sobota, 29 grudnia 2012

Les Miserables

8/10

Nie czytałam "Nędzników". Nie widziałam nawet ich musicalowej wersji. Miałam w związku tym pewne opory przed pójściem do kina na ekranizację musicalu - bo to w końcu zabieranie się do tematu od zupełnie niewłaściwej strony. Lepiej byłoby najpierw przeczytać książkę, a może nawet zobaczyć na żywo 'Les Miserables'... Ale plakat kusił, szans na dorwanie "Nędzników" nie mam jeszcze przez najbliższe dwa miesiące, a do tego - musical! Nie żebym się na tym gatunku znała, absolutnie nie uważam się za eksperta w tej dziedzinie, ale bardzo musicale - tak zwyczajnie, po amatorsku - lubię. Nie dałam rady się oprzeć.

Jako że było to moje pierwsze spotkanie z całą opowiedzianą w filmie historią, nie potrafię patrzeć na niego tylko pod względami technicznymi. Równie ważna jak śpiew, aktorstwo, scenografia etc. jest dla mnie sama opowiedziana historia. Do której mam, swoją drogą, pewne zastrzeżenia - i kompletnie nie wiem, do kogo mam je adresować. Victora Hugo? Twórcy musicalu, Claude-Michela Schönberga? Reżysera, Toma Hoopera?

Mam co do tego filmu mieszane odczucia. Z jednej strony, niewątpliwie robi wrażenie. Dostajemy spory kawał dobrego aktorstwa i zaskakująco dobrego śpiewu. O ile początkowa scena, wyśpiewana przez Russella Crowe'a i Hugha Jackmana, wydała mi się śmiesznie sztuczna, o tyle później to wrażenie znikło i już śpiewająca Anne Hathaway brzmiała zupełnie naturalnie. Wszyscy aktorzy radzą sobie zresztą bardzo dobrze, choć muszę przychylić się do większości opinii - Russell Crowe wypada w całej ekipy najsłabiej i wydaje się być trochę z innej bajki. Swoją drogą, strasznie ciężko było mi przyzwyczaić się do faktu, że jest tu czarnym charakterem; ciągle mam go w pamięci jako walczącego z niesprawiedliwością Gladiatora... W każdym razie: pod względem muzycznym jestem (prawie) w pełni usatysfakcjonowana. Piosenki są piękne, równie pięknie zostały też zaśpiewane - albo raczej "zagrane". Takie np. 'I dreamed a dream' i jego wykonanie Anne Hathaway wzbudza na Filmwebie sporo kontrowersji (już! po samym trailerze!) właśnie dlatego, że aktorka nie stara się zaprezentować całej skali swojego głosu, a skupia się na oddaniu emocji Fantine. Jak na mnie - bardzo udana próba. Do filmu dodano też nową piosenkę, 'Suddenly', której nie ma w pierwotnej wersji musicalu. Cóż. Ja, nie znając oryginału, nie zorientowałam się, że skomponował ją ktoś inny. To chyba mówi samo za siebie.

Z drugiej strony, cały ten film-musical jest okropnie, niesamowicie przygnębiający. Zwłaszcza jego pierwsza część. Brud, nędza, głód - a przede wszystkim, niesprawiedliwość i wzajemna nienawiść. Tytuł jest, oczywiście, mocno sugestywny i bieda bohaterów nie była dla mnie żadną niespodzianką, ale nie byłam przygotowana na tak kompletny brak solidarności pomiędzy samymi nędznikami. Kopanie dołków pod innymi, złośliwość, pazerność. Da się to zrozumieć i pewnie jest to bardziej realistyczne niż przymierający z głodu ludzie, którzy wciąż traktują bliźnich z serdecznością - a jednak było to strasznie przykre. Całe szczęście, że przynajmniej w drugiej części jest tej solidarności trochę więcej. Choć i tam nie da się narzekać na jej nadmiar.

Co mi się w 'Les Miserables' nie podobało, to cały ten okropnie słodki, mdły i irracjonalny wątek Mariusa i Cosette. W książce pewnie miało to więcej sensu i było bardziej rozbudowane, ale na potrzeby musicalu zostało skrócone i dostosowane do konwencji (czyt. miłość trafia bohaterów jak piorun i nie ma znaczenia to, że ani słowa ze sobą nie zamienili). No ale jednak, litości... Wątek Jeana Valjeana i Fantine też nie zawierał setki szczegółowych scen, ale jednak jakoś udało się twórcom zarysować ich relację. Albo chociażby fakt, że takowa w ogóle istniała. A tu? Mdło, słodko i bez sensu. Rola Amandy Seyfried ogranicza się do ładnego wyglądania, wzdychania i wałęsania się po ogrodzie. Co z tego, że dziewczyna potrafi śpiewać, skoro jej postać jest tak irytująca, a jej uczucia tak nieprzekonujące, że wykonane przez nią piosenki nie zrobiły na mnie najmniejszego wrażenia?

Kolejna rzecz: Helena Bonham Carter jako Madame Thenardier. Nie, oczywiście, że nie mam zastrzeżeń do jej gry aktorskiej - w końcu tego rodzaju role ma opanowane do perfekcji. I właśnie o to mi chodzi - dlaczego znów ona? Dlaczego do znów wybrano ją do roli tego typu? Dlaczego znów ją przyjęła? Mrs Lovett, Bellatrix Black, Madame Thenardier... Przecież jest dobrą aktorką, potrafi grać nie tylko wariatki. Nie rozumiem, czemu sama daje się tak zaszufladkować.

<Uwaga, SPOILER!>
Ale największym nieporozumieniem 'Les Miserables' jest ich zakończenie. Dosłownie "nieporozumieniem" między tym, który je wymyślił, a mną, odbiorcą filmu - bo ja, odbiorca, autentycznie go nie rozumiem. Ani tego, jak toto ma się do całej treści filmu, ani tego, co ono właściwie ma implikować. Dwie i pół godziny o nędznikach, niesprawiedliwości społecznej, próbach buntu, o tym, że lud ma dość... A na koniec wielkie, wystawne wesele! Cosette w pięknej sukni, sznur powozów zaproszonych gości, Thenardierowie próbujący ukraść jak najwięcej. Co to ma niby być? Happy ending? Dla mnie całe to zakończenie jest przede wszystkim kompletną porażką Mariusa, jego wiary w ideały i prób wcielania ich w życie. Zupełnie jakby niepowodzenie rewolucji zabiło w nim jakąkolwiek chęć zmiany. "Nie opłaca się walczyć o lepsze jutro. Jeśli chcesz żyć lepiej, wróć pod skrzydła bogatego dziadka albo wyjdź bogato za mąż" - implikuje cały ten happy end. Przykre to.
<Koniec spoilera>

Marudnie mi to wyszło - a przecież tak naprawdę 'Les Miserables' bardzo mi się podobali. Pomijając ten nieszczęsny wątek romansowy i jego zakończenie (które nie są zresztą winą reżysera...), to bardzo dobry, choć niezbyt przyjemny film. Wywarł na mnie spore wrażenie i nawet dziś, po czterech dniach od projekcji, nie mogę przestać o nim myśleć. A to dla mnie ważniejsze od jego drobnych niedociągnięć.
Related Posts with Thumbnails