piątek, 21 lutego 2014

Oscarowe odliczanie: Ona // Her

7/10

Pisanie o Her przypomina mi trochę łapanie baniek mydlanych: bardzo staram się ująć moje myśli w jakąś zgrabną, spójną całość, "złapać" je, ale zupełnie mi to nie wychodzi. Może dlatego, że sam ten film jest poniekąd taką właśnie bańką. Jest bardzo delikatny, nieco oniryczny, przepełniony melancholią i oddziałujący na widza głównie poprzez swój klimat. Próby analizy odzierają go tylko z tego pół-baśniowego uroku. Ciężko mi samej - nawet na własny użytek - ustalić, co mnie w tym filmie oczarowało i czego właściwie mi w nim zabrakło. Jednego jestem pewna: przy całej swojej delikatności ta "bańka" nie wyparowuje widzowi z głowy pięć minut po seansie. 

Akcja filmu dzieje się w bliżej nieokreślonej przyszłości, ale - ku mojej wielkiej uldze - nie uświadczymy w Her typowych elementów kina science-fiction. Wątek futurystyczny został tu ograniczony do minimum i służy właściwie tylko temu, żeby cała przedstawiona w filmie historia miała szansę zaistnieć. Główny bohater, Theodore, (Joaquin Phoenix) związuje się bowiem ze swoim... systemem operacyjnym. Z tym, że nie jest to nasz skromny Windows, a rozbudowany twór o zaawansowanej sztucznej inteligencji, potrafiący gromadzić doświadczenia i samodzielnie się dzięki nim rozwijać, empatyczny, inteligentny, przyjaźnie nastawiony, a przede wszystkim: mówiący głosem Scarlett Johansson. Theodore jest oszołomiony naturalnością rozmów z "Samanthą" - bo takie imię wybiera sobie system - i szybko zapomina o tym, że ma do czynienia z maszyną. Zresztą - czy to ma jakieś znaczenie? Samantha, choć wirtualna, rzeczywiście jest dowcipna, empatyczna, inteligentna etc. Wydaje się być bratnią duszą Theodora. A wobec tego, czy fakt, że nie ma ciała, że jest poniekąd "uwięziona" w technologii, ma aż takie znaczenie? Jest ważniejsze od tego, że bohater na nowo odkrywa dzięki niej radość życia i uczy się śmiać?

Wszystkie te pytania sprowadzają się de facto do pytania o istotę człowieczeństwa, o to, co (albo czy coś w ogóle?) odróżnia nas od skomplikowanych komputerów. Rzecz jasna, raczej nie da się na nie odpowiedzieć po parosekundowym namyśle. Her zmusza więc widza do bezustannej pracy szarych komórek, ciągłego zastanawiania się i podawania własnych sądów w wątpliwość. Co myślę o tym, co właśnie widzę i dlaczego tak myślę? Może mam zbyt ograniczone horyzonty? A może przeciwnie, szybko dałam się omamić i uwierzyłam w iluzję? Ciężko tu dojść do ostatecznych wniosków...

Od tygodnia zastanawiam się, co właściwie nie do końca spodobało mi się w tym filmie. Może to kwestia tej niezmiennej melancholii, przesycającej każdą scenę, od pierwszej po ostatnią? Bohaterowie są przytłaczająco samotni, a jednocześnie przerażająco nieporadni w tej samotności. Zupełnie jakby zanikł u nich instynkt stadny, umiejętność nawiązywania więzi z innymi. OSy - czyli systemy operacyjne - zdają się być dla nich jedynym ratunkiem. Dają im szczęście - albo przynajmniej jego namiastkę. Ale nawet te szczęśliwe sceny są melancholijne, bo - nie oszukujmy się - związek człowieka z komputerem nie może skończyć się dobrze. Od początku wiadomo, że to rozwiązanie tymczasowe i zupełnie nieprzyszłościowe.

A może to raczej kwestia głównego bohatera, którego ni w ząb nie potrafię zrozumieć. Całe to jego brnięcie w "romans" z Samanthą było dla mnie od początku absurdalne i... tchórzliwe. Wygodniej jest kupić sobie system operacyjny, który - przynajmniej w momencie zakupu - jest przyjazny, inteligentny, współczujący, który potrafi wysłuchać, doradzić, segreguje i analizuje naszą pocztę, a w dodatku mówi seksownym głosem - niż starać się zbudować związek z kobietą, która przeżyła już sporo lat bez nas, ma swój bagaż doświadczeń, przyzwyczajeń, lęków, może nawet jakichś traum. Trzeba by się wysilić. Postarać się zrozumieć druga osobę. Poświęcić trochę (albo i dużo) czasu na wzajemne docieranie się. Po co się fatygować, skoro można kupić sobie Samanthę? Siedziałam więc sobie przed ekranem i śledziłam ten dziwny romans bez szczególnie ciepłych uczuć, zastanawiając się tylko, kiedy i dlaczego Theodore w końcu się obudzi.

Jako że głównymi bohaterami Her są Theodore i Samantha, a ona jest jedynie płynącym z komputera głosem, prawie cały film spoczął na barkach Joaquina Phoenixa. Należą mu się brawa, bo w pełni ten ciężar udźwignął. Ja sama uważam wprawdzie jego występ za "tylko" dobry, bo Theodore przez większość czasu ma klasyczną minę zbitego psa aka życiowej niedorajdy, która nie tylko mnie irytuje, ale też niespecjalnie pozwala aktorowi rozwinąć skrzydła, ale już mój chłopak bardziej docenił Joaquina i jest nieco niepocieszony brakiem nominacji dla niego za pierwszoplanową rolę męską. Reszty aktorów prawie nie ma, jedynie Amy Adams pojawia się na ekranie na dłużej niż kilka chwil.

Ach, i uwaga bez związku z czymkolwiek, ale muszę się nią podzielić: uwielbiam obie przedstawione w filmie gry! Szczególnie spodobała mi się ta bardziej współczesna, ze zbieraniem punktów supermamy - pomysł o tyle zabawny, co ironiczny. Gra Theodora raczej by mnie nie wciągnęła, ale nie obraziłabym się, gdybym kiedyś mogła coś takiego przetestować.

W pewien sposób Her kojarzy mi się z Once i Lost in Translation. Z Once zapewne przez cały ten spokojny, refleksyjny, dla niektórych pewnie zbyt powolny klimat i przez nieszablonową, romantyczną historię, stanowiącą główną oś fabuły. Z Lost in Translation - przez motyw samotności i Scarlett Johansson. Mam niejasne przeczucie, że fani obu tych tytułów na Her też się nie zawiodą.

2 komentarze:

  1. Zakochałam się w tym filmie, podoba mi się dosłownie wszystko i moja nadwrażliwa emocjonalność przejęła te wszystkie relacje bohaterów i nie umiem rozłożyć tego filmu na recenzyjne części pierwsze i nawet nie chcę, co widać w moim dzisiejszym wpisie ;)
    Mam poczucie, że to, czego szukałam w tych nominowanych do Oscara filmach, znalazłam właśnie w Her.

    Koniecznie muszę jeszcze nadrobić Kapitana Philipsa, bo mnie bardzo zaciekawiłaś swoją opinią :)

    Pozdrawiam cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam, widziałam :). Mój chłopak zareagował bardzo podobnie i... I ja właściwie też, tylko że miałam ten mały niedosyt i zaczęłam drążyć, o co mi właściwie chodzi. I to tylko takie moje nieśmiałe próby wytłumaczenia tego samej sobie (i innym, przy okazji, też) :). Ale pomijając ten niedosyt, to oglądało mi się to bardzo dobrze. Bardzo mnie wciągnął ten film i w ogóle nie rozumiem, jak mógł dla kogoś być nudny ;).

      Koniecznie daj znać, jeśli obejrzysz Kapitana - jestem bardzo ciekawa Twojej opinii :). Tak prawdę mówiąc to nie wydaje mi się, żeby szczególnie Ci się spodobał, bo to takie mocno "męskie" kino i momentami się dłuży, ale chociażby dla samej końcówki - warto!

      Pozdrowienia!

      Usuń

Related Posts with Thumbnails