niedziela, 1 czerwca 2014

O Ani, która znielubiła powieści

Wiem, że dziś niedziela i powinnam napisać kolejne filmowe podsumowanie, ale tłucze mi się po głowie coś ważniejszego, czym o wiele bardziej chciałabym się z Wami podzielić. Co słonko widziało pojawi się zapewne pojutrze (chyba że jakimś cudem znajdę na to jutro czas...). Dzisiaj za to trochę się powywnętrzam na tematy okołoliterackie. A konkretniej: na temat powieści i sensu ich czytania...

Czytam od zawsze. Rodzinna legenda głosi, że jako dwulatka biegałam po domu z plastikowymi literkami i pytałam dorosłych o ich wymowę. Nauczyłam się czytać, zanim komukolwiek przyszło w ogóle do głowy świadomie mnie tego uczyć. Kiedy miałam cztery latka przeczytałam ponoć Dzieci z Bullerbyn. W kolejnych latach pokochałam książki Frances Hodgson Burnett i Lucy Maud Montgomery - i kiedy na początku szkoły podstawowej pani bibliotekarka, w ramach promocji czytania wśród dzieci, poleciła mi piętnastostronnicową książeczkę O żabkach w czerwonych czapkach rodzice popłakali się ze śmiechu. Nigdy nie cierpiałam szczególnie przez szkolne lektury (chociaż niektóre wybitnie mi się nie podobały), a czytanie nowych podręczników było dla mnie całkiem przyjemnym sposobem spędzania wakacji.

Jakoś w połowie liceum wpadłam w istny czytelniczy szał. Odpuściłam sobie kartkowanie po raz setny tych samych książek, które znałam już prawie na pamięć; zamiast tego raz po raz ruszałam do Empiku i kupowałam coś nowego. Początkowo na chybił trafił, potem na podstawie BiblioNetkowych polecanek, jeszcze później - sugerując się opiniami blogerów/ek. Na studiach doszły do tego również niezgłębione zasoby mojej uniwersyteckiej biblioteki. Książek w kolejce do przeczytania zawsze było więcej, niż wolnego czasu, więc mój empikowy schowek rozrastał się w zastraszającym tempie. Powoli zaczynały pojawiać się w nim też pozycje popularnonaukowe, które dodawałam raczej z przymusu i poczucia, że "wypadałoby to znać" niż z jakiegokolwiek głębokiego zainteresowania. Męczył mnie brak fabuły, przedzieranie się przez myśli ubrane w jak najtrudniejsze słowa; czytało mi się je wolno, więc i szybko się zniechęcałam. Za to powieści nadal czytałam na pęczki - i byłam z tego bardzo dumna. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy moja babcia - pierwsza orędowniczka nauki i dobrego wykształcenia w rodzinie! - skwitowała moją czytelniczą pasję wzruszeniem ramion, lekceważąco podsumowała powieści jako "takie tam historyjki" i wyprorokowała, że któregoś dnia mi to przejdzie...!

Moja babcia mówi różne rzeczy i rzadko kiedy się z nią zgadzam. Wtedy też się nie zgodziłam. Ale teraz z przerażeniem odkrywam, że, kurczę blade, miała rację.

Japonia wysłała mnie na przymusowy odwyk od powieści. Po powrocie do Polski próbowałam znów walczyć o laur Czytelnika Roku, ale z mizernym skutkiem. Bo studia, bo magisterka, bo tyle innych, ważniejszych rzeczy dookoła... Pewnie, przeczytałam raz na jakiś czas tę czy inną książkę, ale to była już zupełnie inna liga. Nawet kiedy wreszcie uwolniłam się od uczelni i miałam sporo wolnego czasu, szło mi to dość opornie. Coraz częściej zastanawiałam się, po co ja to w ogóle robię? Mogłabym przecież w tym czasie zrobić coś pożytecznego. Poszukać nowych przepisów, ugotować coś, ożywić bloga, zapisać coś w pamiętniku, douczyć się niemieckiego/chemii/biologii/czegokolwiek, czego za bardzo nie umiem, a bym chciała. Mogłabym sięgnąć po coś popularnonaukowego - bo w międzyczasie nauczyłam się doceniać i takie pozycje. Więc po co mam czytać o nieistniejących perypetiach nieistniejących ludzi?

Powieść Eleonory Hummel, o której ostatnio pisałam, szła mi jak po grudzie, ale uznałam, że to wszystko przez ten okropny niemiecki. Zamówiłam więc dwie nowe, ukraińskie powieści, na których recenzje natknęłam się w Czytankach Anki. Lubię Ukrainę, do tej pory miałam dobre doświadczenia z tamtejszą literaturą, recenzje też były bardzo pozytywne... Krótko mówiąc: miało być dobrze. Miałam przełamać złą passę. Z podekscytowaniem sięgnęłam więc po Powieść o ojczyźnie Dzwinki Matijasz. I... nie mogę. Za Chiny Ludowe. Co bym nie robiła - nie idzie i już. Czytam i czytam, i kompletnie nie rozumiem - po co ja to robię? Co mnie obchodzą niepoukładane wynurzenia narratorki, która nie jest nawet prawdziwą postacią? Nie potrafię przeczytać na raz więcej niż pięć-sześć stron. Z wielkim trudem dobrnęłam do pięćdziesiątej. 

Pewnie zupełnie podupadłabym na duchu, gdyby mój mąż nie musiał przygotowywać się do egzaminu z historii relacji japońsko-ajnuskich. Wybraliśmy się więc do miejscowego Instytutu Japońskiego i japonistycznej biblioteki, z których wypożyczyliśmy całą stertę książek. Songs of Gods, Songs of Humans Donalda L. Phillippiego, Hokkaido Ann B. Irish, Our Land Was a Forest: An Ainu Memoir Kayano Shigeru. Oczy zaświeciły mi się na widok tej ostatniej i to od niej zaczęliśmy nasze przygotowania (nie przegapię przecież takiej okazji do małego researchu!). I to było to. Prawdziwa historia prawdziwych ludzi. Dzwinka Matijasz poszła w odstawkę i leży smętnie na parapecie. Jestem pewna, że nie wrócę do niej, dopóki nie przeczytam całej tej ajnuskiej sterty. A może nawet i dłużej. W Instytucie wpadło mi w oko sporo interesujących książek na temat Okinawy. Nie wiem, jak mogłam je przegapić, kiedy pracowałam nad magisterką.

 ***

Kilka dni temu otworzyłam mój empikowy schowek, zacisnęłam zęby i - myśląc coś w rodzaju "raz kozie śmierć!" - wyrzuciłam z niego wszystkie powieści. Miałam wątpliwości, a jakże. Jak to, wyrzucać Murakamiego? Jestem kotem? Annę Janko? Wszystkie te chińskie i koreańskie tytuły, które nagromadziłam przez lata, z nadzieją, że kiedyś je kupię?

Sęk w tym, że wiem już, że ich nie kupię. Może wypożyczę i przeczytam - ale nie chcę mieć na własność kolejnej papierowej powieści, którą będę potem musiała upchnąć na półce. Męczy mnie to. Za dużo mam rzeczy, które nie są mi niezbędne, za dużo książek, które najchętniej oddałabym do biblioteki. Więc wyrzuciłam. Wszystko. Powyrzucałam nawet niektóre reportaże, które nie wpasowywały się już w moje zainteresowania. Zostały tylko tytuły, które naprawdę chciałabym przeczytać - wszystkie popularnonaukowe. No, i parę japonistycznych klasyków, których nadal nie znam. Z szesnastu stron schowka ostało mi się sześć...

I wiecie co? 

Ulżyło mi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails