środa, 31 grudnia 2014

Co słonko widziało #22: rok 2014

Nadal nie udaje mi się pisać regularnie i bardzo nad tym ubolewam - ale madre mia, co tu się wyrabia! Próby znalezienia następcy na nasze stare mieszkanie i użeranie się z właścicielem, który chyba niespecjalnie chce rzeczonego następcę znaleźć doprowadzają mnie regularnie do czarnej rozpaczy i jestem już tak tym wszystkim wymęczona, że nie mogę doczekać się, kiedy wyjadę, pójdę do pracy i będę mogła wreszcie trochę odpocząć. Obojętnie jak absurdalnie by to nie brzmiało. Całą moją systematyczność diabli wzięli...

W przerwach między wściekaniem się na wszystkich po kolei (I'm surrounded by idiots jest moim mottem miesiąca...) nadrabiałam zaległości w tegorocznych produkcjach. Parę starszych filmów też obejrzałam, ale te z roku 2014 zdecydowanie przeważały i to na nich zamierzam się dzisiaj skupić. Podsumowanie minionego roku będzie musiało poczekać już do nowego. Bardzo bym chciała, żeby się tu pojawiło; pomysłów mi nie brakuje, tylko z czasem krucho...


1. Bai ri yan huo // Czarny węgiel, kruchy lód (2014; Chiny) - 6,5/10

Film, który zdobył w Berlinie Złotego Niedźwiedzia, więc spodziewałam się po nim czegoś naprawdę dobrego - i może dlatego trochę się nim rozczarowałam. Nie jest zły, to całkiem niezłe połączenie thrillera, kryminału i dramatu, ale żeby aż Niedźwiedzia...? W gruncie rzeczy historia jest mało odkrywcza: mamy tu rozczłonkowane zwłoki, pojawiające się w różnych miejscach kraju, niepozorną kobietę, która okazuje się być mocno zamieszana w całą aferę, ex-policjanta z depresją, który nie może pozbierać się po nieudanej akcji, w trakcie której zginęli jego współpracownicy. Do tego trochę chińskich realiów - bardzo nietypowych, nawiasem mówiąc; miejsce akcji wyglądało mi na Rosję i w ogóle z Chinami mi się nie kojarzyło... To wszystko zrobione jest poprawnie, film całkiem wciąga, ale do arcydzieła mu daleko. Bądź co bądź, to jednak tylko kryminał; elementy dramatyczne wprawdzie są, ale to zagadka pozostaje na pierwszym planie. Fanką kina noir nie jestem, to nie moje klimaty, a w Czarnym węglu... nie dostrzegłam niczego wyróżniającego ten film spośród innych kryminałów/thrillerów, które zdarzyło mi się obejrzeć. Niemniej jednak seans jest całkiem przyjemny (o ile lubi się wolne tempo akcji) i absolutnie tego filmu nie odradzam. Spróbujcie, może akurat Wam bardziej przypadnie do gustu.


2. Boyhood (2014; USA) - 8/10

Kolejny film z Berlinale, który, dla odmiany, całkowicie mnie oczarował. Już sam pomysł jest niezwykły: dwanaście lat z życia pewnej rodziny, filmowanych na bieżąco, z udziałem tych samych aktorów, dorastających wraz z filmem. Byłam przekonana, że to dokument - ale nie, to zwyczajny film fabularny, z porządnym scenariuszem. Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że ktoś mógł być na tyle szalony, żeby zabrać się za realizację takiego projektu. Przecież tyle mogło pójść nie tak! A jednak wyszło - i ogląda się to bardzo, bardzo dobrze. Niby to tylko zapis kilku lat z życia głównego bohatera i jego najbliższych, ale obserwowanie zachodzących w nich zmian było dla mnie fascynujące. Dużą rolę odgrywa w tym, oczywiście, również fakt, że chłopiec z plakatu wyrasta na interesującego, myślącego młodego człowieka, któremu aż chce się kibicować na jego drodze do dorosłości. Znalazłam w tym filmie sporo "siebie" (czy raczej: rzeczy, które sama przeżywałam albo nad którymi swego czasu dużo rozmyślałam). I tylko siostra głównego bohatera niepomiernie mnie irytowała - niezależnie od tego, czy miała lat siedem, czy siedemnaście. Z rozpuszczonej smarkuli wyrosła rozpuszczona nastolatka, należąca do tego typu ludzi, na który mam silną alergię. Z drugiej strony, tylko dodało to filmowi wiarygodności - tacy ludzie też przecież istnieją, i to wcale niekoniecznie muszą być rzadkością...
Dla mnie był "zwyczajnie niezwyczajny". Bardzo lubię takie "podglądanie", filmy, w których głównym bohaterem zdaje się być samo życie. Ja w ogóle lubię życie, może to dlatego ;). Ale znów - trzeba dobrze się czuć w tych klimatach. Nie dziwię się, że sporo ludzi twierdzi, że okropnie się na tym filmie wynudziło ^^.


3. I Origins // Początek (2014; USA) - 8/10

Mniej więcej rok temu odkryłam amerykańską aktorkę, reżyserkę, producentkę i scenarzystkę (czego ta kobieta nie robi!), Brit Marling - i było to dla mnie Odkrycie przez duże "O", pełne najautentyczniejszego zachwytu graniczącego z uwielbieniem, Odkrycie samodzielne, nieoczekiwane i niezmiernie inspirujące. Fascynująca kobieta. Widać w jej filmografii konsekwencję w wyborze tematów i jasno sprecyzowane poglądy, które (jak nietrudno się domyślić...) są z moimi zaskakująco zbieżne. Inteligentna, odważna, uduchowiona, a jakby tego nie wystarczyło - piękna. Zobaczyłam ją po raz pierwszy w Drugiej Ziemi, już po paru dniach rzuciłam się na Dźwięk mego głosu i Grupę "Wschód", a reszta jej dość ubogiej filmografii natychmiast wylądowała na liście "do obejrzenia". Wśród nich znalazł się właśnie Początek, który nareszcie udało mi się obejrzeć. Oczywiście, że bardzo mi się podobał. Oczywiście, że mam ochotę na więcej. I choć moje prawie-uwielbienie dla pani Marling mocno przez ten rok osłabło, to dzięki temu seansowi znów z niecierpliwością czekam na Świętsze od aniołów i The Keeping Room...

Jest parę rzeczy, których można spodziewać się po filmach z Brit Marling. Po pierwsze, pewnej dozy zjawisk uważanych za nadprzyrodzone czy niemożliwe (bliźniaczej planety-Ziemi albo kobiety, która twierdzi, że przybyła z przyszłości). Po drugie, zderzenia światopoglądów (Grupa "Wschód" się kłania, Dźwięk mego głosu zresztą też...). Po trzecie, niejasnego zakończenia (Druga Ziemia, Dźwięk mego głosu). Początek nie jest wyjątkiem od tej reguły; ba, wręcz przeciwnie, wszystkie trzy "punkty obowiązkowe" się w nim pojawiają. Zaczyna się od zderzenia światopoglądów: główny bohater jest najbardziej naukowym z naukowców (w jednej z późniejszych scen filmu prawie obraża się na żonę za to, że użyła słowa "dusza"...), jego ukochana to zaś uduchowiona młoda kobieta, wierząca w istnienie niewidzialnych dla nas sił. W drugiej połowie filmu pojawia się wątek nadprzyrodzony: czy istnieje reinkarnacja, a co za tym idzie - właśnie ta wyśmiana dusza? Zakończenie jest niedopowiedziane, bardzo podobne do tego w Dźwięku mojego głosu: już wydaje się, że A, ale w ostatniej chwili dzieje się coś tak wyraźnie wskazującego na B, że widz zupełnie nie wie, co o tym myśleć. Swoją drogą, bardzo cieszę się z takiego rozwiązania; byłam przekonana, że końcówka będzie wyraźnie wskazywała na opcję B i ta dwuznaczność była dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Reżyser zmusza nas do zadania sobie paru pytań, ale nie prezentuje nam jedynych prawidłowych odpowiedzi. I chwała mu za to.

Aktorsko najsłabiej wypada tu... Główny bohater (Michael Pitt). Nie mam mu nic konkretnego do zarzucenia, ale na tle obu filmowych partnerek wypadł dosyć niemrawo i niespecjalnie sympatycznie; ciężko było mi go polubić i zrozumieć jego powodzenie u kobiet. Brit wypadła dobrze, choć rolę miała tu stosunkowo niewielką i niespecjalnie mogła się czymkolwiek popisać. Moim nowym odkryciem jest za to śliczna Sofi, czyli Astrid Bergès-Frisbey; kolejny film z tą aktorką, Córka studniarza, czeka już na liście i z chęcią sięgnę po niego w najbliższym czasie.

Dla mnie to bardzo dobry film: dramatyczny, trzymający w napięciu, lekko i nienachalnie ezoteryczny (z naciskiem na "nienachalnie"!). Przy okazji poruszający mimochodem kilka innych trudnych problemów: radzenia sobie ze śmiercią, z poczuciem winy, życia z wdowcem i zazdrości o nieżyjącą rywalkę. No i Brit, to nigdy nie boli. Bardzo polecam!


4. How to Train Your Dragon 2 // Jak wytresować smoka 2 (2014; USA) - 6,5/10

Pierwsza część bardzo mi się podobała i z chęcią sięgnęłam po drugą, pokrótce streszczając mężowi fabułę jedynki. Jak wytresować smoka 2 to całkiem niezły film, zachowujący urok pierwszej części, ale (co niespecjalnie mnie zaskoczyło) słabszy fabularnie. Postaci nadal są różnorodne i nietrudno je polubić (co ciekawe, wyglądają trochę inaczej, doroślej niż w pierwszej części - brawa za realizm!), Szczerbatek jest najsłodszym smokiem w historii kina, animacja jest bardzo dobra, a wszystko to okraszone jest obfitą dawką humoru. Nie pamiętam już, czy "jedynka" też tak mnie bawiła, ale zaskoczyło mnie, jak często śmiałam się podczas oglądania drugiej części...! Niestety, sama historia niespecjalnie mnie urzekła; nagły zwrot w fabule wydał mi się zupełnie nierealistyczny (no dobra, w sumie mówimy o świecie Wikingów latających na smokach...), a dawka patosu, jaką polano co niektóre dialogi, mocno niesmaczna. Z drugiej strony, oglądałam ten film w trzech częściach (problemy mieszkaniowe się kłaniają...), co na pewno nie sprzyjało zatopieniu się po uszy w bajkowym świecie...


5. Gone Girl // Zaginiona dziewczyna (2014; USA) - 8/10

Rzadko kiedy oglądam takie filmy, ale entuzjastyczne recenzje znajomych rozbudziły moją ciekawość i zmusiły do sięgnięcia po gatunek, z którym mam raczej niewielkie doświadczenie. I choć wierzę, że miłośnikom thrillerów Zaginiona dziewczyna mogła wydać się przeciętną i niedopracowaną pozycją, to dla mnie była czymś zupełnie nowym, świeżym i niesamowicie wciągającym. Zachwyciła mnie Rosamund Pike; do tej pory znałam ją tylko z roli słodkiej Jane Bennet i zupełnie nie spodziewałam się, że może wypaść wiarygodnie w tak pokręconej roli jak właśnie w Zaginionej.... Amy Dunne to postać, która wryła mi się w mózg i o której wciąż raz po raz myślę. Dlaczego była taka, jaka była? Czy to wina Amazing Amy, zbyt silnej presji na bycie idealną? Jak naprawdę wyglądało jej małżeństwo z Nickiem? Nawet rzeczony Nick, czyli Ben Affleck, wypadł tu całkiem nieźle, chociaż w mojej głowie nadal pozostaje aktorem drugiej kategorii.
Film przez cały czas trzymał mnie w napięciu, a wielki zwrot w fabule nie mógł nastąpić w bardziej odpowiednim momencie; ledwie powiedziałam do męża, że nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że..., a już - jakieś pięć minut później - na ekranie pojawił się wyraźny dowód na to "że...". I choć historia Dunne'ów nie jest wolna od wad i parę szczegółów jest mocno naciąganych (żeby nie powiedzieć: przeoczonych), to ogólna atmosfera filmu w pełni mi to zrekompensowała. Nie jest to jakieś wybitne, ambitne kino i wcale nie próbuje nim być; to bardzo dobre kino rozrywkowe, przy którym można trochę pogłówkować, pokibicować temu czy innemu bohaterowi i zapomnieć o codzienności. A przecież chyba właśnie o to w nim chodzi, prawda?


6. The Grand Budapest Hotel // Grand Budapest Hotel (2014; USA, Niemcy, Wielka Brytania) - 8/10

Jakiś czas temu, w jednym z komentarzy, przyrównałam Wesa Andersona do Monty Pythona - albo ktoś "czuje" jego humor, albo nie. Oglądając Grand Budapest Hotel uznałam, że to porównanie było o wiele bardziej trafne, niż mi się wcześniej wydawało. Ten film jest niesamowicie "pythonowski" - i to nie tylko pod względem humoru, ale również dekoracji czy ogólnej stylistyki. Te miniaturowe makiety udające tytułowy hotel, rysunkowe tło... Jakby żywcem wyjęte ze Świętego Graala.
Grand Budapest Hotel, którego akcja rozgrywa się w Republic of Zubrowka i którego głównym bohaterem jest niejaki Zero Mustafa, bardzo mnie bawił i odprężył. Odkrywanie na ekranie kolejnych znanych twarzy też było niezłą zabawą (najmilszym zaskoczeniem byli dla mnie Saoirse Ronan, Lea Seydoux, Mathieu Amalric i Adrien Brody w roli demonicznego Dmitrija). Jednocześnie jednak po raz pierwszy muszę się zgodzić z zarzutem o "wydmuszkowatość" filmu Andersona. W przeciwieństwie do jego wcześniejszych filmów, w tym nie dostrzegłam żadnego drugiego dna, żadnej głębszej problematyki przedstawionej w lekki i zabawny sposób. To zajmująca historia i do mnie ten typ humoru w stu procentach trafia, ale Grand Budapest Hotel służy li i jedynie rozrywce. W czym nie ma, oczywiście, niczego złego, takie filmy też są potrzebne - ale jednak miałam nadzieję na odrobinkę więcej... Niemniej jednak, ubawiłam się przednio i ósemka w pełni się Hotelowi... należy.


Życzę Wam wszystkim szczęśliwego nowego roku! Wielu radosnych chwil i wzruszeń, jak najmniej dramatów, stresu i irytujących ludzi, od których nie można się odpędzić ;). A na dokładkę dobrych książek i filmów. Do napisania w roku 2015!

czwartek, 11 grudnia 2014

Co słonko widziało #21

Moje życie znów wywraca się do góry nogami; tuż po Świętach czeka mnie kolejna przeprowadzka i nowe wyzwania, a że czasu zostało niewiele, więc jestem chwilowo zalatana, zestresowana i do niczego nie mam głowy. Do tego ta okropna pogoda (nie wiem jak u Was, ale my mieliśmy wczoraj pierwszy choć trochę słoneczny dzień od dobrych trzech tygodni)! A co można robić, kiedy jest szaro i brzydko, a przy tym chciałoby się na chwilę zapomnieć o problemach...? Dla nas wybór jest oczywisty: rozłożona kanapa, gruby koc, zapas herbaty i kolejny film z długiej, najprawdopodobniej rozmnażającej się przez pączkowanie listy.

Powoli zbliżają się Oscary, ostatnio skupiam się więc coraz mocniej na tegorocznych produkcjach: częściowo po to, żeby potem nie nadrabiać znów wszystkich na ostatnią chwilę, a częściowo po to, żebym mogła przyznać też moje osobiste Oscary ;). Co nie znaczy, że starsze (znaczy... starsze niż 2014) filmy zupełnie odłożyłam na bok. Przeważnie oglądam po prostu to, na co najdzie mnie ochota.

Czas na filmowy raport z ostatnich dni:


1. Before I Disappear // Zanim zniknę (2014; USA, Wielka Brytania) - 8/10

Bardzo spokojny, klimatyczny, niby-zwyczajny film. Jeden z tych, które ogląda się z przyjemnością, ale ciężko wytłumaczyć, co właściwie przykuwa w nich do ekranu. Historia nie jest nadzwyczaj oryginalna - ba, scenarzysta/reżyser/odtwórca głównej roli wykorzystał już wcześniej ten sam pomysł (i tych samych głównych aktorów...) w krótkometrażowej Godzinie policyjnej. Nie jest bardzo wzruszający, bardzo przygnębiający, bardzo optymistyczny ani bardzo podnoszący na duchu. Ma za to wszystkiego tego po trochu (choć przez większość filmu dominuje melancholijne zabarwienie), bardzo dobrych aktorów i ten niedookreślony "klimat", który całkowicie mnie urzekł.

Zniknąć chce on, Richie (Shawn Christensen). Od lat nieutrzymujący kontaktu z rodziną, samotny, niepotrafiący poradzić sobie ze stratą ukochanej kobiety. Nie ma tu jakichś wielkich dramatów czy okrzyków rozpaczy; Richie chce tylko spokojnie pożegnać się ze światem i znów spotkać się z ukochaną, tym razem "po drugiej stronie". Podcina sobie żyły, wchodzi do wypełnionej wodą wanny i czeka na koniec. Nagle, jak na złość, rozdzwania się telefon. Zdumiony mężczyzna słyszy w słuchawce głos siostry (Emmy Rossum), która prosi go o zajęcie się jej córką, Sophią (Fatima Ptacek). Richie postanawia przełożyć samobójstwo do powrotu siostry i, zanim zniknie, zaopiekować się dziewczynką. Dość nieprzystępną i pyskatą, dodam tylko.

Richie niespecjalnie nadaje się na opiekuna i noc, którą spędza w towarzystwie dziewczynki, jest nieco... nieprzeciętna. Bohaterowie pojawiają się w kręgielni, barze, spelunie, w której dawniej mieszkał Richie - zdecydowanie nie w miejscach, w których Sophia chciałaby być. Jednak po bolesnych początkach bohaterowie zaczynają się rozumieć, a nawet darzyć sympatią. Pozostaje tylko pytanie: czy cokolwiek z tego wyniknie? Z czym mamy tu do czynienia: filmem z gatunku "przypadkowe spotkanie dwojga samotnych ludzi zmienia ich życie na zawsze" czy zapisem ostatniego dnia życia zrezygnowanego człowieka, który wróci później do swojej "czerwonej wody"?

Bardzo dobry film, idealny na późnonocny seans. Do tego dobrze zagrany; zwłaszcza Fatima (kojarząca mi się tu trochę z małą Dakotą Fanning w Dziewczynach z wyższych sfer) wypadła, jak na swój wiek, bardzo dobrze. Z czystym sumieniem polecam. O ile, oczywiście, w ogóle lubicie takie klimaty.


2. Cold Monutain // Wzgórze nadziei (2003; USA, Wielka Brytania, Włochy, Rumunia) - 5,5/10

Nie spodziewałam się po tym filmie cudów - ot, oczekiwałam takiego zwykłego, klasycznego melodramatu na siódemkę - a i tak ostatecznie się rozczarowałam. Niby to melodramat, ale romans bohaterów jest praktycznie nieistniejący (do czego zresztą, trzeba reżyserowi oddać, sami się poniekąd przyznają); parę spojrzeń, parę drętwych dialogów, jeden rozpaczliwy pocałunek i (zapewne) dużo chemii, którą Ada i Inman biorą za wielką miłość. Żeby jeszcze było tę chemię widać, to może jakoś bym to przełknęła - ale między aktorami nie iskrzy nic, w ogóle, w najmniejszym nawet stopniu. Nicole Kidman, którą do tej pory nawet lubiłam, jest we Wzgórzu nadziei zaskakująco słaba. Nieprzekonująca jako młoda, bogata dziewczyna z dobrego domu (nawiasem mówiąc, czy ona nie jest/była już za stara do tej roli...?), nieprzekonująca jako zakochana kobieta. Najlepiej radzi sobie jako początkująca, nieporadna farmerka, bo tam rzeczywiście powinna być niedopasowana. Biorąc pod uwagę jej wyczyny w innych wcieleniach Ady nie mogę jednak odpędzić się od myśli, że to nie zasługa jej umiejętności aktorskich, tylko szczęśliwy zbieg okoliczności...

I to właściwie na tyle. Niby jedna niedopasowana postać, a psuje cały film. Szkoda, bo reszcie obsady nie mam nic do zarzucenia. Jude Law radzi sobie bardzo dobrze, ale nie jest przecież w stanie w pojedynkę stworzyć przekonującego romansu. Renee Zellweger pojawia się tu w dość kontrowersyjnej roli, ocenianej albo jako brawurowa, albo przeszarżowana; mi hoża, dosadna Ruby bardzo się podobała i stanowiła miły kontrapunkt dla całego tego niby-romansu. Natalie Portman, którą widzimy tu tylko przez kilka minut, jest fantastyczna (nie mam pojęcia, jak można by zagrać Sarę lepiej...), a chemia między nią a Judem Law jest tak oczywista, że jeszcze bardziej pogrąża romans głównych bohaterów. Trochę śmieszne jest to, że Portman starała się początkowo o główną rolę - bardzo chciałabym wiedzieć, kto uznał, że Kidman będzie tu lepszym wyborem...

5,5 gwiazdek nie wzięło się znikąd: film jest całkiem przyzwoitym dramatem wojennym. O ile romansowy początek zwiastował męczące dwie i pół godziny, o tyle sceny, w których Kidman i Law nie usiłują robić do siebie maślanych oczu, są przynajmniej niezłe. Wątek Inmana ma swoje lepsze i gorsze momenty, ale pojawia się parę poruszających scen (jak choćby cała sekwencja z Portman, ekhm ekhm). Ada w duecie z Ruby staje się za to dużo mniej męcząca, a cały wątek życia na farmie, hodowli, uprawy i generalnie wzięcia odpowiedzialności za własne życie wręcz mi się podobał. Do tego dochodzą przepiękne krajobrazy i muzyka. Ta druga kompletnie od czapy, tak nawiasem mówiąc, ale co tam, ładna była...


3. Belle (2013; Wielka Brytania) - 7/10

Niesamowita historia, która w dodatku wydarzyła się naprawdę. No, może niekoniecznie wszystko wyglądało, w najdrobniejszych szczegółach, dokładnie tak, jak przedstawiono to w filmie, ale Dido Belle, brytyjska arystokratka-mulatka, istniała naprawdę. Jako mała dziewczynka została oddana przez ojca pod opiekę krewnych, którzy pokochali ją jak własne dziecko. Dorastała w przepychu, ale też w pół-ukryciu - bo choć krewni nigdy się jej nie wstydzili ani nie wypierali się jej istnienia, to jednak niespecjalnie się tez swoją podopieczną afiszowali. Po śmierci ojca została dziedziczką sporej fortuny. Teoretycznie mogłaby przebierać w kandydatach do jej ręki. Teoretycznie. Gdyby nie ten nieszczęsny kolor skóry...

Film pozytywnie zaskoczył mnie ujęciem tematu. Dido nie jest pokorną dziewczynką, która nie może uwierzyć, że spotkało ją tyle szczęścia i jest na każdym kroku wdzięczna krewnym za przygarnięcie jej. W pełni zdaje sobie sprawę ze swojej pozycji i czuje się całkowicie córką swojego ojca. Oficjalnie uznaną, noszącą jego nazwisko, a co za tym idzie - mającą dokładnie takie same prawa jak każda inna dziewczyna w jej sytuacji. To, że wygląda inaczej niż reszta brytyjskiej arystokracji, traktuje jak niesprawiedliwe okrucieństwo losu. Podobało mi się też to, jak jej postać z biegiem czasu ewoluowała. To nie tylko film kostiumowy, ale też opowieść o dojrzewaniu do samoakceptacji. Lubię takie historie...

Aktorsko bywa różnie, a największym problemem jest tu, niestety, odtwórczyni głównej roli (Gugu Mbatha-Raw). Zdaję sobie sprawę z tego, że zdążyła już zgarnąć za tę rolę parę nagród i jest nawet wymieniana jako potencjalna kandydatka do Oscara, ale nie bardzo potrafię to zrozumieć. Gugu w żadnym momencie nie gra wybitnie, często gra po prostu zwyczajnie, a nieraz (i wcale nie tak rzadko...) co najwyżej przeciętnie. Irytują zwłaszcza jej wytrzeszczone oczy, którymi próbuje wyrazić każdą emocję inną niż zadowolenie. Na tle reszty obsady wypada bardzo blado. Dużo lepiej radzi sobie jej filmowa kuzynka, Sarah Gadon. Najbardziej bawił mnie zaś Tom Felton, który - po budzącym współczucie występie w In secret - znów jest tu nieodrodnym Draconem Malfoy'em, z całą tą pogardliwą mimiką, manią czystej krwi i całą resztą malfoyowego dziedzictwa.

Historia niezwykła, scenariusz dobry, naprawdę prawie nie mam na co narzekać. Gdyby nie Gugu, byłoby spokojnie osiem gwiazdek.


4. A Long Way Down // Nauka spadania (2014; Niemcy, Wielka Brytania) - 8/10

A to z kolei pozytywne zaskoczenie. Film, po którym nie spodziewałam się niczego specjalnego, a okazał się bardzo pozytywną, niegłupią produkcją. Biorąc pod uwagę, że czworo głównych bohaterów to niedoszli samobójcy, jest to dość... zaskakujące ;). Poważnie, jeśli można w ogóle nakręcić optymistyczny film opierający się na motywie samobójstwa (optymistyczny - nie parodię, satyrę ani nic z tych rzeczy...), to to jest właśnie ten film.

Tym razem od początku wiemy, że mamy do czynienia z filmem z gatunku "przypadkowe spotkanie samotnych ludzi zmienia ich życie na zawsze". Cała czwórka spotyka się bowiem w Sylwestra, na dachu budynku, z którego wszyscy chcieliby skoczyć. Nieoczekiwane towarzystwo krzyżuje ich plany i, chcąc nie chcąc, są zmuszeni odłożyć skok na później. Zakręcona córka znanego polityka, Jess (Imogen Poots), proponuje, żeby poczekali z samobójstwem do Walentynek. Bazgrze umowę na pierwszym lepszym kawałku papieru i nakłania pozostałą trójkę do podpisania. Cała historia przedostaje się jednak do mediów, nieoczekiwanie komplikując życie bohaterów i zmuszając ich do wspólnego stawienia czoła dziennikarskim hienom...

Podobają mi się wnioski płynące z tego filmu. Osoba, której życie wydaje się koszmarem, może być z niego całkiem zadowolona, a najsilniejsze myśli samobójcze mogą dręczyć człowieka, który teoretycznie nie ma powodów do narzekania. Mówiąc prościej: nie oceniaj bliźniego, bo nigdy nie wiesz, co dzieje się w jego głowie. Podoba mi się też spory zastrzyk humoru, jakim doprawiono Naukę spadania. I ten dialog...:
 - Has anyone ever told you you're a bit of an idiot?
 - I'm a politician. That's all they ever tell me.


5. Sofies Verden // Świat Zofii (1999; Norwegia, Szwecja) - 6/10

Książka Josteina Gaardera jest fantastyczna (chociaż, nie powiem, parę lat musiało minąć zanim przeczytałam ją w całości - zazwyczaj poddawałam się przy średniowieczu i dalej czytałam tylko fragmenty fabularne, z wielką stratą dla całej historii ;)), ale zupełnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, że ktoś mógłby być na tyle szalony i spróbować ją zekranizować. Sporo w niej przecież podręcznikowych, stosunkowo suchych fragmentów, listów, wykładów etc. Kto chciałby oglądać Zosię czytającą w Zaułku cały ciąg listów na temat Sokratesa i Platona? Kto wysiedziałby w kinie na wykładach Alberta o Kartezjuszu? Reżyser też musiał zdawać sobie z tego sprawę, bo jego Świat Zofii jest dużo bardziej dynamiczny niż książkowa wersja. I sama nie wiem, co o tym sądzić.

Z jednej strony - inaczej się nie dało. I momentami wychodzi to całkiem nieźle. Zosia i Alberto cofają się w czasie przechodząc przez dziurę w ścianie, list na temat mitologii staje się wypracowaniem, które Zosia odczytuje przy całej klasie (i którego wcale nie napisała...), a cynicy przemawiają do dziewczyny z kinowego ekranu. Z drugiej strony, w efekcie film przypomina trzygodzinną podróż po kolejnych epokach, a samej filozofii zostaje w tym bardzo niewiele. Te parę zdań na temat tej czy innej postaci absolutnie nie zasługuje na miano "kursu filozofii" (a Zosia już na początku informuje kolegę (wątek miłosny też wprowadzono, a jakże), że studiuje filozofię...) i nijak nie umywa się do stosunkowo szczegółowych wyjaśnień, którymi książkowy Alberto raczył książkową Zosię. A film o filozofii bez porządnego skupienia się na filozofii nie ma prawa wypaść dobrze...

Nie wydaje mi się, żeby filmowy Świat Zofii miał szansę zainteresować kogoś, kto nie przeczytał książki. Ale może wcale nie ma takiej potrzeby? Twórcy filmu nastawili się pewnie raczej na rodzimy rynek, a tam zainteresowanie powieściami Gaardera jest, o ile mi wiadomo, spore. Fanom książki film może się spodobać; nie jakoś szalenie, bez zachwytów, ale może być to miły sposób na spędzenie czasu i odświeżenie sobie historii Zosi, Hildy i obu Albertów.

Uwaga na marginesie: aktorzy dobrani są fatalnie. Grają dobrze, ale to ma być Zosia? Brunetka o włosach jak len? A Hilda, śliczna dziewczyna z blond lokami, która w dodatku "trochę przypominała Jorunn"? Alberto też jakiś taki niemrawy w porównaniu do książki; jakby nie Zosia to utknąłby w tej swojej Chacie Majora i w ogóle nie pomyślał nawet o ucieczce. Starego piernika z niego zrobili.

Uwaga na marginesie nr 2: w filmie pojawia się Mikołaj Kopernik i - uwaga, uwaga! - mówi po polsku. Twórcy w ogóle wysilili się na różnorodność językową: obok norweskiego można usłyszeć niemiecki, angielski, francuski, rosyjski, włoski, grecki... To akurat bardzo doceniam.

niedziela, 30 listopada 2014

Co słonko widziało #20: filmy warte obejrzenia

Jako że nie pisałam od stu lat i nagromadziła mi się cała sterta filmów, którymi nie udało mi się tu z Wami podzielić, muszę dokonać jakiejś selekcji. Dziś będzie więc bardzo zwięźle (znaczy... jak na mnie :P) i bez większego marudzenia. Chciałabym napisać chociaż parę zdań o tych filmach z ostatnich dwóch miesięcy, które z jakiegoś powodu utkwiły mi w pamięci. W przypadku niektórych takie krótkie podsumowanie wydaje mi się bardzo krzywdzące, więc całkiem możliwe, że prędzej czy później pojawią się też jakieś dłuższe posty o moich ulubieńcach. Póki co jednak - filmowy przegląd ostatnich dwóch miesięcy z życia Aithne:


1. The Theory of Everything // Teoria wszystkiego (2014; Wielka Brytania) - 7/10

Opowieść o znanym astrofizyku Stephenie Hawkinsie - czy raczej: o związku Stephena i Jane Hawkinsów. Przed seansem trzeba wbić sobie do głowy jedno: to (melo)dramat, historia trudnej miłości i walki z bezlitosną chorobą, a nie pełna, naukowa, wyczerpująca temat biografia. Z jednej strony uważam, że to dobrze, bo takie biografie, do których próbuje się upchnąć absolutnie wszystko są przeważnie śmiertelnie długie i nudne. Jestem jak najbardziej za ograniczaniem tematyki, tak jak zrobiono to w tym przypadku. Z drugiej strony, trochę szkoda Stephena Hawkinga na film z cyklu "Okruchy życia"...

Ujmując to krótko: gdybym przed obejrzeniem filmu nie wiedziała, kim jest Stephen Hawking, gdybym nie przeczytała x lat temu Krótkiej historii czasu, to po jego obejrzeniu nadal nie wiedziałabym, kim ten człowiek właściwie jest i czemu jest dla współczesnej (astro)fizyki ważny. Film przeskakuje beztrosko nad naukowymi dokonaniami Hawkinga i musimy uwierzyć reżyserowi na słowo, że oglądamy biografię kogoś nietuzinkowego, może nawet geniusza. Jako dramat film sprawdza się jednak doskonale. Eddie Redmayne i Felicity Jones dają prawdziwy popis swoich aktorskich umiejętności; na pierwszy plan wysuwa się tu, rzecz jasna, Redmayne, któremu przypadła do odegrania bardzo trudna rola, ale i Jones idealnie przedstawia stany emocjonalne swojej bohaterki, przechodzącej od zauroczenia, poprzez miłość i poczucie, że dzięki niej zniesie wszystko, po coraz większe znużenie, frustrację i tęsknotę za spontanicznymi, fizycznymi przejawami miłości i troski, których mąż nie może jej dać. 

Warto obejrzeć dla tej dwójki aktorów. Czy nawet trójki, bo w drugoplanowej roli pojawia się tu również Charlie Cox (Tristan Thorn z Gwiezdnego Pyłu), którego uśmiech osładza trochę oglądanie kolejnych zakrętów na drodze Hawkinsów. Uprzedzam jednak: dla mnie był to bardzo smutny film. Smutna jest sama choroba, smutne jest wycieńczenie Jane, smutny jest koniec, smutny jest moment, w którym wszyscy zdają się myśleć, że lepiej by było, żeby Stephen rzeczywiście już dawno umarł. I uśmiech Coxa nie na wiele się tu zdaje.


 2. C.O.G. (2013; USA) - 7/10

Film, który chciałam obejrzeć ze względu na Troian Bellisario, ale nie spodziewałam się po nim żadnych cudów. Cóż za przyjemne zaskoczenie! Troian wprawdzie ledwo się tu pojawia - jej bohaterka znika z ekranu po maksymalnie dziesięciu minutach... - ale sam film jest zaskakująco zgrabnym połączeniem dramatu i komedii. To historia młodego chłopaka, studenta, który postanawia "zwolnić", "zobaczyć, jak żyją normalni ludzie" i podejmuje pracę w sadzie, gdzieś na amerykańskiej wiosce. Rzeczywistość szybko wybija mu z głowy romantyczne wyobrażenia o pożytecznej, satysfakcjonującej pracy i uczciwych, prostych ludziach; jego umiejętności do niczego mu się nie przydają, praca jest męcząca, ludzie prostaccy i wszyscy zdają się cierpieć na manię religijną.

Film jest niby prześmiewczy, sporo tu przerysowań i elementów komicznych, a jednak momentami zwalnia i wpada w trochę poważniejszy ton. Można się przy nim nieźle uśmiać (a najbardziej w tych wszystkich zabawnych momentach bawi ich prawdziwość - przynajmniej mnie), ale też nie seansu nie kwituje się głupawym rechotem. W tle przewija się motyw problemów rodzinnych, wypieranej ze świadomości tęsknoty za matką; szkoda tylko, że nie podrążono go głębiej. Filmowi brakuje trochę porządnego zakończenia, ale i tak byłam nim bardzo pozytywnie zaskoczona. No i główny bohater studiuje japonistykę (co, oczywiście, też zostaje wyśmiane) - czy mogłoby być piękniej...?


3. The Royal Tenenbaums // Genialny klan (2001; USA) - 7/10

Ten film skomentuję już naprawdę krótko: Wes Anderson. Kto szalonego reżysera zna, ten wie, czego może spodziewać się po historii rodziny Tenenbaumów. Kto nie zna, ten musi obejrzeć, żeby zrozumieć, co odróżnia ten film od setek filmów o podobnych fabułach. Pisałam już o tym przy Pociągu do Darjeeling i Kochankach z księżyca, ale co tam, powtórzę raz jeszcze: uwielbiam u Andersona to połączenie prześmiewczego, zdystansowanego tonu i nieraz zupełnie niezabawnych wydarzeń. W gruncie rzeczy w dziejach rodziny Tenenbaumów jest sporo tragizmu. Niby się człowiek śmieje, ale w którymś momencie historia nagle chwyta go za serce...

Moim ulubionym smaczkiem filmu jest hinduski służący Tenenbaumów - Pagoda. Tak, on naprawdę ma tak na imię.



4. Sleeping Beauty // Śpiąca piękność (2011; Australia) - 6/10

Nie jest to najwyżej oceniony przez mnie film w historii - wręcz przeciwnie, widziałam wiele lepszych - ale z kilku względów warto tu o nim wspomnieć. Po pierwsze, to (bardzo luźna, ale zawsze) adaptacja Śpiących piękności (Nemureru bijo, 眠れる美女) Kawabaty Yasunariego, którego uwielbiam od lat. Wprawdzie akurat to opowiadanie do moich ulubionych nie należy, ale zawsze to Kawabata. Po drugie, sądząc po wpisach na filmwebowym forum, wiele osób próbuje interpretować ten film w odniesieniu do Śpiącej królewny, więc warto chyba wyraźnie tu napisać: nie, to nie na tym ta historia bazuje (a przynajmniej nie w pierwszej kolejności). Po trzecie: Emily Browning zagrała tu bardzo dobrą i wymagającą rolę. A po czwarte: wygląda w niej zjawiskowo. Sam film też jest bardzo dobrze zrobiony (zwłaszcza jak na debiut!): nastrojowy, spokojny, z ładnymi, nasyconymi barwami. Tylko sama historia jest... Cóż, dziwna. I żałośnie smutna, od której strony by nie patrzeć.


5. Maps to the Stars // Mapy Gwiazd (2014; USA, Francja, Kanada, Niemcy) - 5/10

Film, jak widać po ocenie, nie za bardzo przypadł mi do gustu i wpisuję go na tę listę (z założenia niemarudną...) tylko ze względu na bardzo dobre role Mii Wasikowskiej i młodego Evana Birda. Mię często wyzywa się od drewien, co nie za bardzo potrafię zrozumieć, bo sama nigdy nie zauważyłam większych braków w jej sztuce aktorskiej (ok, nie widziałam Alicji w Krainie Czarów, a to chyba właśnie w tej roli podpadła szerszej publice...) - w każdym razie, w Mapach Gwiazd jest w 100% przekonująca. Evan Bird tym bardziej, co robi wrażenie zwłaszcza przy jego młodym wieku. O dziwo, nawet Robert Pattinson jest tu zupełnie nieirytujący - a do fanek tego pana nie należę, oj nie. Za to Julianne Moore, którą część Internautów nominowała już do Oscara za tę rolę, nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Może jestem uprzedzona, trudno powiedzieć (ostatnio odkryłam, że twarz tej pani na plakacie odrzuca mnie od jakiegokolwiek filmu...), ale naprawdę nie widziałam w tej kreacji żadnego geniuszu.

Sam film jest nawet wciągający i poprawny, ale do mojego życia nie wniósł niczego. Dziwna opowieść o dziwnych ludziach, których świat niewiele mnie obchodzi i którzy nie mają kompletnie nic wspólnego z moją skromną egzystencją. Większość bohaterów nie wzbudza najmniejszej sympatii, przez co warstwa dramatyczna filmu leży i kwiczy. Mam im współczuć? Przejąć się tymi ich problemami? Tylko Evanowi Birdowi udało się mnie do tego zmusić - może z racji tego, że jest jeszcze dzieckiem i ma ciągle szansę wyrosnąć na przyzwoitego człowieka. Jedno, co mi się podobało, to elementy satyryczne. Rozłożyły mnie zwłaszcza odniesienia do Dalaj Lamy; ta pseudo-głębia bohaterów, którzy cytują jego wypowiedzi czy chwalą się tym, że go spotkali, to ich przekonanie o tym, że są dzięki temu bardziej wartościowi - i zestawienie tego ze stylem życia, jaki prowadzą...


6. Desert Dancer (2014; Wielka Brytania) - 7,5/10

O, i to jest film, który zasługuje na osobną notkę. Kolejne bardzo pozytywne zaskoczenie. Plakat zwiastował tanie romansidło w egzotycznej scenerii - a to, na szczęście, przede wszystkim film o prywatnym buncie przeciwko tyranii, w drugiej kolejności o tańcu, a dopiero na szarym, szarym końcu znajdują się elementy romansu. Główny bohater, Afshin Ghaffarian, to młody Irańczyk, który od dziecka zafascynowany jest zakazanym w jego ojczyźnie tańcem. Wraz z grupą przyjaciół postanawia założyć potajemnie grupę taneczną. Bez żadnych wielkich planów, nawet bez porządnego nauczyciela - Afshin chce, żeby uczył ich YouTube (również nielegalny, oczywiście, ale na wszystko są sposoby...). Po krótkim czasie do trupy dołącza córka byłej baletnicy, która przejmuje obowiązki nauczycielki tańca, pojawia się wzajemna fascynacja, plany stają się coraz śmielsze... A jednocześnie na trop "przestępców" wpada policja, gotowa przyłapać tancerzy na gorącym uczynku. To czas wyborów prezydenckich, najprawdopodobniej sfałszowanych przez islamskich konserwatystów, masowych protestów i ostrej walki rządzących o utrzymanie władzy. Pragnienie realizowania marzeń przeplata się tu z walką o wolność, sprawiedliwość, chęcią poinformowania reszty świata o tym, co dzieje się w Teheranie, a ostatecznie z rozpaczliwą walką o życie.

I to chyba fabuła stanowi największą siłę tego filmu. Z realizacją jest, niestety, trochę gorzej: bywa łopatologicznie, aktorzy mówią łamaną angielszczyzną (podobny manewr jak w Wyznaniach gejszy...), a Maramie Corlett udaje się zagrać najbardziej drętwą scenę protestu, jaką widziałam od czasu niesławnego Spaceru w chmurach. Na szczęście odtwórca głównej roli, Reece Ritchie, radzi sobie bardzo dobrze - a że to on jest tu najważniejszy, ostateczne wrażenie jest całkiem pozytywne.

Do ostatniej chwili nie wiedziałam, jak ten film się skończy, więc siedziałam jak na szpilkach, trzymając kciuki za ucieczkę Afshina. Dawno nie zdarzyło mi się tak mocno kibicować bohaterowi filmu. O czymś to chyba świadczy.

A Freidzie Pinto grzywka ewidentnie nie pasuje :P.

wtorek, 18 listopada 2014

Urodzinowy Hosseini

Kilka dni temu siedzę sobie przy stole, myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Mąż, który dopiero co wrócił z "polowania", rozpakowuje zdobycze w kuchni. I nagle, zupełnie z zaskoczenia, wyskakuje z tej kuchni nie z workiem cebuli i makaronem, a z bukietem kwiatów i "prezentem urodzinowym"... Co miało prawo mnie zaskoczyć, bo urodziny miałam w sierpniu ;).

Dzielę się z Wami tym prezentem, bo, po pierwsze, jestem nim mega wzruszona, po drugie - jest piękny nawet tylko od strony wizualnej i aż żal byłoby go tu nie wkleić, a po trzecie i najważniejsze - bo ma sporo wspólnego z tematyką bloga (w sumie więcej mieć by nie mógł...) i mam nadzieję (i to taką uzasadnioną, graniczącą z pewnością nadzieję), że wreszcie przełamie moją złą czytelniczą passę (nie miałam w tym roku szczęścia do lektur, oj nie...):


Trudno mi wyobrazić sobie lepszą lekturę "na przełamanie" niż Khaleda Hosseiniego, z jego klasyczną narracją, egzotyką i pół-baśniowym klimatem. Pierwsze trzy rozdziały już za mną. Z ulgą odkrywam, że po raz pierwszy od paru dobrych miesięcy czytanie sprawia mi najprawdziwszą przyjemność. Nareszcie.

środa, 12 listopada 2014

Jesień (w poszukiwaniu weny)

Ostatnio nie bardzo mogę się do czegokolwiek zmotywować. Średnio chce mi się oglądać filmy, czytać jeszcze mniej, a już pisać o tym, co widziałam i przeczytałam - w ogóle. A że nie zamierzam zamieniać bloga w przykry obowiązek, zamilkłam na dobre dwa miesiące. I nadal nie bardzo mogę się zdobyć na stworzenie jakiejś sensownej notki - bo i wypadłam z rytmu, i zaległości mi się porobiły, więc zupełnie nie wiem, za co się najpierw zabrać...

Póki co zostawiam Was z paroma ujęciami mojej jesiennej, polsko-niemieckiej rzeczywistości. Jak tekst nie chce się skleić, to niech będą chociaż obrazki :). No i właściwie to dość dobrze podsumowuje ostatnie dwa miesiące mojego życia: trochę oglądam, trochę czytam, ale przede wszystkim... po prostu sobie jestem.






















niedziela, 14 września 2014

Co słonko widziało #19

W minionym tygodniu znów udało mi się obejrzeć (tylko?) trzy filmy. Dwa dosyć klasyczne, (prawie) bardzo dobre, i jeden bardziej nietypowy, dokumentalny, który przypadł mi do gustu o wiele mniej. Po raz kolejny wszystkie filmy to produkcje angielskie albo amerykańskie, za to całkiem multikulturowe pod względem treści. In Secret to ekranizacja opowiadania/powieści/dramatu Zoli Teresa Raquin, akcja filmu rozgrywa się więc (niby) we Francji, a Piękna i Bokser to film o parze mieszkających w Ameryce Japończyków. Z tej trójki tylko The Thirteenth Tale (oficjalnego tłumaczenia tytułu jeszcze nie ma, ale ciężko mi wyobrazić sobie inne niż Trzynasta opowieść...) jest typowo angielską, tajemniczą opowieścią, utrzymaną w poetyce dzieł sióstr Bronte.

Po szczegóły zapraszam poniżej :).


1. In Secret (2013; USA) - 7,5/10

Na początku spodobał mi się plakat - tajemniczy, stonowany i wyróżniający się spośród otaczających go, hałaśliwie kolorowych grafik. Potem rzuciły mi się w oczy nazwiska młodych aktorów. Elizabeth Olsen, która ponoć ma kilkakrotnie więcej talentu aktorskiego niż jej obie słynne siostry razem wzięte, widziałam do tej pory tylko w Sztukach wyzwolonych i wprawdzie zagrała tam dobrze, ale nie miała szczególnego pola do pochwalenia się swoimi umiejętnościami. Ciekawa byłam, jak poradzi sobie w bardziej ambitnej roli. Dodatkowym smaczkiem był Tom Felton, do tej pory kojarzący mi się jedynie z dość antypatycznym Draconem Malfoyem z Harry'ego Pottera - zwłaszcza, że miał wystąpić tu w roli niewinnej ofiary, co raczej ciężko było mi sobie wyobrazić. Opis fabuły brzmiał całkiem intrygująco. Mrocznie, trochę strasznie, ale intrygująco...

Główną bohaterką filmu jest półsierota Therese (Elizabeth Olsen), od dziecka mieszkająca z ciotką (Jessica Lange) i jej chorowitym synem, Camillem (Tom Felton). Dziewczyna, choć dobrze traktowana, jest samotna i bezradna. Ciotka nie poświęca najmniejszej uwagi uczuciom bratanicy i nie umie okazać jej serca; widzi w niej przede wszystkim "opiekuńczego anioła", bez słowa protestu troszczącego się o słabowitego kuzyna. Wreszcie podejmuje decyzję o połączeniu dwójki swoich podopiecznych węzłem małżeńskim. Nawet nie przyjdzie jej do głowy, że mogłaby skonsultować te plany z Therese, zaś sama zainteresowana jest już tak bezwolna, że - jak zwykle - posłusznie robi to, co jej kazano.
Ani ciotka, ani Camille nie przypuszczają nawet, że posłuszna, opiekuńcza Therese skrycie marzy o wielkiej namiętności. Nie znajduje jej w małżeństwie: Camille nazywa żonę "swoją małą Therese" i widzi w niej tylko dziewczynkę, z którą się wychowywał. Pewnego dnia przyprowadza do domu przyjaciela z dzieciństwa, Laurenta (Oscar Isaac). Przystojnego, intrygującego - i wyraźnie zainteresowanego bezbarwną Therese. Niewiele czasu mija, nim tuż pod nosem surowej ciotki i naiwnego, niepodejrzewającego niczego Camille'a wybucha ognisty romans...
Spełnienie marzeń? Początkowo tak. Ale ukradkowe spotkania szybko przestają kochankom wystarczać, a pojawiające się nagle widmo rozdzielenia zmusza ich do podjęcia desperackich kroków. Chciałabym, żeby po prostu zniknął - wyrzuca z siebie wtedy zrozpaczona Therese. Laurent podchwytuje tę myśl. I choć oboje się jej boją, nie potrafią nie dostrzec w niej ostatecznego rozwiązania swoich problemów. Mimo wyrzutów sumienia, mimo całego przerażenia tym, co zamierzają, decydują się pomóc Camille'owi zniknąć... Na zawsze.

Nie znałam wcześniej tej historii i spodziewałam się raczej wątku pół-kryminalnego, który nastąpiłby po "wypadku" Camille'a. Ciotki odkrywającej prawdę, kochanków usiłujących ją ukryć, może nawet uciekających w nieznane. Bardzo mile zaskoczyło mnie więc skupienie uwagi przede wszystkim na psychice bohaterów i zepchnięcie wątku ukrywania tajemnicy na dalszy plan. Podoba mi się też morał wypływający z całej tej historii. Miłość Therese i Laurenta - do tej pory jasna, promienna, radosna - zostaje nieodwracalnie skażona złem. Myślenie, że po śmierci Camille'a wreszcie będą mogli żyć długo i szczęśliwie, jakby nic się nie stało, okazuje się czystą naiwnością. Stało się. Zabili człowieka. A że ani Therese, ani Laurent nie są bezdusznymi potworami, nie potrafią udźwignąć ciężaru zbrodni, którą popełnili.

Najsmutniejsze w tym filmie jest to, że bohaterowie nijak nie mieli szansy stworzyć udanego związku. Bardzo chciałam, żeby Therese na dobre przestała być smutną, cichą dziewczyną kryjącą w rogu pokoju. Jak ona potrafiła błyszczeć! Podczas ich ukradkowych schadzek wręcz promieniała. Ani powrót na prowincję i nudne życie u boku męża-kuzyna, ani sprawienie, żeby Camille zniknął, nie dawało jej jednak szansy na szczęście. Morderstwo nie rozwiązało problemu. Przez pół seansu zastanawiałam się: Dlaczego nie uciekli? To byłoby o tyle prostsze. Nie musieli zabijać. Nadal tego nie rozumiem...

Młodzi aktorzy mnie nie zawiedli. Felton jest w swojej roli bardzo przekonujący i absolutnie nie miałam wrażenia, że widzę na ekranie młodego Malfoy'a. Elizabeth Olsen z kolei bardzo kojarzyła mi się z młodą Kristin Scott Thomas. Ten sam delikatny wytrzeszcz, podobna mimika... Ta rola była o wiele trudniejsza niż Zibby ze Sztuk wyzwolonych i - jak na mnie - dziewczyna w pełni ją udźwignęła. Nie wiem, czy większa w tym zasługa jej, czy charakteryzatorów, ale różnica między przygaszoną Therese siedzącą w kącie a Therese spotykającą się z Laurentem jest kolosalna. Z przyjemnością będę śledzić jej dalszą karierę.

To bardzo dobry film, o gęstej, mrocznej atmosferze. Do ósemki zabrakło mi... Bo ja wiem, jakiegoś związku z moim życiem? Wszystko to jest bardzo poruszające i beznadziejne, ale ciężko mi było wyciągnąć z tego seansu cokolwiek dla siebie. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że zamordowanie współmałżonka jest dobrym sposobem na ułożenie sobie życia z kochankiem. Problem chyba w ogóle się już przeterminował - w dzisiejszych czasach Therese wystąpiłaby po prostu o rozwód. Nawet unieważnienie ślubu kościelnego by dostała.


2. Cutie and the Boxer // Piękna i Bokser (2013; USA) - 5/10

Wykopałam ten film z odmętów internetu przy okazji ostatniego Berlinale. Zapowiadało się ciekawie. Noriko, żona artysty i boksera Ushio Shinohary, miała zrzucić z barków ciężar narzuconej jej roli wzorowej japońskiej żony i zacząć własną karierę. Byłam tego filmu naprawdę ciekawa, bo poszczególne elementy układanki zupełnie mi do siebie nie pasowały. Bokser i artysta? Bokser-Japończyk? Podstarzały artysta-Japończyk? Japonka, która walkę o niezależność zaczyna będąc babcią, a w dodatku wyraża swoją indywidualność poprzez rysowanie komiksów? Zapowiadało się intrygująco.

Główny problem tego filmu: brak wyraźnej fabuły. Ja wiem, że to dokument, ale nawet w dokumencie musi istnieć jakaś myśl przewodnia, kierunek, w którym film się rozwinie. Tu mamy trochę teraźniejszości, trochę przeszłości, trochę problemów materialnych, trochę alkoholizmu, trochę problemów z synem, trochę frustracji Noriko wyrażonej w komiksowej historii niejakiej Cutie. Nie ma żadnego momentu przebudzenia, buntu; momentu, w którym zmęczona Noriko powiedziałaby "dość". Nie ma też triumfalnego sukcesu. Dostajemy raczej portret nieszczęśliwej, rozczarowanej życiem kobiety, która robi dobrą minę do złej gry. 

Ushio zrobił na mnie fatalne wrażenie. Nie przemawia do mnie ani jako artysta (sztuka nowoczesna, brrrr!), ani (tym bardziej!) jako mąż i ojciec. Nieodpowiedzialny alkoholik, który wszystko ma głęboko w czterech literach i nie potrafi zadbać nawet o własnego syna. Te sceny, w których chłopiec przemykał się chyłkiem z jednego pokoju do drugiego, podczas gdy ojciec balował z kolegami... Okropne. Żałosne.

Samej Noriko też nie udało mi się w pełni polubić. Była na to zbyt złośliwa, zbyt zgorzkniała. Nie dziwię jej się, też bym zgorzkniała, gdybym wkopała się w małżeństwo z takim dziadem, ale trudno było mi poczuć do niej sympatię. Podobały mi się za to rozmowy Shinoharów; Ushio uważa się za organ decyzyjny w rodzinie (przecież jest mężem!), a Noriko raz po raz sarkastycznie wyprowadza go z błędu. Jest to tak oschłe i obojętne, że aż śmieszne. A może nie, może jednak straszne. To coś niesamowitego, że Noriko postanowiła publicznie poskarżyć się na swój los, tworząc historię Cutie i Bully'ego na kanwie własnego życia. Jak strasznie ona musi(ała) go nie znosić...! Jak olbrzymi musi(ała) mieć do niego żal!

Wszystko to sprawia, że ogląda się to gorzko. Film jest w dodatku lekko nudnawy. Brakuje tu po prostu punktu zaczepienia. Ciężko powiedzieć, o czym ten dokument jest. O buncie Noriko? Przecież ona historię Cutie rysuje od samego początku filmu.

I najbardziej zastanawiające mnie pytanie: jak oni to filmowali? Ukrytą kamerą...?


3. The Thirteenth Tale (2013; Wielka Brytania) - 7,5/10

Odkryłam ten film wczoraj i z miejsca wiedziałam, że muszę go obejrzeć. Teraz! Zaraz! Powieść Diane Setterfield bardzo mi się podobała i miałam nadzieję, że w filmie odkryję tę samą magię. Do tego Sophie Turner w jednej z głównych ról! Należę do tego 1% populacji, który nie lubi Gry o tron - poważnie, próbowałam, obejrzałam jeden sezon i uznałam, że kompletnie mnie to nie kręci... - ale najwyraźniej zostało we mnie jakieś ziarenko sympatii do Sansy Stark, bo nazwisko Sophie w obsadzie zadziałało na mnie jak magnes.

To stosunkowo nowa historia, ale wyraźnie wzorowana na starych powieściach gotyckich. Biografka-amatorka, Margaret Lea, zostaje poproszona o wysłuchanie historii życia słynnej, umierającej już pisarki, Vidy Winter. Problem w tym, że panna Winter wielokrotnie opowiadała już o swoim życiu, za każdym razem wymyślając inną historię. Jest utalentowaną bajarką, potrafi budować napięcie i tworzyć piękne opowieści. Jaką gwarancję może mieć Margaret, że to wszystko nie jest tylko podstępem? Dlaczego akurat ona, zupełnie obca kobieta, miałaby poznać prawdziwe losy Vidy Winter? Dawno, dawno temu były sobie bliźniaczki... - mówi książkowa panna Winter (ta filmowa ogranicza się do It's about twins) i to jedno zdanie zmusza Margaret do wysłuchania dziwnej, poplątanej historii bliźniaczek Angelfields.

Bardzo łatwo byłoby napisać o tej historii o parę słów za dużo, więc ograniczę się do haseł. Jest tu dwór: potężny, dawniej imponujący, teraz jednak popadający w ruinę. Są zaniedbane dziewczynki, wychowujące się praktycznie bez rodziców. Jest kazirodcza miłość. Jest agresywna, porywcza Adeline i potulna, schludna Emmeline. Są tajemnicze wypadki, halucynacje, nawet morderstwa. Podobno jest też Duch. Kobieta w bieli.

Oczywiście, że wszystko to wyobrażałam sobie inaczej. Dwór, Hester, pokój Margaret u panny Winter, bliźniaczki. A przede wszystkim samą Margaret. Nie pamiętam, czy autorka powieści opisała kiedykolwiek jej wygląd, ale te krótkie włosy i zdeterminowane spojrzenie nie pasują mi do rozmemłanej kobiety, która całe dnie spędza otoczona książkami i na okrągło pija gorące kakao (o rety, jaką ja miałam fazę na kakao po skończeniu tej książki!). Namieszano też w jej biografii, co akurat uważam za wielki plus. Książkowa Margaret bez przerwy bredziła o swojej utraconej siostrze, która zmarła tuż po porodzie, chociaż bohaterka w życiu jej na oczy nie widziała i dowiedziała się o jej krótkim istnieniu zupełnie przez przypadek. Filmowa Moira zmarła jako dziecko, dość duże, by jej siostra-bliźniaczka zapamiętała to traumatyczne wydarzenie.

Oczywiście, że sporo wycięto. Historia panny Winter zaczyna się w momencie powrotu Isabel do Angelfields, a więc dużo później niż w książce. Mocno poskracano też wątki współczesne. Augustus Love pojawia się tylko w jednej scenie, kiedy do Angelfields przyjeżdża policja - nie ma tu więc całego motywu ich przyjaźni, tęsknoty za posiadaniem matki etc. Też uważam to za plus; więcej się w tym filmie nie dało upchnąć, a te współczesne wtręty nawet w książce były dużo mniej interesujące od właściwej historii.

Oczywiście, że film jest gorszy od książki. Taki już los ekranizacji (może z małymi wyjątkami). Film i literatura rządzą się zupełnie innymi prawami i nie da się tak łatwo zamienić jednego w drugie. Po raz kolejny wysunę ten sam zarzut: film jest za krótki. Wydarzenia zbyt szybko następują po sobie. To, co w książce było pełne napięcia, co sprawiało, że serce przez dobre dziesięć minut tłukło jak szalone, tu przedstawione jest w jednej, krótkiej scenie. Emocje są przez to nieporównywalnie słabsze. Gdyby tak dodać parę minut, dorzucić kilka ziarenek niepewności i dramatyzmu...

Zgrzytało mi też aktorstwo, zwłaszcza dzieci. Oliia Colman jako Margaret Lea też była jakaś taka... Mało ekspresywna. Za to młodej Sophie Turner nie mam nic do zarzucenia. Vanessie Redgrave też nie, ale to akurat żadne zaskoczenie.

Niemniej jednak, to prawie bardzo dobry film. Słabszy od książki, ale i tak warty obejrzenia. Absolutnie nie żałuję poświęconego mu czasu i z czystym sumieniem polecam!

poniedziałek, 8 września 2014

Co słonko widziało #18: znów angloamerykańsko

Od ostatniego wpisu zmieniło się niewiele: do zaległych dwóch filmów doszedł tylko jeden (o wiele przyjemniejszy od poprzedników), co daje mi nadzieję na stworzenie posta o jakiejś w miarę normalnej długości ^^. Tym razem nie wymyśliłam sobie żadnego klucza, według którego dobierałabym pozycje, ale i tak wszystkie trzy filmy okazały się być produkcjami angloamerykańskimi. W dzisiejszym programie: Kobieta w ukryciu, Człowiek przyszłości i Zacznijmy od nowa.


1. The Invisible Woman // Kobieta w ukryciu (2013; Wielka Brytania) - 5/10

Do obejrzenia tego filmu zachęciła mnie zapewne występująca tu w tytułowej roli Felicity Jones, która urzekła mnie jakiś czas temu w Opactwie Northanger. Opis fabuły też wydał mi się w miarę ciekawy: wprawdzie nigdy nie interesowałam się specjalnie życiem prywatnym Dickensa i nie słyszałam wcześniej o jego romansie z młodziutką aktorką Ellen Ternan, ale zawsze podoba mi się takie ponowne uczłowieczanie Wielkich Artystów, którzy przez lata zdążyli zmienić się już w świętoszkowate wzory cnót wszelakich. Film jest w dodatku produkcją BBC, wiedziałam więc, że zrealizowany będzie na najwyższym poziomie. Przemyślane kompozycje i zdjęcia, bardzo dobre aktorstwo, dopieszczone w najmniejszych szczegółach dekoracje i kostiumy...

I wszystko to w tym filmie właściwie jest: i piękne suknie, i ciekawe kadry, i detale, i historia dickensowskiego romansu - tyle tylko, że z ekranu, najzwyczajniej w świecie, wieje nudą. I mówię to ja, zazwyczaj rozpływająca się nad każdą "niespieszną narracją". Po długich przemyśleniach i próbach zestawienia tego filmu z obejrzaną parę tygodni temu Jaśniejszą od gwiazd (która niby jest podobna, a jednak, z jakiegoś powodu, podobała mi się o wiele bardziej...) chyba udało mi się odkryć, co najbardziej mnie w tym filmie uwierało. Owszem, lubię wolne tempo akcji, bo dzięki niemu reżyser ma możliwość porządnie zagłębić się w psychikę bohaterów i ukazać ich emocje - ale tu w ogóle tego nie ma. Niby to melodramat, ale nie wzrusza ani nawet nie angażuje emocjonalnie widza. Miałam wrażenie, że reżyser sam nie może zdecydować, co właściwie sądzi o romansie Dickensa i Nelly. Być może celowo starał się pozostać bezstronny - ale przecież melodramat z założenia jest gatunkiem subiektywnym, w którym widz musi kibicować parze głównych bohaterów. Melodramat wyprany z dramatyzmu staje się suchy, beznamiętny i nudny jak flaki z olejem, a Kobieta w ukryciu jest na to doskonałym dowodem.

Szczerze mówiąc, odniosłam wrażenie, że reżyser sam nie lubi własnych bohaterów. Mi też nie udało się ich polubić. Cały ten romans wydał mi się po prostu żałosny: dorosły, żonaty mężczyzna, ojciec gromadki dzieci (ile ich tam było? Z dziesiątka...?) zostawia żonę dla ładniutkiej, pozbawionej jakiegokolwiek talentu aktoreczki, która mogłaby być jego kolejną córką. Reżyser albo nawet nie próbuje, albo próbuje, ale zupełnie mu to nie wychodzi, nadać ich związkowi jakiejkolwiek głębi. Nie ma tu nawet banalnego "żona mnie nie rozumie". Problemy małżeńskie państwa Dickensów sprowadzają się do tego, że pani Dickens jest gruba i nieatrakcyjna (a jak ma wyglądać po dziesięciu ciążach?!), w związku z czym mąż z nią nie sypia (co też nie mogło być do końca prawdą, skądś się te dzieci przecież brały...). Niby pojawia się tu wątły motyw wielkiego entuzjazmu Ellen wobec twórczości Dickensa i jej przekonania, że to coś więcej niż tylko rozrywkowe powieści, ale to trochę za mało. Nie żebym potępiała bohaterów w czambuł - nie, oni po prostu w ogóle mnie nie obeszli, a to chyba najgorsze, co można powiedzieć o melodramacie. O większości innych filmów zresztą też.

Od strony technicznej film jest bardzo dobrze zrobiony i głównie z tej racji dostał ode mnie te pięć gwiazdek. Nie mogę nawet szczerze napisać, że oglądanie go mnie nie bolało. Pod koniec byłam już naprawdę solidnie znudzona, co już dawno mi się nie przytrafiło...

Nie wiem, za co te wyróżnienia, nie wiem, gdzie jest ten "subtelny erotyzm", który mignął mi gdzieś w trailerze. Widocznie był dla mnie zbyt subtelny.


2. Bicentennial Man // Człowiek przyszłości (1999; USA, Niemcy) - 6/10

Film z cyklu "sama bym go nie wybrała, ale mąż chciał, więc niech mu będzie". To historia robota, androida (młodsza córka jego właścicieli nie potrafi wymówić tego słowa i skraca je do andro, przez co przypadkiem nadaje mu ludzkie imię: Andrew), który, w wyniku tajemniczego błędu popełnionego podczas jego produkcji, jest dużo bardziej uczłowieczony niż inne roboty. Wykazuje się kreatywnością, przejawia też coraz więcej ludzkich uczuć. Z czasem również z wyglądu zaczyna przypominać mężczyznę i podejmuje rozpaczliwą - i dosyć beznadziejną - walkę o zostanie pełnoprawnym, oficjalnie uznanym człowiekiem.

Roboty - czy raczej: podejście do nich - są w naszym domu jedną z nielicznych problematycznych kwestii. Męża ten problem ewidentnie fascynuje. Nawet magisterkę chciał o tym pisać (zanim odkrył, że Japończyków filozofowanie na temat sztucznej inteligencji w ogóle nie interesuje, więc nie miałby żadnych źródeł ^^). Mnie nie. Nie chce mi się wierzyć, że ludzki mózg to tylko bardzo skomplikowany komputer i że można by stworzyć robota, który odczuwałby ludzkie emocje. Widzę wyraźną różnicę między człowiekiem, istotą żywą, organiczną, a robotem, który zamiast wnętrzności ma układy scalone. Niezależnie od tego, jak bardzo przypominałby człowieka. Stąd też Człowiek przyszłości nie miał u mnie zbyt wielkich szans. Nie kupuję po prostu samego punktu wyjścia tego filmu: robota z ludzkimi emocjami. W związku z tym trudno było mi kibicować bohaterowi w jego walce o zostanie człowiekiem. Oczywiście Andrew jest przesympatyczny i nie sposób go nie polubić; sama momentami zapominałam, co o tym wszystkim sądzę i trzymałam kciuki za jego romans (bo jest, a jak!)... Ale na sprowokowanie mnie do głębokiej refleksji nad istotą życia nie miał szans.

Odkładając na bok moje prywatne przemyślenia na temat robotów: to całkiem dobry film. Momentami zabawny - zwłaszcza na początku, kiedy Andrew dopiero uczy się życia wśród ludzi. Później całkiem zastanawiający (chociaż na sprowokowanie mnie... etc.), a do tego na wskroś romantyczny. Cała ta walka Andrew o uznanie go za człowieka wypływa z jednego pragnienia: legalnego ślubu z ukochaną kobietą. Gdyby nie to trudno byłoby zrozumieć jego pobudki; bycie człowiekiem wiąże się przecież z wieloma ograniczeniami - ze śmiercią na czele - które robotom są zupełnie obce, po co więc cała ta walka o utrudnienie sobie życia? Muszę przyznać, że motywacja, którą prezentuje nam reżyser, jest dosyć wzruszająca.

Nie mam żadnych zastrzeżeń do aktorstwa. Robin Williams jest bardzo wiarygodnym robotem. A Embeth Davidtz, występująca tu w podwójnej roli, wygląda tak młodo i ładnie, że zupełnie nie rozumiem, jakim cudem twórcom Mansfield Park, powstałego w tym samym roku, udało się ją tak oszpecić...


3. Begin Again // Zacznijmy od nowa (2013; USA) - 7/10

Nie potrafię pisać o tym filmie nie porównując go z poprzednim dziełem Johna Carneya, Once. Skojarzenia nasuwają się same. Znów mamy mężczyznę i kobietę, spotykających się przez przypadek i postanawiających wspólnymi siłami nagrać płytę. Znów w tle - które właściwie wcale niekoniecznie jest tłem... - przewijają się nieudane związki i próby posklejania czegoś, co (nie)dawno się rozpadło. Niektóre sekwencje scen są wręcz identyczne, jak choćby podczas poszukiwania brakujących członków zespołu. Bohaterowie chodzą po mieście i zagadują grupki muzyków, głosu brak, słychać tylko muzykę. Identyczny zabieg jak w Once...

Dobra wiadomość: mimo tych podobieństw Begin Again nie jest kopią Once. Zmiana miejsca akcji miała swoje konsekwencje. To już nie Dublin, a Nowy Jork - głośny, rozpędzony, dający szansę na wielką, oszałamiającą karierę. Wprawdzie to inny Nowy Jork niż ten znany nam z większości amerykańskich filmów, bo przedstawiony raczej jako zbiór zwyczajnych, mało widowiskowych zaułków niż imponujący widok z lotu ptaka (z obowiązkowym zbliżeniem na Manhattan) - ale mimo to zmiana tempa narracji jest wyraźnie wyczuwalna. Piosenki są inne, jakby lżejsze, mniej intensywne niż w Once. Motyw nagłej, wielkiej, iście nowojorskiej kariery też odgrywa tu sporą rolę. Inne są również historie bohaterów, chociaż potraktowane są, na szczęście, równie prawdziwie i niekiczowato jak w przypadku muzyków z Dublina. Wszystko to przekłada się na, po prostu, inny klimat filmu. A i obsadzenie w głównych rolach znanych twarzy (Keira Knightley, Mark Ruffalo, Adam Levine (wokalista Maroon 5)) zamiast nikomu nieznanych debiutantów wpłynęło na mój odbiór całej tej historii...

To dobry film. Naprawdę dobry. Podobał mi się ten klimat, podobały mi się historie, zakończenie (które udało mi się zresztą przewidzieć ^^), muzyka. Dla mnie pozostaje jednak daleko w tyle za Once. Tamta historia wydała mi się bliższa, bardziej autentyczna i poruszająca. Wolę tę prostotę Once od bardziej zamerykanizowanego Begin Again. Muzycznie też jest tu słabiej; nie jestem fanką ani Maroon 5, ani wokalisty tego zespołu i choć teraz, po kilkakrotnym przesłuchaniu, Lost Star zaczyna mi się wkręcać, to jednak tuż po seansie nie potrafiłam zanucić żadnego z utworów. Dla porównania, po pierwszym obejrzeniu Once kładłam się spać nucąc w kółko Falling Slowly... Keira Knightley śpiewa w filmie bardzo delikatnie i subtelnie - i tak pewnie miało być, ale dla mnie było to za delikatne, żeby chwyciło mnie za serce. Niby ładnie, ale bez rewelacji...

Robię krzywdę temu filmowi. Once jest jednym z moich ulubionych filmów - obejrzany trzy razy, 9,5 gwiazdki - nietrudno wypaść przy tym blado. Begin Again spodobał mi się mniej, fakt - ale nie zmienia to faktu, że był to bardzo przyjemny seans. Zdecydowanie najprzyjemniejszy w ciągu minionych dwóch tygodni.

Ach, i samogrające instrumenty! To mi się podobało: magiczna zdolność Dana do usłyszenia pięknej aranżacji do prostej, zwyczajnej piosenki. I jego wizje smyczków samych śmigających po strunach czy uderzających o siebie talerzy. Bardzo udana scena.

A na koniec, rzecz jasna, trochę muzyki. Sami zobaczcie, czy ma szansę przypaść Wam do gustu:




poniedziałek, 1 września 2014

Posta nie ma...

...bo po raz kolejny "dopadł mnie real". Zdążyłam obejrzeć tylko dwa filmy, z których żaden szczególnie mnie nie zachwycił, a czasu na napisanie notki nie miałam już w ogóle. Tym razem naprawdę - mogłabym stanąć na głowie, a i tak niczego więcej bym z doby nie wycisnęła.
W najbliższy weekend nareszcie trochę odetchnę i na pewno się odezwę. Najprawdopodobniej w niedzielę w nocy (bo pisanie zajmuje mi zawsze pół dnia ^^). Do usłyszenia!

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Co słonko widziało #17: baśniowo i magicznie

Dobrze czytacie: w tym tygodniu odpuściłam sobie wszelkie mądre, spokojne i dojrzałe filmy, a zajęłam się dopieszczaniem mojego wewnętrznego dziecka. Było kolorowo, magicznie, odprężająco i zupełnie nierealistycznie. I dobrze. Trzy z tegotygodniowych pozycji to reinterpretacje znanych nam wszystkim baśni: Śpiącej królewny, Roszpunki i Pięknej i Bestii. Dorzuciłam do zestawu również zaległych Strażników Galaktyki, bo to w zasadzie też trochę baśń. Jest magia? Jest. Walka dobra ze złem? Też jest. A że dekoracje trochę inne...

Przyjemnego czytania! I oglądania, jeśli (mam nadzieję!) uda mi się Was do któregoś z tych filmów zachęcić.


1. Guardians of the Galaxy // Strażnicy Galaktyki (2014; USA) - 6/10

Tylko proszę, drodzy ewentualni fani, nie zjedzcie mnie za tę szóstkę. Pisałam już o tym, jakim cudem (i z jak przeogromnym entuzjazmem...) wylądowałam na tym filmie, ale na wszelki wypadek napiszę to jeszcze raz, czarno na białym: nie należę do grupy docelowej Strażników Galaktyki. O Marvelu nie wiem nic - dosłownie, zero absolutne. Nie lubię komiksów o superbohaterach, nie lubię filmów sci-fi, nie lubię, kiedy akcja dzieje się w kosmosie (chyba że to film z gatunku Kontaktu - widzicie różnicę i rozumiecie, prawda?), nie lubię ledwo naszkicowanej fabuły i tuszowania jej braku przez niekończące się ucieczki i pościgi (poważnie, zanudza mnie to na śmierć...) i  nie lubię... No, może nie "nie lubię", ale na dźwięk słowa "3D" zapala mi się w mózgu ostrzegawcza lampka - bo prawdopodobieństwo tego, że dany film jest pozbawionym fabuły gniotem, stworzonym tylko dla efektów specjalnych, gwałtownie wzrasta. W dodatku - wisienka na torcie... - dopiero w drodze do kina uświadomiłam sobie, że tym razem idziemy do multipleksu, ergo - film będzie zdubbingowany. Po niemiecku.
No właśnie.
Wypisałam tu tę litanię nie po to, żeby sobie pomarudzić, tylko żeby uświadomić Wam, że szóstka - według filmwebowej skali ma to znaczyć "niezły" - to w tym przypadku zaskakująco wysoka ocena. Przed seansem nastawiałam się na co najwyżej czwórkę i dwie nudne, ciężkie do wysiedzenia godziny. A tymczasem było naprawdę "nieźle" i mimo paru słabych punktów, mimo że to film nie dla mnie, to - przyznaję z ulgą - po prostu dobrze się na Strażnikach Galaktyki bawiłam.

Zacznę od tego, co podobało mi się w tym filmie najmniej. O dziwo nie są to wcale ucieczki i pościgi, których wcale aż tak dużo tu nie było (+1 dla filmu!), a tandetne, napuszone, kompletnie z księżyca wzięte dialogi. Możliwe, oczywiście, że to Niemcy spaprali swój dubbing i w oryginale brzmiało to lepiej, ale jakoś ciężko mi w to uwierzyć. Nie bardzo wiem, jak można by stworzyć kwiatki w rodzaju Przez całe moje życie otaczali mnie wrogowie. Miło będzie żyć, dla odmiany, wśród przyjaciół, gdyby wersja wyjściowa była mniej patetyczna. Zresztą, cała ta scena, w której drugoplanowi bohaterowie deklarują, że przyłączą się do Petera (Chris Pratt), wygląda jak parodia rady u Elronda z Drużyny Pierścienia. Prawie się zdziwiłam, że Gamora (Zoe Saldana), po wygłoszeniu powyższej deklaracji, nie dodała: You have my sword...

Film ma też parę luk logicznych, które fani Marvela może będą potrafili jakoś załatać, ale taki laik jak ja już nie za bardzo. Pominę już szczegóły związane z samym wszechpotężnym kryształem (czy co to tam było...), ale czy ktoś mógłby wytłumaczyć mi, w jaki sposób "ten zły", czyli Ronan (Lee Pace), miał zamiar stanąć na powierzchni planety, dotknąć jej wszechpotężnym-artefaktem-od-którego-zależą-losy-świata, zniszczyć w ten sposób całą tę planetę, a jednocześnie samemu pozostać nietkniętym? Przecież nie miałby już nawet na czym stać. Pominął ten szczegół czy co?

I jeszcze jedna kwestia - zakładam, że wynikająca z oryginału. Mówimy o planecie położonej miliardy lat świetlnych od Ziemi, na totalnym kosmicznym wywiejewie - jakim więc cudem mieszkańcy tej planety wyglądają jak zieloni albo różowi Ziemianie? Wynika to jakoś z uniwersum Marvela czy komuś tu po prostu zabrakło wyobraźni? Możliwe, oczywiście, że autor jest wyznawcą celowości ewolucji i chciał w ten sposób dać wyraz swoim przekonaniom, ale jakoś... Nie. Nie bardzo w to wierzę.

Co mi się więc podobało? Reszta! Akcja jest wartka, bohaterowie wystarczająco różnorodni, by każdy znalazł tu swojego faworyta, sporo tu humoru (o ile do głosu nie dochodzą te nieszczęsne patetyczne nuty), pojawiają się też - autentycznie zabawne - elementy parodii. 3D jest cieszącym oko dodatkiem, nie zamiennikiem fabuły. Pojawiły się tu też dwie przepiękne sceny - obie z udziałem entopodobnego stwora, Groota; w pierwszej z nich rzeczony Groot wyczarowuje coś na kształt świetlików, w drugiej tworzy kokon wokół bohaterów i znów rozświetla ich "pieczarę" iskierkami światła. Zachwycające, romantyczne, piękne i w zasadzie zupełnie niepasujące do reszty filmu - ale w tym przypadku bardzo mi się ten kontrapunkt spodobał.

I tak, zbierając to wszystko do kupy, przymykając oko na parę niedociągnięć ("To taki gatunek, nie wymagaj za dużo..."), a jednocześnie pamiętając, że z czegoś ta moja niechęć do gatunku samego w sobie wynika ("Siódemka?! Ale pamiętasz, jakie filmy oceniałaś na siedem? Wykluczone, wyżej niż sześć nie dam...!") stanęło na szóstce. I to naprawdę pozytywna, zadowolona szóstka.


2. Maleficent // Czarownica (2014; USA) - 7/10

Oceny (przynajmniej moje ^^) bywają zaskakujące. W poprzednim przypadku wystawiłam "zadowoloną szóstkę" - tu natomiast pojawia się rozczarowana siódemka. "Rozczarowana" nie dlatego, żeby film był zły - przeciwnie, to bardzo ciekawa reinterpretacja baśni o Śpiącej Królewnie, a efekty są tak piękne, że pluję sobie w brodę, że nie poszłam na ten film do kina - ten jeden raz naprawdę chciałabym, i to bardzo, zobaczyć film w 3D! Boli mnie jednak to, że Maleficent mogła być czymś więcej. Naprawdę chciałabym wystawić temu filmowi wyższą ocenę, na to się zresztą nastawiałam - i strasznie żałuję, że nie mogę. Jest dobrze, naprawdę dobrze, ale kurczaki, nietrudno dostrzec, że mogłoby być jeszcze lepiej...

Nie będę streszczać filmu, bo oryginalną baśń zna chyba każdy, a zbytnie odkrycie historii Maleficent zabrałoby Wam dużo przyjemności z oglądania. Disney dokonuje tu rzeczy, jak na to studio, niewyobrażalnej: pokazuje, że zło nie bierze się znikąd. Zła Diabolina, która uwzięła się na słodką, nieszczęsną Aurorę, "bo tak", ustępuje tu miejsca ufnej, kochającej kobiecie, której serce zostaje złamane, a zaufanie zawiedzione. Disney polemizuje nawet z motywem pocałunku prawdziwej miłości, jakże często wykorzystywanym w ichnich produkcjach...! Cud nad cudy, wreszcie do tego doszli...

Najjaśniejszymi punktami filmu są scenografia, efekty specjalne i Angelina Jolie w tytułowej roli. Baśniowa kraina, w której wychowuje się młoda Maleficent, jest tak magiczna, kolorowa, zachwycająca, że aż chciałoby się samemu do niej przenieść. Robiła wrażenie nawet w średniej jakości dwuwymiarze. O aktorstwie Angeliny nie wiem nawet, co napisać; nie znam jej za bardzo jako aktorki (widziałam ją chyba tylko w Tomb Raiderze i Mr and Mrs Smith - trudno tu mówić o aktorstwie...), ale jako Maleficent wypadła niesamowicie wiarygodnie. Zero jakiegokolwiek wrażenia sztuczności.

Z tego co do tej pory wyczytałam, sporo kontrowersji wzbudza obsadzenie Elle Fanning w roli księżniczki Aurory. Jasne, każdy by pewnie chciał, żeby filmowa Aurora była wysoką, wiotką, niebieskooką blondynką, miała idealne rysy, uroczy uśmiech, pięknie śpiewała, żeby sarenki jadły jej z ręki, żeby była, rzecz jasna, dobrą aktorką, a w dodatku miała mniej więcej szesnaście lat. Tylko jakoś nikt taki nie przychodzi mi do głowy. Elle wydaje mi się tu całkiem dobrym kompromisem; najpiękniejszą nastolatką świata nie jest, ale jest całkiem ładną, niebieskooką blondynką, ma szczery i ciepły uśmiech, wiek też się zgadza. Aktorskiego popisu nie dała, bo też i niespecjalnie dużo miała do grania. Wiąże się z tym, co prawda, jeden zgrzyt: dziwił mnie zupełny brak zdziwienia czymkolwiek u Aurory, niezależnie od tego, czy znalazła się nagle wewnątrz magicznej krainy, czy tez dokonała wielkiego odkrycia związanego z przeszłością Maleficent. Nie wiem tylko, czy to wina Elle, scenariusza czy reżysera, chociaż obstawiałabym to ostatnie. Tak czy inaczej, Elle nawet nie próbuje udawać zdziwionej, co w obu tych sytuacjach było dla mnie zupełnie niezrozumiałe...
Film jest dobry i przyjemnie się go ogląda, ale ma jedną zasadniczą wadę: jest zwyczajnie za krótki. Półtorej godziny wystarcza, by opowiedzieć historię Maleficent, ale nie, by pozwolić widzowi się w nią wczuć. W związku z tym nie pozostaje nam nic innego, jak uwierzyć na słowo narratorce, kiedy ta opowiada o uczuciach łączących Maleficent z poszczególnymi bohaterami opowieści. Brakowało mi pogłębienia ich relacji, większej liczby scen, dzięki którym mogłabym prześledzić rozwój tych związków. Filmowi brakuje też porządnego punktu kulminacyjnego - domyślam się wprawdzie, co miało nim być, ale średnio to twórcom wyszło. Po seansie pozostał mi pewien niedosyt, jakby nie udało mi się dotrzeć do sedna opowieści. Maleficent mogła (i powinna!) być bardzo emocjonującym i angażującym widowiskiem - a tymczasem wyszło to dość sucho i chłodno. Czegoś tu brakuje i wydaje mi się, że to właśnie kwestia tych dodatkowych 20-30 minut.

To dobra reinterpretacja, z pięknymi widokami, efektami specjalnymi, ciekawie rozłożonymi akcentami, wartościowym morałem i nietuzinkową, tragiczną postacią Maleficent. Niemniej jednak - i tak jestem na ten film prawie zła. Niby lepsze jest wrogiem dobrego, ale tu do tego "lepszego" brakowało tak niewiele, że nie mogę zrozumieć, dlaczego reżyser nie poszedł o krok dalej i nie nakręcił filmu, który poruszyłby widza i został mu w pamięci na dłużej. Szkoda mi takich zmarnowanych szans. Stąd też ta "rozczarowana siódemka", która miała być co najmniej ósemką, ale jej się nie udało...


3. Tangled // Zaplątani (2010; USA) - 7/10

Tym razem zawyżonych oczekiwań nie miałam, więc mamy do czynienia z najnormalniejszą w świecie, zadowoloną, dobrze się bawiącą siódemką ;).

Jeżeli nie słyszeliście o Zaplątanych i nie macie pojęcia, o co tu może chodzić, zerknijcie na plakat po lewej. Konkretniej - na włosy bohaterki. Konkretniej - na ich długość. Tak, to znana nam skądinąd Roszpunka w nowej, przystosowanej do dzisiejszych realiów wersji. Nie chodzi mi tu o dekoracje - te pozostają baśniowo-klasyczne - ale o charakter i zachowanie głównej bohaterki. Eteryczne mimozy, czekające z utęsknieniem na księcia z bajki, już się dziś nie sprzedają. Współczesne wersje disnejowskich księżniczek są błyskotliwe, mają cięty język, potrafią wziąć los w swoje ręce, a w ostateczności nawet znokautować przeciwnika patelnią.

Zaplątani są uroczym filmem i wprawdzie mojego życia ten seans nie zmienił, ale znalazłam w nim wszystko, czego oczekuję od dobrej bajki. Animacja jest co najmniej dobra, a momentami wręcz przepiękna: scena z lampionami (która widnieje tez na powyższym plakacie...) całkowicie mnie oczarowała i fakt, że to tylko animacja, nijak nie zmniejszył mojego zachwytu. Uroczy są również bohaterowie: Roszpunka jest żywiołowa i pełna pasji (trudno było mi odpędzić się od skojarzeń z Anną z Frozen, zwłaszcza przy bardzo podobnych motywach z życia obu bohaterek: odizolowanie, zamknięcie, wreszcie szansa poznania zewnętrznego świata, pełna ekscytacja, a nawet piosenka z gatunku For the First Time in Forever), a jej "wybawiciel", Flynn, to sympatyczny zawadiaka o szelmowskim uśmiechu i (rzecz jasna...) złotym, wrażliwym sercu. Sceny z udziałem ich obojga - a jest ich tu bardzo dużo - skrzą się lekkim, niezobowiązującym humorem. Do tego dochodzi inteligentny koń o wysoce rozwiniętym poczuciu sprawiedliwości, wytrwale ścigający biednego Flynna, a także najsłodszy bohater filmu - mały kameleon, Pascal, od maleńkości towarzyszący samotnej Roszpunce.

Sama historia jest prosta, co jest mieczem obosiecznym: z jednej strony nie ma tu luk fabularnych czy nieprawdopodobnych zwrotów akcji (vide: Frozen i historia z Hansem...), ale z drugiej - próżno szukać tu czegokolwiek, co by tę opowieść pogłębiło. Jest bunt przeciw autorytetom, pragnienie wolności, spełnianie marzeń, są źli bohaterowie myślący tylko o sobie (tu pojawia się małe ukłucie żalu: Gothel opiekowała się Roszpunką przez 16 lat, czy aby na pewno w ogóle się do niej nie przywiązała? Pomijając jej obsesję młodości, nie była przecież chodzącym potworem. Można by też pójść trochę w tym kierunku...) i wielka, gotowa do najwyższych poświęceń miłość. Wszystko to podane w bardzo ładnych dekoracjach. Zaplątani nieśmiało wracają też na stary, musicalowy szlak, na który kilka lat później - i z dużo większą werwą - wkroczyło również Frozen. Muzyki jest tu mniej niż w przypadku Krainy Lodu i jakoś mniej wpada w ucho - hitu na miarę Let It Go (czy For The First Time In Forever, czy nawet Love Is An Open Door...) brak - ale ładnie wkomponowuje się w całą historię i dla miłośniczki musicali (to ja ^^) stanowi bardzo przyjemny dodatek do bajki:



(Uwaga, to może być mały spoiler!)


Wydaje mi się, że Frozen - mimo jego wad - minimalnie bardziej przypadło mi do gustu. Jakoś bardziej przemawia do mnie historia dwóch sióstr niż wielkiej true love - może dlatego, że to już było, i to tyle razy... Ale to przyjemna bajka i spokojnie mogę ją Wam polecić, jeśli macie akurat wolny wieczór i ochotę na trochę czystej, urzekającej rozrywki :).


4. La Belle & la bête (2014; Francja, Niemcy) - 7/10

Twórcy najnowszej wersji Pięknej i Bestii - w przeciwieństwie do studia Disneya w Maleficent - nie bawili się w stawianie oryginalnej historii na głowie i zamienianie złych bohaterów w dobrych, a dobrych w złych. La Belle & la bête to w miarę wierna adaptacja znanej nam wszystkim baśni. Pozmieniano parę szczegółów, dodano więcej magii (takiej prawdziwie magicznej magii, z nimfami, bogami lasu i uzdrawiającymi źródełkami, nie tylko samotną, zaklętą różę...), namieszano też w przeszłości Bestii (nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim wytłumaczeniem klątwy, ale dajcie mi znać, jeśli coś przeoczyłam) - ale istota baśni pozostała taka sama. Ojciec zrywa różę, Bestia wpada w szał i każe mu tylko pożegnać się z rodziną i wrócić, Belle ubiega go i sama wyrusza do zamku.

Miałam wątpliwą przyjemność oglądać ten film z tragicznymi napisami - poważnie, to było najgorsze tłumaczenie filmu, jakie w życiu widziałam i miałam wrażenie, że osoba, która je robiła, nie zna porządnie ani angielskiego (to na pewno...), ani nawet francuskiego. Jako że moja francuszczyzna kończy się na zwrotach z gatunku jamais i d'accord (i nawet zapomniałam już, jak się je poprawnie pisze, haha...), bardzo utrudniło mi to odbiór filmu. Za fabułą, co prawda, nadążałam, zestawiając ze sobą obrazy i to, co być może miały oznaczać te pseudo-napisy, ale nie miałam szans zrozumieć jakichkolwiek niuansów czy subtelności językowych.

Tym bardziej niesamowite jest to, że film i tak się obronił. Przede wszystkim dzięki warstwie wizualnej. Scenografia i kostiumy są dopieszczone w najdrobniejszych szczegółach, a niektóre zdjęcia to małe dzieła sztuki. Pnące róże oplatające schody pałacu Bestii, wystawne kolacje, śnieżne zamiecie, suknie, wiejski domek rodziny Belli - wszystko to jest piękne, nastrojowe, tajemnicze. Magii jest tu sporo, ale takiej właśnie niebezpiecznej, mistycznej magii, z którą trzeba ostrożnie się obchodzić. Bywa też trochę strasznie. Natrafiłam przed chwilą na komentarz oburzonego rodzica, który obejrzał ten film z dzieckiem i aż mnie zatkało wobec takiej ignorancji. To nie jest film dla dzieci. Naprawdę, to, że tytuł to Piękna i Bestia nie znaczy jeszcze, że to film familijny. Ba, powiedziałabym wręcz, że Piękna i Bestia w ogóle nie jest bajką dla dzieci, tylko Disney ją na taką przerobił. A ta Piękna i Bestia absolutnie się dla małych dzieci nie nadaje.

Niestety, fabuła nie jest już dopracowana tak, jak scenografia i kostiumy (po seansie udało mi się znaleźć rozsądne napisy i przeczytałam je "na sucho", w razie wątpliwości ;)). Kuleje przede wszystkim wątek romantyczny, który (ZNÓW) jest zupełnie niewiarygodny. Za mało tu wspólnych scen Belle i Bestii, za mało stopniowego przekonywania się do siebie. Bohaterowie widują się w zasadzie tylko podczas kolacji, kiedy to zamieniają ze sobą kilka słów. Wprawdzie Belle śni o przeszłości Bestii i w ten sposób z czasem poznaje tajemnicę ciążącej na nim klątwy, ale czy to wystarczy do miłości? Brakuje tu romantyzmu i/albo erotyzmu. Czegokolwiek, dzięki czemu widz nie miałby wrażenia, że Belle "pokochała" Bestię z litości.

Sądząc po moich ostatnich doświadczeniach filmowych, stworzenie wiarygodnego wątku romansowego przerasta większość reżyserów...

Fabularnie jest więc przeciętnie albo i gorzej: nie zaprezentowano nam niczego nowego, a w dodatku wyprano starą opowieść z uczuć. Ale te widoki, ten klimat, te kolory...! Swoją drogą, zastanawia mnie symbolika ogniście czerwonej sukni, w której Belle odwiedza rodzinę. A raczej nie tyle sama symbolika, tylko to, czy w ogóle tam jest. Ta czerwień jest bardzo mocno sugestywna, a miny braci Belle dodatkowo utwierdzają mnie w moich przypuszczeniach. Nie wiem tylko, kto komu chce tu coś sugerować: reżyser widzom czy Bestia rodzinie Belle...?

To uczta dla oczu i smakowity kąsek dla fanów magicznych opowieści. Jeśli jesteście w stanie przełknąć wzięte z kapelusza uczucie Belli i Bestii - możecie brać się do oglądania. Życzę Wam szczęścia w poszukiwaniu lepszych napisów :).
Related Posts with Thumbnails