niedziela, 13 lipca 2014

Co słonko widziało #13: japońszczyzna razy dwa

Za 80 minut zabieram się za oglądanie ostatniego meczu tego mundialu (o ile jakimś cudem ten tłum Niemców przed ekranami nie zapcha doszczętnie streamingu...), ale przedtem podzielę się moimi najnowszymi filmowymi wrażeniami. Tym razem mogę pochwalić się tylko dwoma filmami. Oba są japońskie i raczej dobre, ale żaden z nich nie skradł mi serca na tyle, żebym myślała o nim z jakimś szczególnym entuzjazmem...

A od jutra wracam do normalnego rytmu. Okropnie stęskniłam się za filmami i mam już całą listę pomysłów na to, co chciałabym w najbliższym czasie obejrzeć.


1. Moetsukita chizu // Człowiek bez mapy (1968, Japonia) - 6/10

To kolejny, po opisywanej niedawno Kobiecie z wydm, film nakręcony na postawie powieści Abego Kobo. Obejrzałam go już prawie miesiąc temu i dosyć ciężko mi przypomnieć sobie, o czym właściwie był... I to właściwie sporo już o nim mówi. Film wyreżyserował wprawdzie twórca Kobiety z wydm, a scenarzystą był sam Abe Kobo - ale mimo to Człowiek bez mapy zostaje daleko w tyle za swoim słynniejszym poprzednikiem. To nie jest zły film, ale jeżeli widzieliście już Kobietę z wydm, spokojnie możecie go sobie podarować.

Tematyka jest bardzo typowa dla całej twórczości Abego. Mamy tu bohatera, który stara się rozwikłać zagadkę (w tym przypadku: detektywa, który próbuje odnaleźć zaginionego mężczyznę), nieoczekiwaną bezsilność, bezskuteczne próby porozumienia się z ludźmi, którzy mogliby mu pomóc (tu: z żoną zaginionego, która uparcie nie mówi detektywowi całej prawdy i generalnie sprawia wrażenie, jakby wcale nie zależało jej na odnalezieniu męża), złowieszczą erotykę, agresję i ogóle poczucie walenia głową w mur. Zwyczajne zlecenie, jedno z wielu w pracy detektywa, z czasem zaczyna przejmować kontrolę nad jego życiem. Mężczyzna błądzi po omacku, starając się znaleźć jakikolwiek sens w całej tej historii - i choć, nauczona doświadczeniem (czy raczej: lekturą paru dzieł Abego), najchętniej zmusiłabym go do porzucenia poszukiwań, z których i tak nie wyniknie nic dobrego, uparty detektyw uparcie pogrąża się w tej matni.

Brzmi znajomo? No właśnie. Abe lubi żonglować kilkoma sprawdzonymi motywami, ale w tym przypadku efekt końcowy tej żonglerki mogę ocenić co najwyżej jako niezły. To film o bardzo podobnej atmosferze i tematyce (przynajmniej tej najogólniejszej) co Kobieta z wydm, ale mniej intrygujący i czytelny. Nie znalazłam w nim niczego, co - w lepszej formie - nie pojawiłoby się już we wcześniejszym z dzieł. Zrozumiałabym to, gdyby nakręcono te filmy w odwrotnej kolejności - ale tak nie jest. A przez to Człowiek bez mapy sprawia wrażenie mniej udanego sequela Kobiety z wydm.


2. After Life (aka Wonderful Life; 1998, Japonia) - 7/10

Kolejny film Hirokazu Koreedy, ale jakże inny od poprzednich! Pokochałam tego reżysera za przepiękny realizm, umiejętność przemieniania zwyczajnej codzienności w sztukę. After Life jest jego pierwszym filmem (tj., z tych, które widziałam...), w którym tego elementu prawie nie ma - więc, siłą rzeczy, przypadł mi do gustu nieco mniej niż Ciągle na chodzie czy Życzenie. Raczej nie obejrzałabym go ponownie, ale absolutnie nie żałuję czasu, jaki mu poświęciłam. Koreeda miał bardzo ciekawy pomysł na fabułę i choć sama doprawiłabym ją trochę emocjami, to i tak uważam, że udało mu się stworzyć kolejny dobry film.

Akcja filmu toczy się - jak sam tytuł wskazuje - w zaświatach. A raczej w czymś w rodzaju "poczekalni" przed właściwą wiecznością, do której trafiają kolejne grupki nieboszczyków. Ich opiekunowie - zwykli ludzie, którzy z wyjaśnionych dopiero dużo później powodów utknęli w poczekalni na dłużej - stawiają im jeden warunek wiecznego życia: zmarli mają wybrać jeden moment ich życia, który szczególnie utkwił im w pamięci i który chcieliby zachować ze sobą na zawsze. Mają trzy dni na dokonanie wyboru; następnie ich wybrane wspomnienie zostanie możliwie wiernie odtworzone i nakręcone. Będzie to jedyne wspomnienie, które zabiorą ze sobą w zaświaty.

Akcja filmu skupia się na trudnym procesie dokonywania tego wyboru. Grupka, której losy obserwujemy, jest bardzo zróżnicowana. Mamy tu staruszkę, z którą zupełnie nie można się porozumieć, dwudziestoparolatka, który twierdzi, że nie spotkało go w życiu nic dobrego i nie zamierza niczego wybierać, uroczą nastolatkę, która w pierwszym odruchu decyduje się na wspomnienie wycieczki do Disneylandu, a także - jakżeby inaczej - stereotypowego japońskiego mężczyznę, który stwierdza po śmierci, że przepracował całe życie i właściwie nie było w nim niczego wartego zapamiętania. Ich rozmowy z opiekunami są momentami śmieszne (I wszyscy tu trafiają? To nie jest tak, że jak się robiło dobre rzeczy, to idzie się do Nieba, a jak złe, to do Piekła? Wszyscy tutaj?!), często nostalgiczne i nieraz smutne. Przy okazji okazuje się, że losy jednego z nich splecione są z losem jego opiekuna...

Jeżeli czegoś mi w tym filmie zabrakło, to pewnej dynamiki i ładunku emocjonalnego. Uwielbiam ten błogi spokój w innych filmach Koreedy, ale tu, w tak nierzeczywistych realiach, działał na mnie zbyt usypiająco. Cała akcja filmu rozgrywa się w tej samej scenerii (swoją drogą, parę razy przemknęło mi przez myśl, że jakieś bardzo niedofinansowane jest to ichnie Niebo...), bohaterowie przez większość czasu siedzą i wspominają. Najbardziej nie podobały mi się sceny samego odtwarzania wspomnień - pewnie niezbędne, ale po prostu nudne i niewiele wnoszące do fabuły. Zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu refleksyjne fragmenty... I cała wymowa filmu.

Dla mnie to najsłabszy z dotychczasowych filmów Koreedy. Ale co kto lubi - mąż twierdzi z kolei, że najlepszy ;). Przekonajcie się sami - na pewno warto.


***

Sąsiedzi nie krzyczą, znaczy - goli brak. Stream ponoć działa. Idę oglądać i do usłyszenia za tydzień!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails