poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Co słonko widziało #5: odrobina egzotyki

Na wstępie przepraszam za poślizg - odgrażałam się, że od tego tygodnia będę dodawać te filmowe zestawienia w niedzielę i, jak widać, coś średnio mi to wyszło. Stanęło mi na drodze moje najnowsze hobby, które wciągnęło mnie bez reszty i któremu poświęcam - dosłownie! - każdą wolną chwilę. Ciężko mi się zmotywować do czegokolwiek innego :). Na razie jeszcze na to za wcześnie, ale może za jakiś czas, kiedy będę się już miała czym pochwalić, napiszę o nim parę słów?

Filmy z dzisiejszego, najnowszego zestawienia mają kilka cech wspólnych. Przede wszystkim: wszystkie pochodzą z (albo dotyczą) krajów, które są w Polsce uważane za egzotyczne. Pojawią się tu Hawaje, Afganistan, japońska Okinawa i Tajwan. Po drugie, wszystkie całkiem mi się podobały - a przynajmniej  żaden z nich nie dostał ode mnie mniej niż sześciu gwiazdek. A po trzecie, we wszystkich czterech przypadkach wahałam się między dwiema ocenami i ostatecznie decydowałam się na tę wyższą. Przeważnie właśnie przez tę egzotykę miejsca akcji.


1. Princess Ka'iulani (2009) - 6/10

Dawno, dawno temu, kiedy chodziłam jeszcze do liceum, a moja siostra do podstawówki, natknęłam się w jakiejś nadmorskiej księgarni na interesującą książeczkę - niby-pamiętnik z serii Pamiętniki księżniczek. Tytuł od razu skojarzył mi się z  Pamiętnikiem księżniczki Meg Cabot, który był wtedy tak popularny, że nawet moja nieczytająca siostra zgromadziła na półce całą serię - i, mając nadzieję, że to podobieństwo zachęci ją do lektury, kupiłam jej tę książeczkę w prezencie. Żałowałam tylko, że znalazłam tylko jeden, niezbyt intrygujący tom z tej serii. Nie o Marii Antoninie czy Kleopatrze, tylko o jakiejś Kaiulani, o której żadna z nas nigdy nawet nie słyszała...
Nie wiem, czy moja siostra kiedykolwiek przeczytała tę książkę. Ja w każdym razie od dawna miałam w zwyczaju podbierać jej książki z półki, otwierać je na chybił trafił i czytać fragmenty - aż okazywało się, że przeczytałam już wszystkie. Nie inaczej było w tym przypadku.

Tak poznałam Wiktorię Ka'iulani, ostatnią księżniczkę Hawajów.

Słyszeliście o niej kiedykolwiek? Wspomniano o niej chociaż na Waszych lekcjach historii? Założę się, że nie. Śliczna, nieszczęsna Ka'iulani, która z taką determinacją próbowała zapobiec aneksji Hawajów, zaginęła gdzieś w mrokach dziejów. Dlatego cieszę się, że powstał ten film. Nie jest nadzwyczajnie dobry, na pewno można było zrobić go lepiej, ale doceniam jego funkcję edukacyjną. Gdybym mogła przebierać w filmach o Ka'iulani byłabym pewnie surowsza - ale tak? W dodatku jest bardzo miły dla oka, z ładnymi zdjęciami i całkiem przyjemnie się go ogląda. Ma też parę dobrych momentów - głównie tych, w których Ka'iulani rzeczywiście działa na rzecz hawajskiej niepodległości.

Niestety, twórcom filmu trochę zabrakło pomysłu na poprowadzenie fabuły. Mamy tu żałobę po utracie bliskich, wątek szkoły z oschłą przełożoną, rasistowskie uprzedzenia, miłość, tęsknotę za ojczyzną, próby ocalenia monarchii. W tym przypadku ta mnogość wątków wcale nie wyszła filmowi na dobre - jest w efekcie o wszystkim po trochu, ale brakuje mu wyraźnej myśli przewodniej. Wątki nie splatają się ze sobą, zupełnie jakby księżniczka, przechodząc do kolejnego etapu w życiu, wymazywała z serca dotychczasowe uczucia. Nawet wątek romantyczny jest chłodny, zupełnie niewzruszający. Film jest też (znowu!) dość sztuczny; nie jest wprawdzie aż tak źle, jak w przypadku Spaceru w chmurach, ale dialogi brzmią często nienaturalnie. Odtwórczyni głównej roli (Q'Orianka Kilcher, czyli Pocahontas z Podróży do Nowej Ziemi) też gra dosyć drętwo, a jej śmiech bije rekordy sztuczności. Ciężko się przez to wciągnąć w akcję i uwierzyć w prawdziwość tego filmu...

