poniedziałek, 10 lutego 2014

Oscarowe odliczanie: Kapitan Phillips // Captain Phillips

7/10

Dzięki Kapitanowi Phillipsowi nareszcie coś drgnęło w mojej "oscarowej" skali ocen. Wątłe światełko nadziei na znalezienie wśród nominowanych filmów czegokolwiek, co przypadnie mi do gustu, też zaczęło błyskać nieco odważniej. Kapitan Phillips to nie arcydzieło, tematyka też szczególnie mnie nie porwała, ale to pierwszy z czterech opisanych do tej pory filmów, któremu nie mogę zarzucić niczego konkretnego. Sens jest. Zamysł reżysera też. Napięcie jest. Aktorstwo jest (i to jakie...!). Dobre dialogi są. Przewidywalność... No tak, to chyba najsłabszy punkt - jak to bywa w przypadku filmów opartych na faktach - ale zaskoczeń jest na pewno więcej niż w przypadku Zniewolonego. Jest naprawdę dobrze i zdziwiłabym się, gdyby Kapitan Phillips nie spodobał się miłośnikom gatunku. A że ja się do nich akurat nie zaliczam - cóż, to nie wina filmu...

Fabuła Kapitana Phillipsa jest raczej mało skomplikowana (somalijscy piraci napadają na amerykański statek handlowy i porywają dla okupu jego kapitana), ale nietrudno zauważyć, że film dzieli się na dwie, dość odmienne i nierówne części. Początek filmu jest - przynajmniej pod względem fabularnym, bo końcowe wyczyny Toma Hanksa to osobna bajka... - ciekawszy i bardziej urozmaicony niż druga połowa. To tu marynarze zauważają zbliżający się do statku punkcik, próbują przed nim uciekać, przestraszyć napastników, a wreszcie pozbyć się ich z pokładu. Jest w tym trochę przerażenia, trochę opanowania, trochę brawury i trochę tchórzostwa. Marynarze ze statku kapitana Phillipsa to nie komandosi, a zwyczajni (nieuzbrojeni!) mężczyźni, którzy zaciągnęli się na rejs, bo chcieli zarobić i nie mają najmniejszej ochoty na bohaterską walkę z napastnikiem. W tej części Kapitan Phillips zahacza lekko o film psychologiczny i prezentuje widzowi przekrój ludzkich zachowań w ekstremalnej sytuacji - zarówno wśród załogi, jak i piratów. Bywa nawet zabawny. Tymczasem druga połowa to już sam motyw porwania kapitana. Powstrzymam się od spojlerów, ale - ogólnie rzecz biorąc - dzieje się tu o wiele mniej. Akcja rozgrywa się w jednym miejscu (Tom Hanks praktycznie nie rusza się z fotela) i ewidentnie traci swoją dynamikę, a sam film zaczyna robić się lekko przydługawy. Kilka scen z tej części filmu chętnie bym przycięła (czy wręcz wycięła...).

W Kapitanie Phillipsie bardzo spodobał mi się sposób przedstawienia postaci. Bohaterowie nie są (całe szczęście!) czarno-biali: kapitan i jego załoga są niezbyt heroiczni, amerykańskie służby specjalne - przerażająco beznamiętne, a piraci sprawiają wrażenie raczej ofiar systemu niż prawdziwych złoczyńców. Trudno pałać nienawiścią do Muse, mając jednocześnie świadomość tego, że Somalia od lat prowadzi w rankingach najbiedniejszych państw świata. Przecież musi istnieć coś pomiędzy łowieniem ryb a piractwem! - wykrzykuje w pewnym momencie kapitan, na co Muse odpowiada gorzko: W Ameryce może i tak. Pieniędzy z okupów nie zdobywa zresztą dla siebie - to coś w rodzaju haraczu dla tych, którzy stoją wyżej od niego. Mi było go (i reszty piratów też, poza ewidentnym "tym złym") po prostu żal i wcale niespecjalnie zależało mi na tym, żeby misja odbijania kapitana zakończyła się powodzeniem.

Ale to, co najbardziej przykuwa uwagę w Kapitanie Phillipsie, to aktorstwo. Odtwórca roli Muse, Barkhad Abdi, poradził sobie dość dobrze, ale wypadł jednak blado przy Tomie Hanksie, który w tym filmie przeszedł samego siebie. Od lat go lubię i cenię, ale w takiej roli jeszcze go nie widziałam. Nie wiem, jak członkowie Akademii mogli tego nie zauważyć i nie przyznać mu nawet nominacji - dla mnie to najlepsza (!) pierwszoplanowa rola męska w sześciu nominowanych filmach, jakie do tej pory obejrzałam. Bez niego Kapitan Phillips byłby zwyczajnie nudny, tymczasem film (no, poza tymi dłużyznami...) kipi od emocji, które nie chcą opuścić widza nawet po zakończeniu seansu. Ja przynajmniej czułam, że coś przewraca mi się w żołądku. Bardzo, bardzo wiarygodna i trudna kreacja. Im bliżej końca, tym wyraźniej to widać, a sama końcówka to już absolutny majstersztyk. Akademio, wstydź się!

Zdjęcia i muzyka, standardowo już, w ogóle nie zapadły mi w pamięć. Czyli: nic specjalnego.

Podsumowując: Kapitan Phillips mnie nie zachwycił, ale też nie rozczarował - w przeciwieństwie do poprzedzającej go trójki. A to już coś. Przez krótki czas był nawet moim oscarowym faworytem. Wprawdzie nadal bardziej z braku laku, bo akurat cały film zasłużył na wyróżnienie dużo mniej niż sam Tom Hanks (nie, nie mogę tego przeboleć...), ale jednak był to najlepszy z czterech nominowanych filmów, które udało mi się zobaczyć. W miniony weekend obejrzałam jednak kolejne dwa filmy i Kapitan... stracił palmę pierwszeństwa, a ja wreszcie znalazłam film, któremu mogę z pełnym przekonaniem kibicować... Ale o tym w następnym odcinku ;).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails