niedziela, 13 kwietnia 2014

Co słonko widziało #2

Moja świeżo odkryta pasja filmoznawcza nadal ma się dobrze. Oglądam sporo, co wcale niekoniecznie musi być zaletą - bardzo chciałabym napisać o każdym z filmów chociaż parę zdań, a w takim tempie szybko robią mi się zaległości. Najstarszy z dzisiejszych obrazów oglądałam 22 marca! Marzą mi się podsumowania tygodniowe, które byłyby o wiele łatwiejsze do ogarnięcia - i mam nadzieję, że niedługo uda mi się "nadgonić materiał" na tyle, żeby rzeczywiście móc to małe marzenie zrealizować.

Póki co czas na ostatni łyk ciepłego kakao (u Was też zrobiło się tak chłodno?) i filmowe podsumowanie minionych trzech tygodni :).

1. No (2012) - 7/10

Natknęłam się na ten film już parę miesięcy temu - był wyświetlany w jakimś lokalnym kinie studenckim. Prawie zdecydowaliśmy się tam pójść, ale, na szczęście, w porę zdałam sobie sprawę z tego, że hiszpański + niemieckie napisy to chyba wciąż trochę za dużo jak na moje możliwości. Zanotowałam sobie w głowie tytuł i odłożyłam na półkę "do obejrzenia później". O dziwo, tym razem pół-mityczne "później" rzeczywiście nadeszło. 

No dotyczy (nawiązuje do?) rzeczywistych wydarzeń: rozpisanego pod presją opinii międzynarodowej plebiscytu, w którym Chilijczycy mogli opowiedzieć się za lub przeciw dyktaturze Pinocheta. Referendum poprzedza kilkudziesięciodniowa kampania wyborcza. Obie frakcje - "Si" i "No" - otrzymują 15 minut czasu antenowego dziennie na przekonanie obywateli do swoich racji. Obóz przeciwny Pinochetowi - grupa "No" - zatrudnia młodego, zdolnego i cenionego eksperta od reklamy, René Saavedrę (Gael García Bernal), który ma pomóc im... No właśnie, w czym? Już tu zaczynają się problemy. Obóz "No" zupełnie nie wierzy bowiem w swoje zwycięstwo - jeden z bohaterów stwierdza na początku filmu, że "najstraszniejsze jest to, że on [Pinochet] mógłby wygrać nawet nie oszukując". Opozycjoniści chcą przede wszystkim wykorzystać swój czas antenowy w celu uświadomienia obywatelom, jakich zbrodni dopuszcza się rząd. Z kolei Saavedra, na co dzień zajmujący się tworzeniem reklamowej papki i wciskaniem ludziom tego, co akurat polecono mu im wcisnąć, traktuje referendum jak kolejny produkt. Ma być miło, kolorowo, budzić pozytywne skojarzenia, a w efekcie - sprzedać się. Jego projekt kampanii, której naczelnym hasłem ma być "radość", niektórzy z opozycjonistów odbierają wręcz jako obraźliwy.

No byłoby ciekawe nawet tylko jako film historyczny. O Chile nie wiem absolutnie nic, Pinochet co najwyżej kiedyś obił mi się o uszy i nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak właściwie obalono jego dyktaturę. Warto obejrzeć ten film choćby dla samych walorów edukacyjnych. A jednocześnie nie jest to nudna, uładzona historia o walce z reżimem, którą można by usypiać uczniów na lekcjach historii. Na pierwszym miejscu jest tu nawet nie Saavedra, ale... sama kampania. Marketingowe przepychanki między oboma obozami, próby manipulowania widzami, zderzenie światopoglądów Saavedry i jego współpracowników. To ostatnie zaciekawiło mnie chyba najbardziej. Politycy nie potrafią zrozumieć chłodnego podejścia Saavedry, jego kategorycznego odrzucania ich konkretnego, uświadamiającego projektu i zastąpienia go "reklamą Coca-Coli"; on z kolei nie rozumie ich sprzeciwu wobec radosnego projektu, który ma być przecież przepustką do zwycięstwa w referendum. 

(Dodam od siebie, że w tym konflikcie opowiadam się raczej po stronie polityków - niekonkretny, "coca-colowy" styl Saavedry jest dziś wszechobecny w spotach wyborczych i mocno irytuje człowieka, który, dla odmiany, chciałby zagłosować na ludzi, z których poglądami się zgadza, a nie na tych, którzy nakręcili najlepszy filmik...)

Ciekawa jestem, jak rzeczywiście wyglądały spoty reklamowe w tamtej kampanii. Czy użyto w filmie autentycznych materiałów? Jestem skłonna w to uwierzyć. Cały film stylizowany jest na VHS, co tym bardziej dodaje mu autentyzmu.

A Gael García Bernal jest naprawdę dobrym aktorem. Kolejny z filmów tylko mnie w tym przekonaniu utwierdził.


2. Miasto ślepców // Blindness (2008) - 7/10

Dziwi mnie nieco tytuł tego filmu - dlaczego miasto? Przecież nie chodzi tu tylko o nie, a o całą ludzkość, która pada ofiarą epidemii ślepoty. Tajemniczej, groźnej i - z medycznego punktu widzenia - zupełnie niezrozumiałej. Zaczyna się od pewnego Japończyka, który nagle zaczyna widzieć wokół siebie jedynie biel. Jego ślepota rozprzestrzenia się niczym wirus; dotyka ludzi, którzy próbowali mu pomóc, jego żonę, lekarza. Każdy z nich przekazuje "wirusa" swoim partnerom, przyjaciołom, pacjentom... W końcu rząd postanawia umieścić zakażonych w odizolowanym budynku. Początkowo jest to niewielka grupka ludzi, zaopatrywanych wprawdzie w żywność, ale poza tym zdanych zupełnie na samych siebie. Z czasem do "szpitala" trafia coraz więcej osób, a ekstremalna sytuacja, w jakiej się znaleźli, wyzwala w części z nich pierwotne instynkty...

To ciężki film. Intrygujący, przykuwający uwagę, ale trudny do zinterpretowania. Z jednej strony mamy piękne zdjęcia, przesycone bielą (właśnie: ślepota nie jako czerń, ale jako biel; zamiast zamknięcia "kanałów" - kontaktu z rzeczywistością, światem, prawdą? - mamy tu ich maksymalne otwarcie, przez co bohaterowie nie widzą niczego poza światłem...). Mamy motywy głębokich przyjaźni, zadzierzgniętych przez ludzi, którzy w normalnym świecie - ze względu na rasę, wiek, pozycję społeczną - nigdy nie zwróciliby na siebie uwagi. Przychodzi mi więc do głowy oczywista interpretacja tytułowej ślepoty jako swego rodzaju lekcji (notabene, główna bohaterka - postać w założeniu niewątpliwie pozytywna - jako jedyna jest na wirusa uodporniona; może nie choruje, bo nie musi?). Ale jednocześnie mamy też ludzi, dla których nie jest to żadna "lekcja", w których pod wpływem nowej sytuacji budzą się najniższe, prymitywne odruchy. Pojawia się głód, brud (jakże kontrastujący z tą sterylną bielą!), choroby i bezradność, a później także okrucieństwo, represje, eskalacja przemocy. Dodając do tego wyznanie samego Jose Saramago (autora powieści Miasto ślepców), który porównał utratę wzroku bohaterów do utraty rozumu, zupełnie nie wiem już, jak mam ten film interpretować. Może lektura powieści naprowadzi mnie na jakiś trop...

Dzięki Miastu ślepców pierwszy raz zobaczyłam Gaela Garcię Bernala w roli czarnego charakteru. Nie dziwię się, że ludzie, którzy poznali tego aktora właśnie jako króla trzeciego oddziału, mogą mieć do niego trwały uraz. Przerażająca rola.

Swoją drogą, wiąże się z tym filmem mała zagadka. W wersji, którą oglądałam, w ogóle nie ma ostatniego monologu narratora - tego, który kończy się słowami 'I'm getting blind, she thought'. Szukałam jakichś informacji na ten temat, ale niczego nie znalazłam. Może ktoś z Was wie, o co tu chodzi? Alternatywne zakończenie? Wersja reżyserska? Nie zauważyłam w filmie żadnych braków, wszystko było w pełni spójne...


3. Pociąg do Darjeeling // The Darjeeling Limited (2007) - 7/10

Tym razem film z zupełnie innej beczki. Wes Anderson - to mówi samo za siebie. Pokochałam jego Moonrise Kingdom i z chęcią zasiadłam do oglądania Pociągu do Darjeeling, który jest chyba jego najbardziej sztandarowym dziełem. Spodziewałam się Indii, kolorów, przygód i absurdalnego poczucia humoru. Wszystko to dostałam - i choć nie jestem Pociągiem... zachwycona tak, jak swego czasu Kochankami z Księżyca, to i tak seans wspominam bardzo miło.

Bohaterami Pociągu do Darjeeling jest trójka braci, pragnących odwiedzić matkę, z którą jakiś czas temu stracili kontakt - również (czy raczej: przede wszystkim) emocjonalny. Jako że matka zaszyła się w klasztorze na północy Indii, bracia wsiadają w niezwykły, tytułowy pociąg i ruszają w egzotyczną podróż. Każdy z nich jest inny i, na swój sposób, zabawny. Najmłodszy z braci nieustannie przygnębiony jest ciążą swojej żony - zawsze sądził bowiem, że kiedyś się rozwiedzie. Średni dochodzi do siebie po zerwaniu z dziewczyną i pisze uszczypliwe powieści, w których wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest absolutnie przypadkowe. Najstarszy dochodzi do siebie po wypadku, który skończył się o wiele mniej tragicznie niż mógł. To cudowne ocalenie sprawiło, że postanowił nadać swojemu życiu więcej duchowej głębi. Zaplanował więc dokładnie cały harmonogram pobytu w Indiach, ze szczególnym uwzględnieniem odwiedzenia wszystkich świętych miejsc, aby zadbać o rozwój duchowy całej ich trójki.

Lubię Andersona za dostrzeganie absurdów codzienności. Za to, że u niego wszystko może się zdarzyć, a jego bohaterowie są trochę jak dzieci, których nic nie dziwi. Za te tylko lekko przerysowane portrety psychologiczne. Najstarszy z braci szczególnie przypadł mi do gustu; jest żywą parodią wszystkich tych turystów z Zachodu, którzy udają się do Indii w poszukiwaniu oświecenia i duchowych doznań, co po niedawnej lekturze Alfabetu zakochanego w Indiach było dość odświeżającym przeżyciem.

Lubię Andersona też za to, że nie ze wszystkiego się śmieje. Pod tym wariactwem kryje się tu i ówdzie odrobina smutku. I reżyser dobrze wie, kiedy przyhamować ten szalony, rozpędzony pociąg.


4. Walka żywiołów // The Squid and the Whale (2005) - 7/10

Walkę żywiołów zaproponował mój mąż, twierdząc, że to kolejny film Wesa Andersona. Ostatecznie okazało się wprawdzie, że Anderson był w tym przypadku tylko producentem, ale dzięki tej małej pomyłce mieliśmy okazję obejrzeć kolejny dobry film, o którym wcześniej nawet nie słyszeliśmy. A przynajmniej ja nie słyszałam.

The Squid and the Whale (nie wiem, skąd wziął się polski tytuł...) to film o emocjach. O tragedii tak już w dzisiejszych czasach częstej, wręcz normalnej, że mało kto zastanawia się już nad jej wpływem na ludzkie życie: o rozwodzie. W tym przypadku para, która postanawia się rozstać, ma dwóch synów: wciąż małego, dziecinnego Franka, który przywiązany jest przede wszystkim do mamy i nastoletniego, zapatrzonego w ojca Walta. Obaj na swój sposób (nie) radzą sobie z nową sytuacją. Każdy z nich, bardziej lub mniej mimowolnie, obwinia o rozwód mniej lubianego rodzica i męczy się, kiedy jest zmuszony spędzać z nim wyznaczony czas.

Dla mnie najciekawszy w tym filmie był motyw wpływu, jaki rodzice wywierają na swoje dzieci. Nieraz destrukcyjnego, ograniczającego, ogłupiającego wręcz. Nastoletni Walt (bardzo dobra rolla Jessego Eisenberga!) do tego stopnia polega na zdaniu ojca, że zupełnie przestaje samodzielnie myśleć. A ojciec - zapatrzony w siebie, domorosły pisarz, obrażony na świat, który nie poznał się na jego domniemanym geniuszu - nie tylko nie próbuje tego procesu zatrzymać, ale wręcz jest zadowolony, że syn do tego stopnia go podziwia. Walt wyrasta więc na małoletniego pozera, rzucającego od niechcenia nazwiskami znanych pisarzy, wygłaszającego sądy na temat ich dzieł, których... nigdy nie przeczytał. Jest w zasadzie odpowiednikiem swojej partnerki z Zakochanych w Rzymie - tyle tylko, że pseudo-oczytanie Monici było zabawne, a tu jest raczej tragiczne.

Jednocześnie - za co reżyserowi dziękuję - film nie jest szczególnie przygnębiający. Refleksyjny i owszem - ale bez nadmiaru smutku, a czasem nawet z całkiem zabawnymi wstawkami.


5. Duchy Goi // Goya's Ghosts (2006) - 8/10

Film o malarstwie, inkwizycji i rewolucji francuskiej. O okrucieństwie, fanatyzmie i oportunizmie. A także o malarzu i o pewnej kobiecie, na której życiu Wielka Historia odcisnęła wielkie piętno.

Cykl grafik Goi Gdy rozum śpi, budzą się upiory nie przypada do gustu świętej inkwizycji. Jeden z kapłanów, brat Lorenzo, występuje jednak w obronie artysty, kierując gniew współbraci na modelki malarza - w jego mniemaniu kurtyzany i prostytutki. Po krótkim czasie kapłani aresztują jedną z nich, widząc, że odmawia jedzenia wieprzowiny. Torturowana dziewczyna przyznaje się do praktykowania judaizmu i zostaje wtrącona do lochów inkwizycji, gdzie czeka na proces. Zrozpaczona rodzina staje na głowie, by odzyskać córkę - posuwa się nawet do "przesłuchania" brata Lorenzo i audiencji u króla. Tymczasem w sąsiedniej Francji rozjuszony lud przejmuje władzę w państwie i wkrótce postanawia podzielić się szlachetnymi ideami rewolucji z innymi uciśnionymi narodami...

Uderzyło mnie w tym filmie podobieństwo obu idei: inkwizycji i rewolucji. Coś, co w założeniu ma wypływać ze szlachetnych pobudek, coś wymyślonego ponoć dla dobra ludzkości - okazuje się terrorem, metodą ucisku, zastraszania i demonstrowania swojej władzy. Zupełnie nie rozumiem, jak ludzie, którzy nie zauważyli w Duchach Goi krytyki rewolucji, oglądali ten film. Czy scena, w której narrator-Goya mówi o żołnierzach, którzy "przynieśli nam wielkie idee rewolucji: wolność... równość... i braterstwo", a na ekranie widać przewalające się trupy, jest zbyt mało dosłowna? To nie jest film potępiający w czambuł religię, a gloryfikujący świecką władzę, która się jej pozbyła. To film o mrocznej stronie człowieczeństwa, o ludziach, którzy, usprawiedliwiając się jakąkolwiek ideą posuwają się do wielkich okrucieństw. Nie wiem, jak ten fakt mógł komukolwiek umknąć, zwłaszcza wobec takiego a nie innego poprowadzenia postaci brata Lorenzo.

Dzięki Duchom Goi odzyskałam wiarę w Natalie Portman. Dawno nie widziałam równie dobrego filmu z jej udziałem (co do Czarnego łabędzia mam mieszane odczucia, związane z całym tym oscarowym skandalem...). Nie dość, że wypadła bardzo wiarygodnie jako Ines - a bycie tą Ines, która po latach wychodzi na wolność, nie mogło być proste... - to jeszcze wystąpiła w podwójnej roli. Jako Alicia zachwyca już mniej, bo też i o wiele mniej miała tam do zagrania, ale udało jej się rozdzielić te dwie postacie. Javier Bardem jest równie dobry, chociaż to akurat niespecjalnie mnie zaskoczyło - to zapewne wątpliwy komplement, ale ten człowiek jest stworzony do ról psychopatów. O ironio, z trójki głównych bohaterów najsłabiej pamiętam samego Goyę...

***

Na dzisiaj chyba wystarczy. Nie nadgoniłam, oczywiście. Trzymajcie kciuki, żeby w przyszłym tygodniu mi się udało :).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails