poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Co słonko widziało #4

Jak minęły Wam święta, Kochani? Jajka i ciasta zjedzone? Dużo napielgrzymowaliście się po krewnych i znajomych? Dla mnie ten rok był zupełnie inny od poprzednich: to była moja pierwsza Wielkanoc "na swoim", pierwsze naturalne farbowanie jaj, pierwsze tak kameralne świąteczne śniadanie i pierwsze prawdziwe przyjęcie gości. Nawet pierwsze w życiu wegańskie ciasto! Skorzystałam z tego przepisu Marty z Jadłonomii; wyszło przepyszne, słodkie i zupełnie nie buraczane w smaku. Warto było przemęczyć się z tymi nieszczęsnymi burakami, które za nic nie chciały dać się zblendować na puree (dopiero mężowi udało się zmusić je do współpracy...). Gościom chyba smakowało (przynajmniej tak mówili), młodszy brat męża - weganin - mógł zapychać się ciastem na równi z resztą ekipy, a ja z dumą zbierałam punkty superszwagierki :).
A wieczorem obejrzałam kolejny film. A jak!

Zaprezentuję dziś kolejną piątkę i - tadam, tadam! - wyzeruję mój filmowy "licznik"! Tym razem mam na składzie dwa filmy dobre, dwa bardzo dobre i jeden... No cóż, sami zobaczycie ^^.


1. Mandela: Droga do wolności // Mandela: Long Walk to Freedom (2013) - 7/10

Plakaty Mandeli pojawiły się na kolońskich ulicach jakoś krótko po śmierci rzeczywistego Nelsona Mandeli. Wydało nam się to dość niesmaczne - może to tylko zbieg okoliczności, ale wyglądało to tak, jakby celowo czekano z premierą na "najlepszy" moment - i trochę uprzedziliśmy się do tego filmu. Ostatecznie jednak małżonek zarządził seans - i, jak widać po ocenie, wyniosłam z niego całkiem pozytywne wrażenia.

Ciężko mi ocenić Mandelę, bo i nie bardzo wiem, co właściwie powinnam oceniać. Fabułę napisało życie - reżyser musiał tylko przełożyć ją na język filmu. I to rzeczywiście mu się udało: Mandela to bardzo sprawnie zrobiony film biograficzny. Jeśli wierzyć napisom końcowym, jego treść była konsultowana z drugą żoną (Winnie) i córkami bohatera, a więc mogę chyba założyć, że dość wiernie oddaje rzeczywisty przebieg wydarzeń. Twórcy wyraźnie starali się też nie gloryfikować Mandeli i nie bali się zaprezentować scen, które są małymi rysami na jego kryształowym wizerunku. Zdjęcia są momentami piękne - przychodzą mi tu na myśl zwłaszcza obrazy południowoafrykańskiej wioski. Do aktorstwa nie mam żadnych zastrzeżeń. I to właściwie wszystko, co mogę o Mandeli powiedzieć. Jest "porządny". Tylko i aż tyle.

To jeden z tych filmów, na które głupio mi narzekać - bo z jednej strony są w nim rzeczy, które mi się nie podobały, a z drugiej sama widzę, że inaczej się nie dało. Reżyser Mandeli bardzo chciał zaprezentować w nim jak najwięcej; w efekcie dzieje się dużo, ale dość "płytko". Widać to zwłaszcza na początku filmu: scena ślubu, scena w domu, scena demonstracji, wymiana bodajże czterech zdań z żoną, której nie podoba się polityczne zaangażowanie męża, scena z kochanką, scena kłótni, bam! Pusty dom i rozwód. Później tempo, na szczęście, zwalnia, ale nadal nie na tyle, żebym mogła poczuć się jakoś szczególnie związana z bohaterami. A jednocześnie rozumiem, że ciężko byłoby zrobić to inaczej. Miała być długa droga do wolności - no i jest, zgodnie z zapowiedzią. Film i tak trwa ponad dwie godziny; ciężko byłoby tam upchnąć "pogłębiające" wątki...

Trochę wstyd się przyznać, ale nie znałam dokładnie historii Nelsona Mandeli. I byłam w sporym szoku, kiedy pod koniec filmu dowiedziałam się, że biała dominacja w RPA upadła dopiero w latach '90. Zawsze myślałam o tym w kategoriach zamierzchłej historii - a to przecież już "moje" czasy...!

