do jednoznacznego zinterpretowania, który w pierwszej chwili wcale szczególnie mnie nie zachwycił, a jednak wciąż raz po raz o nim myślę. "Psychodeliczny" to najlepsze określenie, jakie przychodzi mi tu do głowy. Nieczęsto oglądam filmy tego rodzaju, ale raz na jakiś czas nabieram ochoty na coś bardziej niepokojącego - i Miasto ślepców dobrze się w tę kategorię wpasowało. Póki co niepokojących filmów mam dość, ten mi wystarczył...

Obyczajowo i spokojnie


Nie lubię słowa "dramat", bo brzmi właśnie tak... dramatycznie. Jakby reżyser prezentował tragedię po tragedii. A przecież to, że film pokazuje małe dramaty ludzkiego życia, nie znaczy jeszcze, że sam w sobie jest dramatyczny. Wolę mówić o "filmach obyczajowych", nawet jeśli kończy się to wrzucaniem do tego worka prawie wszystkiego...


Takim właśnie dobrym, obyczajowym filmem była nominowana do Oscara Nebraska. Spokojna, momentami ironiczna i nieraz zabawna. Bardzo podobały mi się też obejrzane niedawno Medianeras, które z czystym sumieniem mogę dopisać do listy ulubionych filmów. Och, i Wszystko jest iluminacją - tu już więcej jest parodii i tragedii niż spokojnego realizmu, ale to tylko działa na jego korzyść. Zdecydowanie jeden z najlepszych filmów ostatniego półrocza.


Sporo tu też kina azjatyckiego. W pierwszej kolejności przychodzi mi na myśl tajwańskie Jedz i pij, mężczyzno i kobieto. I, oczywiście, mój nowy ulubiony reżyser, czyli Hirokazu Koreeda. Zarówno jego Aruitemo, aruitemo jak i Kiseki to wspaniałe filmy, a ich oglądanie było dla mnie czystą przyjemnością. Poluję na najnowsze Jak ojciec i syn, a na parapecie czeka na mnie pożyczone Wonderful Life :).



I to na tyle. Nie żeby pozostałe filmy mi się nie podobały - ale jakoś bledną przy tych kilku, które tu wymieniałam. Moich półrocznych ulubieńców z całego serca polecam!

Do usłyszenia za tydzień - a może i szybciej :).

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Co słonko widziało #12: zestaw krótkometrażowy

Znów przepraszam za opóźnienie - wierzcie mi lub nie, ale do tego stopnia wypadłam ostatnio z rytmu, że autentycznie zapomniałam wczoraj, że to niedziela ^^.

Lubicie krótkometrażówki? Ja do niedawna w ogóle nie zwracałam na nie uwagi. Uwierało mnie w nich to samo, co w opowiadaniach: za krótkie, za mało czasu na przedstawienie bohaterów i ledwie się człowiek zainteresuje fabułą, a już się kończą... Niedawno, przeglądając moją filmwebową listę filmów, które (podobno...) chcę obejrzeć, odkryłam na niej jednak kilka takich właśnie krótkich produkcji. A że rzeczona lista pęka w szwach, pomyślałam, że dzięki małemu maratonowi krótkometrażówek mogłabym ją szybko odgruzować. 

W minionym tygodniu obejrzałam tylko jeden pełnometrażowy film, który w dodatku niespecjalnie utkwił mi w pamięci, więc podaruję go sobie na dzisiaj. Zamiast tego - dosłownie parę słów o niedawnych krótkometrażówkach. Widzieliście któreś z nich? Zgadacie się z moimi odczuciami?

Miłego czytania!


1. Hotel Chevalier (2007; USA, Francja)  - 6/10

Prequel bardzo dobrego Pociągu do Darjeeling, o którym pisałam tutaj. Nadzieje miałam spore: znowu Wes Anderson, znany mi już główny bohater, a do tego Natalie Portman (którą chyba trochę wcześniej przeceniałam, ale nadal uważam, że od czasu do czasu zdarza się jej zagrać naprawdę dobrą rolę)... Ale nic z nich nie wynikło. Nie mogę nawet napisać, że się rozczarowałam, bo Hotel Chevalier nie wywołał we mnie absolutnie żadnych emocji. Fabułę można streścić jednym zdaniem: cytując wyczytane w odmętach internetu zdanie, "facet ustawia się na seks ze swoją byłą". Ot, wszystko. Nie znalazłam w nim niczego, co by do mnie przemówiło i utkwiło mi w pamięci. Z ciekawostek mogę dodać tylko, że to jedyny film, w którym Natalie Portman wystąpiła nago (czego później ponoć żałowała). Może dla panów będzie to jakaś rekomendacja ;).



2. Ilha das Flores (1989; Brazylia) - 8/10

Krótki, gorzki film obejrzany jako wstęp do niemieckiego Taste the Waste. Narrator, posiłkując się banalną historią sprzedawczyni perfum i zepsutego pomidora, który znalazł się w jej koszyku z zakupami, tłumaczy widzowi zasady rządzące naszym światem - a że wychodzi przy tym z założenia, że widz nic o nich nie wie, opisuje nawet rzeczy, które są dla nas tak oczywiste, że nawet się nad nimi nie zastanawiamy. Dzięki temu udaje mu się wyraźnie - i bardzo zgryźliwie - pokazać, jak niesprawiedliwie i nielogicznie urządzamy sobie ten świat. 

Całość tego krótkiego filmu jest bardzo ironiczna, a sama końcówka - okropnie przykra. Film jest równie stary jak ja i nie wiem, czy tytułowa Ilha das Flores nadal istnieje, ale jeśli chodzi o meritum sprawy, niewiele się zmieniło...

Polecam nie tylko ze względu na przesłanie, ale też na cudowny, sarkastycznie prosty styl narracji. Nie sposób się nie uśmiechnąć, choćby tylko kącikiem ust. Mimo że samą fabułę trudno uznać za zabawną.


3. Paperman (2012; USA) - 6/10

Całkiem przyjemna, czarno-biała animacja Disney'a, której udało się nawet zgarnąć Oskara. Muszę jednak przyznać, że zupełnie nie rozumiem zachwytów nad tym filmikiem. Od strony technicznej wypada rzeczywiście ładnie, ale w fotel nie wbija. Fabułę można skwitować szerokim ziewnięciem. Disney znowu serwuje nam miłość od pierwszego wejrzenia, która jest ważniejsza niż wszystko inne i ma moc pokonywania wszelkich przeszkód... I znów mówimy tu o parze, która słowa ze sobą nie zamieniła. Poważnie, drogi Disney'u, po tylu latach mógłbyś już chyba wymyślić coś bardziej oryginalnego...?






4. Steve (2010; Wielka Brytania) - 6,5/10

Keira Knightley i Colin Firth w jednym filmie - nie mogłam tego nie zobaczyć! Nastawiłam się na skondensowaną dawkę porządnego, wyspiarskiego kina - i rzeczywiście to dostałam. Jakimś cudem wszystkie te "wady" krótkometrażówek, które tak mnie zwykle irytują, tu wydały mi się zaletami. Bohaterowie są jednocześnie pełnokrwiści i ledwie zarysowani; widać, że to ciekawi ludzie, których chciałoby się lepiej poznać, ale mamy szansę poobserwować jedynie kilka krótkich scen z paru dni ich życia. Keira okrutnie mnie irytowała - zarówno jej gra, jak i sama postać - ale w tym drugim przypadku zdaje się, że taki właśnie był zamysł reżysera. Pod koniec nagle zaczyna się zresztą zachowywać zupełnie inaczej i odniosłam wrażenie, że miała to być dla widzów mała nauczka: nie powinno się oceniać ludzi na podstawie ich zachowań w paru losowych sytuacjach, zwłaszcza jeśli nie mamy pojęcia co do nich doprowadziło...
Colin Firth gra tu tytułowego Steve'a, dziwacznego sąsiada pary bohaterów, który ewidentnie ma problemy z kontaktami międzyludzkimi. Naprasza się więc bohaterom pod różnymi pretekstami, rozsiada na krześle i pije z nimi herbatę... Ale to nie miły, samotny starszy pan. Steve potrafi być agresywny, a jego wybuch złości w jednej z końcowych scen jest dosyć przerażający.

Największą wadą tego filmu jest to, że jest po prostu za krótki. Pomysł był dobry, wykonanie też, ale na widok napisów końcowych trochę zgłupiałam. Już? A gdzie jakieś rozwinięcie? Gdzie morał? Co ma z tego wynikać...? Szkoda. I tak jest dobrze, ale mogło być jeszcze lepiej.


5. Exiles (2012; USA) - 7/10

To uwspółcześniona (chociaż ciężko właściwie określić czas akcji) i alternatywna historia Romea i Julii, napisana (i w połowie również zagrana) przez Troian Bellisario, znaną (przynajmniej niektórym) z roli Spencer Hastings w Pretty Little Liars. O ile PLL uważam obecnie za bardzo kiepski serial i zupełnie straciłam już do niego cierpliwość, o tyle sama Troian wypada w nim co najmniej nieźle. Byłam bardzo ciekawa, jak poradzi sobie w jakiejś innej, bardziej sensownej produkcji.

Musze przyznać, że byłam pozytywnie zaskoczona tym filmem. Jest naprawdę dobrze. Troian doskonale wpasowała się w rolę współczesnej Julii; udało jej się nie być kolejną Spencer, co jest sporym osiągnięciem jak na aktorkę tak silnie związaną z jedną rolą. Ale najbardziej podobało mi się samo poprowadzenie fabuły. Ilu z Was wściekało się na Szekspira, że zakończył Romea i Julię tak, jak zakończył? Przyznajcie się, kto jeszcze marzył o tym, jak pięknie byłoby, gdyby...? Scenariusz Troian jest właśnie jedną z takich alternatywnych wersji - ale zupełnie nie taką, jakiej można by się spodziewać. Bezpardonowo niszczy romantyczne wyobrażenia o związku Romea i Julii, zastępując je brutalnym realizmem. Młodzi małżonkowie żyją na wygnaniu, w biedzie, a przede wszystkim - o czym łatwo zapomnieć czytając ich miłosne wyznania u Szekspira - ledwo się znają. Nagły poryw serca nie wystarcza, żeby mogli żyć długo i szczęśliwie. Julia (która jest tu o wiele bardziej wyeksponowana niż snujący się w tle Romeo) dość szybko zdaje sobie z tego sprawę. Ale jednak zbyt późno...

Nie tego się spodziewałam i chociaż wolałabym, żeby Romeo i Julia żyli jednak długo i szczęśliwie, to jednak muszę przyznać, że taki rozwój wypadków byłby jednak dużo bardziej prawdopodobny. Brawa dla Troian, zwłaszcza, że to był jej debiut jako scenarzystki.


6. The Come Up (2012; USA) - 6/10

Kolejny film obejrzany dla Troian, która jednak ledwie się w nim pojawia. A już na pewno w żadnej ze scen nie ma szansy wykazać się aktorsko. Sam film to mieszanina historii o niedocenionym, pomiatanym chłopaku, który marzy o tym, żeby szef raczył przeczytać scenariusz jego autorstwa - i bardzo tradycyjnej, sztampowej opowieści o wielkim przekręcie. Plusem jest to, że nie tak prosto przewidzieć, kto tu właściwie kogo oszukuje i po której stronie mocy stoi główny bohater. Całkiem przyjemna, dziesięciominutowa rozrywka. Ni mniej, ni więcej.






7. Intersect (2009; USA) - 6/10

I znów Troian - tym razem jako nastolatka podróżująca z ojcem i jego nową, małoletnią dziewczyną. Nagła awaria samochodu (czy może zabrakło im po prostu benzyny...?) zmusza ich do zatrzymania się w połowie drogi. Ojciec wyrusza na poszukiwania warsztatu, a obie dziewczyny muszą przez jakiś czas znosić swoje towarzystwo...
Sama właściwie nie wiem, czemu dałam temu filmowi aż sześć gwiazdek. Pewnie za Troian, która znów mogła całkiem nieźle się zaprezentować i znów udało jej się nie być Spencer. Film ma też całkiem intrygującą atmosferę, a napięcie między obiema dziewczynami jest wyraźnie widoczne. Same bohaterki są, niestety, zlepkiem klisz. Małoletnia dziewczyna, Lucy, ma być tą seksowną - Troian, a właściwie Victoria, robi tu za niezależną intelektualistkę-feministkę. Seksowna Lucy musi więc mieć na twarzy tonę tapety, jaskrawoczerwoną szminkę i minę pindy - Victoria za to chodzi w brudnawych trampkach, makijażu nie używa w ogóle (ale francuski manicure to jej zrobili, haha!), przy byle okazji wyciąga z torby Opasłą i Bardzo Mądrą Książkę, a nawet - o ile dobrze pamiętam - w jednej ze scen dorzucili jej do tego wizerunku okulary. O ile Victorię można jeszcze strawić, o tyle Lucy kompletnie psuje ten film. Cała ta jej domniemana seksowność jest tak tania, że aż niesmaczna, a w dodatku aktorka - może przez tę nieodłączną minę pindy - wygląda po prostu brzydko. Nie bardzo potrafię sobie wyobrazić, jakim cudem udało jej się uwieść kogokolwiek...


8. Once Upon a Time (2013; Francja) - 7/10

Film nakręcony z okazji setnych urodzin marki Chanel - słynnej tak, że nawet osoby przewracające oczami na dźwięk słowa "moda" (jak ja ^^) doskonale ją znają. W głównej roli wystąpiła  tu Keira Knightley i to ze względu na nią w ogóle skusiłam się na Once Upon a Time.

To przyjemny, klimatyczny filmik. Nakręcony w skali szarości i całkiem udanie stylizowany na początek ubiegłego wieku. Żadnych wielkich zaskoczeń fabularnych nie ma co się tu spodziewać - wszyscy przecież wiemy, jak rozwinął się interes Coco Chanel - ale można obejrzeć dla tej odrobinki staromodnego klimatu. Aktorzy mówią, niestety, głównie po angielsku, ale po niedawnych przejściach z walczącą z polszczyzną Marion Cotillard rozumiem, dlaczego reżyser nie próbował na siłę zrobić z Keiry Francuzki. Dla fanów mody interesujące może być też to, że w rolach klientek Coco wystąpiły znane (podobno... ^^) modelki. I zagrały, jak na mnie, nie najgorzej - te ich śmiesznie wyniosłe miny pasowały do wizerunku nadętych pań z wyższych sfer...


9. A Letter to Uncle Boonmee (2009; Niemcy, Tajlandia, Wielka Brytania) - 7/10

Dopisuję ten film do listy dla porządku - skoro go obejrzałam... Najwyraźniej mi się spodobał - problem tylko w tym, że zupełnie nie pamiętam dlaczego. Pamiętam pełnometrażowego Wujka Boonmee, pamiętam, że w tej krótkometrażówce narrator dwukrotnie powtórzył ten sam tekst, że kamera krążyła po domu wujka. Ale co właściwie mówił ten narrator? Kompletnie nie pamiętam... Ewidentnie powinnam powtórzyć seans :).


***

Za tydzień postaram się pamiętać, że niedziela jest niedzielą i wrócić do Was ze świeżym postem! Mam nadzieję, że w tym tygodniu wreszcie trochę się naoglądam. Brakuje mi już tego :).

Miłego tygodnia!

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Przerwa mundialowa

Słonko nie widziało niczego poza meczami, więc też nie ma się czym pochwalić. Chciałam wykorzystać okazję i napisać o paru krótkometrażówkach, które obejrzałam jakiś czas temu, ale nie mam kiedy - bo w kółko oglądam mecze. Może w najbliższą niedzielę się ogarnę. Póki co, do usłyszenia! :)

środa, 11 czerwca 2014

Co słonko widziało #11

(Post miał się pojawić w niedzielę, ale w połowie pisania nagle wysiadł mi internet. Dzisiaj w końcu raczył wrócić (wyobrażacie sobie, co by było, gdyby dostawca internetu nie zdążył naprawić błędu do Mundialu...? W Niemczech? Bankructwo gwarantowane... ^^), więc szybko zabieram się za nadrabianie zaległości :)).

Tym razem będzie ubogo ilościowo, ale za to bogato jakościowo. W minionym tygodniu obejrzałam dwa filmy - jeden japoński, jeden argentyński - i oba oceniłam (przy małych wahaniach, ale zawsze) na osiem gwiazdek. Polecam serdecznie i zapraszam dalej po szczegóły!


1. Kobieta z wydm // Suna no onna (1964, Japonia) - 8/10

Trzykrotnie pisałam na blogu o twórczości Abego Kobo (tu, tu i tu), ale akurat Kobiecie z wydm nigdy nie poświęciłam żadnego posta. Głównie dlatego, że - jakkolwiek absurdalnie to zabrzmi - to jego najważniejsza, a przynajmniej najsłynniejsza powieść. Przeczytałam ją więc na samym początku mojej japonistycznej drogi, kilka lat przed założeniem bloga i nigdy jakoś nie zebrało mi się na wspominkowe sprawozdanie z lektury. Zapamiętałam ją jako bardzo dobrą i dosyć psychodeliczną książkę (jak się później okazało, bardzo charakterystyczną dla całej twórczości Abego...), która mocno kojarzyła mi się z Procesem Kafki. Filmowa Kobieta z wydm to zaś, krótko mówiąc, bardzo udana ekranizacja. Doskonale oddaje klimat powieści, momentami nawet go wzbogacając - głównie dzięki nieuniknionej dosłowności obrazu i niepokojącej ścieżce dźwiękowej...

Główny bohater filmu jest entomologiem, który wybiera się na krótką wycieczkę nad morze w poszukiwaniu rzadkich insektów. Pogrążony w swojej pasji, zapomina o świecie i dopiero napotkany przypadkiem starszy człowiek uświadamia mu, że nie zdąży już na ostatni autobus do Tokio. Nieznajomy oferuje bohaterowi pomoc w znalezieniu noclegu, którą ten z wdzięcznością przyjmuje. 
Kwatera okazuje się ubogim domkiem położonym w głębokiej, wydrążonej w piasku jamie, do którego można dostać się tylko schodząc po sznurowej drabince. Życie mieszkającej w nim samotnej kobiety wypełnia niekończąca się walka z piaskiem i rozpaczliwe próby ratowania domu przed zasypaniem. Bohater traktuje swój krótki pobyt w tak dziwnym miejscu jako przygodę i szansę na poznanie przez bezpośrednie doświadczenie oryginalnego stylu życia. Rano otrzepuje się z piasku, zarzuca na ramiona plecak i jest gotowy wrócić do domu. Ale odkrywa, że drabina zniknęła...

Na pierwszy plan Kobiety z wydm wybijają się dwa przeciwstawne motywy: walki z losem i pogodzenia się z nim. Przeplatają się ze sobą - choć w różnych proporcjach - właściwie przez cały czas trwania filmu. Brak drabinki nie sprawia, rzecz jasna, że bohater pokornie zgadza się na nieoczekiwane uwięzienie. Próbuje wspinaczki, wyrzeźbienia w piasku schodów i wszelkich innych metod ucieczki, które tylko przychodzą mu do głowy. Jednocześnie jednak stopniowo przywiązuje się do swojej towarzyszki i rodzi się w nim poczucie odpowiedzialności za nią. Zdaje sobie sprawę z tego, że bez jego pomocy kobieta nie da rady nadążyć z "odpiaszczaniem" domu, który jest dla niej małą ojczyzną...

Nieczęsto zdarza mi się zwrócić uwagę na filmową muzykę, ale to właśnie jeden z tych rzadkich przypadków. Ścieżka dźwiękowa Kobiety z wydm spokojnie pasowałaby do thrillera: jest trochę straszna, drażniąca i doskonale podkreśla desperację głównego bohatera. Nie oglądam z zasady ani horrorów, ani thrillerów, więc te pełne napięcia sceny zrobiły na mnie spore wrażenie.

To bardzo dobry film - zarówno jako ekranizacja, jak i sam w sobie - ale skłamałabym, gdybym napisała, że byłam tym seansem zachwycona. Swego czasu naczytałam się trochę Abego (który pod tym jednym względem przypomina mi Murakamiego: można by powiedzieć, że pisze ciągle tę samą książkę, tylko z innymi dekoracjami...), więc klimat Kobiety z wydm nie był dla mnie niczym nowym ani wybitnie oryginalnym. Sama tematyka - nawet traktowana metaforycznie - też jest dość odległa od mojego życia. Ciężko mi o jakikolwiek osobisty stosunek do tego filmu. Jest intrygujący, zapadający w pamięć i daje spore pole do interpretacji - ale nie sądzę, żebym obejrzała go drugi raz.


2. Medianeras // Sidewalls (2011, Argentyna, Hiszpania, Niemcy) - 8/10

To kolejny ze sztampowych filmów opowiadających o samotności jednostki w wielkim mieście i zaniku więzi międzyludzkich. Z zalewu podobnych produkcji wyróżnia go jedna, istotna cecha: jest zrobiony "z jajem". Oklepany temat jest tu doprawiony taką dawką poczucia humoru, że nie sposób powstrzymać uśmiechu, który raz po raz ciśnie się na usta. Reżyser nie marudzi na współczesny świat, zły internet, cyfrowe randki etc. Pokazuje po prostu ludzi, którym pewnie prościej byłoby żyć w mniejszych, bardziej zwartych społecznościach, ale którzy - skoro już przyszło im mieszkać w olbrzymim, bezosobowym Buenos Aires - starają się znaleźć swoje miejsce w stechnicyzowanym świecie. Znamienna jest sekwencja, w której Mariana (Pilar Lopez de Ayala) wygłasza sztandarowy monolog o bezsensowności cyfrowych znajomości, by w następnej scenie wylądować na internetowym czacie. Gustavo Taretto stworzył bardzo prawdziwy, nieco refleksyjny, a jednocześnie ironicznie zabawny obraz. Dla mnie to zdecydowany faworyt spośród filmów o podobnej tematyce.

Głównymi bohaterami są Martin (Javier Drolas) i Mariana. Mieszkają na tym samym osiedlu - w pewnym momencie, po nielegalnym wykuciu dziur w bocznych ścianach obu wieżowców, widzą nawet swoje okna - ale nigdy nie zdarzyło im się spotkać. On jest zupełnie nieprzystosowany do życia we współczesnym społeczeństwie: cierpi na kilka fobii jednocześnie, wychodzi z domu tylko na wizyty u psychologa, zawodowo zajmuje się projektowaniem stron internetowych, a wolny czas spędza grając w FIFĘ i Ojca chrzestnego. Ona dochodzi do siebie po rozstaniu z chłopakiem, aranżuje wystawy sklepów z ubraniami, a jej głównymi partnerami do rozmów są zamawiane raz po raz manekiny. Oboje czują się samotni, ale nie bardzo wychodzi im zawieranie nowych znajomości. Oboje marzą o znalezieniu kogoś, z kim mogliby dzielić swój mały świat. Reżyser wyraźnie daje nam do zrozumienia, że Mariana i Martin są dla siebie stworzeni; wystarczyłoby tylko, żeby się spotkali, a reszta sama by się ułożyła. Tyle tylko, że najpierw rzeczywiście musieliby przypadkiem na siebie wpaść - a to nie jest takie proste w wielkomiejskim tłumie...


Ważną rolę w filmie odgrywa... Wally. Tak, ten, który zwiedza świat (i poznaje jego historię). Gdzie jest Wally to ulubiona książka Mariany, a cały ten wątek dobrze ilustruje sytuację bohaterki. Jedyną spośród wszystkich zagadek, której nie udało się Mariannie rozwiązać (czyt. znaleźć Wally'ego) jest Wally w mieście. Przeraża ją to, bo skoro nie może znaleźć w tłumie konkretnej osoby, to jak niby ma znaleźć w nim kogoś, kiedy nie wie nawet, kogo szuka...?


Tytułowe medianeras to niewykorzystane, boczne ściany budynków, które - według Mariany - symbolizują to, co w nas, ludziach, najgorsze. Oddzielają nas od siebie, szybko niszczeją, brzydną, zostają zaniedbane i zapomniane. Kończą jako gigantyczne reklamy supermarketów i fast foodów. Nic dziwnego, że oboje bohaterowie postanawiają ostatecznie się z nimi rozprawić.


To bardzo przyjemny i niegłupi film. Podobało mi się w nim... W zasadzie wszystko. Nie mam zastrzeżeń do aktorstwa, zdjęcia są w najgorszym wypadku dobre, a momentami wręcz intrygujące (jak choćby statyczne ujęcia zakamarków miasta), bohaterowie zaś są tak uroczy, że nie da się ich nie polubić. Sporo w nim małych smaczków (kto nie kocha Wally'ego...?), trafnych spostrzeżeń i dobrodusznej ironii. Ciężko mi wyobrazić sobie, że komuś mógłby się ten film nie spodobać. Polecam serdecznie!

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Co słonko widziało #10

Cudem udało mi się zmyć z wieczornego spotkania autorskiego (tak, tak, to wątpliwa przyjemność, jeśli regularnie musi się na nich siedzieć...), dzięki czemu już dziś mogę podzielić się z Wami kolejnym filmowym postem. W ciągu ubiegłego tygodnia obejrzałam trzy filmy, w tym dwa japońskie - ale to właśnie ten nie-japoński najbardziej przypadł mi do gustu. Po szczegóły zapraszam dalej :).


1. Sztuki wyzwolone // Liberal Arts (2012, USA) - 7,5/10

Chciałam obejrzeć ten film właściwie tylko ze względu na Elizabeth Olsen, o której naczytałam się wcześniej wiele dobrego, ale nie miałam okazji zobaczyć jej w akcji. Sama fabuła raczej by mnie nie zachęciła; z opisu wynikało, że będę mieć do czynienia z oklepanym romansem doprawionym równie oklepanym "odkrywaniem sensu życia". Zdążyłam już nawet zaliczyć ten film do mojej "filmoteki słomianej wdowy" i mało brakowało, a obejrzałabym go w pojedynkę. Cieszę się (mąż zresztą też), że tego nie zrobiłam. Wbrew niskiej średniej ocenie i opisowi, Liberal Arts to bardzo przyjemny film. Nie jest to żadne arcydzieło i nie zmieni Waszego życia o 180 stopni, ale jeśli macie ochotę obejrzeć coś lekkiego, lecz nie głupkowatego czy pozbawionego treści, to Sztuki wyzwolone są bardzo dobrym wyborem.

Główna oś fabuły skupia się na relacji 35-letniego Jessego (Josh Radhor, reżyser i scenarzysta filmu) i Elizabeth - czy raczej Zibby (Elizabeth Olsen) - która dopiero zaczyna naukę w college'u. Mimo sporej różnicy wieku bohaterowie rozumieją się zaskakująco dobrze i nietrudno domyślić się, w co prędzej czy później przekształci się ich nieoczekiwana przyjaźń. Rzeczywiście pojawia się tu więc wątek romansowy - ale, na szczęście, nie jest ani dominujący, ani schematycznie przedstawiony. To nie jest jedna z tych historii, w których bohaterowie zmuszeni są walczyć z przeciwnościami złego losu, by na koniec móc wreszcie żyć długo i szczęśliwie. Nie chodzi tu też, na szczęście, o mityczny happy ending. Najważniejsza w Sztukach wyzwolonych jest sama relacja bohaterów - bardziej zresztą przyjacielska niż romantyczna. Bardzo zwyczajna, ciepła i wiarygodna.

Sztuka - w najróżniejszych wydaniach - też zalicza się do głównych bohaterów filmu. Pojawia się tu muzyka klasyczna, opera, tradycyjna epistolografia, poezja romantyczna i rozmowy na temat literatury. Znalazłam w Sztukach wyzwolonych sporo dyskusji, które zdarza mi się prowadzić z sobą samą w głowie i wiele opinii, pod którymi mogłabym się podpisać. Najchętniej przytoczyłabym tu je wszystkie, ale powstrzymam się od spoilerów - przekonajcie się sami. Piękne jest w tym to, że reżyser nie próbuje przekonać widza do jedynego słusznego zdania. Bohaterowie dyskutują, każdy z nich ma swoje argumenty i tylko od nas zależy, po czyjej stronie się ostatecznie opowiemy...

Nie wierzę, że to piszę, ale wielkim pozytywnym zaskoczeniem tego filmu okazał się... Zac Efron. Jego nazwisko w obsadzie działało na mnie dość odstraszająco i nigdy bym nie przypuszczała, że będę wyczekiwać scen z jego udziałem - a dokładnie tak było! Zac występuje w niezbyt wprawdzie oryginalnej (ale czy w ogóle da się wymyślić coś, czego jeszcze w kinie nie było...?), ale bardzo zakręconej roli i wypada w niej bardzo przekonująco. Oficjalnie pozbywam się uprzedzeń wobec tego aktora.

Elizabeth Olsen też mi się spodobała. Rola Zibby nie była może szczególnie wymagająca, ale nie zmienia to faktu, że Elizabeth poradziła z nią sobie bardzo dobrze. Z chęcią zobaczę ją w czymś jeszcze, w czym będzie miała większe pole do popisu niż tu. Choćby w niedawnym In Secret...


2. Zen (2009, Japonia) - 4,5/10

O ile o Sztukach wyzwolonych mogłabym pisać i pisać, o tyle tu zupełnie brakuje mi słów. I to bynajmniej nie z zachwytu. Przychodzą mi do głowy tylko porównania. Pamiętacie moją opinię o Spacerze w chmurach? Zen prezentuje dokładnie ten sam poziom naturalności. Jeżeli oglądaliście kiedykolwiek anime One Piece, to możecie spodziewać się podobnej "poetyki". Ten film bardzo mocno kojarzył mi się z komiksem o życiu innego buddyjskiego mnicha, Saicho, który mój mąż kupił podczas jednej z naszych japońskich wycieczek. Przerysowane emocje, pseudo-dramatyzm i przedstawienie głównego bohatera jako absolutnego wzoru cnót wszelakich. O ile do formy komiksu całkiem to pasuje, o tyle w przypadku filmu jest już mocno niestrawne. Przypomnijcie sobie fragmenty żywotów świętych, przez które na pewno też musieliście przedzierać się na licealnych lekcjach polskiego. Zastąpcie chrześcijaństwo buddyzmem i wymieńcie scenerię, a otrzymacie to nieszczęsne Zen.

W filmie przedstawiono życie japońskiego mnicha Dogena, założyciela najsłynniejszego chyba odłamu buddyzmu: szkoły (bądź sekty, ale to dość mylące tłumaczenie; jak stwierdził znajomy buddysta, "kiedy moja babcia słyszy, że należę do sekty, to chce mnie natychmiast ratować"...) zen. I to właściwie jego największy plus. Momentami pojawiają się też całkiem ładne widoki (chociaż do zachwytu było mi daleko...), a Uchida Yuki (filmowa Orin) nieźle radzi sobie ze swoją rolą. Niestety, to by było na tyle. Dialogi są sztuczne, aktorzy drewniani, średniowieczne miasta wyglądają jak makiety, Dogen jest kryształowo dobry (w co jeszcze od biedy mogę uwierzyć), a jego przeciwnicy do szpiku kości źli (w to już niezbyt). Nawet aspekt informacyjny szwankuje: całkowicie pominięto w filmie (bardzo istotne) lata, które Dogen spędził na górze Hiei, studiując buddyzm tendai, i nie pokuszono się o przedstawienie powodów, dla których ją opuścił. Nie uświadczymy tu więc żadnych szczegółów dotyczących japońskiego buddyzmu i różnic pomiędzy poszczególnymi odłamami - choćby tylko między szkołami tendai i zen. Dowiadujemy się jedynie tyle, że Dogen postanowił propagować "prawdziwy buddyzm", a źli mnisi z góry Hiei robili co mogli, żeby mu w tym przeszkodzić. Ale czym ten buddyzm Dogena miał się różnić od wcześniejszego buddyzmu tendai? Próżno szukać w filmie innej odpowiedzi niż "Dogen był dobry, a mnisi z góry Hiei - źli". Jeden, jedyny raz przywódcy bandy mnichów wymsknęło się coś o braku sutr czy jakichkolwiek innych pism, które potwierdzałyby naukę Dogena. I to na tyle...

To nie jest raczej odpowiednie miejsce na rozpisywanie się na temat buddyzmu, ale wyjaśniając skrótowo to, co film pominął: Dogen, w przeciwieństwie do mnichów ze starszych szkół, odrzucił inne drogi osiągnięcia oświecenia niż poprzez medytację. Stąd ogromny nacisk położony na siedzenie godzinami przed gołą ścianą. Inni mnisi przepisywali sutry, wdawali się w teologiczne dyskusje, recytowali raz za razem Namu Amida Butsu, wyruszali na pielgrzymki, wierząc, że zbierają dzięki temu duchowe punkty i zapewniają sobie miejsce w raju. Dogen uznał to wszystko za niepotrzebne. Ważną kwestią jest też brak odpowiedniego udokumentowania korzeni buddyzmu zen/chan. O ile pozostałe szkoły - jak tendai czy shingon - opierały się na konkretnych, starożytnych sutrach, o tyle nauki buddyzmu zen miały być przekazywane z pokolenia na pokolenie, od czasów samego Śakyamuniego. Czyli, według pozostałych szkół: wzięły się znikąd. Stąd właśnie to zdanie, które wymsknęło się wojowniczemu mnichowi z góry Hiei.

Nie rozumiem średniej oceny tego filmu na Filmwebie i IMDb. Nie rozumiem zachwytów nad nim. Nawet osoby zafascynowane buddyzmem nie mogą być chyba tak ślepe na formę, w jakiej zaprezentowano całą tę historię...? Przyznałam mu 4,5 gwiazdki głównie za aspekt edukacyjny - bo naprawdę, ciężko dopatrzyć się w tym dziele czegokolwiek więcej. Trudno mi wręcz uwierzyć, że reżyser nakręcił go na poważnie. To typowa laurka dla narodowego bohatera: naiwna, przedstawiająca czarno-białą wizję świata, z papierowymi bohaterami, a w dodatku bardzo słabo zrealizowana. Dogen - i cały buddyzm zen - zasługuje na o wiele lepszy film.

 3. Lalki // Dolls (2002, Japonia, Francja) - 7/10
To bardzo piękny i bardzo japońsko smutny film. Miałam na niego chrapkę od paru dobrych lat (plakat całkowicie mnie oczarował...) i ogromnie się ucieszyłam, kiedy znalazłam go w filmotece Instytutu Japońskiego. Obejrzałam go bez żadnych oczekiwań, nie wiedząc nawet, czego ma dotyczyć. Może gdybym wcześniej doczytała, że jego głównym tematem ma być śmierć, nie wyczekiwałabym aż tak bardzo tego seansu...

Reżyser (Kitano Takeshi) sięga po sprawdzoną formę trzech opowieści, luźno powiązanych ze sobą wspólną tematyką. Pierwszą (i najważniejszą) z nich jest historia porzuconej dziewczyny, która w wyniku nieudanej próby samobójczej traci rozum, oraz jej byłego narzeczonego, który na wieść o jej wypadku rezygnuje z małżeństwa z bogatą, ale obojętną mu córką szefa i całkowicie poświęca się opiece nad ukochaną. Druga to opowieść o bezwzględnym szefie yakuzy, odnajdującym swoją miłość z młodzieńczych lat. Bohaterami trzeciej jest popularna piosenkarka, Haruna, i zakochany w niej nieśmiały fan. Wiadomość o wypadku idolki zmusza go do podjęcia nieodwracalnej decyzji...

Nie ma tu bardzo rozbudowanej fabuły - jest za to emocjonalnie i bardzo nastrojowo. Historie wszystkich bohaterów są przejmująco, okrutnie smutne. Reżyser nie bawi się w pozostawianie im nadziei. Przypominają tytułowe lalki z klasycznego japońskiego teatru bunraku - bezbronne wobec okrutnego losu, nieszczęśliwe i naznaczone tragizmem. Jednym się to spodoba, innym nie. Ja akurat nie przepadam za takim celebrowaniem smutku; słodko-gorzkie obrazy trafiają w moje gusta o wiele celniej niż wysysająca radość życia beznadzieja. Nie da się jednak ukryć, że Lalki robią wrażenie. Warto je obejrzeć dla samych widoków, które nie tylko podkreślają emocjonalny stan bohaterów, ale też same w sobie zapierają dech w piersiach. Kitano prezentuje nam przekrój przez wszystkie cztery pory roku, wybierając z każdej z nich najpiękniejsze - i charakterystycznie japońskie - sceny. Istna uczta dla oczu.

Jedyne, co mogłabym temu filmowi zarzucić (bo moją niechęć do celebrowania smutku trudno uznać za zarzut...), to zbyt ostentacyjne sugerowanie widzowi analogii między parą głównych bohaterów a lalkami z bunraku. Odniesienia i tak są aż nazbyt wyraźne - po co jeszcze wklejać do historii Matsumoto i Sawako sceny z teatru? Miałam nieprzyjemne wrażenie, że reżyser potraktował mnie jak idiotkę, której trzeba wszystko wyłożyć na tacy, bo inaczej niczego nie zrozumie.

Po inne filmy Kitano Takeshiego raczej nie sięgnę. To ponoć jedyny jego film o takim nasyceniu barw - a na samą melancholię i smutek przemijania, w dodatku w odcieniach szarości, nie mam szczególnej ochoty. Do Lalek też już pewnie nie wrócę. Niemniej jednak - dobry film...

niedziela, 1 czerwca 2014

O Ani, która znielubiła powieści

Wiem, że dziś niedziela i powinnam napisać kolejne filmowe podsumowanie, ale tłucze mi się po głowie coś ważniejszego, czym o wiele bardziej chciałabym się z Wami podzielić. Co słonko widziało pojawi się zapewne pojutrze (chyba że jakimś cudem znajdę na to jutro czas...). Dzisiaj za to trochę się powywnętrzam na tematy okołoliterackie. A konkretniej: na temat powieści i sensu ich czytania...

Czytam od zawsze. Rodzinna legenda głosi, że jako dwulatka biegałam po domu z plastikowymi literkami i pytałam dorosłych o ich wymowę. Nauczyłam się czytać, zanim komukolwiek przyszło w ogóle do głowy świadomie mnie tego uczyć. Kiedy miałam cztery latka przeczytałam ponoć Dzieci z Bullerbyn. W kolejnych latach pokochałam książki Frances Hodgson Burnett i Lucy Maud Montgomery - i kiedy na początku szkoły podstawowej pani bibliotekarka, w ramach promocji czytania wśród dzieci, poleciła mi piętnastostronnicową książeczkę O żabkach w czerwonych czapkach rodzice popłakali się ze śmiechu. Nigdy nie cierpiałam szczególnie przez szkolne lektury (chociaż niektóre wybitnie mi się nie podobały), a czytanie nowych podręczników było dla mnie całkiem przyjemnym sposobem spędzania wakacji.

Jakoś w połowie liceum wpadłam w istny czytelniczy szał. Odpuściłam sobie kartkowanie po raz setny tych samych książek, które znałam już prawie na pamięć; zamiast tego raz po raz ruszałam do Empiku i kupowałam coś nowego. Początkowo na chybił trafił, potem na podstawie BiblioNetkowych polecanek, jeszcze później - sugerując się opiniami blogerów/ek. Na studiach doszły do tego również niezgłębione zasoby mojej uniwersyteckiej biblioteki. Książek w kolejce do przeczytania zawsze było więcej, niż wolnego czasu, więc mój empikowy schowek rozrastał się w zastraszającym tempie. Powoli zaczynały pojawiać się w nim też pozycje popularnonaukowe, które dodawałam raczej z przymusu i poczucia, że "wypadałoby to znać" niż z jakiegokolwiek głębokiego zainteresowania. Męczył mnie brak fabuły, przedzieranie się przez myśli ubrane w jak najtrudniejsze słowa; czytało mi się je wolno, więc i szybko się zniechęcałam. Za to powieści nadal czytałam na pęczki - i byłam z tego bardzo dumna. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy moja babcia - pierwsza orędowniczka nauki i dobrego wykształcenia w rodzinie! - skwitowała moją czytelniczą pasję wzruszeniem ramion, lekceważąco podsumowała powieści jako "takie tam historyjki" i wyprorokowała, że któregoś dnia mi to przejdzie...!

Moja babcia mówi różne rzeczy i rzadko kiedy się z nią zgadzam. Wtedy też się nie zgodziłam. Ale teraz z przerażeniem odkrywam, że, kurczę blade, miała rację.

Japonia wysłała mnie na przymusowy odwyk od powieści. Po powrocie do Polski próbowałam znów walczyć o laur Czytelnika Roku, ale z mizernym skutkiem. Bo studia, bo magisterka, bo tyle innych, ważniejszych rzeczy dookoła... Pewnie, przeczytałam raz na jakiś czas tę czy inną książkę, ale to była już zupełnie inna liga. Nawet kiedy wreszcie uwolniłam się od uczelni i miałam sporo wolnego czasu, szło mi to dość opornie. Coraz częściej zastanawiałam się, po co ja to w ogóle robię? Mogłabym przecież w tym czasie zrobić coś pożytecznego. Poszukać nowych przepisów, ugotować coś, ożywić bloga, zapisać coś w pamiętniku, douczyć się niemieckiego/chemii/biologii/czegokolwiek, czego za bardzo nie umiem, a bym chciała. Mogłabym sięgnąć po coś popularnonaukowego - bo w międzyczasie nauczyłam się doceniać i takie pozycje. Więc po co mam czytać o nieistniejących perypetiach nieistniejących ludzi?

Powieść Eleonory Hummel, o której ostatnio pisałam, szła mi jak po grudzie, ale uznałam, że to wszystko przez ten okropny niemiecki. Zamówiłam więc dwie nowe, ukraińskie powieści, na których recenzje natknęłam się w Czytankach Anki. Lubię Ukrainę, do tej pory miałam dobre doświadczenia z tamtejszą literaturą, recenzje też były bardzo pozytywne... Krótko mówiąc: miało być dobrze. Miałam przełamać złą passę. Z podekscytowaniem sięgnęłam więc po Powieść o ojczyźnie Dzwinki Matijasz. I... nie mogę. Za Chiny Ludowe. Co bym nie robiła - nie idzie i już. Czytam i czytam, i kompletnie nie rozumiem - po co ja to robię? Co mnie obchodzą niepoukładane wynurzenia narratorki, która nie jest nawet prawdziwą postacią? Nie potrafię przeczytać na raz więcej niż pięć-sześć stron. Z wielkim trudem dobrnęłam do pięćdziesiątej. 

Pewnie zupełnie podupadłabym na duchu, gdyby mój mąż nie musiał przygotowywać się do egzaminu z historii relacji japońsko-ajnuskich. Wybraliśmy się więc do miejscowego Instytutu Japońskiego i japonistycznej biblioteki, z których wypożyczyliśmy całą stertę książek. Songs of Gods, Songs of Humans Donalda L. Phillippiego, Hokkaido Ann B. Irish, Our Land Was a Forest: An Ainu Memoir Kayano Shigeru. Oczy zaświeciły mi się na widok tej ostatniej i to od niej zaczęliśmy nasze przygotowania (nie przegapię przecież takiej okazji do małego researchu!). I to było to. Prawdziwa historia prawdziwych ludzi. Dzwinka Matijasz poszła w odstawkę i leży smętnie na parapecie. Jestem pewna, że nie wrócę do niej, dopóki nie przeczytam całej tej ajnuskiej sterty. A może nawet i dłużej. W Instytucie wpadło mi w oko sporo interesujących książek na temat Okinawy. Nie wiem, jak mogłam je przegapić, kiedy pracowałam nad magisterką.

 ***

Kilka dni temu otworzyłam mój empikowy schowek, zacisnęłam zęby i - myśląc coś w rodzaju "raz kozie śmierć!" - wyrzuciłam z niego wszystkie powieści. Miałam wątpliwości, a jakże. Jak to, wyrzucać Murakamiego? Jestem kotem? Annę Janko? Wszystkie te chińskie i koreańskie tytuły, które nagromadziłam przez lata, z nadzieją, że kiedyś je kupię?

Sęk w tym, że wiem już, że ich nie kupię. Może wypożyczę i przeczytam - ale nie chcę mieć na własność kolejnej papierowej powieści, którą będę potem musiała upchnąć na półce. Męczy mnie to. Za dużo mam rzeczy, które nie są mi niezbędne, za dużo książek, które najchętniej oddałabym do biblioteki. Więc wyrzuciłam. Wszystko. Powyrzucałam nawet niektóre reportaże, które nie wpasowywały się już w moje zainteresowania. Zostały tylko tytuły, które naprawdę chciałabym przeczytać - wszystkie popularnonaukowe. No, i parę japonistycznych klasyków, których nadal nie znam. Z szesnastu stron schowka ostało mi się sześć...

I wiecie co? 

Ulżyło mi.
Related Posts with Thumbnails