niedziela, 18 maja 2014

Co słonko widziało #8

Ten tydzień byłby typowo azjatycki, gdyby gdzieś pomiędzy Singapur i Japonię nie wkradła mi się Jane Austen ;). Jeden film - japoński -  absolutnie mnie zachwycił, pozostałe trzy też przypadły mi do gustu, choć ich nie polecałabym już w ciemno każdemu. Po szczegóły zapraszam dalej:


1. Bądź ze mną // Be With Me (2005, Singapur) - 7/10

To kolejny z serii typowo azjatyckich filmów o samotności wśród tłumu i poszukiwaniu miłości. Bądź ze mną wyróżnia spośród podobnych obrazów o tej tematyce przede wszystkim przejmująca cisza. Dialogów praktycznie nie ma. Często zdarza mi się oglądać filmy wolne, oszczędne w słowa, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Fakt, że dopiero po jakichś 45 minutach przekonaliśmy się, że oglądamy film w oryginalnej wersji językowej, bez napisów, a jednocześnie zupełnie nie przeszkadzało nam to w jego odbiorze, mówi sam za siebie...

Od strony narracyjnej Bądź ze mną jest zlepkiem trzech nowel, których bohaterowie pasują do historii o Romeo i Julii jak pięść do nosa. Mamy tu więc zaniedbanego, otyłego strażnika, który do szaleństwa zakochany jest w pięknej, młodej kobiecie, pracującej w tym samym budynku; dwie nastolatki, których związek kończy się równie nieoczekiwanie, jak się zaczął; i starą kobietę, niewidzącą i niesłyszącą, która mimo wszystko stara się normalnie żyć. Każde z nich jest zamknięte w swoim własnym świecie i odseparowane od otoczenia. Najbardziej dosłownie przedstawione jest to, rzecz jasna, w przypadku starszej kobiety, ale i u pozostałych bohaterów nietrudno to zauważyć. Bohaterowie nie mówią, nawet jeśli teoretycznie mogą. Co przekłada się na dzwoniącą w uszach ciszę.

Specyficzny film. Jeśli lubicie kino azjatyckie i nie przeszkadza Wam niespieszna narracja - możecie dać mu szansę. Po pierwszych 15 minutach powinniście już wiedzieć, czy atmosfera Bądź ze mną Was zaczaruje, czy też z trudem dobrniecie do końca (albo i nie). Myślę, że warto chociaż spróbować.


2. Opactwo Northanger // Northanger Abbey (2007, Wielka Brytania) - 7/10

Opactwo Northanger jest jedną z moich ulubionych książek Jane Austen - wyżej w klasyfikacji plasuje się tylko Duma i uprzedzenie - i zupełnie nie rozumiem, dlaczego przez wielu uważana jest za najsłabsze dzieło autorki. Uwielbiam w niej ironiczną narrację i zdrowy dystans do bohaterki, która budzi sympatię czytelnika właśnie ze względu na swoje zabawne niedoskonałości. Anna z Perswazji jest kompletnie pozbawiona wyrazu; Fanny z Mansfield Park jest tak bardzo odległa od współczesnego czytelnika, że pozostawało mi tylko uwierzyć autorce na słowo, że jest jedyną przyzwoitą osobą w całym tym gronie; Eleanor z Rozważnej i romantycznej jest nudna jak flaki z olejem, a ciągłe podkreślanie przez autorkę, że to ona właśnie jest tą roztropną i pozytywną postacią doszczętnie mi ją obrzydziło (książkę zresztą też...); tytułowa bohaterka Emmy jest zaś po prostu głupia - a w dodatku przekonana o swojej niezwykłej mądrości. Katarzyna Morland prezentuje się na tym tle absolutnie uroczo. Młodziutka, głupiutka, zupełnie niedziewczęca, powoli zaczynająca wyglądać prawie ładnie, pozbawiona jakichkolwiek zdolności naukowych i spędzająca całe dnie na czytaniu gotyckich powieści - czy można wyobrazić sobie mniej nadętą bohaterkę? 

Film jest bardzo udaną adaptacją i właściwie jedyne, co mam mu do zarzucenia, to zbyt urodziwa odtwórczyni głównej roli. Felicity Jones wygląda ślicznie i ciężko byłoby mi określić ją jako prawie ładną - ale pomijając ten aspekt jest bardzo wiarygodną Katarzyną. Bardzo podobała mi się też Carey Mulligan, której Izabela była dokładnie tak piękna, próżna i nieszczera jak w moich wyobrażeniach. Absolutną perełką tej ekranizacji są sceny gotyckich marzeń czy snów bohaterki, które są tak niby-przerażające, że nie sposób powstrzymać się od śmiechu... A jednocześnie twórcy filmu wiedzą, jak budować napięcie. Czytałam książkę już jakiś czas temu, nie pamiętałam już więc wszystkich szczegółów - i mroczna tajemnica tytułowego opactwa zaintrygowała mnie prawie równie mocno, jak Katarzynę.

Ciężko mi ocenić Opactwo... na więcej niż siedem gwiazdek - to jednak tylko romans, nawet jeśli doprawiony sporą dawką ironii. Fanom Jane Austen na pewno się spodoba, pozostałym - trudno ocenić. Ja w każdym razie uznałam, że mąż może się w tych klimatach nie odnaleźć i wolałam obejrzeć go sama...


3. Życzenie // Kiseki (2011, Japonia) - 8,5/10

Kolejny - po Dare mo shiranai (Nobody knows, Dziecięcy świat) i Aruitemo, aruitemo (Still walking, Ciągle na chodzie) - film Hirokazu Koreedy, który miałam okazję obejrzeć. Chyba najlepszy (a już na pewno najbardziej optymistyczny). Jeżeli interesujecie się Japonią i chcecie poznać ten kraj takim, jaki naprawdę jest, a nie tylko patrzeć na jego stereotypowe wyobrażenie, obejrzyjcie ten film. Albo jakikolwiek inny film Koreedy. Japończyk wyrasta powoli na mojego ulubionego reżysera; ma tak niezwykły dar przedstawiania rzeczywistości bez jakiejkolwiek nuty fałszu, filtrowania, upiększania czy tragizowania! Oglądam jego filmy z wielką nostalgią i obojętnie, gdzie nie rozgrywałaby się akcja, nieodmiennie mam wrażenie, że tam to już na pewno byłam. Wszystko to jest tak realistyczne... Coś niesamowitego.

Głównymi bohaterami Życzenia jest dwójka braci: Koichi i Ryunosuke. Po rozwodzie rodziców starszy z chłopców, Koichi, zamieszkał z matką u dziadków w Kagoshimie, a młodszy, Ryunosuke, przeprowadził się z ojcem-artystą do Fukuoki. O ile Ryunosuke całkiem dobrze czuje się w nieco hippisowskim gronie przyjaciół ojca i niespecjalnie zależy mu na ponownym zeswataniu rodziców, o tyle Koichi marzy o tym, żeby wszystko było tak jak dawniej. Pewnego dnia podsłuchuje rozmowę swoich najlepszych przyjaciół, podekscytowanych otwarciem nowej linii shinkansenu - najszybszego pociągu świata. Jeden z chłopców twierdzi, że kiedy dwa tak szybkie pociągi mijają się po raz pierwszy, dochodzi do takiego nagromadzenia energii w jednym miejscu, że następuje tam cud (jap. kiseki). Życzenie, które pomyśli osoba będąca świadkiem tego wydarzenia, musi się spełnić. Podekscytowany Koichi postanawia wybrać się w podróż i poprosić o ponowne połączenie jego rodziny...

Podobało mi się w tym filmie wszystko. I fabuła, i zdjęcia, i aktorstwo, i przesłanie (o ile o czymś takim można tu mówić). Mocno zastanawiałam się nad dziewięcioma gwiazdkami, bo nie mam pojęcia, jak można by ten film zrobić lepiej. Mam nadzieję, że Koreeda nakręci jeszcze duuużo podobnych filmów. Mój apetyt na nie tylko rośnie...

I muszę, po prostu muszę jeszcze kiedyś polecieć do Japonii. Nie ma innej opcji.


4. Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia // Loong Boonmee raleuk chat (2010, Tajlandia, (+ Francja, Holandia, Hiszpania, Niemcy, Wielka Brytania)) - 7,5/10

Wpadłam na trop tego filmu dzięki jakiemuś wygrzebanemu z sieci artykułowi na temat trwającego właśnie festiwalu w Cannes. Wujek Boonmee... został w nim określony jako najbardziej kontrowersyjny czy nieszablonowy zdobywca Złotej Palmy w historii festiwalu. Film, mimo niezbyt przychylnych komentarzy i niskiej oceny, trafił na moją listę do obejrzenia i już tego samego dnia wieczorem rzeczywiście zabraliśmy się za oglądanie.

To trudny film - z całą pewnością nie jeden z tych popularnych azjatyckich filmów o uniwersalnej wymowie, które są zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną. Do pełnego zrozumienia Wujka Boonmee... przydałoby się trochę wiedzy na temat Tajlandii i tajskiej kultury, której ja, niestety, nie posiadam. Mogłam jedynie skupić się na wymowie tytułu (z jakiegoś powodu reżyser nazwał ten film tak, jak nazwał, prawda? Całkiem niezły trop interpretacyjny jak na początek...) i cieszyć się, że swego czasu zmusiłam się do prób zrozumienia buddyzmu. Przedstawiony na samym początku filmu byk (?) skojarzył nam się (no, raczej mężowi niż mi...) z mahajanistycznym jugyuzu, w którym stanowi symbol oświecenia; pojawiający się w sekwencji o księżniczce sum od razu wydał nam się podejrzany i po krótkim przeszukaniu źródeł odkryliśmy, że symbolizuje w buddyzmie m.in. wolność i swobodę przemieszczania się z miejsca na miejsce. To dość istotna informacja, jako że kilkanaście minut wcześniej wujek Boonmee narzeka na to, że przez całe życie był przywiązany do swojej farmy... Jestem jednak przekonana, że to jedynie ułamek procenta symboliki tego filmu. Reszta pozostaje dla mnie, niestety, nieczytelna. A szkoda.

Fabularnie Wujek Boonmee... jest mało skomplikowany. Tytułowy bohater jest bliski śmierci, o czym doskonale wiedzą jego krewni - zarówno żyjący, jak i zmarli czy zaginieni przed laty. Odwiedza go więc samotna szwagierka, duch zmarłej żony i włochaty małpolud, podający się za jego syna. I... to właściwie wszystko. Sporo w tym miejscowych wierzeń, które są równie nieczytelne, co fascynujące. Przynajmniej dla mnie.

Wujek Boonmee... to bardzo wolny film - a jednocześnie, paradoksalnie, wymagający wielkiego skupienia. Wystarczy chwila rozproszenia, myśl o czymkolwiek innym i już nie wiadomo, co i dlaczego dzieje się na ekranie. Przydarzyło mi się to dwukrotnie i za każdym razem równie trudno było mi na nowo odnaleźć się w fabule. Ten film można oglądać tylko na 100%, inaczej nie ma to żadnego sensu.

Nie jestem na tyle szalona, żeby polecić Wam ten film. Próbować zawsze warto, co do tego nie mam wątpliwości. Może Was też zauroczy atmosfera Wujka Boonmee...? Ale pamiętajcie - 100%. I myślenie li i jedynie o treści filmu. Inaczej nie da rady.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails