środa, 11 czerwca 2014

Co słonko widziało #11

(Post miał się pojawić w niedzielę, ale w połowie pisania nagle wysiadł mi internet. Dzisiaj w końcu raczył wrócić (wyobrażacie sobie, co by było, gdyby dostawca internetu nie zdążył naprawić błędu do Mundialu...? W Niemczech? Bankructwo gwarantowane... ^^), więc szybko zabieram się za nadrabianie zaległości :)).

Tym razem będzie ubogo ilościowo, ale za to bogato jakościowo. W minionym tygodniu obejrzałam dwa filmy - jeden japoński, jeden argentyński - i oba oceniłam (przy małych wahaniach, ale zawsze) na osiem gwiazdek. Polecam serdecznie i zapraszam dalej po szczegóły!


1. Kobieta z wydm // Suna no onna (1964, Japonia) - 8/10

Trzykrotnie pisałam na blogu o twórczości Abego Kobo (tu, tu i tu), ale akurat Kobiecie z wydm nigdy nie poświęciłam żadnego posta. Głównie dlatego, że - jakkolwiek absurdalnie to zabrzmi - to jego najważniejsza, a przynajmniej najsłynniejsza powieść. Przeczytałam ją więc na samym początku mojej japonistycznej drogi, kilka lat przed założeniem bloga i nigdy jakoś nie zebrało mi się na wspominkowe sprawozdanie z lektury. Zapamiętałam ją jako bardzo dobrą i dosyć psychodeliczną książkę (jak się później okazało, bardzo charakterystyczną dla całej twórczości Abego...), która mocno kojarzyła mi się z Procesem Kafki. Filmowa Kobieta z wydm to zaś, krótko mówiąc, bardzo udana ekranizacja. Doskonale oddaje klimat powieści, momentami nawet go wzbogacając - głównie dzięki nieuniknionej dosłowności obrazu i niepokojącej ścieżce dźwiękowej...

Główny bohater filmu jest entomologiem, który wybiera się na krótką wycieczkę nad morze w poszukiwaniu rzadkich insektów. Pogrążony w swojej pasji, zapomina o świecie i dopiero napotkany przypadkiem starszy człowiek uświadamia mu, że nie zdąży już na ostatni autobus do Tokio. Nieznajomy oferuje bohaterowi pomoc w znalezieniu noclegu, którą ten z wdzięcznością przyjmuje. 
Kwatera okazuje się ubogim domkiem położonym w głębokiej, wydrążonej w piasku jamie, do którego można dostać się tylko schodząc po sznurowej drabince. Życie mieszkającej w nim samotnej kobiety wypełnia niekończąca się walka z piaskiem i rozpaczliwe próby ratowania domu przed zasypaniem. Bohater traktuje swój krótki pobyt w tak dziwnym miejscu jako przygodę i szansę na poznanie przez bezpośrednie doświadczenie oryginalnego stylu życia. Rano otrzepuje się z piasku, zarzuca na ramiona plecak i jest gotowy wrócić do domu. Ale odkrywa, że drabina zniknęła...

Na pierwszy plan Kobiety z wydm wybijają się dwa przeciwstawne motywy: walki z losem i pogodzenia się z nim. Przeplatają się ze sobą - choć w różnych proporcjach - właściwie przez cały czas trwania filmu. Brak drabinki nie sprawia, rzecz jasna, że bohater pokornie zgadza się na nieoczekiwane uwięzienie. Próbuje wspinaczki, wyrzeźbienia w piasku schodów i wszelkich innych metod ucieczki, które tylko przychodzą mu do głowy. Jednocześnie jednak stopniowo przywiązuje się do swojej towarzyszki i rodzi się w nim poczucie odpowiedzialności za nią. Zdaje sobie sprawę z tego, że bez jego pomocy kobieta nie da rady nadążyć z "odpiaszczaniem" domu, który jest dla niej małą ojczyzną...

Nieczęsto zdarza mi się zwrócić uwagę na filmową muzykę, ale to właśnie jeden z tych rzadkich przypadków. Ścieżka dźwiękowa Kobiety z wydm spokojnie pasowałaby do thrillera: jest trochę straszna, drażniąca i doskonale podkreśla desperację głównego bohatera. Nie oglądam z zasady ani horrorów, ani thrillerów, więc te pełne napięcia sceny zrobiły na mnie spore wrażenie.

To bardzo dobry film - zarówno jako ekranizacja, jak i sam w sobie - ale skłamałabym, gdybym napisała, że byłam tym seansem zachwycona. Swego czasu naczytałam się trochę Abego (który pod tym jednym względem przypomina mi Murakamiego: można by powiedzieć, że pisze ciągle tę samą książkę, tylko z innymi dekoracjami...), więc klimat Kobiety z wydm nie był dla mnie niczym nowym ani wybitnie oryginalnym. Sama tematyka - nawet traktowana metaforycznie - też jest dość odległa od mojego życia. Ciężko mi o jakikolwiek osobisty stosunek do tego filmu. Jest intrygujący, zapadający w pamięć i daje spore pole do interpretacji - ale nie sądzę, żebym obejrzała go drugi raz.


2. Medianeras // Sidewalls (2011, Argentyna, Hiszpania, Niemcy) - 8/10

To kolejny ze sztampowych filmów opowiadających o samotności jednostki w wielkim mieście i zaniku więzi międzyludzkich. Z zalewu podobnych produkcji wyróżnia go jedna, istotna cecha: jest zrobiony "z jajem". Oklepany temat jest tu doprawiony taką dawką poczucia humoru, że nie sposób powstrzymać uśmiechu, który raz po raz ciśnie się na usta. Reżyser nie marudzi na współczesny świat, zły internet, cyfrowe randki etc. Pokazuje po prostu ludzi, którym pewnie prościej byłoby żyć w mniejszych, bardziej zwartych społecznościach, ale którzy - skoro już przyszło im mieszkać w olbrzymim, bezosobowym Buenos Aires - starają się znaleźć swoje miejsce w stechnicyzowanym świecie. Znamienna jest sekwencja, w której Mariana (Pilar Lopez de Ayala) wygłasza sztandarowy monolog o bezsensowności cyfrowych znajomości, by w następnej scenie wylądować na internetowym czacie. Gustavo Taretto stworzył bardzo prawdziwy, nieco refleksyjny, a jednocześnie ironicznie zabawny obraz. Dla mnie to zdecydowany faworyt spośród filmów o podobnej tematyce.

Głównymi bohaterami są Martin (Javier Drolas) i Mariana. Mieszkają na tym samym osiedlu - w pewnym momencie, po nielegalnym wykuciu dziur w bocznych ścianach obu wieżowców, widzą nawet swoje okna - ale nigdy nie zdarzyło im się spotkać. On jest zupełnie nieprzystosowany do życia we współczesnym społeczeństwie: cierpi na kilka fobii jednocześnie, wychodzi z domu tylko na wizyty u psychologa, zawodowo zajmuje się projektowaniem stron internetowych, a wolny czas spędza grając w FIFĘ i Ojca chrzestnego. Ona dochodzi do siebie po rozstaniu z chłopakiem, aranżuje wystawy sklepów z ubraniami, a jej głównymi partnerami do rozmów są zamawiane raz po raz manekiny. Oboje czują się samotni, ale nie bardzo wychodzi im zawieranie nowych znajomości. Oboje marzą o znalezieniu kogoś, z kim mogliby dzielić swój mały świat. Reżyser wyraźnie daje nam do zrozumienia, że Mariana i Martin są dla siebie stworzeni; wystarczyłoby tylko, żeby się spotkali, a reszta sama by się ułożyła. Tyle tylko, że najpierw rzeczywiście musieliby przypadkiem na siebie wpaść - a to nie jest takie proste w wielkomiejskim tłumie...


Ważną rolę w filmie odgrywa... Wally. Tak, ten, który zwiedza świat (i poznaje jego historię). Gdzie jest Wally to ulubiona książka Mariany, a cały ten wątek dobrze ilustruje sytuację bohaterki. Jedyną spośród wszystkich zagadek, której nie udało się Mariannie rozwiązać (czyt. znaleźć Wally'ego) jest Wally w mieście. Przeraża ją to, bo skoro nie może znaleźć w tłumie konkretnej osoby, to jak niby ma znaleźć w nim kogoś, kiedy nie wie nawet, kogo szuka...?


Tytułowe medianeras to niewykorzystane, boczne ściany budynków, które - według Mariany - symbolizują to, co w nas, ludziach, najgorsze. Oddzielają nas od siebie, szybko niszczeją, brzydną, zostają zaniedbane i zapomniane. Kończą jako gigantyczne reklamy supermarketów i fast foodów. Nic dziwnego, że oboje bohaterowie postanawiają ostatecznie się z nimi rozprawić.


To bardzo przyjemny i niegłupi film. Podobało mi się w nim... W zasadzie wszystko. Nie mam zastrzeżeń do aktorstwa, zdjęcia są w najgorszym wypadku dobre, a momentami wręcz intrygujące (jak choćby statyczne ujęcia zakamarków miasta), bohaterowie zaś są tak uroczy, że nie da się ich nie polubić. Sporo w nim małych smaczków (kto nie kocha Wally'ego...?), trafnych spostrzeżeń i dobrodusznej ironii. Ciężko mi wyobrazić sobie, że komuś mógłby się ten film nie spodobać. Polecam serdecznie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails