wtorek, 25 lutego 2014

Oscarowe odliczanie: American Hustle

7/10

Już kilka tygodni temu miałam ochotę obejrzeć American Hustle, ale mój chłopak uznał wtedy, że nie zmęczy kolejnego Wilka z Wall Street z rzędu. Odłożyliśmy więc seans na "później" - czyli na moment, w którym oboje ochłoniemy już od przekrętów, aroganckich nowobogackich i całego tego ostentacyjnego kiczu. Niepotrzebnie się baliśmy. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, American Hustle to nie "Wilk z Wall Street, którego możecie pokazać babci". To bardzo przyjemny, wysmakowany film, utrzymany (przynajmniej miejscami) w stylistyce retro, z nastrojową muzyką, nutką zadumy w narracji i pełnokrwistymi, wielowymiarowymi bohaterami. Same przekręty zaś (niezależnie od tego, czy to celowy zabieg reżysera, czy też przypadkiem tak mu to wyszło...) stanowią jedynie tło, pretekst do opowiedzenia całej historii.

Główni bohaterowie American Hustle - Irving (Christian Bale) i Sydney (Amy Adams) - spotykają się na przyjęciu u znajomego. On prowadzi pralnię i, od czasu do czasu, wyłudza od ludzi pieniądze, których nie ma najmniejszego zamiaru oddawać. Ona ledwie wiąże koniec z końcem, pracuje jako striptizerka i marzy, żeby być kimkolwiek innym, niż w rzeczywistości jest. Jest atrakcyjna i zagubiona. On z kolei do najprzystojniejszych mężczyzn świata nie należy, ale roztacza wokół siebie aurę sukcesu i pewności siebie, której dziewczynie tak brakuje. Szybko rodzi się między nimi uczucie - wyjątkowo romantyczne jak na warunki, w jakich oboje się znajdują. Nie przeszkadza im to jednak rozpocząć wspólnego "interesu", czyli zorganizowanego wyłudzania pieniędzy, które obiecują cudownie rozmnożyć dzięki znajomościom w angielskich bankach. Sydney staje się brytyjską Lady Edith, a jej urok sprawia, że "biznes" Irvinga rozkwita.

Na tym idealnym, romantycznym obrazku szybko pojawiają się rysy. Pierwszą z nich jest nieoczekiwana wiadomość o żonie i synku Irvinga. Rosalyn (Jennifer Lawrence), nie chcąc zrywać z rodzinną tradycją udanych małżeństw, nie zgadza się na rozwód, a wszelkie rozmowy na ten temat ucina groźbą odebrania mężowi dziecka. Romans Irvinga z Sydney również przechodzi ciężką próbę, kiedy dziewczyna zostaje aresztowana przez ambitnego funkcjonariusza FBI, Richiego DiMaso (Bradley Cooper). Mężczyzna stawia zakochanemu Irvingowi ultimatum: albo oboje zgodzą się z nim współpracować i pomóc w aresztowaniu skorumpowanych polityków, albo Sydney zostaną postawione zarzuty. Chcąc nie chcąc, bohaterowie przechodzą na stronę niedawnego wroga...

Historia opowiedziana w American Hustle w pewnym sensie stoi na głowie - bo sympatię widza wzbudzają zupełnie nie ci, którzy (teoretycznie) powinni. Trudno nie lubić szantażowanego Irvinga, przerażonego wizją negocjacji z legendarnym, bezwzględnym szefem mafii. Skorumpowany polityk (Jeremy Renner) okazuje się przesympatycznym człowiekiem, całym sercem oddanym swoim wyborcom, a wytrwały funkcjonariusz FBI - sfrustrowanym mężczyzną, którego szlachetne ideały przypominają raczej obsesję. Bardzo dobrze przedstawione są też stosunki panujące między bohaterami; w całym filmie nie ma chyba ani jednej pary (i nie chodzi mi bynajmniej o "parę" w znaczeniu romansowym), której relacje wydawałyby się papierowe, sztuczne albo potraktowane po macoszemu. To pełnokrwiści ludzie, z ich sympatiami i antypatiami, zaletami i przywarami.

Aktorstwo w filmie stoi - standardowo - na wysokim poziomie, chociaż ten wysyp nominacji trochę mnie dziwi. Ciężko mi wypowiedzieć się na temat Christiana Bale'a, którego prawie nie znam (wierzcie mi lub nie, ale widziałam go tylko w roli Johna Rolfa w przynudnawej Podróży do Nowej Ziemi) - zwłaszcza, że przez cały film walczyłam z poczuciem, iż mam przed oczami Bartosza Opanię (aka doktora Latoszka). Najbardziej utkwiła mi w pamięci jego... komiczna fryzura (vide jedna z pierwszych scen filmu). To samo tyczy się zresztą również cholerycznego Bradley'a Coopera, kręcącego włosy na wałkach. Oboje dobrze wpasowali się w swoje role, ale nie są to kreacje, którymi można by się zachwycić. Amy Adams jest przepiękna jako Sydney (duże zaskoczenie po Her, gdzie wyglądała na starzejącą się szarą myszkę; nie wierzcie plakatowi, przez większość filmu jest o wiele ładniejsza!), ale chyba trochę zbyt chłodna, opanowana i nieprzenikniona. Polubiłam ją bardzo na początku filmu, ale z czasem coraz ciężej było mi darzyć ją jakimikolwiek uczuciami.

Zdecydowanie najwięcej emocji wzbudziła we mnie Jennifer Lawrence. Jej Rosalyn inteligencją, trzeba przyznać, nie grzeszy, ale nijak nie odbiera to tej postaci tragizmu. Po początkowych scenach, kiedy to Irving usiłuje przekonać widza, że żona nie chce pozwolić mu na rozwód tylko przez swój ośli upór, stopniowo staje się jasne, że Rosalyn cierpi przez jego obojętność. Nie walczy o jakieś swoje wyimaginowane zasady - walczy o niego. Mimo że Irving chyba nie zdaje sobie z tego sprawy. Jest szalona i nieraz bezmyślna, ale chce po prostu być szczęśliwa. W rzeczywistości pewnie nie wytrzymałabym z nią pięciu minut, ale widząc ją na ekranie było mi jej po prostu przeraźliwie żal. Scena łazienkowej konfrontacji Rosalyn z Sydney - szczera i bolesna - jest dla mnie jednym z najlepszych fragmentów filmu. I tylko ciężko mi uwierzyć, że dwie tak piękne, młode kobiety mogą tak zaciekle walczyć ze sobą o względy łysiejącego Irvinga...
Lawrence idealnie oddała charakter swojej bohaterki. Aż żałuję, że dostała już Oscara rok temu, bo z chęcią przyznałabym jej go właśnie za Rosalyn - to lepsza i trudniejsza rola niż ta z Poradnika pozytywnego myślenia. Ale ciężko mi uwierzyć, że Akademia przyzna jej statuetkę drugi raz z rzędu - zresztą sama muszę przyznać, że byłoby to trochę nudne.
 
Utkwiła mi w pamięci również przyjemna dla ucha, nastrojowa muzyka. Nazw utworów, oczywiście, nie kojarzę, ale ładnie wpasowały się w klimat filmu - na tyle ładnie, że nawet zarejestrowałam ich istnienie. A to już bardzo dużo.

American Hustle spodobało mi się od pierwszej (dosłownie!) sceny - żartobliwego napisu 'Some of this really happened'. To dobry, przyjemny film; jego oglądanie nie boli, a przy odpowiednim nastawieniu może nas nawet wzbogacić o parę refleksji natury psychologicznej. I tylko jedno pytanie nie daje mi spokoju: 
 
Jak kończy się historia o łowieniu ryb w przerębli???

4 komentarze:

  1. Hahahaha -> "Jak kończy się historia o łowieniu ryb w przerębli???" :D

    To wszystko przez niecierpliwego Richiego DiMaso, który nie zasłużył na usłyszenie tej historii ;)

    Zgadzam się z Tobą, że Jennifer powinna dostać Oscara za Rosalyn, a nie za Tiffany. Lubię Poradnik pozytywnego myślenia, to fajny film, ale mimo ważnych wątków (problemy psychiczne) dla mnie jest po prostu komedią romantyczną z elementami tańca. Tiffany jest świetna, ale już prędzej Katniss z Hunger Games powinna mieć Oscara.
    Jednak Jennifer rolą Rosalyn potwierdziła nie tylko swój talent, ale i umiejętności. Cały czas myślę, że Lupita dostanie Oscara za rolę drugoplanową, ale ja z chęcią dałabym go Jen. Jednak ten Oscar rok po roku dla niej mógłby zaszkodzić. Już teraz traci sympatię przez te wszystkie nagrody (a niby Polacy to taki zawistny naród, a jednak w USA jest to samo ;]).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uch, jak DiMaso drugi raz nie dał temu swojemu szefowi spokojnie dokończyć tej historii to miałam ochotę go udusić ;). Masz rację, nie zasłużył, choleryk jeden. Ale jak pojawiły się napisy końcowe w pierwszej kolejności przyszło mi do głowy: "Jak to? A ryby?" ^^.

      Też lubię "Poradnik...", ale bez jakiegoś szaleńczego zachwytu - pierwsza połowa bardzo mi się podobała, druga to już taki leciutki filmik o tańcu, rozczarowała mnie trochę. Tu tego nie było, Rosalyn szaleje od początku do końca ;). A Igrzysk w ogóle nie widziałam (przeczytałam 1. część i stwierdziłam, że chyba nie chcę tego oglądać na ekranie...).

      Tak się ostatnio zastanawiałam, czy Jennifer ma na koncie jakąś typowo sympatyczną rolę? Bez wywracania oczami, tego grymasu irytacji etc.? Bo i Tiffany, i Rosalyn są dość oschłe, Katniss (przynajmniej ta książkowa) też szczególnie przyjacielska nie była. Brakuje mi u niej takiej mniej pokręconej roli...

      Usuń
  2. lubie to, maly buntowniku! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ze mnie jest raczej słaby buntownik. Ale dziękuję, cieszę się, że to lubisz ^^.

      Usuń

Related Posts with Thumbnails