piątek, 10 maja 2013

Hanka Lemańska, "Chichot losu"

3/6

Zazwyczaj lektury w rodzaju Chichotu losu omijam szerokim łukiem - zwłaszcza, że generalnie nie pałam szczególną miłością do literatury polskiej. Na moje (dość nieoczekiwane) sięgnięcie po tę książkę złożyły się trzy czynniki. Po pierwsze, jednym z moich noworocznych postanowień literackich było (i jest) czytanie przynajmniej jednej książki polskiego autora w miesiącu. Po drugie, byłam wtedy świeżo po lekturze Leśnika Marii Kuncewiczowej i miałam ochotę, dla odmiany, na coś lżejszego. A po trzecie, po prostu miałam Chichot losu na czytniku (tak, kupiłam! Cudowny wynalazek :)). 

Nakręconego na podstawie tej powieści telewizyjnego serialu z Martą Żmudą-Trzebiatowską w roli głównej nie oglądałam, ale wiedziałam mniej więcej, czego dotyczył. Młoda, ambitna, niezależna singielka zgadza się zaopiekować na kilka dni dziećmi koleżanki. Koleżanka ginie w wypadku samochodowym, dzieci nie mają się gdzie podziać i głównej bohaterce spada na głowę olbrzymi kłopot. Okładka i widziane od czasu do czasu w telewizji zapowiedzi kolejnych odcinków sugerowały raczej nieskomplikowaną, odprężającą lekturę, a tematyka dawała nadzieję na coś więcej, niż zwykle w tego typu powieściach bywa. Nie rycerz na białym koniu, a dzieci są tu sprężyną wydarzeń, tlił się więc we mnie płomyk nadziei na coś więcej... Może sprawnie opowiedzianą historię, troszkę portretów psychologicznych? Powieść miała potencjał. Niestety, raczej słabo wykorzystany.

 - Nastąpiły pewne nieprzewidziane komplikacje i... Przechodząc do rzeczy: otóż asystentka naszego wiceprezesa właśnie urodziła dziecko.
Powariowali? Z ich punktu widzenia to są nieprzewidziane komplikacje? Przecież większość ciąż tak się kończy!
Chichot losu jest rzeczywiście książką nieskomplikowaną i odprężającą, miejscami (choć nieczęsto) nawet całkiem zabawną. Czyta się ją szybko i równie szybko o niej zapomina. Nie znalazłam w niej niczego, co szczególnie przyciągnęłoby moją uwagę, może poza niezwykłą naiwnością wykreowanego przez autorkę świata. Nie znam się na prawie rodzinnym (ani zresztą żadnym innym), więc gdyby przypadkiem trafił tu ktoś, kto się w tym temacie orientuje, byłabym niezmiernie wdzięczna za wyjaśnienie, dlaczego nieletni Asia i Łukasz bez problemu mieszkali z obcą sobie kobietą przez parę miesięcy, ale w momencie, gdy Joanna postanowiła starać się o ich adopcję, dzieciom zaczęło grozić odesłanie do sierocińca. Czy polskie prawo naprawdę tak działa? Jestem skłonna przypuszczać, że w rzeczywistości wyglądałoby to trochę inaczej - zwłaszcza, że to nie jedyna kwestia, która każe mi wątpić w prawdziwość świata przedstawionego. Momentami przerywałam lekturę w połowie zdania, starając się zrozumieć stwierdzenia w rodzaju:
 - Asi grozi pozostanie na drug rok w tej samej klasie. Sama pani rozumie, w naszej szkole Asia klasy powtarzać nie może. To dobra szkoła i nie ma u nas takiego zwyczaju.
Słyszeliście kiedyś o takiej szkole? Bo ja nie. I zawsze wydawało mi się, że o tego typu sprawach decyduje kuratorium albo ministerstwo oświaty, a nie panujący w danej szkole "zwyczaj".

Nadzieja na pogłębione portrety psychologiczne również okazała się płonna. Bohaterowie są w najlepszym wypadku przedstawieni przyzwoicie - do tej grupy zaliczyłabym główną bohaterkę i może małego Łukasza. Z innymi bywa odrobinę gorzej, choć nadal nieźle - zbyt dorosła jak na swoje 8 lat Asia, "miły" Marcin (o którym dowiadujemy się właśnie tyle - jest miły, rodzinny i uczynny), nabierający z czasem ludzkich cech szef Joanny. Pojawiają się też postaci wybitnie sztuczne, jak analizująca każdy swój najmniejszy ruch i dzieląca się swoimi spostrzeżeniami z przyjaciółkami (w dodatku takim stylem, jakby pisała rozprawkę albo co najmniej list z autoprezentacją) Agata czy szefowa Joanny, fiksująca na punkcie swojego pieska (hmm, chyba gdzieś już o tym czytałam...). A na końcu tej wyliczanki stoi przypadek ekstremalny: Marek, chłopak Joanny, mężczyzna zimny, nieczuły, egoistyczny i zapatrzony w siebie. Jego charakter naszkicowany jest tak grubą kreską, że śmiać mi się chciało za każdym razem, kiedy powracał na karty powieści. 
We wtorek rano Marek zadzwonił, jak gdyby nic się nie stało.
 - Jak tam? Wróciła? - zapytał niefrasobliwym tonem. - To jak? W sobotę, tam gdzie zwykle?
 - Nie wróciła. Zginęła w wypadku samochodowym. W piątek pogrzeb - zignorowałam drugą część jego pytania.
Złośliwie pomyślałam, że zaraz powie, że w takim razie nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy mogli spotkać się w sobotę. Tam, gdzie zwykle, o tej samej porze. I nawet nie bardzo się myliłam.
 - No, ale w sobotę jesteś wolna - stwierdził.
Autorka równie dobrze mogłaby napisać wprost: Mój chłopak, Marek, jest aroganckim dupkiem, którego nie obchodzi nikt poza nim samym. Na to samo by wyszło. Może nawet byłoby to subtelniejsze niż te ciągłe dialogi, w których Marek przejawia taką bezduszność, że przypomina raczej robota niż człowieka z krwi i kości.

W Chichocie losu nie porywa też styl. Nie ma co liczyć również na zaskakującą fabułę - idealnie wszystko, od początku do końca, jest w pełni przewidywalne, łącznie z przyszłym wybrankiem serca bohaterki. Czemu więc trzy punkty, a nie jeden? Poza tym, że książkę czytało mi się naprawdę szybko i całkiem przyjemnie, było w niej kilka rzeczy, które przypadły mi do gustu. Podobało mi się to, że autorka, przeważnie przedstawiająca świat tylko w czerni i bieli, opisując przemyślenia Joanny na temat jej dawnego i nowego życia nagle zastosowała sporą gamę półcieni. Spodziewałam się zachwytów nad rodzinnym ciepłem i wyśmianiem życia w pędzie, nastawionego na karierę, a dostałam całkiem wiarygodne rozważania kobiety, która - choć nie żałuje podjętych decyzji - tęskni za wyzwaniami i adrenaliną. Podobała mi się też retrospektywna analiza związku Joanny z Markiem, łącznie z zamykającym ją Zwyczajnie z niego wyrosłam. Nie żeby którekolwiek z tych rozważań były naprawdę głębokie i szczegółowe, ale miło odznaczają się na czarno-białym tle reszty powieści.


2 komentarze:

  1. Nie masz niczego żałować, że nie oglądałaś serialu, bo był bardzo kiepski. Marta Żmuda-Trzebiatowska jest śliczną kobietą, ale drewnianą aktorką i główna bohaterka to postać totalnie sztuczna.
    Za to książka to przyjemne czytadło :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście jest przyjemna i taka jakaś... Dużo w niej ciepła i nadziei. Ale jednak ten Marek to było już dla mnie za dużo ;).

    OdpowiedzUsuń

Related Posts with Thumbnails