wtorek, 28 lutego 2012

Leo Delibes, Lakme

Co szczególnie podoba mi się w bydgoskiej operze to fakt, że spektakle są przeważnie (a może nawet zawsze) bardzo wierne oryginałom. Nie ma tu niepotrzebnego uwspółcześniania, dziwacznych, futurystycznych strojów (vide poznańska Aida) i całej tej nowoczesnej otoczki, która do niczego nie jest potrzebna. Jest tak, jak być powinno. Tradycyjnie i pięknie. 
Spektakle są wierne oryginałom także w innej kwestii: jeśli według twórcy opery bohaterowie są piękni, to naprawdę tacy są. A przynajmniej na takich wyglądają z drugiego balkonu ;). Póki co zawiodłam się pod tym względem jedynie na Madamie Butterfly... Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że w operze liczy się przede wszystkim głos, ale jednak, kiedy co chwilę pojawia się w arii zwrot "O, piękna Aido", a na scenie widzę osobę o posturze kwadratu (spora w tym zasługa owych genialnych inaczej strojów) - cóż, coś mi tu zgrzyta. Opera jest też sztuką wizualną i nie powinno się tego aspektu zaniedbywać.

Lakme Leo Delibesa w niczym nie odbiega od standardu Opery Nova. Jest tradycyjnie, bez udziwnień. Stroje są takie, jakie być powinny: indyjskie, egzotyczne i kolorowe. Sama Lakme (Agnieszka Kozłowska) też prezentuje się bardzo ładnie - zwłaszcza w pierwszym akcie, kiedy jest jeszcze ubrana w piękne, kolorowe sari. Trochę gorzej jest z Geraldem (Vasyl Grokholsky), który mnie akurat jakoś nadzwyczajnie swoją aparycją nie zachwycił. No, ale który mężczyzna prezentuje się dobrze ze spodniami w wysokich butach...? 



O czym właściwie jest ta opera? Cóż... O tym samym, o czym większość oper: tragicznej, beznadziejnej miłości. Tym razem w dekoracjach indyjskich. Tytułowa bohaterka, Lakme (inna wersja imienia Lakszmi, które nosi jedna z najważniejszych bogiń hinduistycznego panteonu), jest córką bramina (Jacek Greszta), który ukrywa się w dżungli przed Anglikami. W libretcie dowiadujemy się, że kapłan:
Uczynił ze swej córki boginię.
Lepiej jeszcze: czarodziejkę,
która skrywa się, gadają, niczym bogini,
w tym słodkim raju niedostępnym dla niewiernych
a zwana jest Lakmé.
Lakme żyje w ukryciu, doglądana przez dwoje służących: Malikkę (Małgorzata Ratajczak) i Hadjiego (Marcin Naruszewicz). Zwykli śmiertelnicy nie mają prawa jej oglądać. Ale pewnego dnia  miejsce, w którym ukrywa się wraz z ojcem, zostaje odnalezione przez grupę Anglików. Grupa jest absolutnie niegroźna: dwaj mężczyźni są wprawdzie żołnierzami, ale odbywają jak najbardziej cywilną wycieczkę w towarzystwie dwóch kobiet. Roztropniejszy z mężczyzn, Frederick (Wojciech Dyngosz), szybko spostrzega, że znajdują się w kryjówce Hindusów i próbuje nakłonić przyjaciół do odwrotu, dopóki nikt ich nie zauważył. Udaje mu się to po długich namowach, jednak Rose (Krystyna Nowak), narzeczona drugiego mężczyzny, Geralda, dostrzega w potoku piękne klejnoty. Gerald postanawia zostać chwilę dłużej i narysować je dla ukochanej. Przyjaciele opuszczają go i... Zaczyna się. W powietrzu unosi się piękny zapach. Mężczyzna czuje się, jakby ktoś rzucił na niego urok. Aż w końcu do kryjówki powraca Lakme, a Gerald (ładnie to tak?) z miejsca zapomina o narzeczonej, o wojsku, o Anglii...



To pierwsza od dłuższego czasu opera, którą jestem zachwycona. Podobało mi się w niej prawie wszystko - a to, co mi się nie podobało, i tak nie ma wpływu na mój ogólny zachwyt. Tym razem nie powaliła mnie na kolana scenografia; balet też był momentami słabo zsynchronizowany. Z drugiej strony, kostiumy nadrabiały za dekoracje, a po obejrzeniu sceny z festiwalu, w której baletnice wyginały się w zupełnie dla mnie niepojęty sposób, byłam w stanie wybaczyć baletowi wszystkie niedociągnięcia. 
No i przede wszystkim - te arie! Brzmiało to przepięknie i naprawdę robiło wrażenie. Co więcej, zupełnie nieoczekiwanie odkryłam w tej operze znajomą melodię. Wstyd się przyznać, ale kojarzyłam ją tylko z jakiejś reklamy... Lubię takie niespodzianki. Duet Agnieszki Kozłowskiej i Małgorzaty Ratajczak wypadł bardzo, bardzo dobrze. Sama przyjemność słuchania. Ach, szkoda, że Opera Nova nie udostępnia choćby fragmentów swoich przedstawień...


Równie miłą niespodzianką było dla mnie odkrycie, że tekst opery został napisany po francusku. Zapomniałam to wcześniej sprawdzić i nastawiłam się raczej na królujący w operze włoski. A tu tak miłe zaskoczenie!

Będzie mi tego brakowało przez najbliższy rok...

1 komentarz:

Related Posts with Thumbnails