sobota, 25 stycznia 2014

Oscarowe odliczanie: Grawitacja // Gravity

 5/10

Jestem zła na Grawitację. Zła, bo miała spory potencjał. Mogła być mało efekciarska, z zacięciem psychologicznym, trzymająca w napięciu, w dodatku z przepięknymi zdjęciami (kto nie lubi oglądać kosmosu? Ziemi widzianej z przestrzeni? Ja uwielbiam). Sandra Bullock, którą darzę sporą sympatią, mogła zagrać swoją rolę życia. I doprawdy nie wiem, co stało się z Alfonso Cuaronem, któremu dekadę temu udało się wyreżyserować mojego ukochanego, najlepszego filmowego Harry'ego Pottera, ale ten film, po prostu, zepsuł.

Zaczyna się pięknie: pojawiające się na ekranie napisy informują widza, że na takiej a takiej wysokości nie ma atmosfery, nie rozchodzi się dźwięk i jakiekolwiek życie nie jest możliwe. Momentalnie robi się duszno i nieco przerażająco. Obserwując dwójkę astronautów, którzy naprawiają stację orbitalną (jedyni aktorzy w filmie: Sandra Bullock i George Clooney) widz ma przez cały czas pełną świadomość tego, w jak niepewnej sytuacji oboje się znajdują. Zależni od zapasów tlenu, żyjący tylko dzięki zawodnej technice. Tragedia następuje już po kilku minutach: bohaterowie otrzymują informację o lecących w ich kierunku szczątkach rosyjskiego satelity. Nie udaje im się na czas wrócić do stacji. Rozpędzone kosmiczne śmieci przecinają łączącą ich linę i wysyłają bezbronną kobietę - notabene lekarkę, która przeszła jedynie półroczne szkolenie w NASA - gdzieś w przestrzeń. Jej partner, zaopatrzony w odrzutowy plecak, rusza jej na ratunek. Zapasy tlenu szybko się kończą, a mordercze szczątki satelity ciągle krążą wokół Ziemi...

Pierwszy raz w życiu zdarza mi się wysuwać takie oskarżenie, ale w tym filmie leży przede wszystkim scenariusz. Nie tyle sama fabuła, ale sposób jej przedstawienia. A konkretniej: kwestie mówione. Jak na film, którego akcja dzieje się w miejscu, w którym "nie rozchodzi się dźwięk", jest ewidentnie przegadany. Scenarzyści każą Sandrze Bullock w kółko mówić do siebie i komentować rzeczywistość: zarówno wydarzenia (które są przecież przedstawione na ekranie), jak i własne stany emocjonalne (których, przy odrobinie wysiłku intelektualnego, widz sam może się domyślić). Owszem, mi też zdarza się czasem powiedzieć coś do samej siebie, zwłaszcza kiedy próbuję dodać sobie otuchy - a tego doktor Stone na pewno potrzebowała. Ale litości, nie w takim natężeniu! W efekcie miałam wrażenie, że scenarzyści traktują mnie jak idiotkę, której trzeba czarno na białym wytłumaczyć, że bohaterka się boi, a kwiki w radiu to wzruszający ją płacz niemowlęcia. Trochę więcej niedopowiedzeń, sugestii i ciszy dobrze by Grawitacji zrobiło. 

Szczytem wszystkiego (choć podpadającym pod trochę inną kategorię) jest rozmowa obojga bohaterów tuż przed wejściem do rosyjskiej stacji. Kilka chwil wcześniej doktor Stone praktycznie kończy się tlen - zostają jej tylko nędzne resztki z kombinezonu, ale zbiornik jest już zupełnie pusty. Wejście do "strefy tlenowej" jest blisko, trzeba tylko kawałek się przemieścić. Jej partner podjął już decyzję i bohaterka nie ma na nią żadnego wpływu. A jednak stoi jak kołek, patrzy z rozpaczą na Kowalskiego (tak, tak, tak właśnie nazywa się w filmie George Clooney) i przekazuje mu pełne pasji wiadomości, korzystając z ostatnich chwil łączności. Owszem, piękne to i wzruszające - ale ktoś tu chyba zapomniał o tym, że biedna kobieta nie ma czym oddychać. Hollywoodzkość tej sceny aż boli. Brakuje tylko patetycznej przemowy...

No i ostatnia, pewnie dość kontrowersyjna kwestia dźwiękowa: uporczywe dyszenie Sandry Bullock słyszalne przez dobre 80% filmu. Rozumiem zamysł: zmęczenie, przerażenie itd. Ale go nie kupuję. Napiszę to jeszcze raz: Grawitacji dobrze zrobiłoby więcej ciszy. Ja w każdym razie na pewno lepiej wczułabym się w sytuację bohaterki, gdybym zamiast wybijającego mnie z rytmu i irytującego sapania słyszała tę przytłaczającą ciszę. Której, nawiasem mówiąc, oczekiwałam po początkowej informacji o nierozchodzeniu się dźwięku.

Nie wiem, czy to wina właśnie tego spartaczonego scenariusza, czy samej Sandry Bullock, ale kompletnie mnie w Grawitacji nie przekonała. Jej bohaterka była irytująca, sztuczna, ta jej nienaturalna gadatliwość nijak nie pozwalała mi zapomnieć o tym, że to tylko film. Nominacja do Oscara za najlepszą (!) pierwszoplanową rolę kobiecą zakrawa na żart. Judith pisze, że aktorzy grali w wodzie, żeby ich ruchy w przestrzeni kosmicznej wyglądały jak najbardziej naturalnie - może tym właśnie kierowała się komisja? To rzeczywiście spory wysiłek, który w dodatku nie poszedł na marne - bohaterowie rzeczywiście sprawiają wrażenie, jakby cały czas byli w stanie nieważkości. Ale to jednak trochę za mało.

Pozostając w tym marudnym tonie dodam tylko, że ilość nieszczęść spotykających bohaterkę Grawitacji jest tak nieprawdopodobna, że aż śmieszna. Ledwie uda jej się dotrzeć do względnie bezpiecznego miejsca, następuje kolejna katastrofa. Pod koniec filmu autentycznie spodziewałam się potwora z Loch Ness. Podejrzewam, że wszystkie te atrakcje wklejono do fabuły głównie po to, żeby film ładnie prezentował się w wersji 3D...

Za to zdjęcia... O, za to wiele można temu filmowi wybaczyć. Nawet to sapanie. Nawet hollywoodzkie zakrzywienie czasoprzestrzeni. To jest coś naprawdę niesamowitego i nie wiem nawet, co mogłabym na ten temat napisać. Ziemia widziana z zewnątrz, bohaterowie dryfujący w przestrzeni kosmicznej - co mogłoby robić większe wrażenie? Chyba tylko początkowe sceny Drzewa życia mogą się z tym równać. A przecież widziałam ten film w domu, na laptopie. Mogę tylko wyobrażać sobie, jakie wrażenie musi robić na sali kinowej, w dodatku w trójwymiarze... Pozostałych nominowanych za zdjęcia jeszcze nie widziałam, ale nie wierzę, że będą w stanie to przebić. Jak na mnie - murowany Oscar.



Jest też w Grawitacji jedna scena, która wbiła mnie w fotel. O ironio, akurat jedna z najmniej efekciarskich (ja w ogóle jestem odporna na efekty specjalne...). Pod jej koniec poczułam się jednocześnie rozczarowana i, w pewnym sensie, zadowolona. To dość oryginalna mieszanka i bardzo za nią reżyserowi dziękuję.

Generalnie jednak Grawitacja mnie zawiodła. Za szybki dla mnie ten film, za wybuchowy, za przegadany. Nie znalazłam w nim zbyt wiele dla siebie. Oscarowi za najlepszy film i kobiecą rolę pierwszoplanową mówię zdecydowane nie. Ale zdjęcia i efekty to zupełnie inna bajka...

środa, 22 stycznia 2014

Oscarowe odliczanie: Wilk z Wall Street // The Wolf of Wall Street

6/10

Wilk z Wall Street jest filmem o 180 stopni innym niż Zniewolony. Tu akurat na nudę absolutnie nie można narzekać. Film Martina Scorsese pędzi jak szalony; pełno w nim imprez, narkotyków, seksu, przekleństw, a przede wszystkim pieniędzy. Znów dostajemy też dawkę dobrego aktorstwa (czego innego można by się spodziewać po Leonardo?). Brakuje właściwie tylko jednego: sensu. Wilk z Wall Street to dość dobre kino rozrywkowe, przy którym można się pośmiać i odprężyć - tyle tylko, że niewiele z niego wynika. Niespecjalnie rozumiem zbiorowy zachwyt nim i nominację do Oscara. Prawdę mówiąc, nie jestem nawet pewna, po co ten film w ogóle powstał.

Główny bohater filmu, Jordan Belfort (Leonardo DiCaprio), ma w życiu jedno pragnienie: być bogatym. Udaje się więc na Wall Street, gdzie udaje mu się zdobyć posadę brokera (czyli maklera papierów wartościowych). Pech chce, że akurat na pierwszy dzień jego prawdziwej, samodzielnej pracy przypada Black Monday - krach na giełdzie, po którym jego firma bankrutuje. Jordan nie rezygnuje jednak ze swojego marzenia. Wykorzystując zdobytą podczas okresu próbnego wiedzę zaczyna od podstaw budować swoją pozycję w świecie biznesu. Zaczyna od "biura" w wynajętym garażu, a kończy... Właściwie nie kończy, bo ile by nie osiągnął, ciągle jest mu za mało. Zawsze przecież może być jeszcze bogatszy.

Przyznam szczerze: moje podejście do tego filmu jest bardzo subiektywne i ściśle związane z moim światopoglądem, mocno krytycznym wobec pazerności, wyrachowania i bezwzględnego wykorzystywania innych. Nie potrafię podziwiać głównego bohatera za jego spryt i umiejętność "ustawienia się". Pierwszy szef Jordana (Matthew McConaughey) dosadnie wyjaśnia mu zresztą, że ich praca jest de facto idiotyczna i polega na obracaniu nieistniejącymi pieniędzmi. Jedyni ludzie, którzy na tym zyskują, to właśnie sami brokerzy. Cały ten wspaniały dar przekonywania głównego bohatera i mamienie klientów obietnicą zysku kojarzyły mi się tylko z natrętnymi telemarketerami, próbującymi wcisnąć mi bezprzewodowy internet, dzięki któremu będę mogła surfować w sieci siedząc na balkonie (musi pani przyznać, że to kusząca propozycja, prawda?). Z drugiej strony, z tego właśnie wyciągnęłam najważniejszy dla mnie morał filmu: nigdy nie daj się na nic namówić telemarketerom. Kiedy ty cieszysz się, że zrobiłeś/aś dobry interes, facet po drugiej stronie linii cieszy się z twojej naiwności i pokazuje słuchawce środkowy palec.

Główny bohater jest człowiekiem, w którym nie pociąga mnie absolutnie nic. Jedyną rzeczą, jaką w życiu ceni, są pieniądze - albo jako cel sam w sobie, albo jako środek, dzięki któremu może pozwolić sobie na prostytutki i narkotyki. Brakuje mu absolutnie wszystkiego: skrupułów, współczucia, autorefleksji, szacunku do innych - zwłaszcza tych, którzy pieniędzy nie mają. Jest święcie przekonany, że każdy człowiek marzy tylko o tym, żeby być nim. Wobec tego wszystkiego na cud zakrawa fakt, że Jordan nie jest wcale jakoś szczególnie irytujący, a nieraz wzbudza nawet sympatię. Wielkie brawa dla Leonarda, bo pojęcia nie mam, jak udało mu się tego dokonać.

Spotkałam się z opiniami, że Wilk... to wybitny film, który wyśmiewa całą tę pogoń za pieniędzmi i marność życia, jakie prowadził Jordan. Sęk w tym, że ja tego wyśmiewania specjalnie nie widzę. Reżyser po prostu pokazuje, jak wyglądała droga na szczyt Belforta i ciężko stwierdzić, czy rzeczywiście przewraca oczami na widok tego wszystkiego, czy raczej uważa swojego bohatera za sympatycznego cwaniaczka. Mówienie o zmianie, jaka zachodzi w Jordanie pod wpływem świata biznesu też jest mocno chybione, bo przecież już na samym początku filmu stwierdza, że miał w życiu tylko jedno wielkie marzenie: być bogatym. Tu nie ma żadnej drastycznej zmiany charakteru - po prostu kiedy się wzbogacił mógł pozwolić sobie na życie, o jakim zawsze marzył. Nie przeceniałabym więc krytycznego wydźwięku filmu. Akcja po pewnym czasie też zaczyna trochę nużyć, bo w końcu ile można oglądać orgie, wciąganie prochów i motywacyjne przemowy bohatera? Rozumiem, że przedstawienie tego wszystkiego jest ważne dla całości filmu, ale trzy godziny to jednak lekka przesada. Spokojnie można by wyciąć trzydzieści minut i nikomu nie stałaby się żadna krzywda. Muzyka znów nie istnieje, zdjęcia też nie robią większego wrażenia - zwłaszcza, że duża część akcji rozgrywa się w biurze. Właściwie tylko kiczowaty ślub na Bahamach i jacht na dłużej utkwiły mi w pamięci. Leonardo jest dobry, ale nie ma zbyt dużego pola do popisu. Jego bohater jest zwyczajnie za płytki, żeby móc mówić tu o przedstawieniu jakiejś szczególnej głębi psychologicznej.

Co mi się za to bardzo w Wilku... podobało, to narracja - bo Leonardo raz po raz komentuje zza kamery przedstawiane wydarzenia. I robi to z taką rozbrajającą autoironią, z takim dystansem do siebie, że nie sposób się nie roześmiać. Sceny, które same w sobie byłyby zwyczajne albo nawet żenujące stają się komiczne, kiedy bohater zaczyna natrząsać się z własnych wspomnień. Mimo mojego krytycznego podejścia do całej fabuły parsknęłam śmiechem, kiedy w połowie filmu Jordan wyznał coś w rodzaju: Jak możecie się domyślić, bzykałem ją potem przez całą noc. Całe jedenaście sekund. Rozbraja też scena "bezpiecznego" powrotu do domu naćpanego bohatera czy niewerbalna dyskusja Jordana ze szwajcarskim bankierem. Być może to właśnie dzięki tej autonarracji Belfort nie wydaje się aż tak irytujący, jak w zasadzie powinien.

Film podtrzymuje też odrobina niepewności co do tego, jak zakończy się cała historia. Czy FBI aresztuje Jordana? Co się wtedy stanie? Co z żoną? Jak długo będzie siedział? Czy zmieni coś w swoim życiu, czy wszystko zostanie po staremu? Ta szczypta napięcia pozwala widzowi bez większego wysiłku dotrwać do końca i z ciekawością śledzić kolejne sceny.

Mimo że Wilka z Wall Street oglądało mi się całkiem przyjemnie, Oscara przyznałabym raczej Zniewolonemu. W jego przypadku przynajmniej jasno i wyraźnie widać, co autor miał na myśli i dlaczego nakręcił taki, a nie inny film. Temat, chociaż podany niespecjalnie fascynująco, jest dość istotny i zajmuje ważne miejsce w historii ludzkości. Wilk z Wall Street opowiada zaś tylko o sprytnym facecie, któremu udało się dorobić wielkiego majątku kosztem innych ludzi. Nie za bardzo wytrzymuje to porównanie.

wtorek, 21 stycznia 2014

Oskarowe odliczanie: 12 Years a Slave // Zniewolony

6/10

12 Years a Slave to film, o którym - ze względu na poruszaną tematykę - aż głupio powiedzieć cokolwiek złego. W dodatku jest dobrze zagrany, z ładnymi (i brutalnie kontrastującymi z treścią) zdjęciami, prawdziwy, bolesny... I, niestety, okropnie nudny. To w pewien sposób aż przerażające, że byłam w stanie nudzić się oglądając całe to okrucieństwo, które wylewało się z ekranu, ale tak właśnie było. Historia Solomona, choć straszna i tragiczna, nie przyciąga do ekranu. Nie czytałam książki, na podstawie której powstał film, ale być może jest to jedna z tych pozycji, które w ogóle niespecjalnie nadają się do ekranizacji. Książka i film rządzą się przecież zupełnie innymi prawami.

Naczelną wadą 12 Years a Slave jest to, że tytuł spoileruje cały - dosłownie cały - film. Główny bohater, Solomon Northup (Chiwetel Ejiofor), mieszka z żoną i dwójką dzieci w jednym z północnych stanów. Jest wolnym obywatelem, skrzypkiem, szanowanym przez swoich białych sąsiadów. Pewnego dnia obdarza zaufaniem niewłaściwych ludzi i w konsekwencji zostaje porwany na południe, gdzie z dnia na dzień staje się niewolnikiem. Spędza tam - o czym wyraźnie informuje widza tytuł, bo z samego filmu niekoniecznie to wynika - dwanaście lat. Jak nietrudno się domyślić, po ich upływie udaje mu się wrócić na północ. W przeciwnym razie nie mógłby przecież opublikować swoich wspomnień.

Główny zarys akcji można więc bez problemu wywnioskować z samego tytułu. Resztę - z dość podstawowej wiedzy historycznej. Trudno oczywiście wytykać reżyserowi nadmierną zgodność z historią, ale nie zmienia to faktu, że w efekcie filmowi brakuje jakiegokolwiek, choćby minimalnego elementu zaskoczenia. Są plantacje bawełny, pogarda, niesprawiedliwość, ciężka praca, sporo przemocy, okrutni biali panowie i ich nie mniej bezlitosne żony. O wszystkim tym wiem, uczyłam się albo czytałam, w kinie też już to było (parę lat temu bodajże Jedynka emitowała serial o dość podobnej tematyce - sama widziałam tylko fragmenty, ale pamiętam, że pół mojej rodziny go oglądało). Dość powiedzieć, że największe wrażenie zrobiły na mnie końcowe napisy, opisujące krótko to, co nastąpiło po wydarzeniach przedstawionych w filmie. Dopiero to mnie zaskoczyło, dopiero wtedy zrobiłam się naprawdę zła. Ale chyba nie najlepiej świadczy to o samym filmie...

Rzadko kiedy zarzucam filmom to, że mnie nudzą. Wręcz lubię takie niespieszne historie, nad którymi człowiek może sobie spokojnie przysiąść, wczuć się w ich atmosferę, odprężyć się. Szkopuł w tym, że 12 Years a Slave absolutnie się do tego nie nadaje. Reżyser zdaje się kontemplować ból (i fizyczny, i psychiczny) swoich bohaterów (co bynajmniej nie oznacza, że krew leje się strumieniami, a po ekranie latają wyprute flaki). Rozumiem, że pewnie rzeczywiście tak to wyglądało, rozumiem, że twórcy chcieli przedstawić ogrom cierpienia niewolników, ale mimo wszystko dwugodzinny film, który w jakiś 80% skupia się na poniżaniu, biciu, szykanowaniu etc. - to dla mnie lekka przesada. Nie potrafię "zainteresować się" agresją. Mniej więcej od połowy filmu czekałam, kiedy wreszcie minie te dwanaście lat. I uważam, że to całkiem prawidłowy odruch.

Nie da się jednak ukryć, że - mimo ziejącej z ekranu nudy - 12 Years a Slave to ważny film. Wiem aż za dobrze, że ciągle istnieją na świecie naiwni ludzie, którym wydaje się, że całe to "niewolnictwo" było w rzeczywistości przyjacielską umową między białym pracodawcą a czarnym pracownikiem, w myśl której ten drugi dostawał - w zamian za pracę - zakwaterowanie i pożywienie, i w ogóle było mu dużo lepiej niż byłoby w Afryce. Można by wręcz pomyśleć, że plantatorzy ściągali Murzynów do Ameryki z dobrego serca, bo im biedaków było żal. Cóż. Miło by było, gdyby historia rzeczywiście tak wyglądała, ale niestety - nie wyglądała. Może ten film, oparty na faktach, na wspomnieniach człowieka, który naprawdę wtedy żył i stracił dwanaście lat swojego życia, da radę przekonać niedowiarków, że wyglądało to naprawdę źle.

Aktorsko film stoi na bardzo dobrym poziomie. Uwagę przykuwa zwłaszcza Michael Fassbender jako dość diaboliczny właściciel plantacji (do tej pory kojarzyłam go głównie jako pana Rochestera - kontrast jest tak uderzający, że ledwie go tu poznałam). Kreacje postaci też są całkiem zgrabne: nie ma tu, na szczęście, stereotypowego podziału na "dobrych czarnych" i "złych białych". Bohaterowie bywają niejednoznaczni i stanowią mieszaninę lepszych i gorszych cech - czyli tak, jak w życiu. Za to wielki plus. Zdjęcia, jak już wspomniałam, bywają piękne i zupełnie nieprzystające do opowiadanej historii. Muzyki nie pamiętam, znaczy - nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.

Czy polecam? Sama nie wiem. Obejrzeć można, zwłaszcza jeśli ma się tylko mgliste pojęcie o tamtych czasach (albo jeśli zbudowało się swój obraz niewolnictwa w USA jedynie na podstawie Przeminęło z wiatrem). Ja do tego filmu raczej nie wrócę i będę dość rozczarowana, jeśli to właśnie on otrzyma tegorocznego Oscara (chociaż nie mówię nie statuetce dla Michaela...). Mam nadzieję, że pozostałe z nominowanych filmów (widziałam dopiero dwa) okażą się ciekawsze i bardziej przypadną mi do gustu.

piątek, 17 stycznia 2014

About Time // Czas na miłość - niekoniecznie komedia, niekoniecznie romantyczna


 8/10

Nie dajcie się zwieść oficjalnemu opisowi dystrybutora, plakatowi ani (tym bardziej!) zupełnie nietrafionemu polskiemu tłumaczeniu tytułu. About Time nie jest komedią romantyczną. Owszem, wątek romantycznej miłości się w filmie pojawia, początkowo jest nawet bardzo istotny, ale dość szybko ustępuje miejsca innym kwestiom. Jeśli więc postanowiliście podarować sobie seans, bo spodziewacie się, że film skończy się sceną ślubu głównych bohaterów na tle zachodzącego słońca - popełniacie błąd. Ten film to o wiele, wiele więcej niż historyjka o chłopaku, który raz po raz cofa się w czasie, żeby zdobyć upragnioną dziewczynę.

Główny bohater, dwudziestojednoletni Tim (Domhnall Gleeson), wysłuchuje pewnego dnia niewiarygodnej historii. Jego ojciec (Bill Nighy) informuje syna, że mężczyźni z ich rodziny potrafią... podróżować w czasie. Ten niezwykły dar ma swoje ograniczenia: podróżować mogą tylko w przeszłość i tylko do momentów, które sami przeżyli. Chłopak uznaje to, rzecz jasna, za niezbyt śmieszny żart, ale kiedy rzeczywiście udaje mu się cofnąć w czasie do minionego wieczoru i naprawić kilka niefortunnych szczegółów, zaczyna zastanawiać się, jak wykorzystać tę niezwykłą umiejętność. Po krótkiej konsultacji z ojcem dochodzi do wniosku, że, na dobry początek, chciałby dzięki niej... zdobyć dziewczynę. That's massive - komentuje zmartwiony ojciec. Bo przecież nawet podróże w czasie nie są w stanie sprawić, żeby ktoś cię pokochał.

Nietrudno domyślić się, co następuje potem. Od chwili, w której na ekranie pojawia się Mary (Rachel McAdams), widz nie ma wątpliwości, że to o jej względy będzie zabiegał Tim. Pojawiają się, oczywiście, komplikacje wynikające z podróżowania w czasie, mniej lub bardziej zabawne gafy głównego bohatera i niekoniecznie udane próby ich naprawienia. Nie jest też specjalnym zaskoczeniem fakt, że ostatecznie miłość Tima zwycięża. Tyle tylko, że film wcale nie kończy się na "żyli długo i szczęśliwie". Historia Tima i Mary jest tylko jednym z wątków opowieści, w dodatku zepchniętym w drugiej połowie filmu na nieco dalszy plan.

Polski tytuł About Time miałby sens, gdyby w połączeniu z plakatem nie sugerował tak jednoznacznie miłości romantycznej. Bo w tym filmie rzeczywiście chodzi w dużej mierze o miłość - ale we wszystkich jej wymiarach. Do ojca, matki, żony, dzieci, nieco szalonej siostry (Kit Kat (Lydia Wilson) jest zresztą moją ulubioną bohaterką tego filmu), do niezbyt bystrego wuja. Poniekąd nawet do książek (ojciec Tima, zapytany, jak wykorzystywał swój dar, zdradza, że dzięki niemu mógł trzykrotnie przeczytać wszystkie swoje ulubione powieści). A ostatecznie do życia samego w sobie, z wszystkimi jego drobiazgami.

Przesłanie filmu jest wyraźnie czytelne. Może wydać się niespecjalnie odkrywcze - ale jednak, z jakiegoś powodu, reżyser uznał je za wystarczająco istotne, żeby nakręcić o nim dwugodzinny film. Być może doszedł do wniosku, że ludziom potrzebne jest przypomnienie paru (niby) oczywistych prawd. Co ważne, film, przy całej prostocie swojej przewodniej myśli, nie wpada w banał ani moralizatorstwo. Bohaterowie nie są idealni, ale wzbudzają sympatię, a ich przywary raczej bawią niż irytują. Mimo że About Time nie jest typową komedią, pojawiają się w nim sceny i dialogi, przy których trudno powstrzymać się od śmiechu (Tragedia to zbyt łagodne określenie. To Titanic premier teatralnych. Tyle że bez ocalałych. Żadnych kobiet, żadnych dzieci... Nawet nie Kate Winslet. Wszyscy martwi). A ostatecznie okazuje się, że podróżowanie w czasie wcale nie jest do niczego potrzebne, jeżeli człowiek tylko nauczy się dobrze patrzeć...

Nie sposób nie wspomnieć o przepięknej, nastrojowej ścieżce dźwiękowej. Zachwycałam się przy prawie każdej piosence - a to w moim przypadku coś naprawdę niezwykłego, bo zazwyczaj ledwie rejestruję, że w filmie w ogóle jest jakaś muzyka. Zupełnie odpłynęłam, kiedy usłyszałam jedną z moich ulubionych piosenek (do tej pory znanej mi bardziej w wersji Katie Melui, ale oryginałem też nie pogardzę...):


Jestem bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczona tym filmem. To o wiele więcej niż komedia romantyczna albo przesłodzona wersja Efektu motyla. Nie chodzi w nim też wcale o całe to podróżowanie w czasie, które jest właściwie tylko pretekstem do opowiedzenia reszty historii. To piękna, pełna ciepła i optymizmu lekcja radości życia. Mimo drobinek goryczy, które są obecne i w filmie, i w naszej rzeczywistości.

czwartek, 16 stycznia 2014

2013, 2014

Nowy rok rozpoczęłam od gigantycznego przeziębienia, które zupełnie ścięło mnie z nóg. Jako że dziś, po raz pierwszy od półtora tygodnia, obudziłam się bez chęci wycięcia sobie gardła, nareszcie mogę normalnie myśleć i napisać parę słów podsumowujących ubiegły rok. No i podzielić się paroma planami na następny, które - mam nadzieję - już wkrótce będę mogła zacząć realizować.

Moje ubiegłoroczne statystyki książkowe nie powalają na kolana. Przeczytałam 25 książek, w tym 11 "z półki" (udało mi się więc sprostać wyzwaniu!), ale w większości zupełnie nie takich, jak planowałam. Nie przeczytałam ani zwycięzców dwóch ostatnich Angelusów, ani finalistów najnowszej edycji konkursu, ani 12 powieści polskich autorów, ani 6 książek popularnonaukowych. Nie udało mi się też odpowiednio zmniejszyć liczby moich "zalegów", bo dokupiłam jednak parę nowych pozycji, kilka też dostałam i w ostatecznym rozrachunku ubyło mi zdecydowanie mniej książek do przeczytania niż 10. 
Jednocześnie niespecjalnie sobie to wszystko wyrzucam. Ten rok był chyba nawet bardziej zakręcony niż poprzedni i cieszę się, że zrobiłam chociaż tyle. Bez zeszłorocznych postanowień pewnie nawet nie sięgnęłabym po polską literaturę ani nie zmusiłabym się do lektury Swietłany Aleksijewicz. Poza tym, cieszę się, że rzeczywiście przestałam kupować papierowe książki, jeśli są dostępne jako e-booki (olbrzymia oszczędność miejsca!) i przegrupowałam moje schowki, wyrzucając z empikowej listy wszystkie te pozycje, które w oryginale napisane są po angielsku. Ich oryginalne wersje trafiły na listę Amazona - póki co tyko rosnącą, ale pewnie niedługo nadejdzie dzień, kiedy zacznę coś z niej zamawiać...

Ten rok był za to wyjątkowo udany pod względem filmowym. Nie tworzyłam wprawdzie żadnych list ani statystyk "obejrzanych", ale po raz pierwszy ciężko mi znaleźć na filmwebie interesujące filmy, których jeszcze nie widziałam albo przynajmniej nie zaznaczyłam już, że chcę je obejrzeć. Zazwyczaj każda moja wizyta na tym serwisie kończyła się całym łańcuszkiem nowych tytułów; teraz mam wrażenie, że wpadłam już na trop wszystkiego, co mogłoby mnie zainteresować. Moja lista "chcę obejrzeć" zaczyna się powoli kurczyć, a ja sama nie czuję już, że mam aż tak przeraźliwe braki w znajomości kina. Nie znaczy to oczywiście, że znam całą filmową klasykę - dokształcałam się raczej w nieco nowszych produkcjach - więc wiem, że dużo oglądania jeszcze przede mną. Co bardzo mnie cieszy (to dopiero byłoby przykre, gdyby naprawdę skończyły mi się interesujące filmy!).

W tym roku zrezygnowałam z tak dokładnych i wieloaspektowych postanowień jak w ubiegłym. Podstawowy plan jest bardzo prosty: przeczytać wreszcie wszystkie powieści, które zalegają mi na półkach. Jest ich, o ile moje pseudo-biblioteczne listy nie kłamią, 26. W związku z tym po raz kolejny zgłosiłam się do wyzwania "Z półki", tym razem wybierając poziom 6, czyli 26-30 książek.
Chciałabym też przeczytać książki, które zdobyły nagrodę Angelus w latach 2012-2014 (z ostatnią będę musiała poczekać do listopada...). Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (zwyciężczyni z roku 2011), mimo dość trudnego początku, okazała się wspaniałą lekturą, która na pewno na długo pozostanie mi w pamięci i jestem bardzo ciekawa, jak prezentują się zwycięzcy pozostałych edycji konkursu.
Poza tym chciałabym wykorzystać książki do podszlifowania moich umiejętności językowych. Nadal planuję czytać angielskie książki tylko po angielsku i chciałabym, żeby były to minimum 3 pozycje. Mam też ochotę na przynajmniej jedną książkę po japońsku (zapewne już rozpoczęte Nekonari, czyli Kocie miauczenie) i niemiecku (tu padnie pewnie na Die Vernünft des Herzens Pascala, które dostałam w prezencie urodzinowym).

Filmowych postanowień brak. Zamierzam oglądać filmy kiedy chcę, ile chcę i jakie chcę, więc nie będę sobie niczego narzucać.

Wiem, że mocno się spóźniłam, ale Szczęśliwego Nowego Roku!
Related Posts with Thumbnails