niedziela, 19 lutego 2012

Abe Kobo, "Urwisko czasu"

Moja ocena: 3,5/6

Abe Kobo trochę mi się już przejadł - i z nieukrywaną ulgą myślę o tym, że to była jego ostatnia książka, która czekała na mnie w kolejce "do przeczytania". Chyba, że o czymś nie wiem i kolejna, nieznana mi jeszcze powieść rzuci się na mnie z półki podczas kolejnej wizyty w bibliotece... Hmm - biblionetka twierdzi, że to już wszystko, została mi tylko antologia "Tydzień świętego mozołu". No i dobrze.

W przeciwieństwie do Kobiety z wydm, Schadzki i Czwartej epoki, Urwisko czasu to nie powieść, a zbiór opowiadań i dramatów, wybranych przez profesora Melanowicza (jednego z najbardziej znanych tłumaczy i literaturoznawców w japonistycznym światku). Jest ich łącznie... 11. Plus posłowie. Ciężko mi ocenić tę książkę jako całość, bo - jak to zwykle z antologiami bywa - poszczególne utwory różnią się od siebie poziomem i sensownością. Ostateczna ocena jest stosunkowo niska. Cóż, opowiadania i dramaty bezsensowne przeważały jednak nad tymi, które sens miały albo przynajmniej przyjemnie mi się je czytało...

Gdybym miała wybrać najlepszy utwór z tego zbioru, bez wahania wskazałbym na Życie poety. Wprawdzie jest surrealistyczne, nie do końca jasne i równie dziwne jak prawie wszystkie dzieła Abego Kobo, ale jako jedyne ma w sobie spory element baśniowości. Życie poety kojarzyło mi się nieco z Królową śniegu. A skojarzenia z baśniami to zawsze plus parę punktów do przyjemności czytania.

Dobre było również tytułowe Urwisko czasu - opowieść o bokserze, który stoi właśnie przed najważniejszą walką w swoim życiu, która zadecyduje o jego "być albo nie być" w tym sporcie. Bohater z jednej strony bardzo chce wygrać, a przynajmniej tak twierdzi - z drugiej jednak jest już zmęczony ciągłym niewyspaniem, dietami, tym, że nie może nawet napić się alkoholu ani wypalić papierosa. Pamiętam zajęcia z literatury, na których koleżanka opowiadała właśnie o tym utworze i skwitowała go słowami: ...i pomyślałam sobie, że to zupełnie jak my - też nie możemy się doczekać, kiedy się w końcu wyśpimy i odpoczniemy. Teraz się męczymy, ale kiedyś się nam to opłaci i nadrobimy stracony czas...

Podobało mi się również opowiadanie Za zakrętem - historia mężczyzny, który stracił "poczucie ciągłości" i nagle, ni z tego ni z owego, zapomniał fragmentu swojego życia. Szedł drogą, która znikała za zakrętem i uświadomił sobie, że nie pamięta krajobrazu, który się za tym zakrętem kryje. Normalny człowiek poszedłby dalej i po prostu spojrzał, pewien, że to przywróci mu pamięć. Ale nie u Abego Kobo. Bohater jest przekonany, że gdyby poszedł dalej i zobaczył krajobraz, a ten nadal wydawałby mu się obcy, ciągłość jego życia w jednej chwili załamałaby się. Więc wraca, przesiaduje w kawiarni, aż w końcu zapomina, kim w ogóle jest...

Warty uwagi jest również Żołnierz ze snu. Wprawdzie nie powala na kolana, ale - uwaga, uwaga! - NIE JEST opowiadaniem surrealistycznym. Realizm od początku do końca. W sumie całkiem nieźle to panu Abemu wyszło; mógłby częściej iść tą drogą...

Niestety, to by było na tyle. Pozostałe opowiadania/dramaty albo nie wyróżniały się niczym szczególnym w porównaniu do Schadzki czy Czwartej epoki, albo były tak bezsensowne, że zupełnie nie zrozumiałam, o co w nich chodzi. Momentami Abe wskakuje na jakiś wyższy, niedostępny dla mnie poziom abstrakcji. Pociesza mnie to, że prof. Melanowicz najwyraźniej też go nie rozumie, skoro stwierdza w posłowiu: wieloznaczność tego tekstu posunięta jest do granic braku znaczenia.

Zmęczyłam się już japońską literaturą. Chyba podczas kolejnej wizyty w bibliotece odpuszczę sobie wypożyczenie kolejnej partii...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails