wtorek, 28 lutego 2012

Leo Delibes, Lakme

Co szczególnie podoba mi się w bydgoskiej operze to fakt, że spektakle są przeważnie (a może nawet zawsze) bardzo wierne oryginałom. Nie ma tu niepotrzebnego uwspółcześniania, dziwacznych, futurystycznych strojów (vide poznańska Aida) i całej tej nowoczesnej otoczki, która do niczego nie jest potrzebna. Jest tak, jak być powinno. Tradycyjnie i pięknie. 
Spektakle są wierne oryginałom także w innej kwestii: jeśli według twórcy opery bohaterowie są piękni, to naprawdę tacy są. A przynajmniej na takich wyglądają z drugiego balkonu ;). Póki co zawiodłam się pod tym względem jedynie na Madamie Butterfly... Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że w operze liczy się przede wszystkim głos, ale jednak, kiedy co chwilę pojawia się w arii zwrot "O, piękna Aido", a na scenie widzę osobę o posturze kwadratu (spora w tym zasługa owych genialnych inaczej strojów) - cóż, coś mi tu zgrzyta. Opera jest też sztuką wizualną i nie powinno się tego aspektu zaniedbywać.

Lakme Leo Delibesa w niczym nie odbiega od standardu Opery Nova. Jest tradycyjnie, bez udziwnień. Stroje są takie, jakie być powinny: indyjskie, egzotyczne i kolorowe. Sama Lakme (Agnieszka Kozłowska) też prezentuje się bardzo ładnie - zwłaszcza w pierwszym akcie, kiedy jest jeszcze ubrana w piękne, kolorowe sari. Trochę gorzej jest z Geraldem (Vasyl Grokholsky), który mnie akurat jakoś nadzwyczajnie swoją aparycją nie zachwycił. No, ale który mężczyzna prezentuje się dobrze ze spodniami w wysokich butach...? 



O czym właściwie jest ta opera? Cóż... O tym samym, o czym większość oper: tragicznej, beznadziejnej miłości. Tym razem w dekoracjach indyjskich. Tytułowa bohaterka, Lakme (inna wersja imienia Lakszmi, które nosi jedna z najważniejszych bogiń hinduistycznego panteonu), jest córką bramina (Jacek Greszta), który ukrywa się w dżungli przed Anglikami. W libretcie dowiadujemy się, że kapłan:
Uczynił ze swej córki boginię.
Lepiej jeszcze: czarodziejkę,
która skrywa się, gadają, niczym bogini,
w tym słodkim raju niedostępnym dla niewiernych
a zwana jest Lakmé.
Lakme żyje w ukryciu, doglądana przez dwoje służących: Malikkę (Małgorzata Ratajczak) i Hadjiego (Marcin Naruszewicz). Zwykli śmiertelnicy nie mają prawa jej oglądać. Ale pewnego dnia  miejsce, w którym ukrywa się wraz z ojcem, zostaje odnalezione przez grupę Anglików. Grupa jest absolutnie niegroźna: dwaj mężczyźni są wprawdzie żołnierzami, ale odbywają jak najbardziej cywilną wycieczkę w towarzystwie dwóch kobiet. Roztropniejszy z mężczyzn, Frederick (Wojciech Dyngosz), szybko spostrzega, że znajdują się w kryjówce Hindusów i próbuje nakłonić przyjaciół do odwrotu, dopóki nikt ich nie zauważył. Udaje mu się to po długich namowach, jednak Rose (Krystyna Nowak), narzeczona drugiego mężczyzny, Geralda, dostrzega w potoku piękne klejnoty. Gerald postanawia zostać chwilę dłużej i narysować je dla ukochanej. Przyjaciele opuszczają go i... Zaczyna się. W powietrzu unosi się piękny zapach. Mężczyzna czuje się, jakby ktoś rzucił na niego urok. Aż w końcu do kryjówki powraca Lakme, a Gerald (ładnie to tak?) z miejsca zapomina o narzeczonej, o wojsku, o Anglii...



To pierwsza od dłuższego czasu opera, którą jestem zachwycona. Podobało mi się w niej prawie wszystko - a to, co mi się nie podobało, i tak nie ma wpływu na mój ogólny zachwyt. Tym razem nie powaliła mnie na kolana scenografia; balet też był momentami słabo zsynchronizowany. Z drugiej strony, kostiumy nadrabiały za dekoracje, a po obejrzeniu sceny z festiwalu, w której baletnice wyginały się w zupełnie dla mnie niepojęty sposób, byłam w stanie wybaczyć baletowi wszystkie niedociągnięcia. 
No i przede wszystkim - te arie! Brzmiało to przepięknie i naprawdę robiło wrażenie. Co więcej, zupełnie nieoczekiwanie odkryłam w tej operze znajomą melodię. Wstyd się przyznać, ale kojarzyłam ją tylko z jakiejś reklamy... Lubię takie niespodzianki. Duet Agnieszki Kozłowskiej i Małgorzaty Ratajczak wypadł bardzo, bardzo dobrze. Sama przyjemność słuchania. Ach, szkoda, że Opera Nova nie udostępnia choćby fragmentów swoich przedstawień...


Równie miłą niespodzianką było dla mnie odkrycie, że tekst opery został napisany po francusku. Zapomniałam to wcześniej sprawdzić i nastawiłam się raczej na królujący w operze włoski. A tu tak miłe zaskoczenie!

Będzie mi tego brakowało przez najbliższy rok...

środa, 22 lutego 2012

Festiwal Kultury Białoruskiej

Długi dzień, zły dzień. Męczący, głodny, ciężki. Co za dużo to niezdrowo...
Nie samym japońskim żyje człowiek, nawet student japonistyki. A więc, żeby nie było tak monotonnie - tylko Japonia i Japonia... Mała informacja dla mieszkających w Poznaniu:


Więcej o festiwalu można przeczytać tutaj. Ja sama z chęcią wybiorę się na spotkanie z podróżnikiem (28.02) i wieczór muzyczno-fotograficzno-kulinarny (2.03). O filmie "Masakra" nie słyszałam (co gorsza, Filmweb też nie), ale tytuł brzmi jakoś mało zachęcająco...

Założę się, że kiedy przyjdzie co do czego nie będzie mi się chciało nigdzie iść, ale póki co myślę o tym z przyjemnością :).

niedziela, 19 lutego 2012

Abe Kobo, "Urwisko czasu"

Moja ocena: 3,5/6

Abe Kobo trochę mi się już przejadł - i z nieukrywaną ulgą myślę o tym, że to była jego ostatnia książka, która czekała na mnie w kolejce "do przeczytania". Chyba, że o czymś nie wiem i kolejna, nieznana mi jeszcze powieść rzuci się na mnie z półki podczas kolejnej wizyty w bibliotece... Hmm - biblionetka twierdzi, że to już wszystko, została mi tylko antologia "Tydzień świętego mozołu". No i dobrze.

W przeciwieństwie do Kobiety z wydm, Schadzki i Czwartej epoki, Urwisko czasu to nie powieść, a zbiór opowiadań i dramatów, wybranych przez profesora Melanowicza (jednego z najbardziej znanych tłumaczy i literaturoznawców w japonistycznym światku). Jest ich łącznie... 11. Plus posłowie. Ciężko mi ocenić tę książkę jako całość, bo - jak to zwykle z antologiami bywa - poszczególne utwory różnią się od siebie poziomem i sensownością. Ostateczna ocena jest stosunkowo niska. Cóż, opowiadania i dramaty bezsensowne przeważały jednak nad tymi, które sens miały albo przynajmniej przyjemnie mi się je czytało...

Gdybym miała wybrać najlepszy utwór z tego zbioru, bez wahania wskazałbym na Życie poety. Wprawdzie jest surrealistyczne, nie do końca jasne i równie dziwne jak prawie wszystkie dzieła Abego Kobo, ale jako jedyne ma w sobie spory element baśniowości. Życie poety kojarzyło mi się nieco z Królową śniegu. A skojarzenia z baśniami to zawsze plus parę punktów do przyjemności czytania.

Dobre było również tytułowe Urwisko czasu - opowieść o bokserze, który stoi właśnie przed najważniejszą walką w swoim życiu, która zadecyduje o jego "być albo nie być" w tym sporcie. Bohater z jednej strony bardzo chce wygrać, a przynajmniej tak twierdzi - z drugiej jednak jest już zmęczony ciągłym niewyspaniem, dietami, tym, że nie może nawet napić się alkoholu ani wypalić papierosa. Pamiętam zajęcia z literatury, na których koleżanka opowiadała właśnie o tym utworze i skwitowała go słowami: ...i pomyślałam sobie, że to zupełnie jak my - też nie możemy się doczekać, kiedy się w końcu wyśpimy i odpoczniemy. Teraz się męczymy, ale kiedyś się nam to opłaci i nadrobimy stracony czas...

Podobało mi się również opowiadanie Za zakrętem - historia mężczyzny, który stracił "poczucie ciągłości" i nagle, ni z tego ni z owego, zapomniał fragmentu swojego życia. Szedł drogą, która znikała za zakrętem i uświadomił sobie, że nie pamięta krajobrazu, który się za tym zakrętem kryje. Normalny człowiek poszedłby dalej i po prostu spojrzał, pewien, że to przywróci mu pamięć. Ale nie u Abego Kobo. Bohater jest przekonany, że gdyby poszedł dalej i zobaczył krajobraz, a ten nadal wydawałby mu się obcy, ciągłość jego życia w jednej chwili załamałaby się. Więc wraca, przesiaduje w kawiarni, aż w końcu zapomina, kim w ogóle jest...

Warty uwagi jest również Żołnierz ze snu. Wprawdzie nie powala na kolana, ale - uwaga, uwaga! - NIE JEST opowiadaniem surrealistycznym. Realizm od początku do końca. W sumie całkiem nieźle to panu Abemu wyszło; mógłby częściej iść tą drogą...

Niestety, to by było na tyle. Pozostałe opowiadania/dramaty albo nie wyróżniały się niczym szczególnym w porównaniu do Schadzki czy Czwartej epoki, albo były tak bezsensowne, że zupełnie nie zrozumiałam, o co w nich chodzi. Momentami Abe wskakuje na jakiś wyższy, niedostępny dla mnie poziom abstrakcji. Pociesza mnie to, że prof. Melanowicz najwyraźniej też go nie rozumie, skoro stwierdza w posłowiu: wieloznaczność tego tekstu posunięta jest do granic braku znaczenia.

Zmęczyłam się już japońską literaturą. Chyba podczas kolejnej wizyty w bibliotece odpuszczę sobie wypożyczenie kolejnej partii...

środa, 15 lutego 2012

Miura Kiyohiro, "Nasz syn zostaje mnichem"

Moja ocena: 5/6
Uważam, że mnich ma do wyboru dwie drogi, którymi może pójść. Jedna to zostać "ważnym mnichem". Druga to zostać "wspaniałym mnichem". Ten pierwszy pnie się coraz wyżej w hierarchii mnisiej, zajmuje ważne stanowiska w administracji świątynnej. A "wspaniały mnich" skupia się całkowicie na praktykach ascetycznych, stawia sobie wyższe cele. A pan co by wybrał?
Cieniutka książeczka. 107 stron. Z jednej strony szkoda, bo czyta się to bardzo dobrze i chętnie dowiedziałabym się czegoś jeszcze o rodzinie państwa Kimurów. Z drugiej - to jedna z zalet tej króciutkiej powieści, która właśnie dzięki temu zachowuje swoją lekkość i nutę niedopowiedzenia (co jest zresztą standardem w prawie całej literaturze japońskiej). Dobra lektura na wolny, spokojny wieczór.

Przedstawiona w powieści historia jest bardzo prosta. Japońskie małżeństwo, które przez jakiś czas mieszkało w Ameryce, wraca do Japonii i odkrywa w pobliżu domu zapomnianą świątynię zen. Mężczyzna zaczyna uczestniczyć w cotygodniowych medytacjach. Nigdy nie proponuje żonie, żeby poszła razem z nim; żona zaszywa się więc w domu, sprzątając, zajmując się dwójką dzieci i pogrążając się w poczuciu niezadowolenia. Niedziele powinno się spędzać z rodziną, wspólnie; tymczasem jej mąż znika z domu na cały dzień, zostawiając wszystko na jej głowie. Po którejś kłótni z tego gatunku mężczyzna, chcąc odciążyć żonę, proponuje synowi, aby poszedł razem z nim na medytacje. Chłopiec ochoczo się zgadza i, ku zdumieniu ojca, z własnej woli co tydzień towarzyszy mu w świątyni. Aż pewnego dnia oświadcza, że gdy dorośnie, zostanie mnichem...

Początkowo ojciec nie bierze słów syna na poważnie. Chłopiec jest dopiero w szkole podstawowej, w dodatku naoglądał się anime o buddyjskim mnichu, dorośli są więc przekonani, że to tylko chwilowa zachcianka. Jedynie mniszka ze świątyni nie traktuje decyzji chłopca z pobłażaniem. Jednak nawet ona przyznaje, że za szybko na takie decyzje i trzeba poczekać, aż chłopiec trochę dorośnie. Rodzice - zwłaszcza matka - wcale nie chcą, żeby ich syn został mnichem i liczą po cichu na to, że zapomni o tym pomyśle. Jednak kiedy chłopiec idzie do gimnazjum, w którym zaprzyjaźnia się z niewłaściwymi osobami i zaczyna sprawiać problemy wychowawcze, sami proszą mniszkę o pomoc w przeniesieniu syna do szkoły buddyjskiej. Nawet, jeśli miałoby to oznaczać, że młody Ryota naprawdę zostanie mnichem...

Książka jest bardzo krótka, ale skłania do refleksji. Początkowo prosta sprawa - mały Ryota chce zostać mnichem - z czasem staje się problemem, punktem zapalnym, w którym każdy ma swoje racje i trudno osądzić, kto naprawdę jest dobrym człowiekiem, a kto wykorzystuje naiwność innych. Dlaczego właściwie Ryota został mnichem? Czy był to wybór jego samego, rodziców, czy sprytna gra mniszki, poszukującej następcy?

Dla mnie "czarnym charakterem" tej powieści jest mniszka. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to ona była sprężyną wszystkich wydarzeń w życiu rodziny Kimurów i podstępnie odcięła Ryotę-Ryokaia od jego własnych rodziców. "Dobrym człowiekiem" jest dla mnie natomiast ta, która najbardziej na tej grze ucierpiała: matka Ryoty, która straciła syna. Ciężko powiedzieć coś o samym Ryocie, który rzadko kiedy w ogóle się wypowiada. A narrator, ojciec chłopca? Cóż - dla mnie był dość bezpłciowy, płynący z prądem, nie umiejący sterować własnym życiem. Wszystkie wydarzenia działy się jakby obok niego i nawet jeśli wywoływały w nim jakieś uczucia, to i tak nic z tego nie wynikało...
Ja zaś, patrząc na syna w białych szatach, miałem uczucie, że odszedł do świata, do którego rodzice nie mają dostępu. Miałem wrażenie, że stało się to za szybko, że jest jakieś nierzeczywiste. Czy naprawdę w ten sposób zerwane zostały więzy rodzice-dziecko? Czy te więzy były aż tak ulotne? "Dziękuję, ojcze". "Dziękuję, mamo". Czy tych kilka słów przekreśliło wszystko, co było do tej pory? Czym  był zatem stosunek rodzice-dziecko? Czym jest? Czyżby to była tylko iluzja?
Ale to tylko moje odczucia. Być może wcale niezgodne z intencją autora. W każdym razie - bardzo podoba mi się w tej powieści to, że nie jest jednoznaczna i czarno-biała...

Na koniec krótki cytat, który nijak ma się do treści książki, ale wyjątkowo mi się spodobał:
Miasto ma w swej konstrukcji jakiś zalążek samotności, nawet jeśli bardzo się starasz być z kimś blisko, zawsze czujesz, jak pomiędzy was wkrada się chłód, a po rozstaniu przytłaczają cię bezlitośnie szare, cementowe ściany.

niedziela, 12 lutego 2012

Liza Dalby, "Gejsza"

4/6

Liza Dalby jest postacią dość niezwykłą. Amerykańska antropolog, od dziecka (a przynajmniej nastolatki) mająca coś wspólnego z Japonią. Ciężko dokładnie stwierdzić co - autorka od czasu do czasu wprowadza do powieści retrospekcje, z których wynika, że studiowała w Japonii, mieszkała u japońskiej rodziny, jeszcze w Ameryce rozpoczęła naukę gry na shamisenie, a później, w wieku bodajże 17 lat, doskonaliła tę umiejętność już na japońskiej wyspie Kyushu... Prawdę mówiąc, zaintrygowała mnie historia życia Lizy Dalby. Skąd wzięła się u amerykańskiej nastolatki miłość do shamisenu? Dlaczego w tak młodym wieku opuściła kraj? Niestety, na te pytania nie uzyskałam odpowiedzi, a informacje o wcześniejszym życiu autorki są tak porozsypywane, że trudno złożyć je w jakiś spójny obraz...

Ale nie to jest najważniejsze. Niezwykłość Lizy Dalby wynika z czegoś innego - jest jedyną nie-Japonką, która została gejszą. Wprawdzie była nią tylko przez rok i ze względu na to (gejsze zdawały sobie sprawę, że amerykańska gejsza po roku wróci do ojczyzny) nie połączono jej oficjalnymi więzami z jej nową "rodziną", ale mimo wszystko jest to fakt godny swego rodzaju podziwu. Nie żebym kiedykolwiek marzyła o zostaniu gejszą, ale to, JAK w ogóle autorce udało się tego dokonać - wejść w tak zamknięte, tradycyjne środowisko! - jest dla mnie zdumiewające.

Gejsza jest zapisem doświadczeń autorki z owego roku, w którym była nie Lizą Dalby, a gejszą Ichigiku. Tytuł jest dość mylący i wynikło z niego moje lekkie rozczarowanie lekturą. Spodziewałam się książki popularnonaukowej o życiu współczesnych gejsz, tymczasem Gejsza jest czymś w rodzaju zbioru luźnych przemyśleń, niekoniecznie sensownie poukładanych. Dużo w tym osobistych wtrętów autorki, które po jakimś czasie zaczęły mnie trochę nużyć. Działało mi na nerwy też częste podkreślanie przez autorkę własnych umiejętności; odniosłam wrażenie, że Liza Dalby bardzo starała się udawać skromność, ale nie do końca jej to wyszło.

W książce opisane zostało właściwie wszystko, co łączy się ze słowem gejsza. Autorka przedstawia etymologię tego słowa, historię życia gejsz, porównuje ją z dzisiejszymi warunkami, opisuje obecne ceremonie przyjmowania do wspólnoty gejsz i odchodzenia z niej, stosunki panujące w poszczególnych hanamachi oraz między nimi; przedstawia symbolikę elementów ubioru gejszy, szczególną uwagę poświęcając kimonom... Drobiazgowo opisuje też te gejsze, które były jej najbliższe w czasie jej praktyki, zwłaszcza okasan, czyli "matkę", oraz Ichiume, jej oneesan, czyli "starszą siostrę".

Dla mnie zdecydowanie najmocniejszym punktem książki były opisy życia gejsz w dawnych czasach. Zarówno historia samej instytucji gejszy - obecnie symbolu tradycji, dawniej nowoczesności - jak i przedstawienie warunków, na jakich pojawiały się w okiya, domach gejsz, małe dziewczynki, na których w późniejszych latach niejako "wymuszano" dług, który musiały spłacać w dorosłym życiu... Wszystko to było bardzo ciekawe. Nie ukrywam, że spory udział miała w tym powieść Wyznanie gejszy, w której dzieciństwo głównej bohaterki zostało przedstawione w naprawdę dramatycznym świetle. Niezbyt potrafiłam to połączyć z radosną wizją absolwentki liceum, która dobrowolnie postanawia zostać gejszą, sama wybiera sobie partnerów, a po kilku latach wychodzi za mąż i odchodzi z zawodu... Dzięki tej historycznej części książki udało mi się jako tako połączyć te dwa obrazy.

Najsłabszym punktem książki jest za to jej chaotyczność. Autorka kilkakrotnie pisze o tym samym, przeskakuje między niekoniecznie powiązanymi tematami, nieraz opisuje też sytuacje, które tak naprawdę niewiele wnoszą. Z tego powodu lektura Gejszy jest nieco przynudnawa. Przynajmniej dla mnie była.

Niemniej jednak, jest to dobra pozycja dla wszystkich, którzy w mniejszym lub większym stopniu interesują się gejszami i chcieliby dowiedzieć się o nich czegoś więcej niż wyczytali w Wyznaniach gejszy - powieści, której akcja toczy się jeszcze przed wojną na Pacyfiku. Świat przez ten czas zmienił się wszędzie, ale w Japonii, która wtedy właśnie przechodziła szybką modernizację, ta zmiana jest szczególnie widoczna. Gejsza Sayuri żyła w zupełnie innej epoce niż Ichigiku; w międzyczasie w społecznościach gejsz zaszły diametralne zmiany i zatrzymanie się na etapie sprzedawania dziewczynek oraz rytualnego mizuage byłoby olbrzymim błędem.

Szkoda, że Gejsza Lizy Dalby powstała dobre 30-40 lat temu. Jestem przekonana, że przez ten czas również zaszły znaczące zmiany i ciekawa jestem, jak wygląda to teraz...

sobota, 11 lutego 2012

Top 10: Dziesięć książek, które chcielibyśmy znów po raz pierwszy przeczytać


Top 10
to akcja, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.



Najnowszy temat jest dla mnie wyjątkowo trudny. Większość ludzi chciałaby zapewne przeczytać daną książkę ponownie po raz pierwszy po to, aby znów nie znać zakończenia i w napięciu oczekiwać na rozwiązanie zagadki... Ja tymczasem cierpię na niewybaczalną dla niektórych przypadłość: notorycznie podglądam "co będzie dalej". I w najmniejszym stopniu mi to nie przeszkadza. Nie czuję, żebym w związku z tym traciła szczególnie dużo ani żeby ulatniała się cała tajemnica... Ale w związku z tym to, czy czytam daną książkę po raz pierwszy czy pięćdziesiąty nie ma dla mnie aż takiego znaczenia. Żeby wytypować 10 książek, które chciałabym ponownie przeczytać po raz pierwszy, musiałam mocno wysilić pamięć...

1. Dawid Grossmann, Kto ze mną pobiegnie

Chyba jedyna pozycja na tej liście, która sama, bez problemu przyszła mi do głowy. Powieść Grossmanna (notabene, jedna z moich ulubionych) zawiera wątek przygodowo-detektywistyczno-kryminalny, który zainteresował mnie do tego stopnia, że postanowiłam nie psuć sobie zabawy i nie podejrzałam, co będzie dalej. Ani razu. W związku z tym książka trzymała mnie w napięciu do samego końca i trochę szkoda mi, że obecnie znam już zakończenie...

2. J.R.R. Tolkien, Władca pierścieni

 
Też nie miałabym nic przeciwko temu, żeby przeczytać Władcę... ponownie po raz pierwszy. Pamiętam te emocje, moje niedowierzanie przy śmierci jednego z członków drużyny i niepohamowaną chęć zobaczenia "co będzie dalej"... Tej książki też nie podglądałam, z tego co pamiętam.


3. R.A. Salvatore, Trylogia mrocznego elfa

Pana Salvatora, niestety, podglądałam - a szkoda, bo zepsułam sobie sporo zabawy. Dobrze byłoby przeczytać go raz jeszcze, nie wiedząc, co się wydarzy i nie zerkając ukradkiem na dalsze strony...


4. Jostein Gaarder, Dziewczyna z pomarańczami

Czytałam tę książkę tak wiele razy, że znam ją już prawie na pamięć. W związku z czym czyta mi się ją mniej przyjemnie niż na początku. Miło byłoby więc znów przeczytać ją "po raz pierwszy" i w pełni cieszyć się lekturą...


5. J.K. Rowling, Harry Potter i więzień Azkabanu

Co prawda wszystkich Harrych chętnie przeczytałabym ponownie po raz pierwszy, ale Więzień Azkabanu jest zdecydowanie na pierwszym miejscu. Jak to się czytało...!


6. L.M. Montgomery, Seria o Ani z Zielonego Wzgórza
Podobnie jak w przypadku Dziewczyna z pomarańczami - książki o Ani znam prawie na pamięć. Trochę mi się już znudziły, bo nie mogę wyciągnąć z nich niczego nowego. Więc.

7. Khaled Hosseini, Tysiąc wspaniałych słońc
Żeby nie znać zakończenia. I znów dać się zaskoczyć.


8. Jane Austen, Opactwo Northanger

Spodziewałam się po tej książce zupełnie czegoś innego, więc już po pierwszych kilku zdaniach kwiczałam ze śmiechu. Chciałabym znów dostać taką miłą niespodziankę.

9. Joanna Chmielewska, Całe zdanie nieboszczyka

Moja ulubiona część "trylogii z Diabłem". Śmieszyła mnie do łez, a teraz trochę mi się już przejadła.


10. Elina Hirvonen, Przypomnij sobie

Bo czytałam tę książkę na szybko, w zatłoczonym pociągu, i wydaje mi się, że trochę ją przez to skrzywdziłam. Niektóre książki się do pociągów nie nadają i to jest chyba jedna z nich...

środa, 8 lutego 2012

Pożegnania // Okuribito

 
8/10

Tytuł japońskiego filmu Okuribito, zdobywcy Oskara z 2009 w kategorii "najlepszy film nieanglojęzyczny", ciężko przetłumaczyć sensownie na język polski. Sami Japończycy zapisują go hiraganą, czyli jednym z dwóch alfabetów sylabicznych (znaczy: znaki nie niosą znaczenia, a jedynie informację fonetyczną, czyli nijak nie pomaga to w rozszyfrowaniu tytułu). Mi, orientującej się w miarę w języku japońskim, natychmiast po usłyszeniu tytułu pojawiło się przed oczami (chyba słusznie) słowo: 送り人. Okuribito. Okuri (送り) - odprowadzać oraz hito (人) - człowiek. Człowiek, który odprowadza. Bardzo pasujący tytuł, choć trudny do przełożenia. Ale tym razem tłumacze poradzili sobie bardzo dobrze i zarówno angielskie Departures, jak i polskie Pożegnania całkiem nieźle oddają treść filmu...

Głównym bohaterem jest Daigo Kobayashi (Masahiro Motoki), wiolonczelista, który już w pierwszych minutach filmu traci pracę. Mimo że żona, Mika (Ryoko Hirosue), optymistycznie radzi mu, aby poszukał zatrudnienia w kolejnej orkiestrze, Daigo postanawia całkowicie zerwać z dotychczasowym życiem. Sprzedaje horrendalnie drogą wiolonczelę i wyprowadza się do domu na prowincji, który odziedziczył po matce. Mika zastanawia się nad reaktywowaniem restauracji, którą prowadził dawniej ojciec Daigo, a po jego odejściu do innej kobiety - matka. Sam Daigo natomiast postanawia odpowiedzieć na dość enigmatyczne ogłoszenie w gazecie, którego autorzy poszukują "osoby pomagającej w podróżach".

Już w pierwszych sekwencjach filmu widać, że Daigo zdecydowanie nie pracuje jako pilot wycieczek. W treść ogłoszenia wkradł się błąd: przez pomyłkę "połknięto" jeden znak i "podróże" zastąpiły "przeprawianie na tamten świat". W rzeczywistości nowa praca Daigo ma polegać na odprawianiu ceremonii pogrzebowych: myciu zmarłego, ubieraniu go w piękne kimono i malowanie go tak, aby wyglądał równie pięknie jak za życia. Wszystko to w precyzyjny, elegancki sposób... 
Początkowo Daigo próbuje utrzymać swoją pracę w tajemnicy. Jednak im dłużej pracuje, im więcej ceremonii odprawia, tym bardziej rozpoznawalny się staje. W końcu również najbliżsi Daigo odkrywają wstrząsającą prawdę - i nie są nią zachwyceni. Jest w Japonii parę zawodów, których nie wypada uprawiać, a wszelkie prace wymagające kontaktu ze zmarłymi zajmują wśród nich poczesne miejsce. Zmarły znaczy skażony, nieczysty, w pewnym stopniu wręcz przeklęty. Osoba, która się nimi zajmuje, sama również staje się nieczysta. Mi, jako Europejce, przedstawione w filmie reakcje Japończyków wydały się początkowo przesadzone; dopiero kiedy przypomniałam sobie o stosunku Japończyków do śmierci zaczęłam rozumieć ich zachowanie... Przynajmniej trochę.

O czym właściwie są Pożegnania? Myślę, że o przełamywaniu uprzedzeń, o równości wobec śmierci i jej nieuchronności, ale jednocześnie o poszukiwaniu swojego miejsca w życiu, którego nie da się znaleźć odcinając się od korzeni. Problem podejścia rodziny i przyjaciół głównego bohatera do jego pracy przeplata się ze wspomnieniami o "paskudnym ojcu", który opuścił rodzinę. Daigo utrzymuje, że go nie znosi, nie zależy mu na nim, nawet nie pamięta już jego twarzy - a jednocześnie wpatruje się melancholijnie w "kamienny list", który dostał od niego w dzieciństwie i wspomina o nim zdecydowanie zbyt często jak na człowieka, któremu "nie zależy".

Bardzo dobry film. Spokojny i powolny - co nie wszystkim musi akurat odpowiadać. Mi ta powolność nie przeszkadzała i nie nudziłam się na nim ani przez chwilę; patrzyłam tylko jak zahipnotyzowana w ekran... Bo Pożegnania są, pomijając już warstwę fabularną i aktorstwo (tu się nie będę wypowiadać - jak mówiłam już ze sto razy, nie znam się. Nie zgrzytało, ale też nie zachwyciło), ładne. Bardzo estetyczne. A jeśli i tego byłoby za mało, to dochodzi jeszcze wspaniała muzyka... Choć Daigo szybko rezygnuje z pracy w orkiestrze, to od czasu do czasu wyciąga z szafy swoją dziecięcą, małą wiolonczelę. Jej dźwięki są podstawą podkładu muzycznego całego filmu. Jeśli ktoś lubi muzykę klasyczną (ja lubię :)), będzie zachwycony.



Ode mnie ósemka. Mój tata - udało nam się w końcu obejrzeć film razem - wystawił siedem. Być może, wbrew pozorom, mam jednak jakąś większą sympatię dla Japonii i japońskiego...? :)

sobota, 4 lutego 2012

Top 10: bohaterowie, z którymi chcielibyśmy zamienić się miejscami


 
Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.



Postanowiłam i ja dołączyć do małej zabawy, którą już jakiś czas temu zaproponowała na swoim blogu Klaudyna. Tematów było już mnóstwo i nie sądzę, żeby kiedykolwiek udało mi się je "nadrobić", zamierzam więc przede wszystkim skupić się na nowych tematach. Stare listy pojawią się, jeśli będę akurat cierpiała na nadmiar wolnego czasu, syndrom "co zrobisz, żeby się nie uczyć" albo po prostu będę miała wielką ochotę podzielić się którąś z nich...

Temat tego tygodnia to, jak widać w tytule posta, "bohaterowie, z którymi chcielibyśmy zamienić się miejscami". Moja dziesiątka to:

1. Mary Lennox (F.H. Burnett, Tajemniczy ogród)

Choć sama Mary nie jest najsympatyczniejszą postacią książkową (ba, przeważnie jest wręcz okropnie nieprzyjemna), to chętnie zamieniłbym się z nią miejscami. Chciałabym mieszkać w wielkim, tajemniczym dworze, odnaleźć zaniedbany ogród, którym nikt już się nie zajmuje i spędzać w nim całe dnie, powoli przywracając go do życia. Nie pogardziłabym też bogatym wujkiem, gadatliwą służącą i jej przesympatycznym bratem. Może tylko ten rozpieszczony kuzyn-półinwalida by mnie irytował...

2. Maria Minchin (F.H. Burnett, Mała księżniczka)

 Tak, książki pani Burnett, choć przeznaczone dla dzieci, najwyraźniej mają dla mnie niemałe znaczenie :). Zdaję sobie sprawę z tego, że panna Minchin jest dość oryginalnym wyborem. Zamieniłabym się z nią miejscami z prostego powodu: ja całą tę akcję z Sarą rozegrałabym o wiele lepiej. Bardzo lubię Sarę i z pewnością zasłużyła sobie na to, żeby znaleźć się pod opieką kogoś mniej bezdusznego niż panna Minchin - a ośmielę się stwierdzić, że charakter mam jednak nieco lepszy ;).

3. Izabela Gordon (L.M. Montgomery, Ania na uniwersytecie)

Uwielbiam Anię na uniwersytecie najbardziej ze wszystkich Ań i z całego serca zazdroszczę całej czwórce bohaterek takiego studenckiego życia. Chciałabym zamieszkać w Ustroniu Patty, poznać Anię, Priscillę i Stellę, wyprawiać przyjęcia w każdy piątek, być taką beztroską, z lekka zwariowaną osobą. Trochę wstyd się przyznać, ale nie miałabym też nic przeciwko byciu najpiękniejszą dziewczyną na uniwersytecie, za którą zawsze ugania się tłum wielbicieli. A ostatecznie równie chętnie jak Iza rzuciłabym to wszystko w diabły...

4. Heidi (Johanna Spyri, Heidi - dziewczynka z gór)

Absolutny powrót do dzieciństwa :D. O, tak, chciałabym być Heidi, dziewczynką z gór. Po pierwsze: uwielbiam góry. Po drugie: od dawna męczy mnie świadomość tego, że to, czym się zajmuję, jest de facto mocno oderwane od takiego realnego, przyziemnego życia. Heidi, dziewczynka z gór, zajmowała się właśnie takimi "podstawowymi" rzeczami. Zbierała zioła, wypasała owce, prowadziła gospodarstwo... A w przerwach pomiędzy tym przyszywana babcia zabierała ją w podróże po Europie. Czego chcieć więcej?

5. Elżbieta Stryba (Małgorzata Musierowicz, Noelka)

To jedna z moich ulubionych części Jeżycjady. Nie jestem szczególną fanką samej Elki, niespecjalnie pociąga mnie też myśl o mieszkaniu jedynie z ojcem, dziadkiem i jego bratem, ale jednego dziewczynie zazdroszczę - tej niesamowitej Wigilii, którą spędziła jako Aniołek, chodząc po domach i rozdając prezenty. Dla mnie, której ciężko wyrwać się z domu dokądkolwiek przez cały okres Bożonarodzeniowy, spędzenie Wigilii poza domem jest czymś zupełnie niewyobrażalnym. To byłoby niesamowite przeżycie. Jestem pewna.


6. Joanna Stirling (L.M. Montgomery, Błękitny zamek)

O ile Ania na uniwersytecie jest moją ulubioną częścią , o tyle Błękitny zamek jest moją ulubioną powieścią z całego dorobku pani Montgomery. Czytałam ją x razy, za każdym zanosząc się śmiechem z numerów, które nagle zbuntowana Joanna wywijała swojej rodzinie. Życie, które prowadziła po wyprowadzce z domu, było wspaniałe. Poza tym, bardzo chciałabym kiedyś zamieszkać w takim miejscu jak ona. Te opisy...! Marzy mi się zimowy Błękitny zamek... Edward Snaith również w najmniejszym stopniu by mi nie przeszkadzał ;). Podoba mi się taki model związku. No i zakończenie całej tej historii.


7. Małgosia aka Jejmościanka Małgorzata (Ewa Nowacka, Małgosia contra Małgosia)

Nie należę do ludzi, którzy uważają, że urodzili się w złych czasach i wzdychają z tęsknotą za balami, pięknymi sukniami i tradycyjnym staraniem się o rękę. Bale balami, suknie sukniami, ale dla mnie dużo cenniejsze jest to, że żyję w mieszkaniu ogrzewanym kaloryferem (zmarźlak ze mnie, co zrobić ;)), że nikogo nie dziwi fakt, że chcę się uczyć i raczej nikt nie patrzy na mnie z pobłażaniem, uznając, że kobieta jest istotą o małym rozumku. Dlatego jeśli już miałabym się zamienić miejscami z kimś, kto żył w dawnych czasach, to wybrałabym właśnie Małgosię - nastolatkę z PRLu, która na niedługi czas zamieniła się miejscami z Jejmościanką Małgorzatą z czasów Jana III Sobieskiego. Potańczyła sobie na balach, poodtrącała (albo i nie...) paru konkurentów, poznała na własnej skórze życie sprzed paruset lat - i wróciła do domu. Gdybym tylko mogła jeszcze wrócić do własnych czasów wtedy, kiedy by mi się zachciało, a nie czekać na wizytę złośliwego dytka...


8. Marigold Lesley (L.M. Montgomery, Czary Marigold)

I znów pani Montgomery. Mam słabość do Świerkowej Kępy, szalonych kuzynek, Sylvii czekającej w sadzie i gromady barwnych krewnych. Mogłabym zamienić się miejscami z małą Marigold. Miała piękne życie.


9. Julie Pissarro (Irving Stone, Bezmiar sławy)

Julie w powieści Stone'a prawie nie występuje. Niby jest żoną Pissarra, przewija się przez całą powieść, ale właściwie niewiele się o niej dowiadujemy. Tak czy inaczej, myślę, że ciekawie byłoby zamienić się z nią miejscami. Życie z malarzem musi być czymś zupełnie innym niż to, co mam na co dzień. A sądząc po obrazach Camille'a Pissarro, pięknych widoków na co dzień też by mi nie brakowało...

10. Hermiona Granger (J.K. Rowling, Harry Potter)

Wpisuję to z pewnym wahaniem, bo w moich wyobrażeniach byłam zawsze kolejną postacią z Harry'ego Pottera, nie zamiennikiem Hermiony. Ale cóż - gdybym nie mogła pojawić się w Hogwarcie jako ja (sowa nie przyszła, niestety), to chętnie zamieniłabym się miejscami z Hermioną. Magia, kryjący wiele niespodzianek zamek, nielegalne wypady do Hogsmeade... Nie nudziłabym się, jestem pewna :).
Related Posts with Thumbnails