piątek, 2 marca 2012

O japońskich dramach słów kilka

Drama (właściwie dorama, ドラマ) to po japońsku po prostu serial. Z bliżej mi nieznanych powodów w japonistycznym światku nikt, absolutnie nikt nie mówi jednak, że ogląda "japońskie seriale". Ogląda się "dramy" - i choć takie nazewnictwo nie ma większego sensu i brzmi jak chęć zaszpanowania dziwnie brzmiącym słówkiem, to weszło nam to w krew na tyle, że nie potrafimy tego zmienić. W każdym razie ja zawsze, obojętnie z kim rozmawiam, mówię o "dramach". Tylko czasem łapię się na tym, że rozmówca nie ma nic wspólnego z japońskim i chyba nie wie, o co mi właściwie chodzi...

Mam wrażenie, że nie da się obejrzeć japońskiej dramy bez olbrzymiego zaskoczenia (przeważnie pewnie negatywnego) bez wcześniejszego psychicznego przygotowania. Otóż dramy - a nieraz i filmy z udziałem młodych aktorów - należą do zupełnie innej szkoły filmowej (o ile można to tak nazwać...) niż nasza, zachodnia kinematografia. Rzeczy, które w amerykańskim, a tym bardziej europejskim filmie rażą i wydają się albo śmieszne, albo wręcz żenujące, tu są na porządku dziennym. I nie jest to wynikiem jakiś braków w sztuce aktorskiej albo głupoty Japończyków, tylko przyjętej konwencji. Pod tym względem przypominają mi trochę kino Bollywoodzkie. Do dziś pamiętam scenę z Czasem słońce, czasem deszcz, w której to Shah Rukh Khan wysiada z helikoptera; gdy tylko stawia stopę na ziemi, obraz zostaje spowolniony, a kamera wykonuje zbliżenie na twarz bohatera, ukazując jego falujące na wietrze włosy... Z europejskiego punktu widzenia - koszmar! Tandetne i kiczowate do bólu. A jednak w kinie Bollywoodzkim takie sceny nie są niczym dziwnym.

Z dramami jest podobnie. Przerysowywanie emocji, granie bardzo wyrazistą mimiką, hektolitry łez (niezależnie od gatunku serialu), napuszone przemowy... Do tego dochodzi nieraz bardzo niski stopień prawdopodobieństwa przedstawionych zdarzeń (narodowy konkurs na "dziewczynę Japonii", o którym nikt z bohaterów wcześniej nie słyszał; szkoła tylko dla przystojnych chłopaków; tłumy dziewcząt osaczających najprzystojniejszych chłopaków w szkole, wystające pod ich domem, oczywiście przy akompaniamencie świdrujących uszy pisków). Albo wątki fantastyczne. Według pierwotnych wierzeń Japończyków bóstwa (w ilości gromadnej) żyją absolutnie wszędzie i nieraz ingerują w świat ludzi, więc opętania, błąkające się po świecie duchy i inne takie nie są niczym dziwnym. Ponoć świadomość istnienia świata duchów wciąż jest głęboko zakorzeniona w (pod)świadomości Japończyków - jeśli tak, to dramy całkiem nieźle to odzwierciedlają. I wcale nie znaczy to, że daną dramę powinno się klasyfikować jako fantastykę; duchy pojawiają się nawet w stuprocentowych komediach (Hanazakari no kimitachi e) i komedio-romansach (Yamato Nadeshiko shichi henge). W sumie w teorii brzmi to podobnie jak realizm magiczny, choć klimatem zdecydowanie się od niego różni...

Z dramami kojarzy się nieodłącznie jeszcze jedno słowo - tarento. Z angielskiego 'talent', czyli (w teorii): "utalentowana osoba". W praktyce jest to młody człowiek, który robi karierę w świecie show-biznesu, przeważnie zresztą w kilku dziedzinach naraz. Jego kariera napędzana jest przez promującą go agencję, która ma odpowiednie środki finansowe, żeby wmówić społeczeństwu, że dany osobnik jest dobrym ... (tu wstawić dowolny "gwiazdorski" zawód). Ponieważ agencje chcą zarobić jak najwięcej, dbają o to, by ich podopieczni nie ograniczali się tylko do jednej dziedziny sztuki, ale robią co mogą, by wypromować ich na kilku polach. 
Co z tego wynika?
Jak nietrudno się domyślić - nic dobrego. Biorą się stąd całe stada fałszujących okrutnie aktorów i piosenkarzy grających jak kłody drewna. W moim odczuciu robienie z tarento na siłę idoli nastolatek, którzy gwiazdorzą we wszystkim, co możliwe, nie wychodzi im na dobre. Skupienie się na jednej, wybranej dziedzinie pozwoliłoby im na wyszlifowanie jej. No i dodałoby im trochę prestiżu, bo póki co słowo "tarento" brzmi dość pogardliwie i plasuje się kilka kategorii niżej niż "aktor" albo "piosenkarz". "Tarento", czyli gwiazdka, która zajmuje się wszystkim i niczym. A przynajmniej tak głosi stereotyp.
Tymczasem w rzeczywistości wśród tych "tarento" znajdują się całkiem nieźli aktorzy, którym etykietka tarento ewidentnie szkodzi. Wprawdzie niebotycznie fałszują i ze śpiewaniem powinni natychmiast dać sobie spokój (a nawet jeśli nie fałszują... cóż, kariera w J-Popie nie jest szczególnym powodem do dumy...), ale jako aktorzy spisują się naprawdę nieźle. Z drugiej strony, są też ci, którzy grać ewidentnie nie umieją, a są wrzuceni do jednego worka z tymi pierwszymi. Człowiek obejrzy dramę w drewnem w roli głównej i myśli w pobłażaniem: no tak, tarento...

A jeśli dramy, jeśli tarento, to... Oguri Shun.


Aktor, który jest wszędzie. Japoński Shah Rukh Khan. Nie znam dokładnych statystyk, ale jak na mnie występuje w dobrych 50% dram. W tym we wszystkich najbardziej popularnych: Hana yori dango, Hanazakari no kimitachi e, Gokusen... Zresztą, wystarczy rzucić okiem na listę na Filmwebie. Jest dość nietypowym tarento, bo chyba nie śpiewa, a w dodatku jest już stosunkowo stary - całe 30 lat! Powiem szczerze: nie rozumiem kompletnie, na czym polega fenomen tego aktora. Ani tego, czemu zatrudniają go do tylu produkcji, ani tego, dlaczego ludziom się to podoba. Mnie gra aktorska tego pana doprowadza do szału i nawet jeśli jest dobrym aktorem, to dobiera sobie fatalne role. Nie widziałam go jeszcze w roli ekspresywnej, w której mógłby wykazać się czymkolwiek więcej niż mruknięciami albo powtarzanym w kółko: "A, so ka?". A występuje w prawie wszystkim, co oglądam albo planuję obejrzeć. Niestety...

2 komentarze:

  1. "albo powtarzanym w kółko: >>A, so ka?<<"
    _^_ to musi być... urocze xD''

    A tak na serio - ileż to ja się razy zabierałam za oglądanie dram, ale jakoś brakuje mi motywacji. Bardzo dobry artykuł Ci wyszedł - z przyjemnością przeczytałam xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Uch, to jego "so ka" w 'Hana Yori Dango' doprowadzało mnie do szału. Jakoś w połowie serii miałam ochotę wejść w monitor i porządnie go trzepnąć, żeby się chłopak w końcu ogarnął i wydusił z siebie coś więcej... Aż podskoczyłam, jak w którymś odcinku wybuchł i zaczął krzyczeć ;).

    Cieszę się, że Ci się podobało :). A dramy, cóż - nie ma co oglądać ich na siłę. Ja wychodzę z założenia, że to czas na relaks i oglądam wtedy, kiedy mi się chce :).

    OdpowiedzUsuń

Related Posts with Thumbnails