poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Jean-Claude Carriere, "Alfabet zakochanego w Indiach"

3/6

Dwa polana płyną po oceanie, spotykają się
i od razu rozchodzą w dwie strony.
Tak samo twoja matka i ty, twój brat i ty,
twoja żona i ty, twój syn i ty.
Mówisz do nich: żono, ojcze, przyjacielu,
a przecież tylko spotkałeś ich w drodze.
Ten świat się obraca jak koło,
to przechód w wielkim oceanie czasu,
w którym krążą dwa rekiny, starość i śmierć.
Nic nie trwa, nawet twoje ciało.
Rozkosz, ból - wszystko jest nadane.
Nic nie pozostaje, nic nie powraca.
Masz, czego pragniesz,
masz, czego nie pragniesz,
a nikt nie wie dlaczego.
Nic nie zapewni szczęścia człowiekowi.
Gdzie jestem? Dokąd pójdę? Kim jestem? Dlaczego?
I nad czym miałbym płakać?
Nie chciałabym skrzywdzić tej książki. Pewnie są ludzie, dla których była pasjonującą lekturą, którzy wiele z niej wyciągnęli i potrafili docenić jej zalety. I bardzo dobrze, niech doceniają - ale ja nie potrafię. Alfabet zakochanego w Indiach mnie rozczarował, znudził i okropnie zmęczył. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jakąkolwiek książkę czytało mi się tak źle, wolno, ewidentnie na siłę. Męczy mnie nawet samo myślenie o niej i przypominanie sobie, co dokładnie mam jej do zarzucenia. Nie lubię pisać takich "marudnych" postów, ale w tym przypadku nie potrafię inaczej...

Problem z Alfabetem zakochanego w Indiach zaczyna się już przy widniejącym na okładce tytule, niezbyt przystającym do tego, co dostajemy w środku. Autor jest bowiem zakochany nie tyle w Indiach, co w Mahabharacie. O tym, że ten starożytny epos był dla niego kluczem do poznawania Indii, pisze zresztą wprost, na samym początku książki. Na początku zaintrygowało mnie to i potraktowałam to jako zaletę; uznałam, że w parze ze znajomością Mahabharaty idzie też zrozumienie mitologii i źródeł tradycji, a to z kolei powinno przełożyć się na głębsze zrozumienie dzisiejszych Indii, wszelkich "dziwnych" zachowań, które dla przeciętnego nie-Hindusa są wciąż niepojęte. Niestety, już po pierwszych kilku literach alfabetu zrozumiałam, że mogę pożegnać się z nadziejami na jakikolwiek pogłębiony obraz Indii. Mahabharata przysłoniła autorowi rzeczywistość - do tego stopnia, że tych "dzisiejszych Indii" prawie w tej książce nie ma.

Rozumiem, że można być zafascynowanym religią - nic mi do tego. Ale jeżeli pisze się książkę o Indiach, to wypadałoby jednak napisać o czymś więcej niż o Mahabharacie i hinduistycznych bogach. Tymczasem autor wciska tematy religijne absolutnie wszędzie, niezależnie od tematu, który niby miał właśnie poruszać. Wyobraźcie sobie książkę o Polsce, w której 90% tematów miałoby ścisły związek z Biblią, a otrzymacie dość dobry obraz tego, czego możecie spodziewać się po Alfabecie...

Resztki cierpliwości straciłam przy haśle "Japończyk Jednodniowy", które - po jednym akapicie rzeczywiście przystającym do tematu - nagle zmieniło się w krótki wykład o buddyzmie. I o jego wyższości nad chrześcijaństwem, rzecz jasna. To kolejna sprawa, która mnie w tej książce raziła: niech sobie autor nie lubi chrześcijaństwa, jego sprawa; niech napisze o tym książkę, jeśli tak go ta niechęć męczy; ale po co umieszczać te wywody w książce na zupełnie inny (w założeniu) temat? Żeby to jeszcze było chrześcijaństwo w Indiach czy wpływ chrześcijaństwa na historię Indii - ale nie, nic z tych rzeczy. Dostajemy tu tylko ogólne przemyślenia na temat "bałwanów" (gdzie autor najpierw krytykuje deprecjonowanie cudzych wierzeń, a na koniec uznaje religie monoteistyczne za gorsze od politeistycznych) czy równie ogólne informacje o nieufności, z jaką Francuzi (Europejscy. Z Francji.) podchodzili do buddyzmu. Ani to odkrywcze, ani szczególnie głębokie, a przede wszystkim - gdzie w tym wszystkim Indie?

We wstępie autor informuje czytelnika, że starał się, żeby jego miłość do Indii nie była ślepa - ale dokładnie taka jest. Nie ma tu informacji o problemach społecznych, o niesprawiedliwościach; autor ledwie ociera się o gorsze strony Indii, by szybko skupić się na rzeczach przyjemniejszych. Hasło "Kobieta", po którym obiecywałam sobie trochę więcej niż po pozostałych (i które sromotnie mnie rozczarowało) jest dobrym przykładem sposobu pisania i rozumowania autora. Zaczyna on (niespodzianka!) od hinduistycznej mitologii i podkreślenia (kolejna niespodzianka!) jej wyższości nad mitem o Adamie i Ewie. Następnie przyznaje ze smutkiem, że sytuacja kobiet w Indiach jest o wiele gorsza, niż wynikałoby to z Mahabharaty, wspomina o złej sytuacji wdów i problemie wiana. Sati, czyli tradycja (samo)spalania wdów, jest już w jego oczach dobrowolnym bohaterstwem. Hasło kończy się radosną anegdotką na temat "piękna starych kobiet" i zwyczaju Hindusów określania tylko ich mianem beautiful. I to wszystko. Żadnej głębszej analizy, dokładniejszego przedstawienia problemów (choćby tych dwóch, o których wspomniano). Ślizganie się po powierzchni... I tak, niestety, wygląda to w przypadku większości haseł.

Nie polubiłam autora.  Bardzo go nie polubiłam. Wydał mi się nadęty, uduchowiony na siłę, dumny ze swojej domniemanej oryginalności. Popularne wśród turystów miejsca mu nie odpowiadają, a większość haseł dotyczących zwiedzania zawiera w sobie opisy w rodzaju: przyjeżdżam tam wczesnym rankiem albo późnym wieczorem, kiedy nie ma jeszcze takich tłumów, siadam na trawie, chłonę ten klimat, nie spieszę się, chodzę bez celu uliczkami, omijając z daleka utarte turystyczne szlaki. Wszystko to brzmi niby rozsądnie, ale przedstawione jest w taki sposób, jakby autor sam nie mógł wyjść z podziwu nad tym, jaki jest wspaniały.

Nie bardzo wiem, z myślą o kim pisana była ta książka. Dla ludzi, którzy trochę już o Indiach wiedzą, będzie zapewne wtórna i jeszcze nudniejsza, niż dla mnie. Dla laików - takich jak ja - jest zbyt chaotyczna. Autor pisze o tak wielu różnych miejscach, że ciężko zapamiętać nawet same nazwy, nie mówiąc już o połączeniu ich w głowie z opisami. Sporą winę za ten stan rzeczy ponosi też wydawca. Dlaczego w publikacji nie ma ani jednego zdjęcia? Dlaczego przy hasłach dotyczących konkretnych miejsc nie umieszczono miniaturowych mapek z ich zaznaczoną lokalizacją? Dlaczego jedyna mapa - ta ze strony 4. - jest angielska, tzn. pisownia różni się od tej przyjętej w książce? Dlaczego nawet na niej nie oznaczono wszystkich miejsc, o których pisze autor?

Podobnie niedbale potraktował wydawca obowiązek korekty tekstu. Zwykle podchodzę do takich błędów z wyrozumiałością, każdemu może przecież coś umknąć - ale w tym przypadku niechlujstwo językowe od początku aż rzucało mi się w oczy. Tylko na ostatnich czternastu (!) stronach natknęłam się na potworki w rodzaju:
Zdawało się, że śmierć znosi wszystkie nasze problemy. Okazuje się, że wcale
(...) turystyka przyczyniła się do uratowania niektórych dziedzin rzemiosła, jak wyrób przedmiotów z brązu, srebra, lokalne garncarstwo, tak zwanej sztuki ludowej.
No i zapis japońskich nazwisk - w Alfabecie... występuje niejaki Toszi Tsuszitori. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać; wydawco, ja tylko żartowałam z tym Szoheiem Toczimoto...

Jedno muszę autorowi oddać - na Mahabharacie i hinduskiej mitologii rzeczywiście się zna. A w każdym razie wie o niej dużo więcej niż ja. I gdyby ta książka nazywała się Alfabet zakochanego w Mahabharacie, gdybym sięgnęła po nią z rozmysłem, mając ochotę dowiedzieć się czegoś o hinduizmie, to może i moja ocena byłaby inna. A może nie. Może te pseudo-uduchowione wstawki nadal by mnie zniechęcały.

W każdym razie - jest jak jest. Co najwyżej przeciętnie. Sama mogłabym napisać taką książkę o Japonii, ale wstyd by mi było.
Po Alfabet zakochanego w Meksyku zapewne nigdy nie sięgnę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails