środa, 28 maja 2014

Co słonko widziało #9

W ostatnią niedzielę zabrakło mi i czasu, i motywacji do kolejnego filmowego posta - przepraszam! Pierwszy problem chyba już rozwiązałam - gorzej z drugim. Może dlatego, że żaden z filmów, które ostatnio widziałam, nie zrobił na mnie większego wrażenia? Jeden ledwo zmęczyłam; pozostałe dwa niby mi się podobały, ale nie wzbudziły we mnie szaleńczego zachwytu. Tak czy inaczej, porządek musi być i spróbuję napisać o każdym z nich chociaż parę słów:


1. Imigrantka // The Immigrant (2013, USA) - 5/10

Nie spodziewałam się po Imigrantce cudów i obejrzałam ją głównie ze względu na sympatię wobec Marion Cotillard. Było mniej więcej tak, jak się spodziewałam: Marion była piękna jak zawsze, fabuła niczym mnie nie zaskoczyła, a język polski w wykonaniu niepolskich aktorów brzmiał bardzo zabawnie. W Stanach może się to sprzedało, nie wiem, ale nie wierzę, że dla jakiegokolwiek Polaka kwestie wygłaszane przez Ewę Cybulski (która dopiero co przypłynęła na Ellis Island, więc niezbyt rozumiem, czemu nosi męskie nazwisko...) czy jej wujka brzmią naturalnie. Marion mówi po polsku - jak na Francuzkę - całkiem nieźle, ale... No właśnie: jak na Francuzkę. Gratuluję jej takiego opanowania wymowy, ale do grania stuprocentowej Polki się po prostu nie nadaje. Zupełnie nie rozumiem, czemu akurat ją w tej roli obsadzono. Jeżeli główna bohaterka miała być Polką, to trzeba było powierzyć tę rolę Polce - proste jak drut. A jeżeli reżyser koniecznie chciał, żeby w jego filmie zagrała Marion Cotillard, to mógł przecież zrobić z bohaterki Francuzkę. Naprawdę, niewiele by to zmieniło, a biedna Marion nie musiałaby męczyć się nad kwestiami z gatunku człowiek, który zamienił moje życie w grzech. A tak... Wyszło jak wyszło.

Film jest monotonny i momentami niebezpiecznie ociera się o patos. Ciężko mi było przebrnąć przez te dwie godziny z bohaterką, która jest zupełnie bezwolna, zdana na pastwę losu i złych ludzi. Współczułam jej, oczywiście, i nie twierdzę wcale, że ta jej bezwolność była czymś dziwnym czy nienaturalnym - ciężko mi wymyślić jakiekolwiek dobre wyjście z jej sytuacji. I chyba właśnie to mi tak przeszkadzało. Brakowało mi napięcia, zaskoczenia, możliwości kibicowania bohaterce - albo chociaż zastanawiania się, jakiego wyboru dokona i czy inny nie byłby lepszy. W Imigrantce wszystko jest obrzydliwie przewidywalne; dopiero ostatnie 15 minut minimalnie mnie zaskoczyło...

Film ratuje aktorstwo. Marion gra, jak na mnie, całkiem dobrze - jeśli jej bohaterka miała przypominać pokorne cielę (a chyba miała...), to rzeczywiście udało jej się wczuć w rolę. Najjaśniejszym punktem programu jest występ Joaquina Phoenixa. Jego Bruno jest nakreślony o wiele subtelniejszą kreską niż Ewa i jeżeli jest w Imigrantce coś, co może widza potencjalnie zaintrygować, to właśnie jego psychika.

Piątka, czyli "średni", za Joaquina. I trochę za Marion, chociaż bardziej za nią samą niż za jej rolę.


2. Mansfield Park (1999, Wielka Brytania) - 7/10

Mansfield Park to bardzo przyjemny film. Tych, którzy czytali powieść Jane Austen, muszę jednak ostrzec: to nie jest ten Mansfield Park. Rezydencja nazywa się tak samo, wydarzenia przypominają te książkowe i bohaterowie noszą te same imiona, ale... Filmową Fanny Price łączy z jej literackim pierwowzorem tylko imię. O ile powieściowa Fanny była chorobliwie nieśmiała, przekonana o swojej niskiej wartości i stanowiła istny wzór przedwiktoriańskich cnót, o tyle jej filmowa imienniczka jest bystra, utalentowana literacko i rani ją lekceważenie okazywane przez ciotkę. Zniknęła gdzieś również jej staromodna cnotliwość, zapewne niezrozumiała dla współczesnego odbiorcy. Uderzyło mnie to zwłaszcza w scenach dotyczących domowego teatru; w powieści całe to przedsięwzięcie budziło gwałtowny sprzeciw Fanny, oburzonej jego niemoralnością, w filmie zaś dziewczyna niejako naturalnie pozostaje poza głównym nurtem przygotowań. Można by pomyśleć, że właściwie chętnie sama wystąpiłaby w jednej z ról, ale nikt jej tego nie zaproponował...

Mimo tego odejścia od oryginału, filmowy Mansfield Park spodobał mi się - może nawet bardziej niż książka. Nie ukrywam, że ciężko było mi zrozumieć powieściową Fanny, którą gorszył teatr, swobodny sposób wypowiadania się panny Crawford i która nie potrafiła dać drugiej szansy Henry'emu Crawfordowi, bo zdarzyło mu się flirtować z jej kuzynką. Podczas lektury nieraz łapałam się na myśli, że główna bohaterka jest zwyczajnie nudna i sztywna, i właściwie ta potępiana panna Crawford - trochę zwariowana, z sercem na wierzchu i mówiąca bez większego skrępowania to, co myśli - podoba mi się o wiele bardziej. Filmową Fanny dużo łatwiej polubić. Reżyserka zadbała też o odpowiednie przedstawienie sytuacji, w których zachowanie bohaterki mogłoby wydać się niezrozumiałe. "Domowy teatr" staje się więc okazją do paradowania w wydekoltowanych sukniach i bezwstydnego obściskiwania się po kątach, a przemądrzała panna Crawford poucza mieszkańców Mansfield Park, jak powinni zareagować na nagły kryzys w rodzinie, protekcjonalnie poklepując po ręce Sir Thomasa.

Z chęcią przeczytałabym listy i pamiętniki Jane Austen, z których korzystano podczas kręcenia Mansfield Park. Filmowa Fanny, tak niepodobna do powieściowej, musi być odbiciem samej autorki...

I tylko do jednego znów mam zastrzeżenia: Fanny jest ewidentnie za ładna. Zwłaszcza w porównaniu do Mary Crawford, która miała być przecież wielką pięknością.


3. Bright Star // Jaśniejsza od gwiazd (2009, Australia, Francja, Wielka Brytania) - 7/10

Spodziewałam się po Jaśniejszej od gwiazd większej subtelności i romantyzmu (plakat zdecydowanie zawyżył moje oczekiwania...), ale mimo wszystko obejrzałam ją z wielką przyjemnością. Ten film jest, przede wszystkim, bardzo malarski. Statyczne ujęcia przypominają kompozycją obrazy (trudno odpędzić się od skojarzeń z Dziewczyną z perłą czy w ogóle z holenderskim malarstwem - mimo że tu akcja toczy się w Wielkiej Brytanii), a od czasu do czasu reżyserka prezentuje widzowi sceny tak piękne, że aż nierzeczywiste. Ujęcie, w którym główna bohaterka (znów Fanny!) czyta list od ukochanego na łące pełnej niebieskich kwiatów jest tak zachwycające, że nie dziwię się, iż wykorzystano je jako plakat. Przeważnie jest jednak chłodniej. Poszczególne sceny są interesujące kompozycyjnie, ale nie zapierają tchu w piersiach tak, jak można by oczekiwać. Dopiero po chwili udaje się (albo i nie) dostrzec w nich to mniej oczywiste piękno i docenić ich malarską stylizację...

Główna bohaterka, Fanny Brawne, okazała się zupełnie inna, niż się spodziewałam. Dosyć opryskliwa, pewna siebie, kochająca modę i spędzająca większość wolnego czasu na projektowaniu i szyciu nowych sukien. Dopiero Johnowi Keatsowi udaje się rozbudzić w niej zainteresowanie poezją. Fanny podchodzi do niej jednak z właściwym sobie - i dość zabawnym - pragmatyzmem. Od "lekcji", których udziela jej nowy znajomy, oczekuje konkretnej wiedzy. Kiedy John usiłuje wytłumaczyć jej ulotność i intuicyjność poezji, Fanny zaczyna robić skrupulatne notatki z jego wykładu...

Nie udało mi się, niestety, wciągnąć w fabułę tego filmu. Może dlatego, że - jak to bywa z biografiami - zakończenie historii Johna Keatsa jest widzowi znane od samego początku. Nie przeszkadzało mi to jednak w delektowaniu się mieszanką malarstwa i poezji, którą uraczyła mnie Jane Campion. To jeden z tych filmów, których chyba nie da się opisać; niby przewidywalny, niby ślimaczo wolny, a jednak...

Tym razem dodałabym głównej bohaterce trochę urody. Dziewiętnastowieczna stylizacja niespecjalnie pasowała do Abbie Cornish, która przez większość czasu wyglądała ponuro i potężnie. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby sąsiad Fanny, Charles Brown, nie oskarżał jej raz po raz o skłonność do flirtowania. Jakoś ciężko mi wyobrazić sobie główną bohaterkę jako femme fatale... Wygląda raczej na surową, praktyczną dziewczynę, zupełnie niezainteresowaną romansami.

Po raz pierwszy przydała mi się zakupiona jakiś czas temu antologia literatury angielskiej. Po raz pierwszy sięgnęłam po wiersze Johna Keatsa. Cóż - mają swój klimat, ale trochę więcej optymizmu by im nie zaszkodziło... Ech, nie nadaję się do romantyzmu.

środa, 21 maja 2014

Eleonora Hummel, 'In guten Händen, in einem schönen Land' ("W dobrych rękach, w pięknym kraju")

4,5/6

Należę do największych szczęściarzy w sierocińcu. Moja matka nie jest zmarła ani zaginiona. Żyje. Zrobiła tylko coś złego. Dlatego nie może być ze mną. To jej kara, nie moja.

Parapet jest miejscem życzeń. Nie wolno się tam wałęsać ani tym bardziej na nim siadać. Jeśli przejedzie się ręką po obdrapanej farbie, pod skórę zaraz wbijają się drzazgi.

Staję przy parapecie tylko wtedy, kiedy nie ma w pobliżu żadnej z opiekunek. Jeśli mimo to mnie nakryją, udaję, że wypatruję deszczu albo śniegu. Chociaż każdy wie, że pogoda nie interesuje nikogo, kto stoi przy oknie. Ale i tak można tak twierdzić. Wówczas opiekunki fukają na mnie trochę, bo mogłabym się przeziębić. Przez szpary w oknie wieje. Czuję na palcach zimne podmuchy wiatru, ale jeszcze nigdy się od tego nie zaziębiłam. W ogóle nie zwracam też uwagi na palce, tylko na oczy. Wypatrują przez szybę i jeszcze nigdy nie zobaczyły nikogo, kto przyszedłby tutaj, żeby odebrać dziecko.

A przecież musi się to zdarzać. Czasami. Rzadko. Tak rzadko, że aż niezauważenie. Może przychodzą, kiedy jest ciemno albo istnieje jakieś tajemne wejście. Wtedy to czekanie przy parapecie idzie, rzecz jasna, na marne.

Wiem, że moja matka nie przyjdzie. Na nią nie czekam, tak jest lepiej. A jeśli któregoś dnia jednak przyjdzie - przecież nie jest martwa i wiem nawet, gdzie mieszka - zapytam ją, dlaczego wcześniej nie pomyślała o swoim dziecku, dawno temu, kiedy wykroczyła przeciwko przepisom. To wyjaśniła mi Maria Stiepanowna, moja ulubiona opiekunka. Twoja matka nie przestrzegała przepisów, powiedziała. Mimochodem, tak jak mówi się o pogodzie.

Nie wierzę, że moja matka miała złe zamiary. Może nie jest po prostu zbyt rozsądną kobietą. W żadnym wypadku nie tak rozsądną, jak ja. Czasami Maria określa ją jako "krnąbrną osobę". To coś takiego jak "niepoprawna". Brzmi niespokojnie. Jakby moja matka była zagrożeniem, przed którym Maria mnie ostrzega. Jej słowa tkwią w mojej głowie, rozrastają się w niej niczym pleśń w słoiku z marmoladą, mimo że próbuję myśleć o czymś przyjemniejszym.*
 
Minęło już tyle czasu odkąd zaczęłam czytać powieść Eleonory Hummel, że zwątpiłam, czy w ogóle ją skończę. Jak widać, udało mi się - i jestem z siebie niesamowicie dumna. To moja pierwsza książka w życiu przeczytana po niemiecku. Wprawdzie zajęło mi to dobre cztery miesiące i spowodowało olbrzymi zastój w kolejce książek do przeczytania... Ale skończyłam, zrozumiałam, jutro oddam książkę do "biblioteki" i NARESZCIE zacznę nadrabiać czytelnicze zaległości. Półki już patrzą na mnie z wyrzutem. A w dodatku niedawno przyszły do mnie trzy nowe tytuły...

W dobrych rękach, w pięknym kraju to opowieść o trzech kobietach żyjących w Związku Radzieckim: Olessii, Wiktorii i Ninie. Pierwsza z nich jest (byłą) więźniarką polityczną, pochodzącą z włoskiej szlachty, wyróżniającą się przez obco brzmiące nazwisko i skazaną za szpiegostwo. Druga to jej córka, odseparowana od matki jako małe dziecko i od tamtej pory błąkająca się po sierocińcach. Trzecia, Nina, to przyjaciółka Olessii z łagru, która wcześniej od niej wyszła na wolność i na jej prośbę usiłuje odnaleźć Wiktorię. Ma zapewnić ją, że matka za nią tęskni i na pewno po nią przyjdzie, a zanim to nastąpi podtrzymywać dziewczynkę na duchu. Ale Nina też ma swoją bolesną historię. Wika staje się dla niej jedynym sensem życia - i kiedy Olessia wreszcie wychodzi na wolność, Nina wcale nie zamierza zniknąć z życia dziewczynki...

Moja (powiedzmy) szefowa poleciła mi tę książkę ze względu na fragmenty, w których autorka opisuje historie obu więźniarek. Zarówno Olessia, jak i Nina często wspominają przeszłość, wydarzenia, które doprowadziły do ich aresztowania oraz samą łagrową rzeczywistość. Mnie te wspomnienia jakoś nie porwały. Chyba każdy ma jako-takie pojęcie o tym, co się tam działo i wie - albo przynajmniej się domyśla - że nie było to nic przyjemnego. Powieść Eleonory Hummel nie wniosła wiele nowego do mojego obrazu radzieckich łagrów. Nie mówiąc już o tym, że ciężko było mi przebrnąć przez te opisy...

Dużo bardziej zaciekawił mnie wątek relacji między trzema bohaterkami. Do końca nie udało mi się porządnie polubić Niny i cieszyłam się z każdego przejawu pogłębienia więzi między Wiką a Olessią. Idzie im to jak po grudzie, bo Wiktoria, która nie do końca rozumie, co właściwie wydarzyło się, kiedy była małym dzieckiem, ma do matki olbrzymi żal - a Olessia nie bardzo potrafi przebić się przez tę jej skorupę niechęci. Samej Olessii było mi strasznie żal i do końca miałam nadzieję, że córka wreszcie ją zrozumie, bo po wszystkim, co przeszła, zwyczajnie jej się to należało. Notabene, sama Eleonora Hummel przyznała na zeszłotygodniowym spotkaniu autorskim, że najtrudniej było jej wczuć się właśnie w postać Olessii. Stąd też dość ciekawy zabieg stylistyczny zastosowany w powieści: fragmenty Wiki pisane są w pierwszej osobie, Niny - w trzeciej, a Olessii - w drugiej. Autorka uznała, że nie potrafi wiarygodnie udać tej ostatniej i pisać o niej jako "ja"...

Mimo współczucia dla Olessii moje serce skradła przede wszystkim Wiktoria. Znów dochodzi do głosu moje uwielbienie dla dziecięcego postrzegania świata i tego cudownego braku zadziwienia. Wiktorii nie przeszkadza deficyt masła, spanie w jednym pokoju z tabunem innych dzieci ani brak ogrzewania. Tak jest i już, nad czym się tu roztkliwiać...? Nawet jeśli brakuje jej tego i owego, nawet jeśli nikt nie chce wyjaśnić jej, co właściwie zrobiła jej mama, dziewczynka i tak wierzy, że jest w dobrych rękach, w pięknym kraju.

Ciężko mi ocenić tę powieść. Na mój odbiór w pewnością rzutują moje (wciąż nie tak dobre jak bym chciała) umiejętności językowe - niektóre akapity musiałam czytać po trzy razy, żeby zrozumieć, o co w ogóle chodzi... Nie mam też żadnego porównania z innymi niemieckimi powieściami. Język wydał mi się ładny, zdania płynęły, historia też mnie zainteresowała. Mam nadzieję, że ktoś kiedyś wpadnie na pomysł przetłumaczenia jej na polski - wtedy będę mogła zachęcać Was do biegu do biblioteki :).


* Tłumaczenie własne. Mistrzem niemieckiego nie jestem, więc wybaczcie ewentualne pomyłki :).

niedziela, 18 maja 2014

Co słonko widziało #8

Ten tydzień byłby typowo azjatycki, gdyby gdzieś pomiędzy Singapur i Japonię nie wkradła mi się Jane Austen ;). Jeden film - japoński -  absolutnie mnie zachwycił, pozostałe trzy też przypadły mi do gustu, choć ich nie polecałabym już w ciemno każdemu. Po szczegóły zapraszam dalej:


1. Bądź ze mną // Be With Me (2005, Singapur) - 7/10

To kolejny z serii typowo azjatyckich filmów o samotności wśród tłumu i poszukiwaniu miłości. Bądź ze mną wyróżnia spośród podobnych obrazów o tej tematyce przede wszystkim przejmująca cisza. Dialogów praktycznie nie ma. Często zdarza mi się oglądać filmy wolne, oszczędne w słowa, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Fakt, że dopiero po jakichś 45 minutach przekonaliśmy się, że oglądamy film w oryginalnej wersji językowej, bez napisów, a jednocześnie zupełnie nie przeszkadzało nam to w jego odbiorze, mówi sam za siebie...

Od strony narracyjnej Bądź ze mną jest zlepkiem trzech nowel, których bohaterowie pasują do historii o Romeo i Julii jak pięść do nosa. Mamy tu więc zaniedbanego, otyłego strażnika, który do szaleństwa zakochany jest w pięknej, młodej kobiecie, pracującej w tym samym budynku; dwie nastolatki, których związek kończy się równie nieoczekiwanie, jak się zaczął; i starą kobietę, niewidzącą i niesłyszącą, która mimo wszystko stara się normalnie żyć. Każde z nich jest zamknięte w swoim własnym świecie i odseparowane od otoczenia. Najbardziej dosłownie przedstawione jest to, rzecz jasna, w przypadku starszej kobiety, ale i u pozostałych bohaterów nietrudno to zauważyć. Bohaterowie nie mówią, nawet jeśli teoretycznie mogą. Co przekłada się na dzwoniącą w uszach ciszę.

Specyficzny film. Jeśli lubicie kino azjatyckie i nie przeszkadza Wam niespieszna narracja - możecie dać mu szansę. Po pierwszych 15 minutach powinniście już wiedzieć, czy atmosfera Bądź ze mną Was zaczaruje, czy też z trudem dobrniecie do końca (albo i nie). Myślę, że warto chociaż spróbować.


2. Opactwo Northanger // Northanger Abbey (2007, Wielka Brytania) - 7/10

Opactwo Northanger jest jedną z moich ulubionych książek Jane Austen - wyżej w klasyfikacji plasuje się tylko Duma i uprzedzenie - i zupełnie nie rozumiem, dlaczego przez wielu uważana jest za najsłabsze dzieło autorki. Uwielbiam w niej ironiczną narrację i zdrowy dystans do bohaterki, która budzi sympatię czytelnika właśnie ze względu na swoje zabawne niedoskonałości. Anna z Perswazji jest kompletnie pozbawiona wyrazu; Fanny z Mansfield Park jest tak bardzo odległa od współczesnego czytelnika, że pozostawało mi tylko uwierzyć autorce na słowo, że jest jedyną przyzwoitą osobą w całym tym gronie; Eleanor z Rozważnej i romantycznej jest nudna jak flaki z olejem, a ciągłe podkreślanie przez autorkę, że to ona właśnie jest tą roztropną i pozytywną postacią doszczętnie mi ją obrzydziło (książkę zresztą też...); tytułowa bohaterka Emmy jest zaś po prostu głupia - a w dodatku przekonana o swojej niezwykłej mądrości. Katarzyna Morland prezentuje się na tym tle absolutnie uroczo. Młodziutka, głupiutka, zupełnie niedziewczęca, powoli zaczynająca wyglądać prawie ładnie, pozbawiona jakichkolwiek zdolności naukowych i spędzająca całe dnie na czytaniu gotyckich powieści - czy można wyobrazić sobie mniej nadętą bohaterkę? 

Film jest bardzo udaną adaptacją i właściwie jedyne, co mam mu do zarzucenia, to zbyt urodziwa odtwórczyni głównej roli. Felicity Jones wygląda ślicznie i ciężko byłoby mi określić ją jako prawie ładną - ale pomijając ten aspekt jest bardzo wiarygodną Katarzyną. Bardzo podobała mi się też Carey Mulligan, której Izabela była dokładnie tak piękna, próżna i nieszczera jak w moich wyobrażeniach. Absolutną perełką tej ekranizacji są sceny gotyckich marzeń czy snów bohaterki, które są tak niby-przerażające, że nie sposób powstrzymać się od śmiechu... A jednocześnie twórcy filmu wiedzą, jak budować napięcie. Czytałam książkę już jakiś czas temu, nie pamiętałam już więc wszystkich szczegółów - i mroczna tajemnica tytułowego opactwa zaintrygowała mnie prawie równie mocno, jak Katarzynę.

Ciężko mi ocenić Opactwo... na więcej niż siedem gwiazdek - to jednak tylko romans, nawet jeśli doprawiony sporą dawką ironii. Fanom Jane Austen na pewno się spodoba, pozostałym - trudno ocenić. Ja w każdym razie uznałam, że mąż może się w tych klimatach nie odnaleźć i wolałam obejrzeć go sama...


3. Życzenie // Kiseki (2011, Japonia) - 8,5/10

Kolejny - po Dare mo shiranai (Nobody knows, Dziecięcy świat) i Aruitemo, aruitemo (Still walking, Ciągle na chodzie) - film Hirokazu Koreedy, który miałam okazję obejrzeć. Chyba najlepszy (a już na pewno najbardziej optymistyczny). Jeżeli interesujecie się Japonią i chcecie poznać ten kraj takim, jaki naprawdę jest, a nie tylko patrzeć na jego stereotypowe wyobrażenie, obejrzyjcie ten film. Albo jakikolwiek inny film Koreedy. Japończyk wyrasta powoli na mojego ulubionego reżysera; ma tak niezwykły dar przedstawiania rzeczywistości bez jakiejkolwiek nuty fałszu, filtrowania, upiększania czy tragizowania! Oglądam jego filmy z wielką nostalgią i obojętnie, gdzie nie rozgrywałaby się akcja, nieodmiennie mam wrażenie, że tam to już na pewno byłam. Wszystko to jest tak realistyczne... Coś niesamowitego.

Głównymi bohaterami Życzenia jest dwójka braci: Koichi i Ryunosuke. Po rozwodzie rodziców starszy z chłopców, Koichi, zamieszkał z matką u dziadków w Kagoshimie, a młodszy, Ryunosuke, przeprowadził się z ojcem-artystą do Fukuoki. O ile Ryunosuke całkiem dobrze czuje się w nieco hippisowskim gronie przyjaciół ojca i niespecjalnie zależy mu na ponownym zeswataniu rodziców, o tyle Koichi marzy o tym, żeby wszystko było tak jak dawniej. Pewnego dnia podsłuchuje rozmowę swoich najlepszych przyjaciół, podekscytowanych otwarciem nowej linii shinkansenu - najszybszego pociągu świata. Jeden z chłopców twierdzi, że kiedy dwa tak szybkie pociągi mijają się po raz pierwszy, dochodzi do takiego nagromadzenia energii w jednym miejscu, że następuje tam cud (jap. kiseki). Życzenie, które pomyśli osoba będąca świadkiem tego wydarzenia, musi się spełnić. Podekscytowany Koichi postanawia wybrać się w podróż i poprosić o ponowne połączenie jego rodziny...

Podobało mi się w tym filmie wszystko. I fabuła, i zdjęcia, i aktorstwo, i przesłanie (o ile o czymś takim można tu mówić). Mocno zastanawiałam się nad dziewięcioma gwiazdkami, bo nie mam pojęcia, jak można by ten film zrobić lepiej. Mam nadzieję, że Koreeda nakręci jeszcze duuużo podobnych filmów. Mój apetyt na nie tylko rośnie...

I muszę, po prostu muszę jeszcze kiedyś polecieć do Japonii. Nie ma innej opcji.


4. Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia // Loong Boonmee raleuk chat (2010, Tajlandia, (+ Francja, Holandia, Hiszpania, Niemcy, Wielka Brytania)) - 7,5/10

Wpadłam na trop tego filmu dzięki jakiemuś wygrzebanemu z sieci artykułowi na temat trwającego właśnie festiwalu w Cannes. Wujek Boonmee... został w nim określony jako najbardziej kontrowersyjny czy nieszablonowy zdobywca Złotej Palmy w historii festiwalu. Film, mimo niezbyt przychylnych komentarzy i niskiej oceny, trafił na moją listę do obejrzenia i już tego samego dnia wieczorem rzeczywiście zabraliśmy się za oglądanie.

To trudny film - z całą pewnością nie jeden z tych popularnych azjatyckich filmów o uniwersalnej wymowie, które są zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną. Do pełnego zrozumienia Wujka Boonmee... przydałoby się trochę wiedzy na temat Tajlandii i tajskiej kultury, której ja, niestety, nie posiadam. Mogłam jedynie skupić się na wymowie tytułu (z jakiegoś powodu reżyser nazwał ten film tak, jak nazwał, prawda? Całkiem niezły trop interpretacyjny jak na początek...) i cieszyć się, że swego czasu zmusiłam się do prób zrozumienia buddyzmu. Przedstawiony na samym początku filmu byk (?) skojarzył nam się (no, raczej mężowi niż mi...) z mahajanistycznym jugyuzu, w którym stanowi symbol oświecenia; pojawiający się w sekwencji o księżniczce sum od razu wydał nam się podejrzany i po krótkim przeszukaniu źródeł odkryliśmy, że symbolizuje w buddyzmie m.in. wolność i swobodę przemieszczania się z miejsca na miejsce. To dość istotna informacja, jako że kilkanaście minut wcześniej wujek Boonmee narzeka na to, że przez całe życie był przywiązany do swojej farmy... Jestem jednak przekonana, że to jedynie ułamek procenta symboliki tego filmu. Reszta pozostaje dla mnie, niestety, nieczytelna. A szkoda.

Fabularnie Wujek Boonmee... jest mało skomplikowany. Tytułowy bohater jest bliski śmierci, o czym doskonale wiedzą jego krewni - zarówno żyjący, jak i zmarli czy zaginieni przed laty. Odwiedza go więc samotna szwagierka, duch zmarłej żony i włochaty małpolud, podający się za jego syna. I... to właściwie wszystko. Sporo w tym miejscowych wierzeń, które są równie nieczytelne, co fascynujące. Przynajmniej dla mnie.

Wujek Boonmee... to bardzo wolny film - a jednocześnie, paradoksalnie, wymagający wielkiego skupienia. Wystarczy chwila rozproszenia, myśl o czymkolwiek innym i już nie wiadomo, co i dlaczego dzieje się na ekranie. Przydarzyło mi się to dwukrotnie i za każdym razem równie trudno było mi na nowo odnaleźć się w fabule. Ten film można oglądać tylko na 100%, inaczej nie ma to żadnego sensu.

Nie jestem na tyle szalona, żeby polecić Wam ten film. Próbować zawsze warto, co do tego nie mam wątpliwości. Może Was też zauroczy atmosfera Wujka Boonmee...? Ale pamiętajcie - 100%. I myślenie li i jedynie o treści filmu. Inaczej nie da rady.

czwartek, 15 maja 2014

Dwa wesołe ślimaki

Parę dobrych lat temu wpadłam na pomysł prowadzenia bloga razem z mężem. Nie miałam jeszcze wprawdzie żadnego kandydata na to stanowisko, ale kto by się tym przejmował? Marzenie żyło sobie własnym życiem, niespecjalnie domagając się realizacji. W międzyczasie samodzielnie założyłam trzy blogi (jedyny aktywny z nich to właśnie ten...), a po jakimś czasie nieoczekiwanie rzeczywiście dorobiłam się męża. I kiedy klika dni temu zapytał mnie, czy nie myślałam nigdy, żeby pisać też po angielsku, stare marzenie nagle się obudziło. 

Małżonek zareagował entuzjastycznie - dużo bardziej entuzjastycznie, niż oczekiwałam. Już następnego dnia wybraliśmy nazwę i szablon, kolejny spędziłam na mozolnym grzebaniu w kodzie. Jestem już całkiem zadowolona z efektu (choć pewnie jeszcze x razy będę ulepszać jakieś szczegóły...) i z dumą prezentuję Wam nasze wspólne dzieło:


Piszemy, oboje, po angielsku - to w naszym przypadku najbardziej sprawiedliwe rozwiązanie ;). O wszystkim, co dla nas ważne. Po mnie możecie spodziewać się więcej postów filmowych, kulinarnych i wszystkiego, co wiąże się z szeroko rozumianym zdrowym stylem życia. Mąż będzie pewnie pisał więcej notek filozoficzno-przemyśleniowych. Ale żadne z nas nie chce ograniczać się tylko do określonej tematyki. Chcemy po prostu podzielić się tymi fragmentami naszego życia, które uważamy za w ten czy inny sposób wartościowe...

Jeśli macie czas i chęci - zerknijcie. Serdecznie zapraszamy. I pamiętajcie - blog powstał w poniedziałek, dopiero się rozkręcamy!

poniedziałek, 12 maja 2014

Eurowizja 2014

Dla wielu - może nawet większości - Eurowizja to kicz nad kicze. Najlepiej w ogóle jej nie oglądać, a jak już popełni się tę gafę i obejrzy, to wypada przynajmniej nie przyznawać się do tego w towarzystwie. Wobec tego popełnię pewnie kulturalne samobójstwo jeśli napiszę, że nie tylko Eurowizję oglądam, ale też lubię. No, bez przesady - nie wygrzebuję z internetu archiwalnych edycji, nie muszę jej koniecznie obejrzeć, bo inaczej świat się zawali - ale to był już chyba czwarty czy piąty raz, kiedy dobrowolnie siedziałam do nocy, wysłuchując lepszych i gorszych piosenek. Szkoda by mi było niczego o tym nie napisać.

Nie wiem, czy to ja się zmieniłam, czy sam konkurs, ale w tym roku po raz pierwszy patrzyłam na całą tę imprezę jak na jedną wielką międzynarodową zabawę. Wszystko jedno kto wygra, nieważne czy kraje będą przyznawały punkty tylko swoim sąsiadom. Wspaniałe jest w tym to, że na scenie pojawiają się artyści z całej Europy, że pod sceną kłębi się wielokulturowy tłum, że widzowie z 37 krajów oglądają te same występy. Ba - nie mogą głosować na własny kraj, więc muszą nawet zwalczyć swój nacjonalizm i przyznać, że ktoś z zagranicy też może całkiem nieźle sobie radzić!

Pierwszy raz obejrzałam Eurowizję jakoś we wczesnym liceum czy późnym gimnazjum. Już wtedy podobała mi się sama idea, za to muzycznie... No cóż, "zjadliwe" to chyba najlepsze określenie, jakim mogłabym to określić. Po kolejnym roku dałam sobie spokój i wróciłam do Eurowizji dopiero na studiach, bodajże na drugim roku. Rozkładałyśmy się ze współlokatorką na kanapie w moim pokoju, włączałyśmy prawie nieużywany telewizor i zaśmiewałyśmy się z tekstów polskiego komentatora (Jak państwo widzą, Rosjanie robią wszystko, co mogą, żeby nie wygrać w tym roku Eurowizji. Gdyby to zrobili, Rosja nigdy by im tego nie wybaczyła, bo ostatnia impreza kosztowała ich 40 milionów euro). Ze zdziwieniem odkryłam wtedy, że w eurowizyjnej muzyce coś się zmieniło. Może to zasługa Rybaka, który zaprezentował coś innego niż wcześniejsze umc-umc-umc-umc? Nie wiem, ale naprawdę dało się tego słuchać. Niektóre z tych kawałków nawet ciągle pamiętam.

Nie zrozumcie mnie źle: większość eurowizyjnej muzyki jest tandetna, kiczowata, wtórna etc. Ale nie cała. Na tym właśnie polega cała zabawa: żeby spośród dwudziestu dwóch co najwyżej przeciętnych piosenek wyłowić te cztery, które są warte poświęcenia im wolnego wieczoru...

Nigdy jeszcze nie zdarzyło się, żeby wygrał mój faworyt. W tym roku zwyciężyła niejaka Conchita Wurst, na którą pewnie w ogóle nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie jej broda. Sprawiła przemiłe wrażenie, wzruszyło mnie jej wzruszenie po zwycięstwie, głos też ma mocny, dobry - ale sama piosenka niczym nie wyróżniała się spośród innych power ballads. Mąż przebąkuje coś o Jamesie Bondzie i faktycznie, jakieś podobieństwo do bondowych piosenek tam słychać; sęk w tym, że ja akurat niespecjalnie je lubię. Szczerze wątpię, czy Conchita Wurst bez brody (albo Thomas Neuwirth z brodą...) wygrałaby tegoroczną Eurowizję. Nie żeby takie gdybanie miało jakikolwiek sens ;).

Ach, no tak - powinnam pewnie napisać jeszcze coś o Donatanie. Ekhm, no cóż. Ludziom się podobało. Mnie ta piosenka też w sumie dosyć bawi, ale nie wydaje mi się, żeby wysyłanie jej na Eurowizję było szczególnie mądre. Kobiety ze "Wschodu" (Niemcy są pod tym względem niereformowalni - wszystko na wschód od nich to "Europa Wschodnia", Środkowa w ogóle nie istnieje...) mają tu i ówdzie nie najlepszą opinię i obawiam się, że tego typu występy mogą umacniać takie krzywdzące stereotypy. Oczywiście wytrwale trzymałam za Polskę kciuki, ale ewentualne punkty komentowałam radosnym: Woo hoo! Boob points! Najlepsze (albo i najsmutniejsze, zależnie od punktu widzenia...) jest to, że taktyka "na cyca" naprawdę zadziałała. Które to my miejsce zajęliśmy? Czternaste? Od lat nie mogliśmy tego dokonać... A wystarczyło pomachać biustami!

A co, poza biustami i Kiełbasą, zapamiętam z ostatniej Eurowizji?

Mój typ - Szwajcaria (cytując małżonka: He's playing the Rybak card...):


Typ męża - rodzinny zespół z Malty:


Przyjemna ballada country z Holandii (12 punktów od Polski!):


Zaskakująco dobry zespół z Niemiec. Dzień wcześniej słyszałam tę piosenkę w radiu i byłam przekonana, że to Pink...


A na koniec niezbyt oryginalna (tytuł - Cliche Love Song - mówi sam za siebie), ale na swój sposób urocza piosenka z Danii. Bardzo Bruno Mars style:


niedziela, 11 maja 2014

Co słonko widziało #7

Tym razem mojemu tygodniowemu "zestawowi" brakuje jakiejkolwiek myśli przewodniej. Kompletny misz-masz. Mam na składzie dwa dokumenty (i to o dość odmiennej tematyce), typowy film historyczny, młodzieżowy dramat i musicalową biografię. Łączy je jedno: wszystkie były przynajmniej dobre. Przeczytajcie sami - zapraszam!


 1. Blackfish (2013, USA) - 8/10

Bardzo dobry dokument, który wciągnął mnie bardziej niż niejeden film fabularny. Co było dla mnie zresztą sporym zaskoczeniem. Już jakiś czas temu poleciła mi go Judith, ale niespecjalnie mnie to wtedy zaciekawiło. Eee tam, dokument o rybach*? Co w tym interesującego? "Dokument o morderczych rybach ze zwichniętą psychiką" brzmiał już bardziej intrygująco, więc - korzystając z nieoczekiwanego parcia na dokumenty - postanowiłam obejrzeć go przy najbliższej okazji. I bardzo się z tego cieszę, bo przeszedł moje wszelkie oczekiwania...

Głównym bohaterem dokumentu - o ile można go tak nazwać - jest orka Tilikum. To wręcz wymarzony nabytek dla każdego oceanarium: jest imponująco wielki, więc robi spore wrażenie na gościach, idealnie nadaje się też na reproduktora, a przy tym wszystkim jest spokojny, przyjaźnie nastawiony i chętny do współpracy. I tylko czasami, naprawdę rzadko, najwyraźniej kończy mu się cierpliwość. I przestaje być aż tak przyjazny. Mówiąc wprost: z danych zgromadzonych przez twórców dokumentu wynika, że Tilikum jest odpowiedzialny za śmierć trzech osób, co jego "właściciele" skrzętnie próbują ukryć. O ile jednak pierwsze dwa incydenty zostają zamiecione pod dywan - to wina trenera, nieszczęśliwy wypadek, zła synchronizacja... - o tyle historii o trenerce zjedzonej przez orkę nie udaje im się już tak łatwo ukryć...

Celem dokumentu nie jest bynajmniej przedstawienie orek jako krwiożerczych potworów. Twórcy starają się uświadomić widzowi, że takie nagłe akty agresji (bo Tilikum nie jest wcale pojedynczym przypadkiem - takich "nieszczęśliwych wypadków" jest o wiele więcej...) nie biorą się znikąd. Próbują wniknąć w psychikę orek, walcząc jednocześnie z zupełnie innym, równie fałszywym stereotypem: orki jako przyjaznego, przytulaśnego pluszaka, którego można wytresować jak pieska. A tymczasem orki nie są ani krwiożerczymi bestiami, ani pluszakami; to zwierzęta o bardzo rozbudowanej psychice, wielkiej emocjonalności, zdolne do planowania, tworzenia własnych "plemion" i najprawdopodobniej nawet posługujące się odmiennymi językami. W pewnym momencie jedna z badaczek mówi z niedowierzaniem, że orki "mają część mózgu, której nie mają ludzie!". Jedna z przedstawionych w filmie orek płacze, kiedy ludzie oddzielają ją od córki. Czy można trzymać takie zwierzęta w niewoli? Uważać się za ich właścicieli? Tresować je? Wrzucać orki pochodzące z różnych miejsc, różnych plemion, mówiące różnymi językami -  do jednego basenu...?

Nie wiem, kto tu jest biedniejszy: czy te zniewolone orki, czy ich trenerzy, którzy w większości nie mają bladego pojęcia, że te słodkie, przyjazne stworzonka mogą zrobić im krzywdę. Nieraz pracują nawet z orkami, którym zdarzyło się już kogoś zaatakować, ale nikt ich o tym nie informuje. Głównym "czarnym charakterem" filmu jest sieć wodnych parków rozrywki Sea World, ale inne - wspomniane dość krótko - wcale nie są lepsze. Dla wszystkich liczy się tylko jedno: ludzie kochają orki, przychodzą na pokazy, zostawiają w kasie pieniądze - a więc trzeba udawać, że wszystko jest w porządku, że orki są milutkie i kochane, a ewentualne wypadki przy pracy to wina nieostrożnych trenerów. To, że od czasu do czasu ktoś traci życie przez tę politykę nie ma znaczenia.

Bardzo, bardzo mocno polecam. Fantastyczny dokument z czytelnym przesłaniem. Szkoda tylko, że tak mało znany...

(* Tak, tak, wiem, że to nie ryby...)


2. Niech będzie teraz // Now is Good (2012, Wielka Brytania) - 7,5/10

Mam na mojej liście "Do obejrzenia" parę filmów, które bardzo chciałabym zobaczyć, ale - z różnych powodów - ciężko mi wyobrazić sobie, że mogłabym obejrzeć je razem z mężem. Czekam więc na jeden z tych rzadkich momentów, kiedy na dłużej zostaję sama w domu i dopiero wtedy zabieram się za oglądanie czegoś z mojej "Filmoteki słomianej wdowy". Może niesłusznie, ale Now is Good też wylądowało na tej "osobistej" liście. Sama chciałam obejrzeć ten film tylko ze względu na Dakotę Fanning, którą uwielbiałam jako małą dziewczynkę, ale zupełnie straciłam z oczu, gdy podrosła (nie oszukujmy się, Jane ze Zmierzchu nie była najambitniejszą rolą w jej karierze...). Ciekawa byłam, jak poradzi sobie jako nastolatka. Ale poza tym? Fabuła wydała mi się oklepana do bólu: śmiertelna choroba, miłość, świadomość bliskiego końca i desperackie próby cieszenia się życiem. No, ale dla Dakoty...

Rzeczywiście jest dosyć sztampowo. Now is Good nie jest wprawdzie kalką Szkoły uczuć, bo Tessa jest pyskata, maksymalnie skoncentrowana na sobie samej (co w jej sytuacji nietrudno zrozumieć...) i nie ma najmniejszego zamiaru spędzić ostatnich miesięcy życia na kanapie, z głową wspartą o ramię taty - ale to też nie jest jakoś nadzwyczajnie oryginalne. Na listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią wpisuje m.in. seks, narkotyki, sławę, pierwszą prawdziwą randkę. Zwyczajna zbuntowana nastolatka, można by pomyśleć. I wprawdzie świadomość bliskiego końca dodaje do tego nutę desperacji, ratując obraz przed banalnością, ale nadal jest to tylko zlepek klisz. Trochę innych niż można by oczekiwać, ale jednak klisz.

A mimo to - podobało mi się. Może nie początek, może dopiero od połowy - ale jak już to do mnie trafiło, to dalej było tylko lepiej. Przychodzi moment, w którym lista Tessy (nie ukrywam, że niewiele z jej marzeń wpisałabym na własną listę, gdybym ją miała...) przestaje mieć znaczenie, a na pierwszy plan wybijają się rzeczy, których dziewczyna nie mogła przewidzieć. W tym miłość, oczywiście.

Oglądając ten film nie mogłam przestać myśleć o tym, jak wielkie mam szczęście. Mam (w prawdziwym życiu!) to samo, co tak rozczulało mnie w historii Tessy - tyle, że ja nie umieram. Nie muszę myśleć ciągle o tym, że to tylko na teraz, że wiele z moich marzeń nigdy się nie ziści.

Dałabym niższą ocenę, gdyby nie sama końcówka filmu. Do teraz widzę przed oczami te obrazy długowłosej Tessy. Oczywiście popłakałam się jak bóbr.

A Dakota była równie dobra jak dawniej.


3. Lady Jane (1986, Wielka Brytania) - 7/10

Historią Tudorów pasjonuję się od dziecka, ale Lady Jane Grey nigdy nie wzbudziła we mnie większego zainteresowania. Anna Boleyn w rozmaitych wydaniach, ewentualnie pozostałe żony Henryka VIII czy rozgrywki między Marią a Elżbietą - o, o tym to mogłam i czytać, i oglądać. Ale Jane? Przez długi czas nie wiedziałam nawet, że istniała. A później kojarzyła mi się tylko z wyszperanym z sieci obrazem. Bo czym tu się interesować? Jakąś bezwolną nastolatką, która znalazła się na tronie przez przypadek, bez jakiejkolwiek woli rządzenia i straciła władzę po dziewięciu dniach...?

Tyle tylko, że filmowa Jane (dwudziestoletnia Helena Bonham Carter...) wcale nie jest "bezwolną nastolatką". Jest inteligentna, oczytana, uparta i wie, czego chce. Czytuje Platona w oryginale, otwarcie daje wyraz swojej pogardzie wobec katolicyzmu, kocha swojego kuzyna, króla Edwarda VI i absolutnie nie chce wychodzić za mąż za kogokolwiek innego. Po ślubie nie zmienia się w stateczną matronę - wręcz przeciwnie, i ona, i Guilford zachowują się jak para rozbrykanych nastolatków, którzy wygrali los na loterii. Mają wielkie plany i marzą o lepszej przyszłości. Nawet jako dziewięciodniowa królowa Jane - wbrew temu, co zawsze o niej myślałam - nie staje się marionetką w rękach rodziców i teścia. Skoro już osadzili ją na tym tronie, to niech jej teraz słuchają, a co!

Pierwsza połowa filmu nie zrobiła na mnie za dobrego wrażenia. Aktorstwo, dialogi, scenariusz - wszystko to było bardzo, bardzo sztuczne. Wprawdzie - zapewne ze względu na rok powstania filmu, nie wspominając już o samym roku akcji - nie raziło mnie to aż tak bardzo i tłumaczyłam to sobie teatralną konwencją, ale jednak ciężko było przez to przebrnąć. Zmiana nastąpiła chyba w momencie ślubu Jane i Guilforda. Nagle zrobiło się naturalniej, zamiast domowych dramatów na scenę wkroczyły polityczne rozgrywki i ani się obejrzałam, a wciągnęłam się na tyle, że trzymałam kciuki za to, żeby historia potoczyła się inaczej niż w rzeczywistości. 

Swoją drogą, uderzyło mnie w tym filmie podobieństwo młodej Heleny do Emmy Watson. Nie chodzi mi o urodę, ale mimika, gestykulacja, nawet ton głosu... Szok. Może ktoś tu się na kimś wzoruje...?


4. Skosztuj z kosza // Taste the Waste (2011, Niemcy) - 6,5/10

To film dokumentalny o marnotrawieniu jedzenia.  Nie tyle przez prywatnych konsumentów (choć im też trochę się obrywa), co przez wielkie supermarkety. O idiotycznych regułach, o nadmiarze ostrożności i o kompletnym braku empatii. Całe to wyrzucanie jedzenia i hiperostrożność nie byłyby niczym strasznym, gdyby na świecie nie było tylu głodujących ludzi. Gdyby nie fakt, że można by nakarmić ich samym jedzeniem, które jest wyrzucane w Europie i USA. Trzykrotnie.

Film dobrze obrazuje absurdy wszelakich norm ustalonych dla produktów żywnościowych. Zakrzywione ogórki, nie dość czerwone pomidory, za duże ziemniaki - wszystko to jest przez markety odrzucane jako nie dość atrakcyjne dla konsumentów. Dochodzi do tego, że rolnik czuje ulgę, kiedy ludzie przychodzą na jego pole i za darmo zabierają dla siebie odrzucone ziemniaki. Zwalniają go z przykrego obowiązku wyrzucania jedzenia, którego nikt nie chce kupić. Gorszy los spotyka jedzenie, które za długo leży na sklepowych półkach. Już kilka dni przed upływem terminu ważności jest wyrzucane - ot, tak na wszelki wypadek. Do śmieci wędrują tony pomidorów, bananów, jogurtów. Nie wolno przerabiać ich na paszę dla zwierząt. Nie wolno rozdać ich ludziom. We Francji specjalna organizacja sortuje wyrzucone przez markety jedzenie, odzyskując z niego jeszcze dobrą połowę - ale nawet odrzucone przez nich produkty można jeszcze zjeść. Kiedyś ludzie przychodzili na tyły budynku i wygrzebywali ze śmieci to, co było im potrzebne - po kryjomu, uważając na przeganiającą ich policję. Ale teren otoczono płotem. To nie ich śmieci...

Niestety, reżyser filmu nie pokusił się o pójście o krok dalej i zaprezentowanie metod walki z tym marnotrawstwem. Właśnie ze względu na to film średnio mi się podobał - bo co z tego, że wiem, że jest źle, skoro nic nie mogę z tym zrobić? Nie lubię takich filmów, odbieram to jak marudzenie. Nie sztuką jest zauważyć, że coś źle działa, sztuką jest to naprawić...

Długo wahałam się między szóstką a siódemką - prawdę mówiąc, dopiero teraz zmieniłam ocenę. Duży plus za poruszenie tego tematu, minus za brak proponowanych rozwiązań. Chyba że to tylko ja, jako osoba z zasady niewyrzucająca jedzenia (chyba, że samo ucieka z lodówki... Ale to mi się już dawno nie zdarzyło), nie odnalazłam w nim żadnego przesłania dla siebie?

W każdy razie, to z całą pewnością najsłabszy z tych dokumentów, które ostatnio obejrzałam.


5. De-Lovely (2004, USA, Wielka Brytania) - 8/10

Niewiele wiem o Cole'u Porterze, ale jego musicalową biografię obejrzałam z wielką przyjemnością. Pokochałam ją za atmosferę dawnego Paryża, za ten trącący myszką, czarodziejski klimat i, rzecz jasna, za muzykę. Spodobała mi się Ashley Judd jako piękna, trochę wyniosła i dumna Linda. Tylko sam główny bohater wypadł trochę blado i, szczerze powiedziawszy, nie za bardzo pamiętam nawet, jak wyglądał...

Plakat mocno przekłamuje treść filmu. Można by spodziewać się wielkiego romansu, prawda? Nic z tego, Panie i Panowie - Cole Porter był... gejem. Albo przynajmniej biseksualistą. Ciężko powiedzieć, jak tak naprawdę wyglądały jego relacje z żoną, na czym opierało się ich małżeństwo, dlaczego w ogóle je zawarli. Gdzieś tam krąży jeszcze pytanie o związek pożądania z miłością - bo Cole, przynajmniej ten filmowy, dużo mówi o swojej miłości do Lindy. Cały musical jest właściwie jednym wielkim wspomnieniem, wyreżyserowanym przez jego przyjaciela, który bardzo chciałby wiedzieć, kiedy narodziło się to uczucie. - Tu już ją kochałeś? - Prawie. Tak mówiłem. Bardzo tego chciałem. - A tu?  - Chyba właśnie wtedy zacząłem...

Muszę przyznać, że nie polubiłam tego filmowego Cole'a. Żal mi było jego żony - wiecznie udającej, że nic jej to wszystko nie obchodzi, że wcale nie zależy jej na tym, żeby Cole się zmienił. Nawet w jego muzyce - teoretycznie bardzo miłej dla ucha - wyczuwam teraz coś oschłego, nieprzyjemnego, coś na kształt afiszowania się ze swoją obojętnością...

Ciężko streścić życie człowieka w dwóch godzinach i nie dziwi mnie to, że De-Lovely jest tylko szkicem małżeństwa Porterów - zwłaszcza przy musicalowej konwencji filmu. Nie mam mu tego za złe. To bardzo przyjemny film, z magiczną atmosferą i sporą dawką pięknej muzyki, całkiem nieźle radzący sobie z przedstawieniem pogmatwanych relacji między Colem a Lindą. Nie uświadczymy tu bardzo głębokich portretów psychologicznych, ale też chyba nikt nie oczekiwałby tego po musicalu. Mnie w każdym razie zaczarował. 


***


A co Wy oglądaliście przez ostatni tydzień? Może też widzieliście któryś z tych pięciu filmów?

Miłej reszty niedzieli i dużej dawki energii na nowy tydzień!

poniedziałek, 5 maja 2014

Co słonko widzialo #6: dokumentalny dwupak

Nowe hobby, o którym ostatnio wspomniałam, nadal trzyma mnie mocno w swoich szponach i nie daje mi oglądać filmów tak często, jak bym chciała. Tym razem w kolejce do zaprezentowania czekają więc tylko dwie produkcje - i to dość nietypowe, bo dokumentalne. Do tej pory nie przepadałam za tym gatunkiem (kiedy to ja w ogóle widziałam cokolwiek dokumentalnego...?) i to, że w ogóle oba te obrazy obejrzałam, jest zasługą wyłącznie mojego męża, który wyszperał je z jakichś tajemnych zakamarków internetu. Zazwyczaj to ja wybieram dla nas filmy, ale czasem jednak dociera do mnie, że to średnio sprawiedliwe i przekazuję mu pałeczkę. A potem oglądam, chcąc nie chcąc...

Do pierwszego filmu się zmusiłam. Drugi obejrzałam prawie dobrowolnie. A dziś rano dopytywałam już męża, czy przypadkiem nie przychodzą mu do głowy ma jeszcze jakieś podobne tytuły. To były dwa bardzo dobre, inspirujące, piękne i wzruszające filmy - choć każdy na swój sposób. Nabrałam wielkiej ochoty na więcej. I aż odechciało mi się (oby tylko chwilowo!) oglądać zwykłe, fabularne obrazy...


1. Śmietnisko // Waste Land (2010) - 8/10

Kompletnie nie interesuję się sztuką współczesną (która kojarzy mi się głównie z czarnymi kwadratami na czarnym tle...) i nigdy w życiu nie słyszałam o Viku Munizie, (ponoć) słynnym i bogatym artyście pochodzącym z Brazylii. Rzeczony Vik to... Hmm, właściwie ciężko powiedzieć. Nie jest ani producentem, ani scenarzystą, ani reżyserem Śmietniska; nie jest nawet - jak na mnie - jego głównym bohaterem. Jest kimś w rodzaju sprężyny wydarzeń i pomysłodawcą w jednym. Wpada bowiem na niezwykły pomysł: chce pojechać na największe wysypisko świata, Jardim Gramacho w Rio de Janeiro, i zrobić zdjęcia ludzi, którzy na nim pracują, wygrzebując spośród śmieci materiały nadające się do recyklingu. Zdjęcia - powiększone, "pokolorowane" śmieciami i znów sfotografowane - zamierza wystawić na aukcji, a zysk z nich przekazać biednym zbieraczom. Przede wszystkim jednak chce wyrwać ich z codziennego kieratu, obudzić w nich uśpione marzenia. Pokazać im, że można żyć inaczej.

W Śmietnisku najpiękniejsze jest to, że nie sili się na generalizowanie, tanią dramatyzację czy wrzucanie wszystkich zbieraczy do jednego worka. Nie są oni monolitem, ponurym wyrzutem sumienia, armią ubogich, nieszczęśliwych i wyrzuconych poza nawias społeczeństwa ludzi. Każdy bohater jest pełną indywidualnością, z własną historią, motywacjami i nieraz zupełnie innymi poglądami na pracę na wysypisku. Najbliższa stereotypowi Isis przyznaje, że z całego serca jej nie znosi, ale to dla niej jedyne wyjście. Suelem też jej nie lubi, ale jest w pewien sposób dumna z tego, że wybrała takie wyjście zamiast prostytucji czy handlu narkotykami. Magna nie przepada za pracą na wysypisku, ale absolutnie się jej nie wstydzi i nawet o prześmierdniętych ubraniach mówi z godnością. Valter, reprezentant związku zbieraczy, otwarcie chełpi się zaś sprawowaną funkcją i z dumą opowiada o ważnej roli, jaką jego podopieczni odgrywają w procesie recyklingu. Trudno mu się zresztą dziwić: połowa śmieci przywożonych co dzień do Jardim Gramacho to materiały nadające się do ponownego wykorzystania. Praca zbieraczy przynosi więc potrójną korzyść: opóźnia zapełnianie wysypiska, pomaga chronić środowisko i daje samym zbieraczom okazję do zarobku.

Zaskoczyło mnie takie przedstawienie tematu - spodziewałam się raczej "ponurego wyrzutu sumienia" niż tak zróżnicowanych, ludzkich postaci, zupełnie niepasujących do stereotypu przymierających głodem biedaków, którzy ledwo potrafią się wysłowić. Sam pomysł Vika ożywił we mnie nadzieję na bardziej sprawiedliwy świat. Nie pomógł, rzecz jasna, całej, kilkutysięcznej społeczności zbieraczy (chociaż poniekąd jednak tak - przez Tiao, kierownika związku...), ale tym kilku osobom, które poznał bliżej, które sfotografował i których zdjęcia wystawił na aukcji, dał szansę na lepsze życie. Myślę, że to już całkiem sporo...

Jedynym zgrzytem w tym filmie była dla mnie swego rodzaju schizofrenia Vika. Z jednej strony niby szanuje zbieraczy i ich pracę, ale z drugiej w kółko opowiada o "wyrwaniu" ich z tego środowiska, ewidentnie uważając ich obecne zajęcie za coś niższej kategorii. Przeszkadzało mi to zwłaszcza w scenach gloryfikujących sztukę. Dlaczego niby tworzenie konturów postaci z resztek taśmy filmowej ma być lepszym, godniejszym zajęciem niż pełnoetatowe segregowanie śmieci? Mam też pewne wątpliwości co do samego rozbudzania marzeń i "nadziei na lepsze życie" w ludziach, których na to lepsze życie nie stać. Rozumiem intencje, ale byłabym z tym jednak bardzo ostrożna...

I nadal, mimo wywodów Vika, uważam, że milion dolarów za szafkę z lekarstwami to zwykłe szaleństwo - niezależnie od tego, jak niesłychanie głęboka historia się za nią kryje ;).


2. I Am (2010) - 9,5/10

Ten film to pozycja obowiązkowa. Z czystym sumieniem mogę polecić go każdemu. No cóż, jeżeli z zachwytem obejrzeliście Wilka z Wall Street i nic, w żadnym momencie, nawet w najmniejszym stopniu Wam tam nie zgrzytnęło ani Was nie zniesmaczyło, to I Am raczej się Wam nie spodoba - ale i tak polecam. Może coś w Was jednak drgnie, może coś z tego niechcący wleci Wam do serca. Mam przynajmniej taką nadzieję. Ten film powinno się obowiązkowo puszczać w szkołach. Poważnie. Może wtedy doczekalibyśmy się wreszcie tego utopijnego "lepszego świata"...

Reżyserem I Am jest Tom Shadyac - znany jako twórca Ace Ventury, Bruce'a Wszechmogącego, Kłamcy, kłamcy i innych lekkich, nieco głupkowatych komedii z Jimem Carreyem. Tym razem nakręcił jednak coś zupełnie innego. Nagła choroba zmusiła go do uporządkowania priorytetów w swoim życiu i poszukiwania odpowiedzi na kilka podstawowych pytań. Kiedy tylko zdrowie mu na to pozwoliło, ruszył z kamerą w drogę i przeprowadził wywiady z grupą wybranych ludzi: naukowców, psychologów, autorytetów religijnych. Rozmawiał z nimi, między innymi, o genie demokracji, o "rynku" traktowanym jak niezmienne prawo przyrody, o naturze człowieka, w której leży wcale nie konkurowanie, a współpraca, o zdumiewających odkryciach naukowych, o różnicy między samochodem a psem, o pieniądzach i szczęściu, o miłości. A potem wszystkie te wywiady pociął, zebrał i złożył z nich niesamowity film.

I Am jest piękny, szczery i niosący nadzieję. Nie potrafię nawet powiedzieć, który z fragmentów zrobił na mnie największe wrażenie albo najbardziej wrył mi się w pamięć. Zachwyciły mnie wszystkie informacje powiązane z naukami ścisłymi - mnie, która nigdy nie rozumiała ani nie lubiła fizyki! Fragment o wielkim kłamstwie, wmawiającym nam, że jeśli x czyni nas szczęśliwymi, to 10 razy x uczyni nas 10 razy szczęśliwszymi, 100 razy x - 100 razy szczęśliwszymi... Lew, który zabija jedną gazelę, nie wszystkie, które mógłby upolować... Czy może jednak demokratycznie głosujące jelenie? A może to jedno, potężne zdanie: "Wśród pierwotnych plemion gromadzenie większej ilości dóbr, niż człowiek potrzebował, uważane było za chorobę psychiczną"...?

Jest taki stan, w którym komórki ludzkiego ciała gromadzą więcej, niż potrzebują. Całkiem dobrze nam znany. Rak.

Nie przestraszcie się przypadkiem tego mojego zachwytu. I Am nie jest, w żadnym wypadku, "nawiedzony", jest w nim sporo humoru i bardzo prostolinijnego, ludzkiego podejścia. Co tylko dodaje mu uroku.

Nie potrafię pisać o tym filmie. Mam wrażenie, że wszystko, co tu wypisuję, to tylko profanacja jego piękna. Po prostu go obejrzyjcie. Proszę.


***

Widzieliście któryś z tych filmów? A może znacie podobne dokumenty? Byłabym bardzo wdzięczna za Wasze polecanki :).

Do usłyszenia!
Related Posts with Thumbnails