czwartek, 14 listopada 2013

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, "Cukiernia Pod Amorem. Tom 1: Zajezierscy"

Zastanawiam się, czy nie jestem przypadkiem jedyną osobą w literackiej blogosferze, która zapoznała się z sagą Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk dopiero teraz. Minęło już mnóstwo czasu, odkąd przeczytałam (jednogłośnie entuzjastyczne) pierwsze recenzje świeżo wydanego wówczas pierwszego tomu. Jakiś czas później kupiłam mamie w prezencie dwie pierwsze części sagi, ale sama miałam okazję podebrać je z jej półki dopiero kilka tygodni temu. Przeczytałam wszystkie trzy tomy i... Cóż, jestem trochę rozczarowana. Przez te wszystkie internetowe zachwyty chyba za wysoko postawiłam Cukierni... poprzeczkę. Nie męczyła mnie, w połowie trzeciego tomu nawet wciągnęłam się w intrygę z pierścieniem, niektóre rzeczy faktycznie mnie zachwyciły - ale nie brakowało w niej elementów słabszych, a nawet fragmentów, przy których zgrzytałam zębami z irytacji. Ogólnie wyniosłam z lektury raczej pozytywne wrażenia, więc i ocena końcowa jest dość wysoka, ale do zachwytu dużo mi brakowało...


Pierwszy tom, Zajezierscy, podobał mi się chyba najbardziej - a jednocześnie to do niego mam najwięcej zastrzeżeń. Akcja powieści rozgrywa się równolegle na dwóch płaszczyznach: w roku 1995 i pod koniec XIX wieku. Punktem wyjścia współczesnej narracji jest nagła choroba Celiny Hryć, właścicielki tytułowej cukierni Pod Amorem. Dzieci Celiny sprawiają wrażenie zatroskanych nie tyle stanem zdrowia matki, co raczej jej testamentem; jedynym wyjątkiem jest syn Celiny i współwłaściciel cukierni, Waldemar, a także jego córka Iga, która jest właściwie główną bohaterką tej części powieści. W tym samym czasie na gutowskim rynku archeolodzy odnajdują szkielet kobiety z zabytkowym pierścieniem na palcu. Wstrząśnięci Hryciowie rozpoznają w nim zaginiony, półlegendarny rodzinny skarb. Iga stara się na własną rękę odkryć, kim mogła być znaleziona kobieta i jak zdobyła pierścień Hryciów, poznając przy okazji nieco rodzinnej historii...

Dziewiętnastowieczna połowa powieści opisuje natomiast - jak obiecuje tytuł książki - historię szlacheckiego rodu Zajezierskich. Narrator przeskakuje w czasie w tę i z powrotem, mieszając ze sobą losy rodziców i dzieci, dziadków i wnuków. Wiem, że niektórym połapanie się w chronologicznym galimatiasie sprawiało trudność. Ja akurat nie miałam z tym żadnego kłopotu (bez przesady, bohaterów nie ma przecież aż tylu, a w dodatku na początku każdego rozdziału jak byk podany jest rok - w czym problem?), ale i tak uważam to za dość tani chwyt, obliczony na nadanie powieści pseudo-głębi, w dodatku nijak nieusprawiedliwiony fabularnie. Są powieści, w których takie przemieszanie czasów akcji rzeczywiście ma sens, ale to nie jest jedna z nich. Historię Zajezierskich równie dobrze można by opowiedzieć z zachowaniem chronologii. Fabuła niczego by na tym nie straciła, a może nawet zyskała.

Zajezierscy mają naturalną przewagę nad pozostałymi częściami cyklu: czas akcji. Koniec XIX wieku jest - w porównaniu do czasów późniejszych - okresem pokoju, zakłóconego jedynie przez nieudane powstanie. Uwaga narratora skupia się jednak na czymś innym: pannach na wydaniu, zakazanych romansach, damskich toaletach, rodzinnych relacjach. A do tego dochodzi największy plus tej powieści: język. Małgorzata Gutowska-Adamczyk pisze tak pięknie i lekko, że czytelnik bez wysiłku płynie przez jej historię. Widać też, że autorka ma olbrzymią wiedzę o czasach, które opisuje. Pełno w Zajezierskich słów, które brzmią już wręcz egzotycznie i szczegółów codziennego życia, które nadają całej historii wyrazistości. Opisy ówczesnej obyczajowości również brzmiały dla mnie w pełni wiarygodnie. Rozbroiła mnie niewinność i nieświadomość bohaterek - zwłaszcza historia młodej mężatki-dziewicy, zmartwionej, że - nie wiedzieć czemu - nie ma jeszcze dziecka... Bardzo polubiłam też dwie główne bohaterki: Barbarę Zajezierską i jej synową Adę. O ile tę pierwszą lubią chyba wszyscy czytelnicy, o tyle delikatna, nieśmiała, nieżyciowa Ada zazwyczaj nie wzbudza większych emocji. A ja właśnie za to ją polubiłam.

Gdyby Zajezierscy składali się tylko z części dziewiętnastowiecznej, pewnie na zachwycie by stanęło. Niestety, jest jeszcze część "współczesna", którą uważam dla odmiany za kompletną katastrofę. Intryga z pierścieniem nie zaciekawiła mnie nawet na ułamek sekundy. Związek między Hryciami i Zajezierskimi w tym tomie po prostu nie istnieje, czułam się więc, jakbym czytała dwie oddzielne powieści. Postaci rodzeństwa Waldemara narysowane są baaardzo grubą kreską. A Iga Hryć jest chyba najbardziej antypatyczną główną bohaterką w historii literatury (no, przynajmniej tej mi znanej). Absolutnie wbrew intencjom autorki, nawiasem mówiąc. Narrator wciąż opisuje dziewczynę w samych superlatywach, podkreślając jej domniemaną inteligencję, światowość, odpowiedzialność etc.. Osobiście mnie to denerwuje i w pewnym stopniu martwi, bo Iga Hryć idealnie wpisuje się w modną ostatnio tendencję do zrównywania inteligencji ze złośliwością. Przyzwyczaiłam się już do blogów nastolatek, które z dumą opisują same siebie jako "wredne ;)", ale natknięcie się na coś takiego w literaturze pięknej to coś zupełnie innego... Nie rozumiem, czym niby Iga zaimponowała Rafałowi i w jaki sposób udowodniła mu, że nie jest "prowincjonalną gęsią" (co ona w kółko z tą prowincją? To aż tak straszne, że nie mieszka w Warszawie?). Jej reakcja na zerwanie z Łukaszem załamała mnie ostatecznie i przekonała, że raczej się z tą panią nie polubimy. Naprawdę, nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać... A narrator nadal uparcie próbował przekonać mnie, że Iga jest nadzwyczajną dziewczyną. No i inteligentną! Cóż, mi wydała się raczej dość zarozumiała i nieuprzejma. Daleko jej do hrabin Zajezierskich...

Żałuję, że pani Małgorzata nie poświęciła więcej miejsca historii Zajezierskich. Gdyby skupiła się na niej bardziej (albo nawet opisała tylko ją, pomijając rok 1995) dołączyłabym pewnie do zachwyconego grona. Niestety, część współczesna stanowi połowę całej powieści i drastycznie psuje moją opinię o tej książce. Niemniej jednak, sięgnęłam po kolejne tomy. Chociaż nie wiem, na ile wpłynęła na to sama historia, a na ile noworoczne postanowienie czytania polskiej literatury.

2 komentarze:

  1. Pamiętam jak bardzo byłam napalona na tę serię. Bardzo lubię czytać książki polskich pisarzy, szkoda tylko, że tak często bywam rozczarowana. Tak też było w tym wypadku. Wydaje mi się, że pani M. G-A miała pomysł (nawet niezły, sagi rodzinne to wdzięczny temat, o ile potrafi się dobrze pisać), ale pod koniec chyba ją terminy cisnęły, bo miałam cały czas nieodparte wrażenie, że strasznie się spieszy, żeby już całą historię zakończyć. Szkoda, wielka szkoda.

    OdpowiedzUsuń
  2. Też miałam wrażenie, że ta historia nagle się urwała zamiast porządnie zakończyć. Tyle prób budowania napięcia, zainteresowania czytelnika tajemnicą i... nic. No, ale to akurat zarzut tylko do ostatniego tomu sagi. Chociaż tak prawdę mówiąc, to "Zajezierscy" też urwali się dość nieoczekiwanie (byłam bardzo zdziwiona, kiedy zamiast kolejnego rozdziału zobaczyłam listę bohaterów...). Najlepiej wygląda to chyba w "Cieślakach"...
    Ale masz rację - szkoda. Autorka pisze bardzo dobrze, przyjemnie się to czyta, temat rzeczywiście wdzięczny... Mogło być genialnie, a wyszło tylko dobrze. Przynajmniej jak na mnie ;).

    OdpowiedzUsuń

Related Posts with Thumbnails