Jeżeli żyjecie w podobnej ignorancji jak ja - obejrzyjcie. Polecam. A jeśli znacie historię Mandeli na pamięć... To i tak obejrzyjcie i dajcie mi znać, jak ma się ten film do historycznej prawdy :).


2. Wszystko jest iluminacją // Everything Is Illuminated (2005) - 8,5/10

Genialny film, którego - jak się wczoraj przekonałam - kompletnie nie potrafię zareklamować. Początkowo zwariowany i niesamowicie śmieszny, z czasem coraz poważniejszy, choć równie niezwykły. Bardzo, bardzo dobry komediodramat. Uwaga: znajomość rosyjskiego/ukraińskiego (nawet mój mąż - teoretycznie Rosjanin - do końca nie był pewien, co to właściwie było... ^^) albo dobrze przetłumaczone napisy są absolutnie niezbędne!

Przed seansem miałam pewne obawy co do odtwórcy głównej roli, który zdecydowanie nie należy do moich ulubionych aktorów, a w dodatku dość mocno kojarzy mi się tylko ze swoją Życiową Rolą. I rzeczywiście, w pierwszej scenie, kiedy kamera najechała na twarz Elijah Wooda, głos w mojej głowie oznajmił: Chodź tutaj, Frodo, chłopcze, opowiem ci dobry kawał... Ale już po paru minutach zupełnie przestałam kojarzyć Jonathana Foera, zafascynowanego zbieractwem i historią własnej rodziny amerykańskiego Żyda, z hobbitem Bagginsem. Ze swoimi czarnymi włosami i okrągłymi okularami przypominał mi bardziej - pozostając w tych magicznych klimatach - Harry'ego Pottera ;).

Umierająca babka podarowuje Jonathanowi zdjęcie, które należało do jego zmarłego już dziadka. Rzeczony dziadek - wtedy jeszcze młody chłopak - stoi na nim gdzieś w ukraińskim polu, w towarzystwie pięknej dziewczyny. Podpis na odwrocie fotografii głosi: ja i Augustine. Jako że babcia umiera zanim jej wnukowi udaje się wyciągnąć z niej jakiekolwiek informacje, Jonathan postanawia odwiedzić rodzinne strony dziadka i dowiedzieć się, kim jest ta tajemnicza kobieta. Na miejscu czeka na niego ekipa przewodników: wrogo nastawiony starszy pan, który udaje ślepego, jego równie wrogo nastawiony pies-przewodnik Sammy Davis Junior Junior oraz wnuk Alex, posługujący się momentami wyrafinowanym, bardzo specyficznym angielskim.

Jak nietrudno się domyślić, humor filmu jest w dużej mierze oparty na różnicach kulturowych. Nie wiem, na ile prawdziwy jest przedstawiony tu obraz ukraińskiej mentalności, chociaż mam wrażenie, że to bardziej stereotypowe wyobrażenie Amerykanów na temat Europy Wschodniej niż rzeczywistość... Ale, o dziwo, nie przeszkadza mi to. Efekt jest przekomiczny. Wisienką na torcie są dyskusje Jonathana z Alexem i określenia używane przez tego ostatniego. Moim ulubionym jest chyba Odpocząłeś? jako Did you repause?... A w odpowiednim momencie, kiedy cały ten humor zaczyna ocierać się o głupkowatość, film staje się poważniejszy. Pojawia się problem antysemityzmu, holocaust, bolesna historia i tajemnica z przeszłości dziadka, który z czasem staje się coraz mniej nieprzyjazny.

Jest śmiesznie, poważnie, bajkowo, strasznie. I bardzo wciąga. Must watch.


3. Spacer w chmurach // A Walk in the Clouds (1995) - 4/10

Miałam ten film na liście do obejrzenia już od dłuższego czasu. Pamiętałam, że kiedyś natknęłam się na niego w telewizji, ale nie obejrzałam go do końca. Jak okazało się podczas ostatniego seansu, zobaczyłam wtedy właściwie tylko krótki fragment. I chyba wiem już, dlaczego.

Nie spodziewałam się po tym filmie jakichś cudów na kiju. Plakat mówi sam za siebie. Miało być ciepło, uroczo, romantycznie; miała być wielka miłość, winnice i odnalezienie sensu życia. Takie Pod słońcem Toskanii, tylko z mężczyzną w roli głównej. Może coś w stylu Dobrego roku, tylko bardziej nostalgicznego. Coś, od czego zrobiłoby mi się cieplej na sercu. Naprawdę miałam niewielkie wymagania i myślałam, że wiem, na co się piszę. Ale to, co dostałam... Jest tak, jak głosi napis na dole polskiego plakatu: to bardzo szczególny film. Bardzo szczególnie kiepski.

Początek nie zapowiada się jeszcze źle, ale od momentu, w którym Paul (Keanu Reeves) poznaje Victorię (Aitana Sánchez-Gijón) - a następuje to dość szybko - zabawa zaczyna się na całego. Już po pierwszej pół godzinie usłyszałam z boku szept: Mam dziwne wrażenie, że dialogi w tym filmie są troszkę nienaturalne... Początkowo traktowałam to jako drobne potknięcia, ale im dalej w las, tym było gorzej. Moment, w którym Keanu oznajmia poważnym tonem: It is not easy. [dramatyczna pauza] It's complicated. ostatecznie pogrzebał moje nadzieje na jakąkolwiek poprawę i zmusił mnie do pierwszego wybuchu śmiechu. Chociaż moment, w którym Victoria spontanicznie dziękuje Paulowi wygłaszając napuszone Paul Sutton, you are the most honorable man I have ever met też jest w ścisłej czołówce najlepszych tekstów tego filmu...

Aż nie wiem, kogo winić za ten stan rzeczy. Scenarzystów, za idiotyczne dialogi? Aktorów, za wygłaszanie kwestii tak, jakby czytali je z kartki? Reżysera (notabene, to znów Alfonso Arau, który już przy Przepiórkach w płatkach róży miał lekkie kłopoty z dialogami...), który kompletnie nie potrafił ich poprowadzić? Nie wiem, ale ten film jest naprawdę, naprawdę TAK  sztuczny, że w połowie oboje - i mąż, i ja - absolutnie poważnie zaczęliśmy się zastanawiać, czy to przypadkiem nie ma być parodia filmów tego typu. To przecież niemożliwe, że oni tak na serio...

A w dodatku ta dialogowa sztuczność - chociaż sama by wystarczyła... - to jeszcze nie wszystko. Bohaterowie są kompletnie płascy, jednowymiarowi, albo przerysowani, albo zupełnie bez jakiegokolwiek charakteru. O wczuciu się w ich sytuację nie ma mowy, bo ani na chwilę nie dają widzowi zapomnieć o tym, że są tylko aktorami wygłaszającymi swoje kwestie. Nieliczne zawirowania fabularne rozwiązują się same, dzięki magicznej mocy Imperatywu Narracyjnego. Nawet krajobrazy są w tym filmie sztuczne. Dobrze, że przynajmniej ładne...

Najgorsze jest to, że ten film miał potencjał. Mógł być po prostu miły, ciepły i wzruszający. Mógł być nawet głębszy, z motywem osierocenia, zespołu stresu pourazowego, traumatycznych wydarzeń rozdzielających ludzi, którzy kiedyś się kochali (jest to też w Mandeli - o, panie Arau, tak się to powinno robić!). A wyszło takie coś, przy czym można się tylko śmiać...

Mąż powiedział, że dałby Spacerowi w chmurach trzy gwiazdki: jedną za dobre chęci, jedną za muzykę i jedną za zdjęcia. Ja dorzucam jeszcze jedną, za pewien urok nieporadności. Ten film jest tak nieudolny, że aż pocieszny.

Dla pozytywnych ocen tego filmu znajduję tylko jedno wyjaśnienie: większość ludzi widziała go w telewizji, w wersji z lektorem, który miał lepszy tekst i zagłuszał oryginalne dialogi. Nie widzę innej możliwości.


 4. Kiedy świnie mają skrzydła // When Pigs Have Wings (2011) - 7/10

To jeden z filmów z gatunku: jesteśmy tacy inni, a jednak tacy podobni. W tym przypadku ten motyw jest wykorzystany nawet podwójnie, bo główny bohater - Palestyńczyk Jafaar - mieszka w strefie Gazy. Mamy tu więc dwie "opozycyjne" pary: bohater vs. widz i Palestyna vs. Izrael. I w obu przypadkach reżyser wyraża ten sam pogląd: jesteśmy mniej różni, niż na pierwszy rzut oka może się wydawać.

Jak na film poruszający problem Izraela i Palestyny, Kiedy świnie mają skrzydła jest wyjątkowo lekki i przyjemny. Nawet zamach terrorystyczny jest tu zaprezentowany w konwencji komediowej. Głównym problemem filmu jest zaś... świnia, którą pewnego dnia wyławia z morza główny bohater. Muzułmanie świń nie jedzą, nie hodują i generalnie się nimi brzydzą, nieszczęsny Jafaar zupełnie nie wie więc, co z tym zwierzakiem zrobić. Zabić? Nie umie. Sprzedać? Komu? Wreszcie udaje mu się znaleźć rozwiązanie - z tym, że interes ubija z rosyjską Żydówką, z którą spotykają się po obu stronach granicznego płotu...

Podobno bliskowschodnie realia są tu słabo przedstawione. Nie taka zabudowa, nierealne sytuacje, a sam film kręcono na Malcie i w Kolonii (u mnie! :D). Jako kompletnemu laikowi w tej materii, zupełnie mi to nie przeszkadzało. Uwierzyłam w realność tego, co mi zaprezentowano, w to, że właśnie tak to wygląda. Choć ktoś bardziej obeznany mógłby mieć o to pretensje.
Nie jest to może najbardziej wyjątkowy film, jaki w życiu widziałam, ale trafił do mnie, dostarczył mi trochę rozrywki i dodał kolejną cegiełkę do mojej wiary w ludzkość. Zwłaszcza piękne wersy, które wygłaszają na koniec Jafaar i Yelena - a przynajmniej ich melodia, bo samych słów, rzecz jasna, nie zrozumiałam - utkwiły mi w głowie na długo.
 

5. Mary i Marta // Mary & Martha (2013) - 8/10
To bogata historia. O szykanowanym przez rówieśników chłopcu i jego matce, która postanowiła ratować go przed zatraceniem się w wirtualnym świecie. O Nauczaniu przez duże "N", wykorzystującym naturalną ciekawość świata, którą każdy z nas gdzieś tam w sobie kryje. O studencie, szukającym swojego miejsca w życiu na krańcu świata. O dalekiej podróży. O stracie, bólu, poczuciu winy, odwadze, walce o lepszy świat. O Afryce. I o malarii.

Podoba mi się kompozycja Mary i Marty. Jestem przyzwyczajona do dramatycznych momentów na początku lub na końcu filmu - a tu serwuje się go nam w samym środku. To jest punkt zwrotny, w którym obie bohaterki spotykają się, a Mary - która jest trochę bardziej główną bohaterką niż Marta - zaczyna dostrzegać wokół siebie inny świat niż ten, który do tej pory widziała.

Podoba mi się to, jak - dzięki tej właśnie kompozycji - przedstawiono Afrykę. Z obu stron, tak dobrze znanych nam ze stereotypów. Mamy tu i piękne, słoneczne sawanny, przyjaznych i otwartych ludzi, dziką przyrodę na wyciągnięcie ręki, safari - i tę biedną, smutną Afrykę, pełną groźnych chorób i przepełnionych szpitali. Obie równie prawdziwe.

Film jest, nie da się ukryć, nieco tendencyjny. Chcemy pokazać, jak próżne, pozbawione znaczenia jest życie koleżanki Mary? Każmy jej kaprysić na nie taki model samochodu, który dostała od męża. Każmy Mary wyraźnie stwierdzić, że to głupie, że jej ograniczona koleżanka żyje w jakimś szalonym świecie, nie mając pojęcia o prawdziwym życiu. Nie może zabraknąć, rzecz jasna, Wielkiej Przemowy w końcowych scenach filmu. To mi się nie podobało. Ale...

...ale kurczę, jakoś mnie ten film chwycił. Jest naładowany takim ładunkiem emocjonalnym, że po zakończeniu seansu aż się trzęsłam. I po raz kolejny przyszło mi do głowy, że gdzieś tam, daleko, jest zupełnie inny świat, któremu kiedyś - zanim przywiązałam się do mojej "normalności" - bardzo chciałam pomagać.


***


I co Wy na to? Widzieliście coś z dzisiejszej piątki? Macie podobne wrażenia? A może coś Was zaciekawiło i chętnie dodacie to do własnych filmowych list?

Miłego tygodnia i do usłyszenia najpóźniej w niedzielę!

Edit: Mąż domaga się sprostowania fragmentu o rosyjskim i ukraińskim: we Wszystko jest iluminacją pojawiły się oba, stąd początkowy zonk :).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails