poniedziałek, 5 marca 2012

Masahiko Shimada, "Wyrok śmierci na życzenie"

3,5/6

Wspominałam już kilka razy, że czuję się zmęczona czytaniem tylko i wyłącznie literatury japońskiej. Do połowy trzeciego wypożyczonego z biblioteki stosika miałam jeszcze do tego zapał; potem jednak siły mi opadły i coraz trudniej było mi przedzierać się przez kolejne pozycje. Fakt, że Abe Kobo nie należy do pisarzy najłatwiejszych w odbiorze i można się nim trochę zmęczyć... Powieść Masahiko Shimady Wyrok śmierci na życzenie miał być miłą odskocznią od trudnego, przygniatającego stylu Abego. Opis z tylnej okładki głosi:
Powieść Wyrok śmierci na życzenie to zapis ostatniego tygodnia życia człowieka, który z rozmysłem, wykorzystując przysługującą mu wolność decydowania o własnym życiu, wybiera śmierć. Los chce, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki jego monotonne, pozbawione większych emocji życie człowieka poczciwego - od chwili podjęcia decyzji o samobójstwie - nabiera rumieńców i rozpędu, obfituje w sensacyjne przygody, o jakich wcześniej mu się nie śniło.
Rumieńce, rozpęd i sensacyjne przygody sprawiły, że spodziewałam się po tej lekturze dobrej rozrywki. Miała to być powieść, którą połknę za jednym zamachem i przy której będę się dobrze bawiła. Niestety, nie spełniła swojej roli i ugrzęzłam w niej na jeszcze dłużej niż przy poprzednich lekturach. Stąd też moja stosunkowo niska ocena.

Wyrok śmierci na życzenie to powieść nierówna. Pierwsza 1/3 książki jest przeciętna, kolejna - wręcz nudna. Z kolei część końcowa podobała mi się bardzo i czytałam ją z dużą przyjemnością. Bohater, Yoshio Kita, uwalnia się w niej spod wpływu demonicznego, złowrogiego Yashiro i podejmuje walkę o odejście z tego świata na własnych zasadach. Okazuje się również, że nie jest wcale tak stuprocentowo dobrym człowiekiem, który znudził się życiem i bez ważniejszego powodu postanowił się zabić, lecz osaczają go demony przeszłości. Z kolei zauroczona nim kobieta stara się powstrzymać go przed popełnieniem samobójstwa, co w końcu zmniejsza trochę fatalistyczny wydźwięk całej powieści i wprowadza element napięcia. Zabije się? Nie zabije? Czy ktoś go zabije, chociaż sam się rozmyśli? To z kolei prowadzi do kolejnego dylematu: co byłoby lepsze? Odkąd pojawiła się możliwość, że Kita jednak przeżyje, miałam nadzieję, że uda się go powstrzymać przed popełnieniem samobójstwa; jednak jego desperacja w dążeniu do celu, utożsamienie śmierci z wolnością, a dalszego życia z niewyobrażalnie ciężką niewolą sprawiły, że sama nie wiedziałam już, co byłoby lepsze. Chciałabym, żeby przeżył, ożenił się z Shinobu i żyli razem długo i szczęśliwie... Tylko że niezbyt potrafiłam wyobrazić go sobie jako radosnego pana młodego, męża, ojca. Czy człowieka, który postanowił odrzucić życie, powinno się wbrew jego woli do niego zmuszać...?

W naszej cywilizacji samobójstwo jest czymś złym. W Japonii nie. Często bywało wręcz przeciwnie - uznawane było za akt honorowy, jedyne wyjście "z twarzą" w trudnej sytuacji. Yoshio nie kryje się więc szczególnie ze swoim postanowieniem i nikt go za nie nie potępia. Główną reakcją otoczenia jest zdziwienie. Człowiek, który chce się zabić, powinien przecież być rozgoryczony, załamany, nieszczęśliwy - tymczasem Kita uznał po prostu, że nie chce dłużej żyć. Bo nie. Jak już wspomniałam, pod koniec powieści bohater przyznaje, że istnieje jednak powód, dla którego zdecydował się na ten krok, jest to jednak sprawa sprzed wielu, wielu lat. Nie wiadomo, dlaczego akurat w danym momencie uznał, że nie może z nią żyć. Nic do niej nie nawiązywało, nic nie przypomniało Kicie bolesnych wspomnień. Ot, tak, po prostu...
W tym kraju od najdawniejszych czasów śmierć samobójcza jest po prostu formą, nie trzeba wcale mieć motywacji, powodów ani czuć się winnym, żeby się zabić. Ci, co żegnają odchodzącego na tamten świat, też specjalnie nie próbują dociec, dlaczego tak się stało, tylko zgodnie z obowiązującą formą odprawiają obrządki żałobne. Owszem, w niektórych kręgach z lubością roztrząsa się koncepcję śmierci, ale to nie kręgi umierają, tylko poszczególni ludzie. Ludzie mogą mówić, co im się podoba, tylko dlatego że żyją. Dopóki żyją, mogą rozpaczać nad bezsensownością takiej śmierci, mogą próbować zgłębić jej istotę. Umarli zaś milczą. Żywym nikt nie zabroni traktować ich milczenia jako ironii lub żartu. Podobnie jak umierającym nikt nie zabrania umierać. Samobójstwo to czysta forma.
Przemyślenia Kity nie do końca pokrywają się z autentycznymi ludzkimi zachowaniami, przedstawionymi na kartach powieści. Znajomi bohatera wcale nie traktują jego przyszłego samobójstwa jako "formy" i choć niespecjalnie starają się dociec, co skłoniło go do tego kroku, to jednak próbują przynajmniej jakoś go przed nim powstrzymać.

Niestety, we wcześniejszej części powieści brak tego wszystkiego, co podobało mi się w końcowej. Nie ma tam ani napięcia, ani pola do przemyśleń. Co gorsza, nie jest to nawet ani zabawne, ani ciekawe. Kita decyzję o samobójstwie podejmuje w piątek, a kolejny piątek wyznacza na datę egzekucji. Tytuły kolejnych rozdziałów to następujące po sobie dni tygodnia. Ciekawie zaczyna się powoli robić we wtorek, a naprawdę jest - od czwartku. Nieduża to część powieści.

Niemniej jednak - przeczytać można. Choć nie spodziewając się cudów. I nie dając się zwieść opisowi z okładki. Powieść nie spełnia swojego rozrywkowego zadania i to właśnie cięższe, filozofujące fragmenty są jej najmocniejszą stroną.

2 komentarze:

  1. O, no widzisz, a ja jej szukam. Czy lepiej sobie na razie odpuścić, mówisz xD'

    A, "Za kwietnymi polami" czytasz. Też mam w planach xD

    OdpowiedzUsuń
  2. No cóż... Zła nie była, ale jestem pewna, że znajdziesz bez problemu bardziej porywającą lekturę ;).

    A "Za kwietnymi polami" dopiero zaczęłam, jestem chyba na 3. rozdziale. Ale już widzę, że szału nie robi ^^. Język mi się wybitnie nie podoba. Ech, coś mam pecha ostatnio do dobrych lektur...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts with Thumbnails