piątek, 18 kwietnia 2014

Co słonko widziało #3

Wielki Piątek jest w Niemczech - a przynajmniej w mojej Nadrenii-Westfalii - ustawowo wolny od pracy (ponoć dzięki ewangelikom, dla których ma to być najważniejszy dzień w roku). Korzystając z okazji, podzielę się z Wami opinią o kolejnych pięciu filmach, które niedawno obejrzałam. Znowu nie nadgonię wszystkich, ale ta piątka na raz to dla mnie absolutne maksimum - jeden film więcej i sama nie dam rady przebrnąć przez własnego posta...

Następny wpis pojawi się zapewne w poniedziałek. Chciałabym zrobić z tych filmowych podsumowań coniedzielny cykl (i mam nadzieję, że od przyszłego tygodnia mi się to uda!), ale z okazji Wielkanocy przesunę następną notkę o ten jeden dzień. W końcu w niedzielę większość z nas będzie miała inne zajęcia niż czytanie blogów :).

Filmy z poprzedniej puli były bardzo wyrównane - mój mąż aż zaczął się śmiać przy którejś siódemce z rzędu. Tym razem również ich nie zabraknie (co ja poradzę, że trafiam na dobre filmy?), ale nie będzie aż tak monotonnie jak ostatnio. Zapraszam serdecznie :).


1. Przepiórki w płatkach róży // Como Agua Para Chocolate (1992) - 7/10

Film na podstawie magicznej powieści Laury Esquivel o tym samym tytule, którą przeczytałam kilka lat temu. Historia Tity, która - jako najmłodsza córka - ma obowiązek do śmierci opiekować się matką (a co za tym idzie, pozostać panną) i jej zakazanej miłości do Pedra, który postanawia oszukać rodzinną tradycję poślubiając siostrę ukochanej, na długo zapadła mi w pamięć. Zwłaszcza, że opowieść doprawiona była licznymi przepisami meksykańskiej kuchni i sporą dawką realizmu magicznego, który z całego serca uwielbiam. Aż do teraz nie wiedziałam jednak, że nakręcono również film na podstawie tej książki. Rzuciłam się na niego, gdy tylko odkryłam jego istnienie.

Scenariusz napisała sama autorka powieści, a reżyserią zajął się... jej mąż, Alfonso Arau. Zapewne temu właśnie film zawdzięcza niespotykaną wręcz zgodność z literackim pierwowzorem. Żadna scena nie jest dodana czy zmieniona (choć kilka zostało usuniętych), bohaterowie mówią cytatami z książki, mamy nawet narratorkę, opisującą uczucia bohaterów w kluczowych momentach! Z wiekiem nauczyłam się doceniać inwencję twórczą reżyserów wszelakich adaptacji i pogodziłam się z faktem, że film i książka nigdy nie będą tym samym, ale najwyraźniej pozostała we mnie jakaś tęsknota za ekranizacją idealną. Ta niespodziewana wierność Przepiórek w płatkach róży całkowicie mnie zachwyciła. Nie sądziłam, że coś takiego jest w ogóle możliwe.

Doceniam więc w tym filmie wierność adaptacji, doceniam klimat i magię - równie zwyczajnie-niezwyczajną jak w powieści. Łzy zatruwające ciasto, miłość wyczuwalną w tytułowych płatkach róży, namiętność płonącą tak silnie, że aż wzniecającą pożar. Doceniam dobór aktorów - Lumi Cavazos jest przepiękną Titą, Marco Leonardi jako Pedro też jest całkiem uroczy. Są w tym filmie fragmenty, o których zdążyłam zapomnieć i które, ponownie odkryte, bardzo mi się spodobały - jak piękna (i, jak na mnie, prawdziwa!) opowieść Johna Browna o pudełku zapałek. A jednak...

... a jednak nie jestem Przepiórkami... tak zachwycona, jak myślałam, że będę. Minęło już trochę czasu odkąd przeczytałam powieść i najwyraźniej coś się we mnie przez ten czas zmieniło, bo nie potrafiłam już tak mocno wczuć się w sytuację bohaterów. Nie mogłam odpędzić od siebie myśli, że kochankowie wpakowali się w tę sytuację na własne życzenie, że już na samym początku Pedro popełnił wielki błąd, żeniąc się z Rosaurą, że właściwie wyrządził obu siostrom wielką krzywdę. Może też same miłosne perypetie nie są już dla mnie wystarczającą siłą napędową filmu - a przecież Przepiórki w płatach róży to romans pełną gębą. Męża raziła też pewna sztuczność dialogów, która mi jednak szczególnie nie przeszkadzała; jak się chce mieć wierną ekranizację i dialogi żywcem wyjęte w książki, to trzeba przecierpieć ich lekką nienaturalność...

No i to zakończenie, uch! W książce wyszło to subtelnie, tu - zdecydowanie zbyt wyraźnie, dosłownie. To chyba jedyny fragment filmu, który ewidentnie mi się nie spodobał.


2. Sens życia według Monty Pythona // Monty Python's The Meaning of Life (1983) - 5/10

Lubię Monty Pythona i jego oryginalne poczucie humoru. Lubię jego dwie pozostałe pełnometrażówki. Żywot Briana był całkiem dobry, Święty Graal nawet bardzo dobry... Ale Sens życia sromotnie mnie rozczarował. Brakuje mu jakiejś myśli przewodniej, czegoś, co spajałoby ze sobą kolejne sceny. Nawet jeśli cały ten "sens życia" miał być tylko pretekstem do nakręcenia filmu, nawet jeśli w założeniu miało go tam być niewiele, nawet jeśli bohaterowie sami się z tego faktu natrząsają... To jednak przydałoby się cokolwiek. A tu nie ma absolutnie niczego i ciężko nawet uznać to za film pełnometrażowy - bardziej przypomina toto luźny zlepek skeczy.

Pół biedy, gdyby tylko o te skecze chodziło, ale Sens życia rozczarował  mnie w zupełnie nieoczekiwany sposób. Krótko mówiąc: nie był śmieszny. Miał parę lepszych momentów (skecz z rozmową o filozofii, rozmowa protestanckiego małżeństwa...), ale też całą masę przeciętnych czy wręcz słabych. Chwilami zastanawiałam się, po co ja to w ogóle oglądam. Wzdychałam, przewracałam oczami i niecierpliwie wyczekiwałam końca. Co rzadko mi się zdarza.

Ciężko mi uwierzyć, że to ten sam Monty Python, który powołał do życia irytujących wieśniaków i dzielnego Sir Robina. Dałam mu piątkę ze względu na te nieliczne lepsze momenty, pewnie też trochę z sympatii, ale gdybym miała szczerze powiedzieć, co sądzę o tym filmie jako o całości, najprawdopodobniej ujęłabym to jako: szkoda czasu.


3. Dziewczyna z lilią // L'ecume des jours (2013) - 6/10

Do obejrzenia Piany dni (Dziewczyna z lilią ma być zapewne "błyskotliwym" nawiązaniem do Dziewczyny z perłą, ale nijak się ma do oryginalnego tytułu - nawet ja to widzę...) zachęciło mnie nazwisko Audrey Tautou i piękny, nastrojowy plakat. Nie wpadłam wówczas na to, żeby - zanim dodam film na listę "Do obejrzenia" - sprawdzić nazwisko reżysera. Gdybym to zrobiła, odkryłabym, że twórcą filmu jest Michel Gondry, twórca Zakochanego bez pamięci, który niespecjalnie wpasował się w mój filmowy gust. Być może podarowałabym sobie wówczas ten seans. Albo przynajmniej wiedziałabym, czego się spodziewać. Cóż - nie zrobiłam tego i to był mój wielki błąd. Zasiadłam do oglądania oczekując nastrojowej historii o miłości, zupełnie nieprzygotowana na to, co ostatecznie mi zaserwowano.

Mamy w tym filmie samotność, poszukiwanie miłości, zakochanie, chorobę, walkę, bezsilność. Teoretycznie nic nadzwyczaj oryginalnego. Ale w tym przypadku ważne jest nie to, co reżyser przedstawia, ale jak. Opowiedziana przez Gondry'ego historia jest na wskroś surrealistyczna - w najbardziej szalonym znaczeniu tego słowa. Na ekranie pojawiają się węgorze wyskakujące z kranów, dzwonki-karaluchy, długie, gumowate nogi czy lilia rozkwitająca w piersi Chloe. Jest też parę motywów, które dziwnie kojarzą mi się z Zakochanym bez pamięci: miniaturowe postaci, kurczące się domki... Wszystko to składa się na niezwykłą, jedyną w swoim rodzaju mieszankę. Pytaniem jest tylko, czy lubicie taki styl, czy nie.

Ja, niestety, nie lubię. Nie odmawiam reżyserowi wizjonerstwa, artyzmu czy wyobraźni. To wszystko jest bardzo pomysłowe i historia Colina i Chloe wyróżnia się dzięki temu na tle innych melodramatów... Ale nie lubię. Początek był dla mnie zbyt szalony, koniec zbyt ponury. Całość sprawia dla mnie wrażenie przerostu formy nad treścią. Gdyby mniej było w Pianie dni efekciarstwa, bawienia się rzeczywistością, gdyby bardziej przypominała to, co sugeruje plakat - miałaby szansę skraść moje serce. A tak jest tylko sześć gwiazdek - i to głównie z uczciwości wobec oryginalności reżysera ("naprawdę dobre miał te pomysły, nie mogę tego nie docenić!") niż z uczucia wobec jego dzieła...


4. The Young and Prodigious T.S. Spivet (2013) - 7,5/10

Uwielbiam filmy, których głównymi bohaterami są dzieci. Jest w nich - a przynajmniej w pewnej ich części - jakaś taka lekkość, wiara w to, że wszystko jest możliwe, odrobina naiwności i niesamowita obojętność wobec przeciwności losu. Dzieci nie zdążyły jeszcze "nauczyć się" świata. Żadne marzenie nie jest dla nich mniej ani bardziej możliwe do spełnienia od innego, absurdalne sytuacje nie różnią się od normalności, a zwariowane pomysły wydają się im zupełnie zwyczajne. To samo tyczy się również ewentualnych niesprawiedliwości - przyjmują to po prostu jako kolejny element świata, którego dopiero się uczą. A że ja akurat bardzo cenię sobie takie niezwykłe podejście do zwykłego życia (wspominałam już, że uwielbiam realizm magiczny?), to i filmy z dziećmi w roli głównej darzę wielką sympatią...

Gdyby uznać "film o dzieciach" za odrębny gatunek filmowy, to The Young and Prodigious T.S. Spivet miałby sporą szansę stać się za kilka lat klasykiem gatunku. Mamy tu wszystko, co w tego rodzaju filmach najlepsze: niezwykłe warunki, w jakich dorasta bohater, specyficzną rodzinę, ponadprzeciętne zdolności, szalony i brawurowy plan - a wszystko to przedstawione oczami dziecka, które w żadnej z tych rzeczy nie widzi niczego niezwykłego. Tak jest i już. Młody T.S. Spivet - wbrew temu, co próbuje mu wmówić zakompleksiony nauczyciel - nie uważa się wcale za genialnego naukowca; po prostu poświęca nauce każdą wolną chwilę i czerpie z tego przyjemność. Kiedy Instytut Smithsonian przyznaje mu nagrodę za wynalezienie perpetuum mobile, chłopiec postanawia pojechać do Waszyngtonu i odebrać ją podczas uroczystej gali. Zostawia w domu list z wyjaśnieniem i sam, z wielką walizą, rusza w kierunku stacji kolejowej...

Ujmę to krótko: nie ma w tym filmie absolutnie niczego, co by mi się nie podobało. Krajobrazy zapierają dech w piersiach - Spivetowie mieszkają na ranczu w Montanie, kamera raz po raz prezentuje nam więc rozległe przestrzenie, o pięknych, głęboko nasyconych kolorach (ktoś tu chyba majstrował przy obróbce... ale co tam, niech obrabiają, jeśli tak ma wyglądać końcowy efekt...!). Aktorstwo jest wyśmienite; Kyle Catlett, mimo młodego wieku, gra bardzo wiarygodnie, a Helena Bonham-Carter nareszcie ma szansę zaprezentować się w jakiejś normalnej (no, prawie...) roli - z którą radzi sobie równie dobrze jak ze stereotypowymi wariatkami. Film jest zabawny, ale z poważniejszą nutą i zahacza o uniwersalne problemy akceptacji, samotności, poczucia winy i wzajemnego niezrozumienia. To doskonały wybór, jeśli macie ochotę obejrzeć coś lekkiego, ale nie głupkowatego i pozbawionego treści...

A jeśli nadal Was nie przekonałam, to dodam tylko, że film wyreżyserował Jean-Pierre Jeunet, twórca Amelii. I to naprawdę widać.


5. Kraina Lodu // Frozen (2013) - 7/10

Nasłuchałam się i naczytałam o tej bajce tyle, że musiałam w końcu sama ją obejrzeć. Absolutnie tego nie żałuję. Nie wiem, na czym polega magia Frozen, ale nie mogę wyrzucić z głowy tej historii. Może to za sprawą piosenek, których słucham na okrągło? Dziwnym trafem nie zwróciłam uwagi na to, że to musical - i w czasie seansu zostałam tak mile zaskoczona! Oscarowe Let It Go wcale mnie początkowo nie zachwyciło (miałam wrażenie, że Idina Menzel momentami krzyczy zamiast śpiewać - zresztą, nadal mam takie wrażenie, tylko że przestało mi to tak przeszkadzać...) i dopiero teraz zaczynam je doceniać. Nie uważam jednak, żeby była to lepsza piosenka od innych zaprezentowanych w filmie; równie chętnie słucham obu części For The First Time In Forever, Do You Want To Build A Snowman czy Love Is An Open Door...

Frozen jest luźno - bardzo luźno - oparte na andersenowskiej baśni o Królowej Śniegu. Tu jednak królowa nie jest złą i pozbawioną serca postacią, a przeraźliwie samotną nastolatką, którą przerażają jej własne moce. Elsa boi się skrzywdzić swoich najbliższych i dobrowolnie się od nich odizolowuje, bezskutecznie starając się ukryć swoje magiczne zdolności. Oczywiście nadchodzi dzień, w którym prawda wychodzi na jaw. Wówczas do akcji wkracza młodsza siostra Elsy, Anna, zdeterminowana, by odzyskać siostrę, którą de facto utraciła wiele lat temu. A przy okazji odczarować pogrążone w śniegu królestwo...

Po obejrzeniu tego filmu zapytałam męża, jaki - jego zdaniem - jest jego główny morał. To, że miłość może roztopić najtwardszy lód - odpowiedział, czym wprawił mnie w spore osłupienie, bo "mój" morał jest zupełnie inny. Gdybym miała ująć go w jednym zdaniu byłoby to zapewne coś w rodzaju: nie ukrywaj tego, kim jesteś, nawet jeśli jesteś w jakiś sposób "dziwny". Całe to conceal it, don't feel it, którego nauczyli Elsę spanikowani rodzice, nic nie dało, a wręcz pogorszyło sytuację. Natknęłam się też na interpretację zamknięcia Elsy jako depresji, co brzmi całkiem wiarygodnie... Może właśnie dlatego ta - bądź co bądź - bajka tak utkwiła mi w głowie. Daje spore pole do interpretacji.

Przeciwwagą dla Elsy (i całej związanej z nią dramaturgii) jest nie tylko Anna, ale też zaczarowany bałwan, Olaf. Nie rozumiem, jak ktokolwiek mógł go nie polubić (chyba że traci w dubbingu?). Oryginalny Olaf raz po raz rzuca tekstami, po których trudno powstrzymać się od śmiechu; moim ulubionym jest chyba I'm not sure if it'll solve your problem, but I've found a staircase leading to exactly where you want to go... i radosne Let's go kiss Hans! Nie wspominając o minie, jaką robi, kiedy Kristoff zaprowadza ich grupę do swojej "rodziny"!

Jedyne, co mnie w tym filmie rozczarowało, to wątek romantyczny. Naczytałam się wcześniej (uwaga, sypię spojlerami!!!) o tym, jak to Disney naśmiewa się w tym filmie z własnej koncepcji miłości od pierwszego wejrzenia - i chyba za dużo oczekiwałam. W ogóle nie kupiłam całej tej historii z Hansem. Po pierwsze, wyszło to wszystko zupełnie nieprawdopodobnie. Jeżeli Hans rzeczywiście był badassem, to czemu nie pozwolił tym żołnierzom zabić Elsy? Nikt nie mógłby go winić, wręcz pozbyłby się tego denerwującego dziadka, a droga do tronu stałaby przed nim otworem - czy to z Anną, czy bez niej... Poza tym, akurat w przypadku Hansa i Anny ich zauroczenie polegało na czymś więcej niż na maślanym patrzeniu się sobie w oczy. Co z jinx, jinx again!? Co z mental synchronisation? Tego nie da się tak po prostu oszukać. Reżyserzy zapędzili się w tym przekonywaniu widza, że Hans + Anna = true love i wyszło im to aż zbyt wiarygodnie.
Po drugie, rozumiem, że takie a nie inne rozwiązanie wątku Hansa miało dowieść słuszności słów Elsy, ale akurat w tym przypadku to, że znali się tylko jeden dzień, nie ma nic do rzeczy. Jeśli facet był zdeterminowanym oszustem, to Anna mogłaby go równie dobrze znać od roku i nic by to nie dało. Na to samo by wyszło.
Po trzecie, jak się ma do tego cała ta akcja z Kristoffem? Jak długo Anna go znała - dwa dni? Ledwie jeden true love okazuje się oszustem, a już się dzieweczka pakuje w ramiona innego. Notabene, uczucia Anny są w tym momencie zupełnie nieistotne; Olaf wyjawia, że Kristoff ją kocha, skoro jej pomaga (to przecież niemożliwe, że po prostu ma dobre serce i nie chce, żeby dziewczę umarło...) i nic więcej nikogo nie interesuje. Skoro on ją kocha, to ona jego automatycznie też, a jak!
A po czwarte, szkoda, że Disney nie zrobił wyjątku i znów musiał wprowadzić do bajki czarny charakter. Miałam nadzieję, że ten jeden raz zamiast jasnego podziału na dobro i zło dostaniemy ludzi, którzy nie potrafią się wzajemnie porozumieć i z tego wynikają ich późniejsze kłopoty. Była na to spora szansa i szkoda, że jej nie wykorzystano.

Cały ten wątek romantyczny zepsuł mi odbiór filmu - i to przez niego film dostał tylko 7 gwiazdek. Nie zmienia to faktu, że podobało mi się bardzo.

A na koniec trochę muzyki - jak może jej zabraknąć przy wpisie o musicalu?







Widzieliście któryś z tych pięciu filmów? Podobały Wam się?

Do usłyszenia w poniedziałek!

2 komentarze:

  1. Dzień dobry :) "Dziewczyna z lilią" jest ekranizacją powieści Borisa Viana należącej do klasyki literatury francuskiej. Myślę, że ten szczegół wiele zmienia w odbiorze i interpretacji filmu. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry wieczór :).

      Wiem, wiem że to ekranizacja :). I na pewno znając książkę odebrałabym ten film inaczej, może zwróciłabym uwagę na rzeczy, które teraz były dla mnie nieczytelne... Ale uważam, że dobra ekranizacja powinna sama się bronić, bez wsparcia książkowego oryginału. Nie twierdzę, że "Dziewczyna z lilią" tego nie robi - nie zauważyłam tam żadnych luk w fabule etc., po prostu nie podszedł mi ten styl. Dla powieści byłabym pewnie bardziej wyrozumiała...

      Usuń

Related Posts with Thumbnails