środa, 4 grudnia 2013

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, "Cukiernia Pod Amorem. Tom 2: Cieślakowie"


Bez zbędnych wstępów mogę napisać, że uważam Cieślaków za najlepszy tom sagi Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. O ironio, wcale nie mój ulubiony. W Zajezierskich (mimo wszelkich wad tego tomu, na które ostatnio pozwoliłam sobie trochę pomarudzić) bardzo podobało mi się tło. Wszystkie te stroje, zwyczaje, mentalność były tak inne, tak niewspółczesne... Jest w tych czasach coś magicznego i o ile nie chciałabym w nich żyć, o tyle czytanie o nich jest dla mnie wielką przyjemnością. Sytuacja w Cieślakach jest dokładnie odwrotna: autorce udało się nie powtórzyć błędów z poprzedniego tomu, więc i zgrzytania zębami, o ile dobrze pamiętam, nie było - ale kolejne pokolenie bohaterów żyje już w innych czasach, dużo bardziej niespokojnych, lektura bywa więc nieraz frustrująca i przygnębiająca.

Tom nosi podtytuł Cieślakowie, spodziewałam się więc, że członkowie rodu Zajezierskich stanowić będą tu jedynie tło wydarzeń, a uwaga autorki skupi się na nowej rodzinie, powiązanej z nieślubnym synem hrabiego. Zdążyłam już polubić Zajezierskich, Bysławskich i Toroszynów, niespecjalnie cieszyła mnie więc taka zmiana perspektywy. Niepotrzebnie się martwiłam, bo w rzeczywistości niewiele jest Cieślaków w Cieślakach. Bodajże jeden rozdział poświęcony jest ich złodziejskiej "karierze" i wielkiemu oszustwu zakochanego Mariana, później zaś rodzina Cieślaków wyparowuje z kart powieści. Pozostaje jedynie Marian z żoną i córką - a i to tylko w nielicznych fragmentach poświęconych Paulowi Connorowi. Szczerze mówiąc, więcej jest Cieślaków (przynajmniej ich kolejnego, dość licznego pokolenia) w Hryciach niż tu...

Cieślakowie stanowią brakujące ogniwo między częścią dawną a współczesną, podejrzewam więc, że to dlatego autorka próbowała skupić na nich swoją uwagę. Nie do końca jej się to jednak udało. Drugi tom powinien raczej nosić podtytuł Toroszynowie, bo to właśnie potomkowie Kingi Toroszyn odgrywają w nim najważniejszą rolę. Grażyna Toroszyn, znana raczej jako Gina Weylen, wyrasta wręcz na główną bohaterkę powieści i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że trochę wymknęła się autorce spod kontroli. Angielskie wyrażenie 'steal the show' jest tu jak najbardziej na miejscu. Gina jest postacią tak barwną i budzącą tyle sympatii, że nawet jej szkolno-nastoletnie perypetie wydawały mi się ciekawsze niż fragmenty dotyczące Pawła. Autorce udało się wręcz wmówić mi, że jej bohaterka istniała naprawdę. Przyznajcie się, kto jeszcze wygooglował Ginę albo szukał jej na Wikipedii...? Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że zmylił mnie przypis do cytatu z domniemanych dzienników Giny Weylen; wyglądał w pełni profesjonalnie, jakby rzeczywiście odsyłał czytelnika do istniejącej pozycji...

Pozostali bohaterowie poprzedniego tomu również są w Cieślakach obecni - bynajmniej nie jedynie jako tło dla Cieślaków. Autorka poświęciła sporo uwagi dalszym losom Tomasza, Ady i Kingi. Zabrakło mi jedynie Wandy Bysławskiej, która - podobnie jak Paweł Zajezierski - zrezygnowała ze świeckiego życia. Rozumiem, że stworzenie pasjonującej historii zakonnicy byłoby dla autorki sporym wyzwaniem - zwłaszcza, że różnej miary miłostki są najważniejszą sprężyną wydarzeń w całej sadze, a tu nie miałyby racji bytu - ale jednak żałuję, że potraktowano ją tak po macoszemu. Nie chce mi się wierzyć, że życie zakonnicy jest z zasady przeraźliwie nudne i nie dzieje się w nim nic godnego uwagi. Z chęcią pobyłabym przez rozdział-dwa w nieco bardziej uduchowionej atmosferze.

Jak już wspomniałam, autorka zrezygnowała w Cieślakach z wszystkiego tego, co irytowało mnie w Zajezierskich. Nie ma tu skakania między datami; zarówno współczesność, jak i przeszłość opisane są chronologicznie. Wątek współczesny został okrojony do minimum, rozdziały następują więc nie naprzemiennie, a w proporcji, mniej więcej, 3:1 czy 4:1. Bardzo dobre posunięcie, książka wiele na tym zyskała. Siłą rzeczy irytującej niby-inteligentnej Igi jest tu dużo mniej - a kiedy już się pojawia jest nieco mniej irytująca niż w poprzedniej części. Wprawdzie nadal przydałoby jej się trochę więcej dojrzałości i inteligencji emocjonalnej, lekcja uprzejmości też by jej nie zaszkodziła, ale da się ją znieść - a to już pewien postęp. Powieść kończy się również lepiej niż poprzedniczka: Zajezierscy urwali się, kolokwialnie mówiąc, ni z gruchy, ni z pietruchy (byłam naprawdę zaskoczona, kiedy przewróciłam kartkę i zamiast kolejnego rozdziału zobaczyłam spis bohaterów), Cieślakowie zaś kończą się w przededniu drugiej wojny światowej i czytelnik rzeczywiście ma poczucie, że pewien etap historii rodu dobiegł końca.

Ciężko napisać dobrą kontynuację dobrej powieści. W tym przypadku kontynuacja jest zdecydowanie lepsza od swojej poprzedniczki. I choć tajemniczy wątek pierścienia nadal nie przykuł mojej uwagi, a intryga z Heleną Nierychło w roli głównej kojarzy mi się z operą mydlaną w rodzaju Mody na sukces, to jednak za Ginę i Adama, dalsze losy panien Bysławskich, Mariannę w "piekle" i okrojenie Igi wystawiłam Cieślakom piątkę. I bez wahania sięgnęłam po kolejny tom sagi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails