niedziela, 11 maja 2014

Co słonko widziało #7

Tym razem mojemu tygodniowemu "zestawowi" brakuje jakiejkolwiek myśli przewodniej. Kompletny misz-masz. Mam na składzie dwa dokumenty (i to o dość odmiennej tematyce), typowy film historyczny, młodzieżowy dramat i musicalową biografię. Łączy je jedno: wszystkie były przynajmniej dobre. Przeczytajcie sami - zapraszam!


 1. Blackfish (2013, USA) - 8/10

Bardzo dobry dokument, który wciągnął mnie bardziej niż niejeden film fabularny. Co było dla mnie zresztą sporym zaskoczeniem. Już jakiś czas temu poleciła mi go Judith, ale niespecjalnie mnie to wtedy zaciekawiło. Eee tam, dokument o rybach*? Co w tym interesującego? "Dokument o morderczych rybach ze zwichniętą psychiką" brzmiał już bardziej intrygująco, więc - korzystając z nieoczekiwanego parcia na dokumenty - postanowiłam obejrzeć go przy najbliższej okazji. I bardzo się z tego cieszę, bo przeszedł moje wszelkie oczekiwania...

Głównym bohaterem dokumentu - o ile można go tak nazwać - jest orka Tilikum. To wręcz wymarzony nabytek dla każdego oceanarium: jest imponująco wielki, więc robi spore wrażenie na gościach, idealnie nadaje się też na reproduktora, a przy tym wszystkim jest spokojny, przyjaźnie nastawiony i chętny do współpracy. I tylko czasami, naprawdę rzadko, najwyraźniej kończy mu się cierpliwość. I przestaje być aż tak przyjazny. Mówiąc wprost: z danych zgromadzonych przez twórców dokumentu wynika, że Tilikum jest odpowiedzialny za śmierć trzech osób, co jego "właściciele" skrzętnie próbują ukryć. O ile jednak pierwsze dwa incydenty zostają zamiecione pod dywan - to wina trenera, nieszczęśliwy wypadek, zła synchronizacja... - o tyle historii o trenerce zjedzonej przez orkę nie udaje im się już tak łatwo ukryć...

Celem dokumentu nie jest bynajmniej przedstawienie orek jako krwiożerczych potworów. Twórcy starają się uświadomić widzowi, że takie nagłe akty agresji (bo Tilikum nie jest wcale pojedynczym przypadkiem - takich "nieszczęśliwych wypadków" jest o wiele więcej...) nie biorą się znikąd. Próbują wniknąć w psychikę orek, walcząc jednocześnie z zupełnie innym, równie fałszywym stereotypem: orki jako przyjaznego, przytulaśnego pluszaka, którego można wytresować jak pieska. A tymczasem orki nie są ani krwiożerczymi bestiami, ani pluszakami; to zwierzęta o bardzo rozbudowanej psychice, wielkiej emocjonalności, zdolne do planowania, tworzenia własnych "plemion" i najprawdopodobniej nawet posługujące się odmiennymi językami. W pewnym momencie jedna z badaczek mówi z niedowierzaniem, że orki "mają część mózgu, której nie mają ludzie!". Jedna z przedstawionych w filmie orek płacze, kiedy ludzie oddzielają ją od córki. Czy można trzymać takie zwierzęta w niewoli? Uważać się za ich właścicieli? Tresować je? Wrzucać orki pochodzące z różnych miejsc, różnych plemion, mówiące różnymi językami -  do jednego basenu...?

Nie wiem, kto tu jest biedniejszy: czy te zniewolone orki, czy ich trenerzy, którzy w większości nie mają bladego pojęcia, że te słodkie, przyjazne stworzonka mogą zrobić im krzywdę. Nieraz pracują nawet z orkami, którym zdarzyło się już kogoś zaatakować, ale nikt ich o tym nie informuje. Głównym "czarnym charakterem" filmu jest sieć wodnych parków rozrywki Sea World, ale inne - wspomniane dość krótko - wcale nie są lepsze. Dla wszystkich liczy się tylko jedno: ludzie kochają orki, przychodzą na pokazy, zostawiają w kasie pieniądze - a więc trzeba udawać, że wszystko jest w porządku, że orki są milutkie i kochane, a ewentualne wypadki przy pracy to wina nieostrożnych trenerów. To, że od czasu do czasu ktoś traci życie przez tę politykę nie ma znaczenia.

Bardzo, bardzo mocno polecam. Fantastyczny dokument z czytelnym przesłaniem. Szkoda tylko, że tak mało znany...

(* Tak, tak, wiem, że to nie ryby...)


2. Niech będzie teraz // Now is Good (2012, Wielka Brytania) - 7,5/10

Mam na mojej liście "Do obejrzenia" parę filmów, które bardzo chciałabym zobaczyć, ale - z różnych powodów - ciężko mi wyobrazić sobie, że mogłabym obejrzeć je razem z mężem. Czekam więc na jeden z tych rzadkich momentów, kiedy na dłużej zostaję sama w domu i dopiero wtedy zabieram się za oglądanie czegoś z mojej "Filmoteki słomianej wdowy". Może niesłusznie, ale Now is Good też wylądowało na tej "osobistej" liście. Sama chciałam obejrzeć ten film tylko ze względu na Dakotę Fanning, którą uwielbiałam jako małą dziewczynkę, ale zupełnie straciłam z oczu, gdy podrosła (nie oszukujmy się, Jane ze Zmierzchu nie była najambitniejszą rolą w jej karierze...). Ciekawa byłam, jak poradzi sobie jako nastolatka. Ale poza tym? Fabuła wydała mi się oklepana do bólu: śmiertelna choroba, miłość, świadomość bliskiego końca i desperackie próby cieszenia się życiem. No, ale dla Dakoty...

Rzeczywiście jest dosyć sztampowo. Now is Good nie jest wprawdzie kalką Szkoły uczuć, bo Tessa jest pyskata, maksymalnie skoncentrowana na sobie samej (co w jej sytuacji nietrudno zrozumieć...) i nie ma najmniejszego zamiaru spędzić ostatnich miesięcy życia na kanapie, z głową wspartą o ramię taty - ale to też nie jest jakoś nadzwyczajnie oryginalne. Na listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią wpisuje m.in. seks, narkotyki, sławę, pierwszą prawdziwą randkę. Zwyczajna zbuntowana nastolatka, można by pomyśleć. I wprawdzie świadomość bliskiego końca dodaje do tego nutę desperacji, ratując obraz przed banalnością, ale nadal jest to tylko zlepek klisz. Trochę innych niż można by oczekiwać, ale jednak klisz.

A mimo to - podobało mi się. Może nie początek, może dopiero od połowy - ale jak już to do mnie trafiło, to dalej było tylko lepiej. Przychodzi moment, w którym lista Tessy (nie ukrywam, że niewiele z jej marzeń wpisałabym na własną listę, gdybym ją miała...) przestaje mieć znaczenie, a na pierwszy plan wybijają się rzeczy, których dziewczyna nie mogła przewidzieć. W tym miłość, oczywiście.

Oglądając ten film nie mogłam przestać myśleć o tym, jak wielkie mam szczęście. Mam (w prawdziwym życiu!) to samo, co tak rozczulało mnie w historii Tessy - tyle, że ja nie umieram. Nie muszę myśleć ciągle o tym, że to tylko na teraz, że wiele z moich marzeń nigdy się nie ziści.

Dałabym niższą ocenę, gdyby nie sama końcówka filmu. Do teraz widzę przed oczami te obrazy długowłosej Tessy. Oczywiście popłakałam się jak bóbr.

A Dakota była równie dobra jak dawniej.


3. Lady Jane (1986, Wielka Brytania) - 7/10

Historią Tudorów pasjonuję się od dziecka, ale Lady Jane Grey nigdy nie wzbudziła we mnie większego zainteresowania. Anna Boleyn w rozmaitych wydaniach, ewentualnie pozostałe żony Henryka VIII czy rozgrywki między Marią a Elżbietą - o, o tym to mogłam i czytać, i oglądać. Ale Jane? Przez długi czas nie wiedziałam nawet, że istniała. A później kojarzyła mi się tylko z wyszperanym z sieci obrazem. Bo czym tu się interesować? Jakąś bezwolną nastolatką, która znalazła się na tronie przez przypadek, bez jakiejkolwiek woli rządzenia i straciła władzę po dziewięciu dniach...?

Tyle tylko, że filmowa Jane (dwudziestoletnia Helena Bonham Carter...) wcale nie jest "bezwolną nastolatką". Jest inteligentna, oczytana, uparta i wie, czego chce. Czytuje Platona w oryginale, otwarcie daje wyraz swojej pogardzie wobec katolicyzmu, kocha swojego kuzyna, króla Edwarda VI i absolutnie nie chce wychodzić za mąż za kogokolwiek innego. Po ślubie nie zmienia się w stateczną matronę - wręcz przeciwnie, i ona, i Guilford zachowują się jak para rozbrykanych nastolatków, którzy wygrali los na loterii. Mają wielkie plany i marzą o lepszej przyszłości. Nawet jako dziewięciodniowa królowa Jane - wbrew temu, co zawsze o niej myślałam - nie staje się marionetką w rękach rodziców i teścia. Skoro już osadzili ją na tym tronie, to niech jej teraz słuchają, a co!

Pierwsza połowa filmu nie zrobiła na mnie za dobrego wrażenia. Aktorstwo, dialogi, scenariusz - wszystko to było bardzo, bardzo sztuczne. Wprawdzie - zapewne ze względu na rok powstania filmu, nie wspominając już o samym roku akcji - nie raziło mnie to aż tak bardzo i tłumaczyłam to sobie teatralną konwencją, ale jednak ciężko było przez to przebrnąć. Zmiana nastąpiła chyba w momencie ślubu Jane i Guilforda. Nagle zrobiło się naturalniej, zamiast domowych dramatów na scenę wkroczyły polityczne rozgrywki i ani się obejrzałam, a wciągnęłam się na tyle, że trzymałam kciuki za to, żeby historia potoczyła się inaczej niż w rzeczywistości. 

Swoją drogą, uderzyło mnie w tym filmie podobieństwo młodej Heleny do Emmy Watson. Nie chodzi mi o urodę, ale mimika, gestykulacja, nawet ton głosu... Szok. Może ktoś tu się na kimś wzoruje...?


4. Skosztuj z kosza // Taste the Waste (2011, Niemcy) - 6,5/10

To film dokumentalny o marnotrawieniu jedzenia.  Nie tyle przez prywatnych konsumentów (choć im też trochę się obrywa), co przez wielkie supermarkety. O idiotycznych regułach, o nadmiarze ostrożności i o kompletnym braku empatii. Całe to wyrzucanie jedzenia i hiperostrożność nie byłyby niczym strasznym, gdyby na świecie nie było tylu głodujących ludzi. Gdyby nie fakt, że można by nakarmić ich samym jedzeniem, które jest wyrzucane w Europie i USA. Trzykrotnie.

Film dobrze obrazuje absurdy wszelakich norm ustalonych dla produktów żywnościowych. Zakrzywione ogórki, nie dość czerwone pomidory, za duże ziemniaki - wszystko to jest przez markety odrzucane jako nie dość atrakcyjne dla konsumentów. Dochodzi do tego, że rolnik czuje ulgę, kiedy ludzie przychodzą na jego pole i za darmo zabierają dla siebie odrzucone ziemniaki. Zwalniają go z przykrego obowiązku wyrzucania jedzenia, którego nikt nie chce kupić. Gorszy los spotyka jedzenie, które za długo leży na sklepowych półkach. Już kilka dni przed upływem terminu ważności jest wyrzucane - ot, tak na wszelki wypadek. Do śmieci wędrują tony pomidorów, bananów, jogurtów. Nie wolno przerabiać ich na paszę dla zwierząt. Nie wolno rozdać ich ludziom. We Francji specjalna organizacja sortuje wyrzucone przez markety jedzenie, odzyskując z niego jeszcze dobrą połowę - ale nawet odrzucone przez nich produkty można jeszcze zjeść. Kiedyś ludzie przychodzili na tyły budynku i wygrzebywali ze śmieci to, co było im potrzebne - po kryjomu, uważając na przeganiającą ich policję. Ale teren otoczono płotem. To nie ich śmieci...

Niestety, reżyser filmu nie pokusił się o pójście o krok dalej i zaprezentowanie metod walki z tym marnotrawstwem. Właśnie ze względu na to film średnio mi się podobał - bo co z tego, że wiem, że jest źle, skoro nic nie mogę z tym zrobić? Nie lubię takich filmów, odbieram to jak marudzenie. Nie sztuką jest zauważyć, że coś źle działa, sztuką jest to naprawić...

Długo wahałam się między szóstką a siódemką - prawdę mówiąc, dopiero teraz zmieniłam ocenę. Duży plus za poruszenie tego tematu, minus za brak proponowanych rozwiązań. Chyba że to tylko ja, jako osoba z zasady niewyrzucająca jedzenia (chyba, że samo ucieka z lodówki... Ale to mi się już dawno nie zdarzyło), nie odnalazłam w nim żadnego przesłania dla siebie?

W każdy razie, to z całą pewnością najsłabszy z tych dokumentów, które ostatnio obejrzałam.


5. De-Lovely (2004, USA, Wielka Brytania) - 8/10

Niewiele wiem o Cole'u Porterze, ale jego musicalową biografię obejrzałam z wielką przyjemnością. Pokochałam ją za atmosferę dawnego Paryża, za ten trącący myszką, czarodziejski klimat i, rzecz jasna, za muzykę. Spodobała mi się Ashley Judd jako piękna, trochę wyniosła i dumna Linda. Tylko sam główny bohater wypadł trochę blado i, szczerze powiedziawszy, nie za bardzo pamiętam nawet, jak wyglądał...

Plakat mocno przekłamuje treść filmu. Można by spodziewać się wielkiego romansu, prawda? Nic z tego, Panie i Panowie - Cole Porter był... gejem. Albo przynajmniej biseksualistą. Ciężko powiedzieć, jak tak naprawdę wyglądały jego relacje z żoną, na czym opierało się ich małżeństwo, dlaczego w ogóle je zawarli. Gdzieś tam krąży jeszcze pytanie o związek pożądania z miłością - bo Cole, przynajmniej ten filmowy, dużo mówi o swojej miłości do Lindy. Cały musical jest właściwie jednym wielkim wspomnieniem, wyreżyserowanym przez jego przyjaciela, który bardzo chciałby wiedzieć, kiedy narodziło się to uczucie. - Tu już ją kochałeś? - Prawie. Tak mówiłem. Bardzo tego chciałem. - A tu?  - Chyba właśnie wtedy zacząłem...

Muszę przyznać, że nie polubiłam tego filmowego Cole'a. Żal mi było jego żony - wiecznie udającej, że nic jej to wszystko nie obchodzi, że wcale nie zależy jej na tym, żeby Cole się zmienił. Nawet w jego muzyce - teoretycznie bardzo miłej dla ucha - wyczuwam teraz coś oschłego, nieprzyjemnego, coś na kształt afiszowania się ze swoją obojętnością...

Ciężko streścić życie człowieka w dwóch godzinach i nie dziwi mnie to, że De-Lovely jest tylko szkicem małżeństwa Porterów - zwłaszcza przy musicalowej konwencji filmu. Nie mam mu tego za złe. To bardzo przyjemny film, z magiczną atmosferą i sporą dawką pięknej muzyki, całkiem nieźle radzący sobie z przedstawieniem pogmatwanych relacji między Colem a Lindą. Nie uświadczymy tu bardzo głębokich portretów psychologicznych, ale też chyba nikt nie oczekiwałby tego po musicalu. Mnie w każdym razie zaczarował. 


***


A co Wy oglądaliście przez ostatni tydzień? Może też widzieliście któryś z tych pięciu filmów?

Miłej reszty niedzieli i dużej dawki energii na nowy tydzień!

2 komentarze:

  1. Bardzo się cieszę, że obejrzałaś Blackfish i że Ci się podobało! Wiedziałam, że docenisz ten dokument :) Poza tym ten film wyzwala takie emocje i myśli, że od razu wiadomo, że to wartościowo spędzony czas. Strasznie byłam zła, że Akademia nie wzięła go nawet pod uwagę przy nominacji do Oscarów.
    Słyszałam o Now is Good i widziałam sporo gifów na tumblr, ale myślałam, że to taki wyciskach łez typu ekranizacje Sparksa ;) Dzięki Tobie obejrzę.
    Resztę wpiszę na listę "do obejrzenia".

    Aha i na pewno szybko obejrzę To film z magicznego roku 86, gdzie powstało wiele dobrych obrazów (w tym sporo moich ulubionych). Poza tym Tudorzy i ich historia to mój konik i wielka fascynacja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się strasznie zdziwiłam. Że nie wygrał wiedziałam, ale byłam przekonana, że dostał chociaż nominację... Niby nie widziałam tych, które nominowali, może faktycznie były lepsze, ale jakoś ciężko mi w to uwierzyć :). Dziękuję za polecankę!

      Tak właśnie myślałam, że Tudorowie Cię zaciekawią ;). Żadne wielkie arcydzieło to to nie jest, ale warto obejrzeć chcociażby po to, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o tej biednej Jane. Ale uprzedzam, początek jest tak drewniany, że można się przestraszyć ;).

      'Now is Good' wyciskaczem łez trochę jest, zwłaszcza pod koniec, ale i tak mi się podobało. Nie ma w nim za dużo patosu ani lukru, a Sparks właśnie z tym mi się kojarzy ;).

      Pozdrowienia!

      Usuń

Related Posts with Thumbnails