środa, 4 grudnia 2013

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, "Cukiernia Pod Amorem. Tom 2: Cieślakowie"


Bez zbędnych wstępów mogę napisać, że uważam Cieślaków za najlepszy tom sagi Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. O ironio, wcale nie mój ulubiony. W Zajezierskich (mimo wszelkich wad tego tomu, na które ostatnio pozwoliłam sobie trochę pomarudzić) bardzo podobało mi się tło. Wszystkie te stroje, zwyczaje, mentalność były tak inne, tak niewspółczesne... Jest w tych czasach coś magicznego i o ile nie chciałabym w nich żyć, o tyle czytanie o nich jest dla mnie wielką przyjemnością. Sytuacja w Cieślakach jest dokładnie odwrotna: autorce udało się nie powtórzyć błędów z poprzedniego tomu, więc i zgrzytania zębami, o ile dobrze pamiętam, nie było - ale kolejne pokolenie bohaterów żyje już w innych czasach, dużo bardziej niespokojnych, lektura bywa więc nieraz frustrująca i przygnębiająca.

Tom nosi podtytuł Cieślakowie, spodziewałam się więc, że członkowie rodu Zajezierskich stanowić będą tu jedynie tło wydarzeń, a uwaga autorki skupi się na nowej rodzinie, powiązanej z nieślubnym synem hrabiego. Zdążyłam już polubić Zajezierskich, Bysławskich i Toroszynów, niespecjalnie cieszyła mnie więc taka zmiana perspektywy. Niepotrzebnie się martwiłam, bo w rzeczywistości niewiele jest Cieślaków w Cieślakach. Bodajże jeden rozdział poświęcony jest ich złodziejskiej "karierze" i wielkiemu oszustwu zakochanego Mariana, później zaś rodzina Cieślaków wyparowuje z kart powieści. Pozostaje jedynie Marian z żoną i córką - a i to tylko w nielicznych fragmentach poświęconych Paulowi Connorowi. Szczerze mówiąc, więcej jest Cieślaków (przynajmniej ich kolejnego, dość licznego pokolenia) w Hryciach niż tu...

Cieślakowie stanowią brakujące ogniwo między częścią dawną a współczesną, podejrzewam więc, że to dlatego autorka próbowała skupić na nich swoją uwagę. Nie do końca jej się to jednak udało. Drugi tom powinien raczej nosić podtytuł Toroszynowie, bo to właśnie potomkowie Kingi Toroszyn odgrywają w nim najważniejszą rolę. Grażyna Toroszyn, znana raczej jako Gina Weylen, wyrasta wręcz na główną bohaterkę powieści i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że trochę wymknęła się autorce spod kontroli. Angielskie wyrażenie 'steal the show' jest tu jak najbardziej na miejscu. Gina jest postacią tak barwną i budzącą tyle sympatii, że nawet jej szkolno-nastoletnie perypetie wydawały mi się ciekawsze niż fragmenty dotyczące Pawła. Autorce udało się wręcz wmówić mi, że jej bohaterka istniała naprawdę. Przyznajcie się, kto jeszcze wygooglował Ginę albo szukał jej na Wikipedii...? Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że zmylił mnie przypis do cytatu z domniemanych dzienników Giny Weylen; wyglądał w pełni profesjonalnie, jakby rzeczywiście odsyłał czytelnika do istniejącej pozycji...

Pozostali bohaterowie poprzedniego tomu również są w Cieślakach obecni - bynajmniej nie jedynie jako tło dla Cieślaków. Autorka poświęciła sporo uwagi dalszym losom Tomasza, Ady i Kingi. Zabrakło mi jedynie Wandy Bysławskiej, która - podobnie jak Paweł Zajezierski - zrezygnowała ze świeckiego życia. Rozumiem, że stworzenie pasjonującej historii zakonnicy byłoby dla autorki sporym wyzwaniem - zwłaszcza, że różnej miary miłostki są najważniejszą sprężyną wydarzeń w całej sadze, a tu nie miałyby racji bytu - ale jednak żałuję, że potraktowano ją tak po macoszemu. Nie chce mi się wierzyć, że życie zakonnicy jest z zasady przeraźliwie nudne i nie dzieje się w nim nic godnego uwagi. Z chęcią pobyłabym przez rozdział-dwa w nieco bardziej uduchowionej atmosferze.

Jak już wspomniałam, autorka zrezygnowała w Cieślakach z wszystkiego tego, co irytowało mnie w Zajezierskich. Nie ma tu skakania między datami; zarówno współczesność, jak i przeszłość opisane są chronologicznie. Wątek współczesny został okrojony do minimum, rozdziały następują więc nie naprzemiennie, a w proporcji, mniej więcej, 3:1 czy 4:1. Bardzo dobre posunięcie, książka wiele na tym zyskała. Siłą rzeczy irytującej niby-inteligentnej Igi jest tu dużo mniej - a kiedy już się pojawia jest nieco mniej irytująca niż w poprzedniej części. Wprawdzie nadal przydałoby jej się trochę więcej dojrzałości i inteligencji emocjonalnej, lekcja uprzejmości też by jej nie zaszkodziła, ale da się ją znieść - a to już pewien postęp. Powieść kończy się również lepiej niż poprzedniczka: Zajezierscy urwali się, kolokwialnie mówiąc, ni z gruchy, ni z pietruchy (byłam naprawdę zaskoczona, kiedy przewróciłam kartkę i zamiast kolejnego rozdziału zobaczyłam spis bohaterów), Cieślakowie zaś kończą się w przededniu drugiej wojny światowej i czytelnik rzeczywiście ma poczucie, że pewien etap historii rodu dobiegł końca.

Ciężko napisać dobrą kontynuację dobrej powieści. W tym przypadku kontynuacja jest zdecydowanie lepsza od swojej poprzedniczki. I choć tajemniczy wątek pierścienia nadal nie przykuł mojej uwagi, a intryga z Heleną Nierychło w roli głównej kojarzy mi się z operą mydlaną w rodzaju Mody na sukces, to jednak za Ginę i Adama, dalsze losy panien Bysławskich, Mariannę w "piekle" i okrojenie Igi wystawiłam Cieślakom piątkę. I bez wahania sięgnęłam po kolejny tom sagi.

czwartek, 14 listopada 2013

Małgorzata Gutowska-Adamczyk, "Cukiernia Pod Amorem. Tom 1: Zajezierscy"

Zastanawiam się, czy nie jestem przypadkiem jedyną osobą w literackiej blogosferze, która zapoznała się z sagą Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk dopiero teraz. Minęło już mnóstwo czasu, odkąd przeczytałam (jednogłośnie entuzjastyczne) pierwsze recenzje świeżo wydanego wówczas pierwszego tomu. Jakiś czas później kupiłam mamie w prezencie dwie pierwsze części sagi, ale sama miałam okazję podebrać je z jej półki dopiero kilka tygodni temu. Przeczytałam wszystkie trzy tomy i... Cóż, jestem trochę rozczarowana. Przez te wszystkie internetowe zachwyty chyba za wysoko postawiłam Cukierni... poprzeczkę. Nie męczyła mnie, w połowie trzeciego tomu nawet wciągnęłam się w intrygę z pierścieniem, niektóre rzeczy faktycznie mnie zachwyciły - ale nie brakowało w niej elementów słabszych, a nawet fragmentów, przy których zgrzytałam zębami z irytacji. Ogólnie wyniosłam z lektury raczej pozytywne wrażenia, więc i ocena końcowa jest dość wysoka, ale do zachwytu dużo mi brakowało...


Pierwszy tom, Zajezierscy, podobał mi się chyba najbardziej - a jednocześnie to do niego mam najwięcej zastrzeżeń. Akcja powieści rozgrywa się równolegle na dwóch płaszczyznach: w roku 1995 i pod koniec XIX wieku. Punktem wyjścia współczesnej narracji jest nagła choroba Celiny Hryć, właścicielki tytułowej cukierni Pod Amorem. Dzieci Celiny sprawiają wrażenie zatroskanych nie tyle stanem zdrowia matki, co raczej jej testamentem; jedynym wyjątkiem jest syn Celiny i współwłaściciel cukierni, Waldemar, a także jego córka Iga, która jest właściwie główną bohaterką tej części powieści. W tym samym czasie na gutowskim rynku archeolodzy odnajdują szkielet kobiety z zabytkowym pierścieniem na palcu. Wstrząśnięci Hryciowie rozpoznają w nim zaginiony, półlegendarny rodzinny skarb. Iga stara się na własną rękę odkryć, kim mogła być znaleziona kobieta i jak zdobyła pierścień Hryciów, poznając przy okazji nieco rodzinnej historii...

Dziewiętnastowieczna połowa powieści opisuje natomiast - jak obiecuje tytuł książki - historię szlacheckiego rodu Zajezierskich. Narrator przeskakuje w czasie w tę i z powrotem, mieszając ze sobą losy rodziców i dzieci, dziadków i wnuków. Wiem, że niektórym połapanie się w chronologicznym galimatiasie sprawiało trudność. Ja akurat nie miałam z tym żadnego kłopotu (bez przesady, bohaterów nie ma przecież aż tylu, a w dodatku na początku każdego rozdziału jak byk podany jest rok - w czym problem?), ale i tak uważam to za dość tani chwyt, obliczony na nadanie powieści pseudo-głębi, w dodatku nijak nieusprawiedliwiony fabularnie. Są powieści, w których takie przemieszanie czasów akcji rzeczywiście ma sens, ale to nie jest jedna z nich. Historię Zajezierskich równie dobrze można by opowiedzieć z zachowaniem chronologii. Fabuła niczego by na tym nie straciła, a może nawet zyskała.

Zajezierscy mają naturalną przewagę nad pozostałymi częściami cyklu: czas akcji. Koniec XIX wieku jest - w porównaniu do czasów późniejszych - okresem pokoju, zakłóconego jedynie przez nieudane powstanie. Uwaga narratora skupia się jednak na czymś innym: pannach na wydaniu, zakazanych romansach, damskich toaletach, rodzinnych relacjach. A do tego dochodzi największy plus tej powieści: język. Małgorzata Gutowska-Adamczyk pisze tak pięknie i lekko, że czytelnik bez wysiłku płynie przez jej historię. Widać też, że autorka ma olbrzymią wiedzę o czasach, które opisuje. Pełno w Zajezierskich słów, które brzmią już wręcz egzotycznie i szczegółów codziennego życia, które nadają całej historii wyrazistości. Opisy ówczesnej obyczajowości również brzmiały dla mnie w pełni wiarygodnie. Rozbroiła mnie niewinność i nieświadomość bohaterek - zwłaszcza historia młodej mężatki-dziewicy, zmartwionej, że - nie wiedzieć czemu - nie ma jeszcze dziecka... Bardzo polubiłam też dwie główne bohaterki: Barbarę Zajezierską i jej synową Adę. O ile tę pierwszą lubią chyba wszyscy czytelnicy, o tyle delikatna, nieśmiała, nieżyciowa Ada zazwyczaj nie wzbudza większych emocji. A ja właśnie za to ją polubiłam.

Gdyby Zajezierscy składali się tylko z części dziewiętnastowiecznej, pewnie na zachwycie by stanęło. Niestety, jest jeszcze część "współczesna", którą uważam dla odmiany za kompletną katastrofę. Intryga z pierścieniem nie zaciekawiła mnie nawet na ułamek sekundy. Związek między Hryciami i Zajezierskimi w tym tomie po prostu nie istnieje, czułam się więc, jakbym czytała dwie oddzielne powieści. Postaci rodzeństwa Waldemara narysowane są baaardzo grubą kreską. A Iga Hryć jest chyba najbardziej antypatyczną główną bohaterką w historii literatury (no, przynajmniej tej mi znanej). Absolutnie wbrew intencjom autorki, nawiasem mówiąc. Narrator wciąż opisuje dziewczynę w samych superlatywach, podkreślając jej domniemaną inteligencję, światowość, odpowiedzialność etc.. Osobiście mnie to denerwuje i w pewnym stopniu martwi, bo Iga Hryć idealnie wpisuje się w modną ostatnio tendencję do zrównywania inteligencji ze złośliwością. Przyzwyczaiłam się już do blogów nastolatek, które z dumą opisują same siebie jako "wredne ;)", ale natknięcie się na coś takiego w literaturze pięknej to coś zupełnie innego... Nie rozumiem, czym niby Iga zaimponowała Rafałowi i w jaki sposób udowodniła mu, że nie jest "prowincjonalną gęsią" (co ona w kółko z tą prowincją? To aż tak straszne, że nie mieszka w Warszawie?). Jej reakcja na zerwanie z Łukaszem załamała mnie ostatecznie i przekonała, że raczej się z tą panią nie polubimy. Naprawdę, nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać... A narrator nadal uparcie próbował przekonać mnie, że Iga jest nadzwyczajną dziewczyną. No i inteligentną! Cóż, mi wydała się raczej dość zarozumiała i nieuprzejma. Daleko jej do hrabin Zajezierskich...

Żałuję, że pani Małgorzata nie poświęciła więcej miejsca historii Zajezierskich. Gdyby skupiła się na niej bardziej (albo nawet opisała tylko ją, pomijając rok 1995) dołączyłabym pewnie do zachwyconego grona. Niestety, część współczesna stanowi połowę całej powieści i drastycznie psuje moją opinię o tej książce. Niemniej jednak, sięgnęłam po kolejne tomy. Chociaż nie wiem, na ile wpłynęła na to sama historia, a na ile noworoczne postanowienie czytania polskiej literatury.

wtorek, 4 czerwca 2013

Wyzwanie "Z półki" (i pewne noworoczne postanowienie)

Od dłuższego czasu chodziło mi po głowie dołączenie do jakiegoś wyzwania czytelniczego - i dziś nareszcie to zrobiłam! Z morza różnych projektów wyłowiłam jeden, który idealnie wpasowuje się nie tylko w mój tryb życia, ale nawet w podjęte pół roku temu postanowienia noworoczne. Kusiły mnie projekty związane z klasyką, noblistami czy literaturą polską (na którą pewnie bym się zdecydowała, gdyby wyzwanie nie trwało tylko do końca sierpnia...), ale ostatecznie zdecydowałam się na wyzwanie Z półki.


Wyzwanie Z półki jest z pozoru banalnie proste: chodzi po prostu o czytanie książek, które stały na naszych półkach jeszcze przed rozpoczęciem roku 2013. Liczba książek, którą zamierzamy przeczytać, zależy od nas. Ja wybrałam poziom drugi, czyli 6-10 książek, chociaż już widzę, że - o ile zamierzam jednocześnie zrealizować moje tegoroczne plany - będę musiała tę liczbę zwiększyć.

Maniakalne chomikowanie książek jest moim wielkim problemem. Uwielbiam je nie tylko czytać, ale też mieć. Gromadzę kolejne pozycje, upycham je na półkach i cieszę się na sam ich widok. Tyle tylko, że tempo chomikowania jest przeważnie szybsze niż czytania... Nietknięte książki stoją więc na półkach i zbierają kurz, a ja czuję panikę na myśl o zbliżającej się przeprowadzce. Jak ja to przetransportuję? I jak niby mam to upchnąć w moim przyszłym mieszkaniu, trzy razy mniejszym od obecnego? Między innymi dlatego kupiłam czytnik - dzięki niemu kolejne pozycje nie wypychają mi już półek, a problem impulsywnych zakupów w księgarniach ("bo ta okładka tak ładnie na mnie patrzy...") rozwiązał się sam przez się. Niestety, wciąż jest jeszcze mnóstwo książek, które wydawane są tylko w wersji papierowej, a półki nadal wypełniają mi tzw. "zalegi"...

Jednym z moich literackich postanowień noworocznych było zmniejszenie liczby posiadanych "zalegów" o 10. Różnica między moim postanowieniem, a wyzwaniem Z półki polega na podejściu do nowo zakupionych pozycji. Wyzwanie polega po prostu na czytaniu starych książek; ja natomiast biorę pod uwagę bilans książek starych i nowych. Wyłączyłam z tej klasyfikacji jedynie e-booki. Nie wierzę, że przez cały rok nie kupię ani jednej papierowej książki, więc siłą rzeczy powinnam przeczytać więcej niż te 10 pozycji, które zadeklarowałam.

Póki co bilans wygląda mało imponująco. Głównie dlatego, że skupiam się na czytaniu literatury polskiej, w którą zaopatrzyłam się dopiero w tym roku. Przeczytałam zaledwie trzy "stare" pozycje:

1) Wiesław Kotański, Dziesięć tysięcy liści
3) Maria Kuncewiczowa, Leśnik (notka prawie gotowa - powinna pojawić się w weekend)

A z zakupionych? Spory zapas książek z Japonii, których postanowiłam nie wliczać do bilansu. W końcu nie co dzień latam na drugi koniec świata, więc akurat w tym przypadku kupowanie "na zapas" jest uzasadnione. Poza tym jedynie słownik okinawsko-angielski, którego również nie liczę - nikt chyba nie czyta od deski do deski słownika, prawda? Nie wygląda to więc źle - ale, niestety, już niedługo się to zmieni. Moim innym literackim postanowieniem noworocznym było przeczytanie zwycięzców dwóch ostatnich Angelusów (Wojna nie ma w sobie nic z kobiety Swietłany Aleksijewicz i Srda śpiewa o zmierchu w Zielone Świątki Miljenko Jergovica), a obie książki nie istnieją w wersji e-bookowej... 

Tak więc bardzo ładnie proszę o trzymanie za mnie kciuków. Ja tymczasem wracam do mojej Filozofii japońskiej, kolejnej książki ze zbierającej kurz sterty.
 

wtorek, 28 maja 2013

Filmowo

Nigdy nie byłam typem osoby, która spędza dużo czasu na oglądaniu filmów. Lubię wyszukiwać ciekawe produkcje, zapisywać ich tytuły, ale oglądać? Z tym już gorzej... Moja filmwebowa lista "Chcę obejrzeć" rozrasta się bez końca i często sama już nie pamiętam, czemu chciałam dany film zobaczyć i o czym on w ogóle miał być. Pewnego razu moja młodsza siostra (do niedawna namiętnie oglądająca wszystko, co tylko udało jej się znaleźć) prawie umarła ze śmiechu widząc na mojej liście postanowień noworocznych punkt pt. "Obejrzeć przynajmniej 1 film w miesiącu". Cóż. Stara(ła)m się zmotywować...

Tymczasem ostatnio stało się ze mną coś dziwnego i poświęcam mnóstwo czasu na oglądanie filmów i seriali. Może nareszcie mam na to czas? Może trochę mi się tu nudzi samej i staram się zapełnić czymś czas do skończenia studiów? Rekordzistką zapewne nie jestem i nie będę, ale trzy filmy tygodniowo - a tak właśnie wyglądał ubiegły tydzień - to dla mnie naprawdę dużo. W tym (a mamy dopiero wtorek!) mam za sobą już ostatnie trzy odcinki Rodziny Borgiów i pierwszy świeżo zaczętej Dynastii Tudorów. Aż strach myśleć, co będzie dalej...!

Ale serialami zajmę się kiedy indziej. Dziś parę słów o filmach, które ostatnio widziałam.

... 


Zachęcona recenzją Judith z Tylko subiektywnie (wtedy jeszcze z Przyjemnostek) nabrałam ochoty na obejrzenie Meridy Walecznej (w oryginale po prostu Brave). Na chęciach by się zapewne skończyło, gdyby nie to, że mój lot z Osaki do Dubaju był długi i nudny, a samolot - wyposażony w ekrany przy każdym fotelu i całkiem bogatą bazę filmów. Znalazłam Brave i... Nie zdążyłam obejrzeć jej do końca, bo zaczynaliśmy już podchodzić do lądowania. Dopiero po dwóch miesiącach przypomniałam sobie o tej bajce i obejrzałam jej drugą połowę.
Podobało mi się. Moja ocena jest pewnie mało obiektywna, bo dawno nie oglądałam już żadnej bajki, więc cały ten baśniowy świat i dobro z definicji pokonujące zło były dla mnie czymś świeżym, od czego "dorosła" kinematografia zdążyła mnie już odzwyczaić. Podobała mi się niezależność Meridy i jej bardzo wiarygodny charakter - nie anielski, niepozbawiony wad i właśnie przez to prawdziwy. Śmieszyły mnie jej wszystkie "To nie moja wina!", połączone z wyraźną paniką w oczach - o tak, jakie to typowe, i to wcale nie tylko dla zbuntowanych nastolatków. Podobała mi się, i to bardzo, scena, w której matka Meridy rozmawia z jej ojcem, a Merida - z ukochanym koniem, a słowa matki i córki przeplatają się ze sobą, łącząc się na koniec we wspólnym "if you would just LISTEN".


Przerażają mnie natomiast niektóre reakcje na ten film. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, jaką wizję świata trzeba mieć w głowie, żeby nazwać Brave skrajnie feministyczną bajką. Jeżeli nastolatka odmawiająca wyjścia za mąż za jednego z wybranych przez rodziców kandydatów (z których żaden nie grzeszy ani urodą, ani rozumem) i ceniąca sobie swoją niezależność jest skrajną feministką, to ja naprawdę zaczynam wątpić, w którym stuleciu żyję. Krytyka (domniemanego) braku przesłania filmu, "bo smarkula nie nauczyła się, że rodziców zawsze trzeba słuchać", też działa na mnie dość przygnębiająco. Niektórym ludziom ciężko widocznie zauważyć, że bajka - poza morałem przeznaczonym dla dzieci - miała też przesłanie przeznaczone dla rodziców, którzy mają problem z przyznaniem własnym dzieciom prawa do bycia odrębnymi jednostkami, z ich własnymi charakterami i marzeniami.

Mi morał się podobał. Poza tym - piękne krajobrazy, włosy Meridy i muzyka. Nie wiem, czy film zasługiwał na Oskara, ale oglądało się go przyjemnie.

...

Mój chłopak jest wielkim fanem serialu Scrubs (Hoży doktorzy), nie zdziwiłam się więc specjalnie, kiedy znalazłam w jego mieszkaniu DVD z Garden State - filmem wyreżyserowanym przez Zacha Braffa, odtwórcy głównej roli w tym serialu. W w/w filmie też gra zresztą głównego bohatera. Ja nie jestem wprawdzie specjalną fanką tego aktora, ale przyuważyłam na pudełku zdjęcie Natalie Portman - i było to dla mnie wystarczającą zachętą do obejrzenia filmu.
O czym jest Garden State? Ha! Dobre pytanie. Powiedziałabym, że o (nie) radzeniu sobie z traumami, o mierzeniu się z przeszłością, trochę też o trudnym procesie odrywania się od rodziców - w tym przypadku ojca-psychiatry. O poczuciu winy - i tym wewnętrznym, i tym, które próbuje się w nas wzbudzić. I, oczywiście, o miłości. Choć od komedii romantycznej jest ten film odległy o lata świetlne.
Może to wina tego, że oglądaliśmy go dość późnym wieczorem i byłam już zmęczona, może to moje opory wobec Zacha Braffa, ale - mimo najszczerszych chęci - nie udało mi się zachwycić tym filmem. Znalazłam w nim parę przykuwających uwagę scen, ale jako całość był dla mnie przede wszystkim nudny. Zrobienie komediodramatu jest trudne: może z tego wyjść albo genialne połączenie i komedii, i dramatu, albo film nijaki, który ani porządnie nie bawi, ani nie wzrusza. Garden State bliżej jest, niestety, do tej drugiej opcji. Przez długi czas miałam wrażenie, że oglądam zlepek scen, które nie łączą się w żadną spójną całość. A naprawdę chciałam, żeby mi się podobało...


...

Kokuhaku (告白, pol. Wyznania) obejrzałam podczas zajęć i był to jeden z najbardziej męczących psychicznie filmów jakie kiedykolwiek widziałam. Pełen nienawiści, zemsty, bezwzględnie wykorzystywanego poczucia bezkarności, kłamstw, szaleństwa i bólu. Od pierwszych scen czuć w nim napięcie i grozę; nawet scena picia mleka przez uczniów sprawia złowrogie wrażenie. Punktem wyjścia akcji jest wyznanie nauczycielki, która straciła niedawno kilkuletnią córeczkę. Teraz rezygnuje z pracy, przy okazji informując klasę, że dziewczynka nie uległa nieszczęśliwemu wypadkowi, lecz została zamordowana przez dwóch uczniów. A że mają oni dopiero 13 lat i w świetle prawa są bezkarni, postanowiła sama wymierzyć im sprawiedliwość...
Film składa się z "wyznań" kolejnych osób. Nauczycielki, jednej z jej uczennic, pierwszego z gimnazjalistów-morderców, matki drugiego z nich. Każdy z nich dopowiada coś do opowiedzianej już historii, zmieniając nieco jej wydźwięk. Młodociany morderca nagle wzbudza współczucie, przerażony chłopiec okazuje się bezlitosnym psychopatą, a determinacja nauczycielki zaczyna zakrawać o obłęd. Ciężko zdecydować, która ze stron jest "dobra". Jak na mnie - żadna z nich. Może poza jedną z uczennic...


Film dobrze ukazuje to, jak wielki wpływ na nasze (i innych) życie mają nasze traumy i kompleksy. Jak łatwo godna współczucia ofiara może zamienić się w bezwzględnego, mściwego agresora. Film pozostawił mnie z pytaniem, które gryzło mnie też po lekturze Wichrowych wzgórz: jak dalece można usprawiedliwiać okrucieństwo doznanymi wcześniej krzywdami? Gdzie kończą się okoliczności łagodzące?
Nie wiem, czy historia przedstawiona w Kokuhaku mogłaby się wydarzyć. Mam szczerą nadzieję, że nie. Zmęczył mnie ten film okropnie i z ulgą wróciłam po nim do mojego normalnego, prostego życia. Ale poruszył mnie tak, że myślę o nim od tygodnia... A to dla mnie znak, że film był dobry.
Chyba powinnam podwyższyć mu ocenę. Spokojnie zasługuje na ósemkę.

piątek, 10 maja 2013

Hanka Lemańska, "Chichot losu"

3/6

Zazwyczaj lektury w rodzaju Chichotu losu omijam szerokim łukiem - zwłaszcza, że generalnie nie pałam szczególną miłością do literatury polskiej. Na moje (dość nieoczekiwane) sięgnięcie po tę książkę złożyły się trzy czynniki. Po pierwsze, jednym z moich noworocznych postanowień literackich było (i jest) czytanie przynajmniej jednej książki polskiego autora w miesiącu. Po drugie, byłam wtedy świeżo po lekturze Leśnika Marii Kuncewiczowej i miałam ochotę, dla odmiany, na coś lżejszego. A po trzecie, po prostu miałam Chichot losu na czytniku (tak, kupiłam! Cudowny wynalazek :)). 

Nakręconego na podstawie tej powieści telewizyjnego serialu z Martą Żmudą-Trzebiatowską w roli głównej nie oglądałam, ale wiedziałam mniej więcej, czego dotyczył. Młoda, ambitna, niezależna singielka zgadza się zaopiekować na kilka dni dziećmi koleżanki. Koleżanka ginie w wypadku samochodowym, dzieci nie mają się gdzie podziać i głównej bohaterce spada na głowę olbrzymi kłopot. Okładka i widziane od czasu do czasu w telewizji zapowiedzi kolejnych odcinków sugerowały raczej nieskomplikowaną, odprężającą lekturę, a tematyka dawała nadzieję na coś więcej, niż zwykle w tego typu powieściach bywa. Nie rycerz na białym koniu, a dzieci są tu sprężyną wydarzeń, tlił się więc we mnie płomyk nadziei na coś więcej... Może sprawnie opowiedzianą historię, troszkę portretów psychologicznych? Powieść miała potencjał. Niestety, raczej słabo wykorzystany.

 - Nastąpiły pewne nieprzewidziane komplikacje i... Przechodząc do rzeczy: otóż asystentka naszego wiceprezesa właśnie urodziła dziecko.
Powariowali? Z ich punktu widzenia to są nieprzewidziane komplikacje? Przecież większość ciąż tak się kończy!
Chichot losu jest rzeczywiście książką nieskomplikowaną i odprężającą, miejscami (choć nieczęsto) nawet całkiem zabawną. Czyta się ją szybko i równie szybko o niej zapomina. Nie znalazłam w niej niczego, co szczególnie przyciągnęłoby moją uwagę, może poza niezwykłą naiwnością wykreowanego przez autorkę świata. Nie znam się na prawie rodzinnym (ani zresztą żadnym innym), więc gdyby przypadkiem trafił tu ktoś, kto się w tym temacie orientuje, byłabym niezmiernie wdzięczna za wyjaśnienie, dlaczego nieletni Asia i Łukasz bez problemu mieszkali z obcą sobie kobietą przez parę miesięcy, ale w momencie, gdy Joanna postanowiła starać się o ich adopcję, dzieciom zaczęło grozić odesłanie do sierocińca. Czy polskie prawo naprawdę tak działa? Jestem skłonna przypuszczać, że w rzeczywistości wyglądałoby to trochę inaczej - zwłaszcza, że to nie jedyna kwestia, która każe mi wątpić w prawdziwość świata przedstawionego. Momentami przerywałam lekturę w połowie zdania, starając się zrozumieć stwierdzenia w rodzaju:
 - Asi grozi pozostanie na drug rok w tej samej klasie. Sama pani rozumie, w naszej szkole Asia klasy powtarzać nie może. To dobra szkoła i nie ma u nas takiego zwyczaju.
Słyszeliście kiedyś o takiej szkole? Bo ja nie. I zawsze wydawało mi się, że o tego typu sprawach decyduje kuratorium albo ministerstwo oświaty, a nie panujący w danej szkole "zwyczaj".

Nadzieja na pogłębione portrety psychologiczne również okazała się płonna. Bohaterowie są w najlepszym wypadku przedstawieni przyzwoicie - do tej grupy zaliczyłabym główną bohaterkę i może małego Łukasza. Z innymi bywa odrobinę gorzej, choć nadal nieźle - zbyt dorosła jak na swoje 8 lat Asia, "miły" Marcin (o którym dowiadujemy się właśnie tyle - jest miły, rodzinny i uczynny), nabierający z czasem ludzkich cech szef Joanny. Pojawiają się też postaci wybitnie sztuczne, jak analizująca każdy swój najmniejszy ruch i dzieląca się swoimi spostrzeżeniami z przyjaciółkami (w dodatku takim stylem, jakby pisała rozprawkę albo co najmniej list z autoprezentacją) Agata czy szefowa Joanny, fiksująca na punkcie swojego pieska (hmm, chyba gdzieś już o tym czytałam...). A na końcu tej wyliczanki stoi przypadek ekstremalny: Marek, chłopak Joanny, mężczyzna zimny, nieczuły, egoistyczny i zapatrzony w siebie. Jego charakter naszkicowany jest tak grubą kreską, że śmiać mi się chciało za każdym razem, kiedy powracał na karty powieści. 
We wtorek rano Marek zadzwonił, jak gdyby nic się nie stało.
 - Jak tam? Wróciła? - zapytał niefrasobliwym tonem. - To jak? W sobotę, tam gdzie zwykle?
 - Nie wróciła. Zginęła w wypadku samochodowym. W piątek pogrzeb - zignorowałam drugą część jego pytania.
Złośliwie pomyślałam, że zaraz powie, że w takim razie nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy mogli spotkać się w sobotę. Tam, gdzie zwykle, o tej samej porze. I nawet nie bardzo się myliłam.
 - No, ale w sobotę jesteś wolna - stwierdził.
Autorka równie dobrze mogłaby napisać wprost: Mój chłopak, Marek, jest aroganckim dupkiem, którego nie obchodzi nikt poza nim samym. Na to samo by wyszło. Może nawet byłoby to subtelniejsze niż te ciągłe dialogi, w których Marek przejawia taką bezduszność, że przypomina raczej robota niż człowieka z krwi i kości.

W Chichocie losu nie porywa też styl. Nie ma co liczyć również na zaskakującą fabułę - idealnie wszystko, od początku do końca, jest w pełni przewidywalne, łącznie z przyszłym wybrankiem serca bohaterki. Czemu więc trzy punkty, a nie jeden? Poza tym, że książkę czytało mi się naprawdę szybko i całkiem przyjemnie, było w niej kilka rzeczy, które przypadły mi do gustu. Podobało mi się to, że autorka, przeważnie przedstawiająca świat tylko w czerni i bieli, opisując przemyślenia Joanny na temat jej dawnego i nowego życia nagle zastosowała sporą gamę półcieni. Spodziewałam się zachwytów nad rodzinnym ciepłem i wyśmianiem życia w pędzie, nastawionego na karierę, a dostałam całkiem wiarygodne rozważania kobiety, która - choć nie żałuje podjętych decyzji - tęskni za wyzwaniami i adrenaliną. Podobała mi się też retrospektywna analiza związku Joanny z Markiem, łącznie z zamykającym ją Zwyczajnie z niego wyrosłam. Nie żeby którekolwiek z tych rozważań były naprawdę głębokie i szczegółowe, ale miło odznaczają się na czarno-białym tle reszty powieści.


wtorek, 2 kwietnia 2013

Wit Szostak, "Oberki do końca świata"


 Jeden raz, raz jeden czas na chwilę ruszył.
 Jeden raz, raz jeden płot bezczasu skruszył.
 Historia do wsi wkroczyła, bezczas naruszyła.
 I Jakubowa ochrona pod płotem się skryła. I tak zdarzyło się tylko raz. Po tym, jak Jakub czas zatrzymał, jak stanął na południowym i północnym krańcu Rokicin, po tym, jak zostawił muzykanctwo i został kościelnym w kadzidlańskim kościele, po tym historia bała się naruszyć granice Rokicin. Toczyła się poza wsią, czasem na widnokręgu widać było rozbłyski wojny, po polach niosło się echo wybuchów. Dzieje jednak przyczaiły się na skraju wsi i choć czasem szczerzyły zęby, do Rokicin przystępu nie miały. Nie przeszkadzało to trwać i splatać się codziennym historiom. Ludzie rodzili się i umierali, żenili się i chrzcili dzieci. I tylko czas rytuału, kolisty i powtarzalny, obracał się z cichym skrzypieniem jak młyńskie koło. Ale to były wszystkie zmiany, na jakie zgodził się Jakub Wicher. Wyłączył wioskę z dziejów świata, z jego niezrozumiałych wojen i zawirowań. I rzeczywiście, choć nikt nie wiedział, jak to mu się udało. Ponoć Niemcy, słynący z porządku i precyzji, pomylili się, siedząc nad sztabowymi mapami. I z ich kartograficznych dyskusji wypadły Rokiciny.
Oberki do końca świata to książka magiczna. Na pierwszy plan wybijają się dwa motywy: wieś i skrzypce - bo przecież Wichry wszystkie grały i wszystkie skrzypiały. Od dawien dawna, odkąd do Rokicin - małej, zapadłej wsi - przybył protoplasta rodu, Maciej Wicher. Nie wiadomo, skąd przybył, co robił wcześniej ani czemu wyruszył w podróż. Nie wiadomo nawet, czemu postanowił osiąść w niewyróżniających się niczym Rokicinach. Ale zamieszkał w nich, w osieroconym przez poprzedniego właściciela domku i założył ród miejscowych skrzypków, grających oberki, których nikt inny nie potrafił zagrać. Oberki, których melodie podpowiadała Wichrom natura, które od lat żyły już swoim życiem w okolicznych wioskach, a które kolejne pokolenia muzykalnej rodziny wyłapywały i przekładały na język skrzypiec.
Centralną postacią powieści jest Józef Wicher, ostatni skrzypek w rodzinie. A także otaczający go ludzie: początkowo ojciec, Jakub i brat, Franciszek, oraz ukochana obojga braci, pochodząca z sąsiedniej wsi piękna, uboga Maria; w późniejszej części pojawia się miastowy wnuk Józefa i gromadka jego przyjaciół, wnosząca powiew świeżości i nowego życia do opustoszałego domu Wichrów. Galeria postaci nie kończy się tylko na tym. We wspomnieniach Józefa pojawiają się jego liczni znajomi: kuzyn Antoni; pałający żądzą zemsty, nieszczęśliwie zakochany kowal; konkurencyjny skrzypek, słynący z pięknych, lecz "diabelskich" oberków; a nawet żyjący kilka pokoleń wcześniej, znany tylko z rodzinnych legend Maciej Wicher.

Oberki do końca świata to książka magiczna - bo przedstawiony w niej świat pełen jest wydarzeń niezwykłych, przypominających nieco ludowe zabobony. Wybuch wojny, rywalizacja braci o Marię, śluby, narodziny dzieci, ich ucieczki do miasta, osamotnienie starzejących się Wichrów - wszystko to, zupełnie zwyczajne i racjonalne, przeplatane jest opowieściami o kryjących się w dziuplach diabłach, aniołach siadających na dachu kościoła, domu przybliżającym lub oddalającym się od głównej drogi, zaklinaniu czasu czy wyławianiu księżyca ze studni. Piękny jest ten baśniowy styl, wszechobecny folklor i opisy spokojnego, niezagonionego życia. Smutna, ale boleśnie prawdziwa jest jego nieuchronna zagłada. Dzieci Wichrów uciekają we wsi - do nowych rodzin, większych miast, nawet do Ameryki. Czas, zwolniony z zawartego z Jakubem paktu, gna jak szalony. Zdaje się, że w tym nowym, zmodernizowanym świecie nie ma już miejsca ani dla tradycyjnych wiosek, ani dla grających przestarzałe melodie skrzypków.

Wnuk Józefa, Janek, i jego przyjaciele przynoszą do Rokicin nową nadzieję. Przyjeżdżają z miasta - początkowo skrępowani, tylko po oberki, potem już z nieukrywaną przyjemnością, do (przyszywanych) dziadków. Starzy Wichrowie wszystkich ich traktują jak wnuki; zresztą to nie Janek, lecz jego przyjaciel, Mikołaj, staje się najpilniejszym uczniem Józefa.
 Goście z miasta spali w stodole, zagrzebani w sianie. Było ciepłe lato, a dla miastowych to była atrakcja. Józef wspominał noclegi w stodołach z dawnych, weselnych czasów. Pamiętał też, że za drzwi stodoły nie miały wstępu uznawane w świecie prawa. Pamiętał, jak znikał wstyd, jak ludzie poznawali się, jak nikt nie patrzył na obyczaje i przykazania. Rokicińskie stogi były wyspami innego świata, wyspami młodych, gdzie trwał ciągły karnawał i ciągły śmiech. I wiedział, dlaczego młodzi śpią w stodole, i powstrzymywał Marię, która z troską namawiała przyjaciół wnuka do noclegu w izbie. Bo zimno, bo wieje, bo dach nieszczelny, bo poranki już chłodne, bo myszy. I dziwiła się, że to młodym nie przeszkadza. Potem przychodzili na śniadanie zaspani, ziewając i wyciągając sobie nawzajem źdźbła z włosów. A potem chłopcy grali, dziewczyny gotowały, a potem wszyscy tańczyli.
W Oberkach... przeplata się ze sobą takie bogactwo motywów, że aż ciężko je wymienić. Są tu i bogate, wiarygodne portrety psychologiczne, i niespiesznie prowadzona, a jednak wciągająca narracja, i realizm magiczny, i apoteoza folkloru, i ludowa muzyka, znajdująca swoje odzwierciedlenie w rytmie powieści. No i olbrzymia przyjemność czytania. Aż zaczynam przekonywać się do polskiej literatury.

niedziela, 24 marca 2013

Głos góry // Yama-no oto

Ostatnio niewiele czytam. Odzwyczaiłam się od tego przez ubiegły rok i wdrożenie się z powrotem w czytelniczy tryb życia jest dla mnie bardzo ciężkie. Chciałabym więcej, szybciej, z większym zaciekawieniem - a zamiast tego czytam powoli, po kawałeczku, wręcz zmuszając się do sięgnięcia po książkę. Mozolnie przedzieram się przez rozdziały i podglądam spis treści, zastanawiając się, ile jeszcze do końca. I nie jest to winą doboru lektury (aktualnie Oberki do końca świata Wita Szostaka), bo ta akurat satysfakcjonuje mnie w 100% - już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła coś o niej napisać! Nie, to ja się odzwyczaiłam, wypadłam z rytmu - innego wytłumaczenia nie widzę. Ale nie poddaję się; dalej się przedzieram, dalej planuję, co przeczytam później, dalej szukam w czytaniu dawnej przyjemności...

Najwyraźniej muszę sobie jednak czymś rekompensować niedostatki w ukulturalnianiu się, bo w ostatnich tygodniach liczba obejrzanych przez mnie filmów zaskakująco wzrosła. Wprawdzie do poziomu, który dla większości jest pewnie normą, ale zawsze... Znalazło się wśród nich miejsce i dla granego wciąż w kinach Silver Linings Playbook (Poradnik pozytywnego myślenia), i dla starej, dobrej Seksmisji, którą uraczyłam mojego chłopaka w ramach zapoznawania go z polską kulturą. Co cieszy mnie najbardziej, miałam okazję obejrzeć również dwa filmy japońskie: Banshun (晩春, Późna wiosna) i Yama-no oto (山の音, Głos góry). Oba są stare i fatalnie nagłośnione, co w przypadku Późnej wiosny, obejrzanej głównie w celach edukacyjnych (czyli: bez napisów), skutecznie utrudniało odbiór filmu. Głos góry był już, na szczęście, zaopatrzony w angielskie napisy, więc i przyjemność oglądania była dużo większa. Choć nawet tę na wpół jedynie zrozumianą Późną wiosnę oglądałam z wielkim zaciekawieniem...

Dziś jednak o Głosie góry. Ze względu na mojego ulubionego Kawabatę.

8/10
Głos góry to ekranizacja powieści Kawabaty Yasunariego o tym samym tytule; zarówno książka, jak i film powstały w 1954 roku. Ciężko ująć w słowach fabułę utworu, zwłaszcza wersji powieściowej. Może to kwestia tego, że Kawabata miał w zwyczaju drukować swoje powieści w odcinkach? Nie tworzył utworu od początku do końca, nie zastanawiał się nad kompozycją, punktem kulminacyjnym, a już w pewnością nie nad zakończeniem. Pisał opowiadania, obrazki z życia, które wprawdzie łączyły się ze sobą, ale w założeniu wcale niekoniecznie miały być spójną powieścią. Są więc te jego utwory trochę rozlazłe, trochę pozbawione akcji. W wielu miejscach są również, niestety, nieczytelne dla Europejczyka - bo Kawabata pisał o Japonii pięknej i tradycyjnej, wykorzystując do tego celu wszystko, co oferował mu język japoński i japońska tradycja. W oryginalnych wersjach pojawia się rozbudowana symbolika, gry słów przejrzyste jedynie w przypadku tekstu zapisanego znakami, niedopowiedzenia, których Japończykom wyjaśniać nie trzeba. W przekładzie większość tego ginie albo odbierana jest zupełnie opacznie. Te książki nie były pisane z myślą o obcokrajowcach, zdecydowanie nie.
Czasami ciężko więc Kawabatę zrozumieć. Czasem można pomyśleć, że to powieści o niczym. Ale można też przyjąć od początku, że punktu kulminacyjnego i oczywistego zakończenia nie będzie - i po prostu zanurzyć się w utrwaloną na kartach powieści historię, stając się świadkiem codziennych dramatów zwykłych ludzi. Poczuć choć odrobinę klimatu Japonii, której już nie ma.

Taką właśnie pozornie zwykłą historię prezentuje czytelnikom Kawabata w Głosie góry. Głównym bohaterem jest starzejący się Ogata Shingo, któremu od pewnego czasu zdarza się słyszeć ów tytułowy głos góry - zwiastun zbliżającej się śmierci. Shingo, rozmyślając nad dobiegającym końca życiem, obserwuje codzienność swojej rodziny: żony, syna, synowej, później również córki i wnuczek. Przygląda się jej, analizuje, snuje pełne rezygnacji przemyślenia - sam natomiast zdaje się być na uboczu, poza głównym nurtem wydarzeń. Jest raczej narratorem niż bohaterem dramatu. Wydawać by się mogło: ot, rodzina jakich wiele. Ale po bliższym przyjrzeniu się okazuje się, że nie wszystko układa się w tej rodzinie tak, jak powinno, zgodnie i harmonijnie. Wręcz przeciwnie - nie układa się prawie nic. Niekochana żona jest jedynie karykaturą swojej zmarłej za młodu siostry. Piękna, urocza synowa bez problemu zaskarbia sobie sympatię teściów, lecz to nie mąż, a teść darzy ją głębokim uczuciem. Syn Shingo, Shuichi, rzadko pojawia się w domu, zajęty romansem, którego nawet nie próbuje ukrywać. Pojawienie się córki, Fusako, która postanowiła wraz z dwójką dzieci opuścić męża (w latach 50'!), dodatkowo komplikuje i tak napięte relacje w domu Ogatów. 

Emocje buzują, bohaterowie podejmują nieraz kontrowersyjne decyzje i czasem niełatwo zrozumieć ich motywacje. A jednocześnie są w tym wszystkim tak bardzo ludzcy i prawdziwi. Nie ma tu podziału na dobrych i złych. Choć cała historia opowiedziana jest z punktu widzenia Shingo, to i pozostali bohaterowie mają w większości szansę przedstawić swój punkt widzenia. To ludzie, których życie okazało się bardziej pogmatwane, niżby sobie tego życzyli; ludzie zmuszeni do podjęcia trudnej walki o swoje szczęście. I wszyscy z nich - może poza dość bezdusznie przedstawionym Shuichim - wzbudzają w czytelniku sympatię i współczucie.

Wersja filmowa bardzo wiernie oddaje treść książki. Hara Setsuko jest idealną Kikuko: piękną, niewinną, dobroduszną. Brzydka Fumiko okazuje się być równie ładna - sceny, w których komentuje swoją domniemaną brzydotę, brzmią nieco śmiesznie - ale jej bezpośredniość, nieliczenie się z konwenansami i pewna ordynarność pasują do książkowego pierwowzoru. Filmowy Shuichi stał się mniej nijaki, w efekcie czego wzbudzał we mnie już nie lekką niechęć, ale całkiem potężną antypatię. Zniknęły, rzecz jasna, wspomnienia Shingo, które stanowiły sporą część powieści; w filmie piękna siostra Yasuko przywołana jest tylko raz, i to nie przez Shingo, ale przez przekomarzającą się z nim żonę. Zabrano trochę symboliki (w tym, niestety, sam motyw głosu góry), trochę scen, które niewiele wniosłyby do fabuły. Zamiast tego skupiono się na emocjach, uczuciach, wzajemnych oskarżeniach, a przede wszystkim na Kikuko, stojącej przed dramatycznym wyborem.
Może to kwestia tego, że czytałam książkę już kilka razy i dobrze zapoznałam się z tą historią, może to magia kina - ale wydaje mi się, że wersja filmowa jest bardziej zrozumiała dla zagranicznego odbiorcy niż powieść. Motywacje, choć nadal zagmatwane, stają się bardziej przejrzyste. Łatwiej wczuć się w sytuację bohaterów, łatwiej ich zrozumieć. Lubię takie kino. Bardzo cenię je sobie za ten spokój, który wypływa z niego mimo rozgrywających się na ekranie dramatów. Przede wszystkim jednak dochodzi do głosu moja japonistyczna strona: jestem wdzięczna za szansę zerknięcia na chwilę do japońskiej rodziny i przyjrzenia się temu, w jaki sposób Japończycy wyrażają emocje, których wyrażać "nie powinni". I jedno, i drugie jest dla nie-Japończyka trudne do osiągnięcia.

Krótko mówiąc: podobało mi się i chcę więcej. Marzy mi się zdobycie ekranizacji Krainy śniegu...
Related Posts with Thumbnails