wtorek, 28 maja 2013

Filmowo

Nigdy nie byłam typem osoby, która spędza dużo czasu na oglądaniu filmów. Lubię wyszukiwać ciekawe produkcje, zapisywać ich tytuły, ale oglądać? Z tym już gorzej... Moja filmwebowa lista "Chcę obejrzeć" rozrasta się bez końca i często sama już nie pamiętam, czemu chciałam dany film zobaczyć i o czym on w ogóle miał być. Pewnego razu moja młodsza siostra (do niedawna namiętnie oglądająca wszystko, co tylko udało jej się znaleźć) prawie umarła ze śmiechu widząc na mojej liście postanowień noworocznych punkt pt. "Obejrzeć przynajmniej 1 film w miesiącu". Cóż. Stara(ła)m się zmotywować...

Tymczasem ostatnio stało się ze mną coś dziwnego i poświęcam mnóstwo czasu na oglądanie filmów i seriali. Może nareszcie mam na to czas? Może trochę mi się tu nudzi samej i staram się zapełnić czymś czas do skończenia studiów? Rekordzistką zapewne nie jestem i nie będę, ale trzy filmy tygodniowo - a tak właśnie wyglądał ubiegły tydzień - to dla mnie naprawdę dużo. W tym (a mamy dopiero wtorek!) mam za sobą już ostatnie trzy odcinki Rodziny Borgiów i pierwszy świeżo zaczętej Dynastii Tudorów. Aż strach myśleć, co będzie dalej...!

Ale serialami zajmę się kiedy indziej. Dziś parę słów o filmach, które ostatnio widziałam.

... 


Zachęcona recenzją Judith z Tylko subiektywnie (wtedy jeszcze z Przyjemnostek) nabrałam ochoty na obejrzenie Meridy Walecznej (w oryginale po prostu Brave). Na chęciach by się zapewne skończyło, gdyby nie to, że mój lot z Osaki do Dubaju był długi i nudny, a samolot - wyposażony w ekrany przy każdym fotelu i całkiem bogatą bazę filmów. Znalazłam Brave i... Nie zdążyłam obejrzeć jej do końca, bo zaczynaliśmy już podchodzić do lądowania. Dopiero po dwóch miesiącach przypomniałam sobie o tej bajce i obejrzałam jej drugą połowę.
Podobało mi się. Moja ocena jest pewnie mało obiektywna, bo dawno nie oglądałam już żadnej bajki, więc cały ten baśniowy świat i dobro z definicji pokonujące zło były dla mnie czymś świeżym, od czego "dorosła" kinematografia zdążyła mnie już odzwyczaić. Podobała mi się niezależność Meridy i jej bardzo wiarygodny charakter - nie anielski, niepozbawiony wad i właśnie przez to prawdziwy. Śmieszyły mnie jej wszystkie "To nie moja wina!", połączone z wyraźną paniką w oczach - o tak, jakie to typowe, i to wcale nie tylko dla zbuntowanych nastolatków. Podobała mi się, i to bardzo, scena, w której matka Meridy rozmawia z jej ojcem, a Merida - z ukochanym koniem, a słowa matki i córki przeplatają się ze sobą, łącząc się na koniec we wspólnym "if you would just LISTEN".


Przerażają mnie natomiast niektóre reakcje na ten film. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, jaką wizję świata trzeba mieć w głowie, żeby nazwać Brave skrajnie feministyczną bajką. Jeżeli nastolatka odmawiająca wyjścia za mąż za jednego z wybranych przez rodziców kandydatów (z których żaden nie grzeszy ani urodą, ani rozumem) i ceniąca sobie swoją niezależność jest skrajną feministką, to ja naprawdę zaczynam wątpić, w którym stuleciu żyję. Krytyka (domniemanego) braku przesłania filmu, "bo smarkula nie nauczyła się, że rodziców zawsze trzeba słuchać", też działa na mnie dość przygnębiająco. Niektórym ludziom ciężko widocznie zauważyć, że bajka - poza morałem przeznaczonym dla dzieci - miała też przesłanie przeznaczone dla rodziców, którzy mają problem z przyznaniem własnym dzieciom prawa do bycia odrębnymi jednostkami, z ich własnymi charakterami i marzeniami.

Mi morał się podobał. Poza tym - piękne krajobrazy, włosy Meridy i muzyka. Nie wiem, czy film zasługiwał na Oskara, ale oglądało się go przyjemnie.

...

Mój chłopak jest wielkim fanem serialu Scrubs (Hoży doktorzy), nie zdziwiłam się więc specjalnie, kiedy znalazłam w jego mieszkaniu DVD z Garden State - filmem wyreżyserowanym przez Zacha Braffa, odtwórcy głównej roli w tym serialu. W w/w filmie też gra zresztą głównego bohatera. Ja nie jestem wprawdzie specjalną fanką tego aktora, ale przyuważyłam na pudełku zdjęcie Natalie Portman - i było to dla mnie wystarczającą zachętą do obejrzenia filmu.
O czym jest Garden State? Ha! Dobre pytanie. Powiedziałabym, że o (nie) radzeniu sobie z traumami, o mierzeniu się z przeszłością, trochę też o trudnym procesie odrywania się od rodziców - w tym przypadku ojca-psychiatry. O poczuciu winy - i tym wewnętrznym, i tym, które próbuje się w nas wzbudzić. I, oczywiście, o miłości. Choć od komedii romantycznej jest ten film odległy o lata świetlne.
Może to wina tego, że oglądaliśmy go dość późnym wieczorem i byłam już zmęczona, może to moje opory wobec Zacha Braffa, ale - mimo najszczerszych chęci - nie udało mi się zachwycić tym filmem. Znalazłam w nim parę przykuwających uwagę scen, ale jako całość był dla mnie przede wszystkim nudny. Zrobienie komediodramatu jest trudne: może z tego wyjść albo genialne połączenie i komedii, i dramatu, albo film nijaki, który ani porządnie nie bawi, ani nie wzrusza. Garden State bliżej jest, niestety, do tej drugiej opcji. Przez długi czas miałam wrażenie, że oglądam zlepek scen, które nie łączą się w żadną spójną całość. A naprawdę chciałam, żeby mi się podobało...


...

Kokuhaku (告白, pol. Wyznania) obejrzałam podczas zajęć i był to jeden z najbardziej męczących psychicznie filmów jakie kiedykolwiek widziałam. Pełen nienawiści, zemsty, bezwzględnie wykorzystywanego poczucia bezkarności, kłamstw, szaleństwa i bólu. Od pierwszych scen czuć w nim napięcie i grozę; nawet scena picia mleka przez uczniów sprawia złowrogie wrażenie. Punktem wyjścia akcji jest wyznanie nauczycielki, która straciła niedawno kilkuletnią córeczkę. Teraz rezygnuje z pracy, przy okazji informując klasę, że dziewczynka nie uległa nieszczęśliwemu wypadkowi, lecz została zamordowana przez dwóch uczniów. A że mają oni dopiero 13 lat i w świetle prawa są bezkarni, postanowiła sama wymierzyć im sprawiedliwość...
Film składa się z "wyznań" kolejnych osób. Nauczycielki, jednej z jej uczennic, pierwszego z gimnazjalistów-morderców, matki drugiego z nich. Każdy z nich dopowiada coś do opowiedzianej już historii, zmieniając nieco jej wydźwięk. Młodociany morderca nagle wzbudza współczucie, przerażony chłopiec okazuje się bezlitosnym psychopatą, a determinacja nauczycielki zaczyna zakrawać o obłęd. Ciężko zdecydować, która ze stron jest "dobra". Jak na mnie - żadna z nich. Może poza jedną z uczennic...


Film dobrze ukazuje to, jak wielki wpływ na nasze (i innych) życie mają nasze traumy i kompleksy. Jak łatwo godna współczucia ofiara może zamienić się w bezwzględnego, mściwego agresora. Film pozostawił mnie z pytaniem, które gryzło mnie też po lekturze Wichrowych wzgórz: jak dalece można usprawiedliwiać okrucieństwo doznanymi wcześniej krzywdami? Gdzie kończą się okoliczności łagodzące?
Nie wiem, czy historia przedstawiona w Kokuhaku mogłaby się wydarzyć. Mam szczerą nadzieję, że nie. Zmęczył mnie ten film okropnie i z ulgą wróciłam po nim do mojego normalnego, prostego życia. Ale poruszył mnie tak, że myślę o nim od tygodnia... A to dla mnie znak, że film był dobry.
Chyba powinnam podwyższyć mu ocenę. Spokojnie zasługuje na ósemkę.

piątek, 10 maja 2013

Hanka Lemańska, "Chichot losu"

3/6

Zazwyczaj lektury w rodzaju Chichotu losu omijam szerokim łukiem - zwłaszcza, że generalnie nie pałam szczególną miłością do literatury polskiej. Na moje (dość nieoczekiwane) sięgnięcie po tę książkę złożyły się trzy czynniki. Po pierwsze, jednym z moich noworocznych postanowień literackich było (i jest) czytanie przynajmniej jednej książki polskiego autora w miesiącu. Po drugie, byłam wtedy świeżo po lekturze Leśnika Marii Kuncewiczowej i miałam ochotę, dla odmiany, na coś lżejszego. A po trzecie, po prostu miałam Chichot losu na czytniku (tak, kupiłam! Cudowny wynalazek :)). 

Nakręconego na podstawie tej powieści telewizyjnego serialu z Martą Żmudą-Trzebiatowską w roli głównej nie oglądałam, ale wiedziałam mniej więcej, czego dotyczył. Młoda, ambitna, niezależna singielka zgadza się zaopiekować na kilka dni dziećmi koleżanki. Koleżanka ginie w wypadku samochodowym, dzieci nie mają się gdzie podziać i głównej bohaterce spada na głowę olbrzymi kłopot. Okładka i widziane od czasu do czasu w telewizji zapowiedzi kolejnych odcinków sugerowały raczej nieskomplikowaną, odprężającą lekturę, a tematyka dawała nadzieję na coś więcej, niż zwykle w tego typu powieściach bywa. Nie rycerz na białym koniu, a dzieci są tu sprężyną wydarzeń, tlił się więc we mnie płomyk nadziei na coś więcej... Może sprawnie opowiedzianą historię, troszkę portretów psychologicznych? Powieść miała potencjał. Niestety, raczej słabo wykorzystany.

 - Nastąpiły pewne nieprzewidziane komplikacje i... Przechodząc do rzeczy: otóż asystentka naszego wiceprezesa właśnie urodziła dziecko.
Powariowali? Z ich punktu widzenia to są nieprzewidziane komplikacje? Przecież większość ciąż tak się kończy!
Chichot losu jest rzeczywiście książką nieskomplikowaną i odprężającą, miejscami (choć nieczęsto) nawet całkiem zabawną. Czyta się ją szybko i równie szybko o niej zapomina. Nie znalazłam w niej niczego, co szczególnie przyciągnęłoby moją uwagę, może poza niezwykłą naiwnością wykreowanego przez autorkę świata. Nie znam się na prawie rodzinnym (ani zresztą żadnym innym), więc gdyby przypadkiem trafił tu ktoś, kto się w tym temacie orientuje, byłabym niezmiernie wdzięczna za wyjaśnienie, dlaczego nieletni Asia i Łukasz bez problemu mieszkali z obcą sobie kobietą przez parę miesięcy, ale w momencie, gdy Joanna postanowiła starać się o ich adopcję, dzieciom zaczęło grozić odesłanie do sierocińca. Czy polskie prawo naprawdę tak działa? Jestem skłonna przypuszczać, że w rzeczywistości wyglądałoby to trochę inaczej - zwłaszcza, że to nie jedyna kwestia, która każe mi wątpić w prawdziwość świata przedstawionego. Momentami przerywałam lekturę w połowie zdania, starając się zrozumieć stwierdzenia w rodzaju:
 - Asi grozi pozostanie na drug rok w tej samej klasie. Sama pani rozumie, w naszej szkole Asia klasy powtarzać nie może. To dobra szkoła i nie ma u nas takiego zwyczaju.
Słyszeliście kiedyś o takiej szkole? Bo ja nie. I zawsze wydawało mi się, że o tego typu sprawach decyduje kuratorium albo ministerstwo oświaty, a nie panujący w danej szkole "zwyczaj".

Nadzieja na pogłębione portrety psychologiczne również okazała się płonna. Bohaterowie są w najlepszym wypadku przedstawieni przyzwoicie - do tej grupy zaliczyłabym główną bohaterkę i może małego Łukasza. Z innymi bywa odrobinę gorzej, choć nadal nieźle - zbyt dorosła jak na swoje 8 lat Asia, "miły" Marcin (o którym dowiadujemy się właśnie tyle - jest miły, rodzinny i uczynny), nabierający z czasem ludzkich cech szef Joanny. Pojawiają się też postaci wybitnie sztuczne, jak analizująca każdy swój najmniejszy ruch i dzieląca się swoimi spostrzeżeniami z przyjaciółkami (w dodatku takim stylem, jakby pisała rozprawkę albo co najmniej list z autoprezentacją) Agata czy szefowa Joanny, fiksująca na punkcie swojego pieska (hmm, chyba gdzieś już o tym czytałam...). A na końcu tej wyliczanki stoi przypadek ekstremalny: Marek, chłopak Joanny, mężczyzna zimny, nieczuły, egoistyczny i zapatrzony w siebie. Jego charakter naszkicowany jest tak grubą kreską, że śmiać mi się chciało za każdym razem, kiedy powracał na karty powieści. 
We wtorek rano Marek zadzwonił, jak gdyby nic się nie stało.
 - Jak tam? Wróciła? - zapytał niefrasobliwym tonem. - To jak? W sobotę, tam gdzie zwykle?
 - Nie wróciła. Zginęła w wypadku samochodowym. W piątek pogrzeb - zignorowałam drugą część jego pytania.
Złośliwie pomyślałam, że zaraz powie, że w takim razie nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy mogli spotkać się w sobotę. Tam, gdzie zwykle, o tej samej porze. I nawet nie bardzo się myliłam.
 - No, ale w sobotę jesteś wolna - stwierdził.
Autorka równie dobrze mogłaby napisać wprost: Mój chłopak, Marek, jest aroganckim dupkiem, którego nie obchodzi nikt poza nim samym. Na to samo by wyszło. Może nawet byłoby to subtelniejsze niż te ciągłe dialogi, w których Marek przejawia taką bezduszność, że przypomina raczej robota niż człowieka z krwi i kości.

W Chichocie losu nie porywa też styl. Nie ma co liczyć również na zaskakującą fabułę - idealnie wszystko, od początku do końca, jest w pełni przewidywalne, łącznie z przyszłym wybrankiem serca bohaterki. Czemu więc trzy punkty, a nie jeden? Poza tym, że książkę czytało mi się naprawdę szybko i całkiem przyjemnie, było w niej kilka rzeczy, które przypadły mi do gustu. Podobało mi się to, że autorka, przeważnie przedstawiająca świat tylko w czerni i bieli, opisując przemyślenia Joanny na temat jej dawnego i nowego życia nagle zastosowała sporą gamę półcieni. Spodziewałam się zachwytów nad rodzinnym ciepłem i wyśmianiem życia w pędzie, nastawionego na karierę, a dostałam całkiem wiarygodne rozważania kobiety, która - choć nie żałuje podjętych decyzji - tęskni za wyzwaniami i adrenaliną. Podobała mi się też retrospektywna analiza związku Joanny z Markiem, łącznie z zamykającym ją Zwyczajnie z niego wyrosłam. Nie żeby którekolwiek z tych rozważań były naprawdę głębokie i szczegółowe, ale miło odznaczają się na czarno-białym tle reszty powieści.


Related Posts with Thumbnails