Niemniej jednak - nie ma co wybrzydzać. To jedyny film o księżniczce Ka'iulani, o jakim słyszałam i dobrze, że w ogóle powstał.


2. Chłopiec z latawcem // The Kite Runner (2007) - 6,5/10

Jeżeli czytaliście Chłopca z latawcem, to jego filmowa adaptacja niczym Was nie zaskoczy. Jest bardzo wierna oryginałowi - prawie tak, jak ekranizacja Przepiórek w płatkach róży, o której niedawno pisałam. I zupełnie nie rozumiem, dlaczego w tym przypadku nie jestem tą wiernością tak zachwycona, jak wtedy. Przecież powieść Khaleda Hosseiniego bardzo lubię - nie aż tak, jak Tysiąc wspaniałych słońc, ale lubię. Tak wierna adaptacja też powinna mi się spodobać. Więc dlaczego...? Może za mało czasu upłynęło od lektury, za dokładnie pamiętam treść książki? Nie wiem, ale fakt faktem - trochę mnie ten film znudził. Pod koniec cieszyłam się wręcz, że reżyser zdecydował się jednak wprowadzić zmiany do fabuły i wyciął cały długi wątek, który pojawił się w powieści...

Siłą powieściowego Chłopca z latawcem była narracja. Pierwszoosobowa, bardzo intymna, dzięki której czytelnik mógł poznać uczucia i myśli Amira. W filmie tego nie ma - i wiele przez to traci. Główny bohater jest (przynajmniej jako dziecko) irytującą, flegmatyczną ciepłą kluchą, która boi się własnego cienia. Trudno uwierzyć, że kłębią się w nim jakieś głębsze przemyślenia, trudno go też polubić. Dopiero dorosły Amir zaskarbił sobie moją sympatię. Dopiero wtedy zaczęłam mu kibicować i z zainteresowaniem śledzić jego losy...

Trochę słaby jest w tym filmie dobór aktorów. Dzieci grają sztywno i zupełnie nie przypominają swoich dorosłych odpowiedników. O ile jeszcze od biedy mogę to zrozumieć w przypadku Amira, który w pierwszej części filmu ma tylko około dziesięciu lat (chociaż i tak przeszkadza mi ta drastyczna zmiana kształtu głowy... To już mały Hassan był do niego bardziej podobny), o tyle już Asaf - w pierwszej części całkiem wyrośnięty nastolatek - nawet po latach powinien chociaż trochę przypominać samego siebie. Miałam wrażenie, że aktorów wybrano na chybił trafił, byleby tylko byli Afgańczykami.

Co mi się więc podobało? Przede wszystkim fabuła, tak podobna do książkowej. Gdybym nie miała tej historii tak świeżo w pamięci, pewnie poruszyłaby mnie historia winy i odkupienia Amira. A i tak, chociaż żadna ze scen nie była dla mnie zaskoczeniem, parę razy filmowi udało się chwycić mnie za serce. Podobało mi się też to, że aktorzy przez większość czasu mówili w paszto - strasznie nie lubię produkcji w rodzaju Wyznań gejszy, w których akcja dzieje się niby na drugim końcu świata, ale i tak wszyscy porozumiewają się po angielsku...

To całkiem dobry film, choć przy książce wypada blado. Brakuje mu tej magii i rozmarzenia, z którym Amir wspominał swoje dzieciństwo. Jest też bardzo "męski" - nawet bardziej niż powieść, usunięto bowiem nieliczne fragmenty dotyczące matek obu bohaterów czy żony Hassana - co pewnie też wpłynęło trochę na moją ocenę. Zdecydowanie chętniej obejrzałabym "kobiece" Tysiąc wspaniałych słońc - i wciąż łudzę się, że kiedyś ten film rzeczywiście powstanie...


3. Nabbie no koi (Miłość Nabbie, 1999) - 7/10

Bardzo przyjemny, spokojny, całkiem lekki i zabawny film, którego akcja rozgrywa się na jednej z okinawskich wysepek, a więc na samym południu Japonii. Momentami może trochę przerysowany (a może wcale nie, kto ich tam wie?), ale tym wyraźniej inny od typowo japońskich produkcji. Przedstawieni tu Okinawczycy są bardziej otwarci i bezpośredni niż Japończycy z głównych wysp. To jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy dziadkowie zachowują się swobodniej niż ich wnuki. Podczas gdy starsze pokolenie całe życie spędziło na swojej upalnej wyspie, młodsi bohaterowie studiowali w Tokio, gdzie przyzwyczaili się do innych zasad funkcjonowania w społeczeństwie. Widać to nawet w języku: starsi mówią w lokalnym dialekcie, młodsi już w standardowym japońskim, z użyciem odpowiednich, uprzejmych form...

Główną bohaterką filmu jest młoda Nanako, która wraca na wakacje do dziadków, na ojczystą wyspę. Szybko wyznaje im, że rzuciła pracę i wyraźnie nie wie, co powinna zrobić dalej ze swoim życiem. Zakochany w niej miejscowy chłopak namawia ją do pozostania na wyspie i wyjścia za niego za mąż, ale Nanako wytrwale odrzuca jego kolejne oświadczyny. Tymczasem już pierwszego dnia, w drodze do domu dziadków, dziewczyna mija tajemniczego mężczyznę. Jego spotkanie z babcią Nanako, Nabbie, wywraca do góry nogami życie wyspiarskiej społeczności...

Sporo jest w tym filmie małych smaczków. Pojawia się tu grający na skrzypcach Irlandczyk (Nabbie, która nie potrafi zapamiętać słowa Airurando - Ireland, wymawia je jako Ai-rabu-yu rando - I-love-you land...), a wygrywane przez niego skoczne melodie przeplatają się z tęsknymi okinawskimi pieśniami. Właścicielka miejscowego sklepiku wykonuje brawurowo Habanerę, równie niepasującą do miejsca akcji. Fragmenty wspomnień dziadka stylizowane są na film niemy: obraz jest czarno-biały, bohaterowie ruszają tylko ustami, po czym pojawia się plansza z wypowiedzianym przez nich tekstem. Tajemniczy mężczyzna nosi nazwisko... Sun Ra. Sporo jest tych detali, które sprawiają, że oglądanie Miłości Nabbie jest dużą przyjemnością.

To moje pierwsze spotkanie z okinawską filmografią i jestem nim bardzo usatysfakcjonowana. Nie jest to żadne arcydzieło, ale przyjemny, wesoły i jednocześnie niegłupi film o bardzo niejapońskich Japończykach. Mi, zakochanej w Okinawie, podobało się bardzo. Szkoda tylko, że tamtejsze filmy są tak trudno dostępne. Ten udało nam się zobaczyć w miejscowym Instytucie Japońskim, ale nie mamy żadnego wpływu na to, kiedy po raz kolejny uda nam się obejrzeć coś okinawskiego...


4. Jedz i pij, mężczyzno i kobieto // Yin shi nan nu (1994) - 8/10

To jeden z pierwszych filmów Anga Lee - i jednocześnie pierwszy jego film, który obejrzałam. Trafiłam na jego trop przez zupełny przypadek: szukając plakatu do Przepiórek w płatkach róży trafiłam na stronę, która okazała się wspaniałym zbiorem nowych inspiracji filmowych. Mąż przypomniał sobie, że kiedyś już ten film widział i miło go wspominał, więc szybko postanowiliśmy go obejrzeć.

To historia ojca - emerytowanego szefa kuchni - i jego trzech córek. Mieszkają razem, w czwórkę, a mimo to każde z nich jest bardzo samotne. Wszyscy (nawet ojciec!) marzą o miłości, choć mają jej inne wyobrażenia. Najstarsza córka, Jia Jien, wciąż myśli o dawnym ukochanym i zamyka się w surowym świecie religii. Druga, Jia Chien, odnosi sukcesy w życiu zawodowym i żyje w całkiem satysfakcjonującym ją wolnym związku; nie ma najmniejszej ochoty na ślub i życie zgodne z chińską tradycją, którą uważa za "wzajemne torturowanie się". Najmłodsza, Jia Ning, próbuje uwolnić przyjaciółkę od natrętnego chłopaka, wplątując się tym samym w miłosny trójkąt. Na ojca tymczasem ma chrapkę gadatliwa matka bliskiej przyjaciółki Jia Jien...

Najpiękniejszy w tym filmie jest jednak zupełnie inny wątek - relacji między ojcem a zbuntowaną Jia Chien. To zresztą moja ulubiona para bohaterów; Jia Jien jest tak chłodna i nieprzystępna, że trudno dziwić się jej samotności, a Jia Ning to zwykła, radosna dziewczyna, o której ciężko powiedzieć coś więcej. Za to Jia Chien ma w sobie o wiele więcej, niż można by przypuszczać. Samo to, że wcale nie chciała zostać elegancką bizneswoman, że ma do ojca żal o popchnięcie jej w tym kierunku, nie pasuje do stereotypu nowoczesnej, wyzwolonej kobiety. Jej relacje z ojcem są pozornie bardzo chłodne, ciężko im odnaleźć drogę do siebie nawzajem, a jednak...

Muszę ostrzec Was przed jednym: po obejrzeniu tego filmu na 100% będziecie głodni. Bohaterowie ciągle gotują - a jak nie gotują, to jedzą. I wszystko to wygląda tak smakowicie, że aż smutno potem zajrzeć do własnej lodówki.


Zrobiłam się głodna od samego myślenia o tym filmie. Idę jeść.

Do usłyszenia w niedzielę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails