piątek, 27 stycznia 2012

Shusaku Endo, "Samuraj"

5.5/6
Dlaczego chcę wrócić do tego kraju? Dlaczego ten kraj tak mnie obchodzi? Chyba nie dlatego, że Japończycy są mniej żarliwymi wyznawcami Chrystusa i że nie są zdolni zrozumieć głębszej prawdy. Przeciwnie, przecież mają większą niż inne narody zdolność rozumowania i są bardzo dociekliwi. Nie ma jednak w świecie drugiego takiego narodu, który by do tego stopnia odrzucał to wszystko, co nie przynosi korzyści w życiu doczesnym, wszystko, co jest nieprzydatne. Nawet jeśli przejściowo wykazywali zainteresowanie nauką Pana, czynili to nie ze względu na tę naukę, lecz na jej użyteczność w walce i w zdobywaniu bogactwa. Ileż razy przeżywałem rozczarowania w tym kraju. Wrażliwość Japończyków na ziemskie korzyści jest nadzwyczaj duża, aż za duża, nie mają natomiast zrozumienia dla rzeczy wiecznych. Mimo to tacy Japończycy i właśnie taki ich kraj rozbudzają moje pragnienie szerzenia u nich chrześcijaństwa.
Jaka to była dobra książka.
Nareszcie! Na coś takiego czekałam - na lekturę, którą będę czytała powoli, ale bez znudzenia, która postawi przede mną kilka pytań i nieoczekiwanych odpowiedzi, o której będę myślała jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej strony. Samuraj (侍、Samurai) Shusaku Endo spełnił moje najśmielsze oczekiwania. A najśmieszniejsze jest to, że wcale nie miałam zbytniej ochoty go czytać, że zabrałam się za niego z myślą "no, skoro już to wypożyczyłam...", że wypożyczyłam tę książkę tylko dlatego, że powinnam to zrobić...

Kłębi mi się w głowie tyle myśli na temat Samuraja, że sama nie wiem, od czego zacząć, żeby to wszystko miało ręce i nogi. Książka sama w sobie, jako dzieło literackie, jest wyśmienita, ale chyba jeszcze bardziej podoba mi się przedstawiona w niej analiza Japończyków, japońskiego społeczeństwa i tej ich dziwnej, zupełnie innej od naszej religijności, której istotę tak ciężko mi uchwycić. Chociaż może wcale nie to jest najlepsze, a problem chrześcijaństwa i działalności misyjnej, który Endo opisał od tak ludzkiej, w moim odczuciu najwłaściwszej strony? Gdyby Samuraj, którego czytałam, był mój, a nie biblioteczny, byłby już pełen popodkreślanych cytatów, bo jest naszpikowany mądrymi, zaskakująco trafnymi przemyśleniami. Czytałam z zachwytem, zastanawiając się, dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam albo kiwając głową ze zrozumieniem i cicho potakując. Genialna książka. Panie Endo, uwielbiam pana.


Kilka słów o autorze

Shusaku Endo (Shusaku - nazwisko, Endo - imię) urodził się w 1923 roku, zmarł w 1996. O ile przeważnie niespecjalnie zagłębiam się w życiorysy autorów (a już na pewno nie lubię nikogo nimi zanudzać), o tyle w przypadku Endo niezbędne jest przynajmniej krótkie rzucenie okiem na jego życie. Shusaku Endo był bowiem chrześcijaninem - i o ile dla nas, Polaków, jest to rzecz w miarę oczywista, o tyle w przypadku Japończyka jest już niezwykłym dziwactwem. Chrześcijaństwo w Japonii prawie nie istnieje - do wynawania tej wiary przyznaje się jakiś 1% populacji. Przypłynęło do Japonii w XVI wieku i na początku święciło nawet spore sukcesy (Nagasaki nazywano wówczas "Rzymem Wschodu"), ale po krótkim czasie zostało zakazane i praktycznie wymarło. Część Japończyków starała się mimo to żyć po chrześcijańsku i w ukryciu odprawiać różne obrzędy, narażając się na pojmanie, tortury, a ostatecznie śmierć. Tym tematem zajmuje się zresztą inna powieść Endo, Milczenie (沈黙、Chinmoku) - prawie równie dobra jak Samuraj. Niemniej jednak, za czasów Endo wyznawanie chrześcijaństwa było czymś dziwnym i bardzo oryginalnym. A Japończycy nie lubią oryginalności. Wystający gwóźdź należy dobić.

Endo został ochrzczony, na prośbę matki, jako dziecko. Nie jakoś szczególnie małe, bo jedenastoletnie, ale jednak dziecko. Nie rozumiał, o co chodzi w tej religii i wcale mu na chrzcie nie zależało. Samodzielnie, dojrzale zaczął rozmyślać nad chrześcijaństwem dopiero podczas wojny i mniej więcej od tego czasu rzeczywiście stał się chrześcijaninem, nie tylko ochrzczonym.
Religia - u większości japońskich pisarzy aspekt nieistniejący, przejawiający się co najwyżej w buddyjskim podejściu do życia bohaterów i shintoistycznej, dzikiej naturze - stała się głównym tematem wielu powieści Endo. Relacje między religią a moralnością, przyczyny, dla których chrześcijaństwo, mimo obiecujących początków, nie przyjęło się w Japonii, tolerancja religijna (a raczej jej brak)... Wszystko to znalazłam we wszystkich powieściach Endo, które do tej pory przeczytałam. Nie daję głowy za Morze i truciznę (海と毒薬、Umi to dokuyaku), które czytałam już dawno (moralność/etyka była na pewno, religia - nie wiem), ale zarówno Milczenie, jak i Samuraj dotyczą początku, a zarazem końca chrześcijaństwa w Japonii. 


O Samuraju

Tytuł książki jest więc, jak widać, trochę mylący. Polak, słysząc tytuł Samuraj, pomyśli zapewne, że to książka o wojnach, bitwach i innych takich. A tymczasem tytułowy samuraj to właściwie prawie chłop, tyle, że z samurajskiej warstwy. Mieszka w biednej Dolinie, pracuje ramię w ramię z chłopami, sprawia wrażenie prostego i nieszczególnie inteligentnego. Miecza nie dobywa ani razu przez cały czas akcji powieści. Co więcej, nie jest jedynym głównym bohaterem. Drugim, równie ważnym, jest bowiem hiszpański zakonnik, padre Velasco, który przybył do Japonii jeszcze za czasów tolerancji religijnej. Drogi obu bohaterów krzyżują się, gdy pan feudalny, któremu służy rodzina samuraja, postanawia nawiązać stosunki handlowe z Nową Hiszpanią (czyli dzisiejszym Meksykiem). Z niewiadomych powodów posłami zostaje czworo zwyczajnych, niskich stanem samurajów, między innymi główny bohater. Velasco dołącza do wyprawy jako tłumacz języka hiszpańskiego, choć kryje w sercu własne, nieco egoistyczne cele...

Sądząc po tytule, to samuraj, Hasekura Rokuemon, powinien pełnić w powieści najważniejszą rolę. Dla mnie jednak pierwszoplanowym bohaterem jest bez wątpienia ojciec Velasco. Zagmatwana, trudna do ocenienia postać. Dzięki temu, że narracja prowadzona jest z kilku perspektyw: Rokuemona, Velasco (obie w 3ciej osobie) oraz pierwszoosobowo, jako pamiętnik Velasco, czytelnik z łatwością może dostrzec rozdźwięk między tym, co sam zakonnik myśli o sobie, a tym, jak odbierają go inni. Padre Velasco uważa, że wszystko, co robi, robi na chwałę Bożą. Momentami sam waha się, czy przypadkiem nie kieruje nim chorobliwa ambicja, zupełnie nieprzystająca skromnemu, pokornemu zakonnikowi, ale zaraz usprawiedliwia swoje zachowanie. To wszystko po to, żeby nawrócić Japończyków. Jezuici źle się do tego zabrali - on ma lepszy pomysł i umie zorganizować wszystko tak, żeby chrześcijaństwo mogło w Japonii rozkwitnąć. Z kolei we fragmentach pisanych z perspektywy Rokuemona rzuca się w oczy przede wszystkim pycha Velasco, przekonanie o własnej nieomylności i pogardliwy stosunek wobec Japończyków.

Mistrzostwo w kreacji tej postaci wynika z tego, że nie da się jednoznacznie ocenić, który obraz ojca Velasco jest prawdziwy. Mam wrażenie, że oba. Zdaje mi się, że Velasco istotnie miał sporo wad: był pyszny, pozbawiony jakiejkolwiek pokory i czuł potrzebę zostania kimś, zrobienia czegoś niezwykłego i trudnego. Jednocześnie wierzę, że walczył ze swoimi słabościami i generalnie miał dobre intencje. Jestem w stanie uwierzyć, że nawet jego powtarzane z uporem maniaka "Gdybym był biskupem Japonii..." nie było wyrazem chorej ambicji, a jedynie wyrażało chęć schrystianizowania kolejnego, opierającego się kraju. Polubiłam ojca Velasco. Mimo jego oczywistych wad.

Obaj bohaterowie - i Rokuemon, i Velasco - zmieniają się podczas podróży. Velasco traci pychę, a z jego twarzy znika charakterystyczny uśmieszek. Potulny, stanowiący wzór samurajskich cnót Rokuemon z czasem zaczyna samodzielnie myśleć, a nawet buntować się przeciwko skostniałemu, japońskiemu porządkowi:
I znów Samuraj czuł, że wyzywał swoje przeznaczenie, udając się w dalszą drogę. Gdy znał tylko Dolinę, nigdy nie myślał, że mógłby żyć gdzie indziej inaczej, teraz zrozumiał, że jednak się zmienił. Jego mała Dolina, stryj, skargi stryja wypowiadane przy ognisku, instrukcje Rady Seniorów... Po raz pierwszy od wyjazdu z Meksyku Samuraj czuł głęboką potrzebę zbuntowania się przeciw przydzielonemu przeznaczeniu jako rzeczom i sprawom niewzruszonym.

Religijność po japońsku

Ale Samuraj to nie tylko powieść historyczna, ale też - a może nawet przede wszystkim - krytyczne spojrzenie na japoński sposób bycia i religijność. Momentami do tego stopnia krytyczne, że aż ciężko uwierzyć, że te słowa napisał Japończyk. I wprawdzie wypowiadają je zawsze obcy, biali ludzie, ale jednak ktoś im te słowa włożył w usta. Nawet gdyby autor wcale się z tymi poglądami nie zgadzał (a nie wydaje mi się, sądząc z ogólnego wydźwięku powieści), to sam fakt, że przyszły mu do głowy tak krytyczne wobec Japończyków myśli, byłby zdumiewający. Już na samym początku powieści, tuż po wyruszeniu w rejs, kapitan statku tłumaczy, dlaczego nie chce mieć do czynienia z Japończykami:
 - Kiedy mnie więziono w Japonii, nie mogłem znieść ich arogancji i okrucieństwa - powiedział kapitan przy obiedzie dwa dni temu. - Nigdy nie spotkałem ludzi mniej szczerych niż ten naród, a myślałem, że nie ma ludzi, którzy za cnotę uważają szczelne zamykanie własnego serca.
Pierwsze pokiwanie głową ze zrozumieniem. Trochę krzywy uśmieszek. Oj, tak, z Japończykami trzeba uważać. Nigdy nie można być pewnym, co tak naprawdę myślą. To są prawdziwi mistrzowie kamuflażu...
(...) Matsuki znów przybrał kpiącą minę. - Poprzez życie tych japońskich kupców Bóg jednak nie potrafi wykazać swego istnienia.
 - Dlaczego?
 - Dlatego, że jest im obojętne, czy Bóg istnieje, czy nie. Co więcej, nie tylko oni są tacy. Taka jest chyba większość Japończyków.
 - A co pan myśli, panie Matsuki? - przycisnąłem go do muru. - Czy pragnie pan żyć tak połowicznie, byle jak? Bo ja wciąż myślę, że życie jest potężną namiętnością, jeśli ma być w ogóle coś warte. (...) Człowiek nie żyje dwa razy. Ani tylko zimno, ani tylko gorąco, czy letnio, połowicznie... Tego pan pragnie, panie Matsuki?
Matsuki po raz pierwszy zawahał się pod naciskiem mojego ostrego głosu i spojrzenia. Zamilkł, jakby się zawstydził swej zmieszanej twarzy.
 - Co na to można poradzić? Ja wychowałem się w Japonii, a w tym kraju nie lubi się ujawniania namiętności. W moich oczach osoba taka jak pan, Velasco, wygląda po prostu na dziwaka.
Zamykanie własnego serca i spokojne traktowanie losu: ani zimno, ani gorąco, bez większej ekscytacji i woli walki; poddanie się regułom społeczeństwa, w którym żyją - to jeden z powodów, dla których, według autora, Japończycy się do chrześcijaństwa nie nadają. Ale jest też drugi, dużo bardziej krytyczny. Endo oskarża Japończyków o interesowność, kierowanie się tylko doczesnym zyskiem i zupełną nieumiejętność wykroczenia poza  sprawy materialne:
 - Panie tłumaczu, japoński kupiec przyjmie wszystko, co będzie mu użyteczne. A chyba również nic nie straci, jeśli w czasie podróży pozna nawet chrześcijaństwo.
Rozśmieszyła mnie ta szczera odpowiedź. I jakże bardzo japońska (...).
"Nic nie straci, jeśli pozna nawet chrześcijaństwo." Myślę, że odpowiedź mężczyzny o żółtych zębach dobrze oddaje stosunek Japończyków do religii. W ciągu długiego pobytu w Japonii sam mogłem się przekonać, że Japończycy w religii poszukują korzyści doczesnych. Można nawet powiedzieć tak: według nich serce wierzy, żeby mieć korzyści. Modlą się do bogów rodzimych i do Buddy, aby uchronić się od chorób i klęsk. (...) Kiedy ich widzę, nie mogę oprzeć się myśli, iż w tym kraju nie narodzi się prawdziwa religia taka jak chrześcijaństwo, która wskazuje drogę do wieczności czy drogę do zbawienia duszy. Istnieje bowiem nazbyt duża rozpiętość między ich wierzeniem a tym, co chrześcijanin nazywa wiarą w Boga.
Podczas pobytu całej delegacji w Hiszpanii ma miejsce dyskusja pomiędzy ojcem Velasco o jezuitą, ojcem Valente. I to ta rozmowa podsumowuje doskonale to, co jest rozsiane tu i ówdzie w całej powieści. Przemowa ojca Valente zawiera w sobie wszystkie wątpliwości Endo, wszystkie różnice między religijnością zachodnią a japońską i stanowiła dla mnie klucz do zrozumienia, dlaczego nie potrafię dogadać się z Japończykami, gdy tylko rozmowa schodzi na tematy religijne. Oni biorą ślub w shintoistycznym chramie, ceremonię pogrzebową odprawiają w buddyjskiej świątyni i nie rozumieją, dlaczego dziwi mnie to, że świętują (byle jak bo byle jak, ale zawsze) Boże Narodzenie. Przecież wszystko można połączyć. Ja natomiast nie rozumiem, jak można wierzyć w kilka religii - wykluczających się! - jednocześnie. Może jeszcze zrozumiałabym buddyzm i shintoizm (bo może się na tym po prostu nie znam...), ale już dorzucanie do tego chrześcijaństwa i uważanie, że wszystko jest ok, jest dla mnie nie do ogarnięcia. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że tak naprawdę Japończycy nie wierzą absolutnie w nic i wszystkie te ceremonie to tylko symbole, nad którymi głębiej się nie zastanawiają...
 - W istocie rzeczy Japończycy nie są wrażliwi na absolut wykraczający poza sferę ludzką, na byt pozaprzyrodniczy, na coś, co my nazywamy bytem nadprzyrodzonym... Zrozumiałem to w końcu, w ciągu trzydziestoletniej pracy misyjnej. Bardzo łatwo było ich nauczać o tym, że życie jest przemijające. A to dlatego, że od dawna żyli z tym przeświadczeniem. Przerażający jest jednak fakt, że Japończycy mają również zdolność akceptowania z radością nietrwałości życia. Ta zdolność jest u nich powszechna. Potrafią więc poprzestawać, a nawet rozkoszować się świadomością przemijania i tworzyć bogatą poezję w tym duchu. Nie usiłują wyjść poza tę świadomość. Nie pragną wyrwać się z tego stanu i poszukiwać spraw absolutnych. Nie lubią widzieć jasnej granicy między Bogiem a ludźmi. Dla nich, nawet jeśli się zgodzą z myślą, że jest coś wyższego od ludzi, i tak będzie to coś, czym człowiek może w końcu zostać. Na przykład Budda to istota, którą może zostać każdy człowiek, jeśli przestanie błądzić. Nawet przyroda, dla nas odrębna od człowieka, dla nich jest jednością obejmującą człowieka. My... My ponieśliśmy klęskę, ponieważ nie udało nam się wyleczyć ich z tego stanu uczuć.(...)
Ich wrażliwość zawsze pozostaje w wymiarze świata przyrody, nigdy nie wykracza poza tę strefę. W tym wymiarze są zdumiewająco subtelni i delikatni. Lecz nie są w stanie pojąć niczego w wymiarze innym, wykraczającym poza świat przyrody. Dlatego też Japończycy nie potrafią pojąć naszego Boga, należącego do innego wymiaru niż ludzie.
 - Wobec tego... - jeden z biskupów potrząsnął głową nie mogąc zgodzić się z tym rozumowaniem. - Wobec tego, w co wierzyli japońscy chrześcijanie, których było czterysta tysięcy?
 - Nie wiem - odpowiedział cicho patrząc w dół ojciec Valente.
Wydaje mi się, że te słowa są trochę zbyt krytyczne. W buddyzmie występują różne wymiary etc. - nie wiem, nie znam się i nie lubię - więc to nie tak, że religia Japończyków opiera się tylko na naturze. Ale rzeczywiście, "wejść w stan Buddy" może każdy. I prawdą jest też zamiłowanie Japończyków do rozkoszowania się ulotnością świata i przemijaniem - dla samej estetycznej przyjemności smucenia się. Ciekawa jestem, na ile poglądy ojca Velasco są zgodne z poglądami samego Shusaku Endo. Nie mogę wyjść ze zdumienia, że takie słowa wyszły spod pióra Japończyka.

Chrześcijaństwo według Endo

Rola chrześcijaństwa w Samuraju ogranicza się zazwyczaj do zwykłego elementu fabuły. Nieufność białych wobec pogańskich Japończyków, dylematy posłów co do ewentualnego przyjęcia chrztu, konflikt między lojalnością wobec pana (czyli wypełnieniem misji za wszelką cenę) a lojalnością wobec przodków (czyli nie bawieniem się w żadne dziwne, obce religie, których przodkowie nie wyznawali) - głównie w takiej roli występuje chrześcijaństwo we fragmentach pisanych z perspektywy Rokuemona. Japończykom nawet nie przejdzie przez myśl, że mogliby w tę religię naprawdę uwierzyć. Nie zastanawiają się więc nad nią i nie snują na jej temat żadnych głębszych przemyśleń. Co jest zresztą zupełnie zrozumiałe.

Dużo bardziej zaskakujące jest to, że Shusaku Endo udało się mimo to przemycić do powieści kilka własnych, nieraz krytycznych obserwacji na temat chrześcijaństwa. A raczej nie samej religii jako takiej, tylko wyznających ją ludzi i sposobu, w jaki to robią. Endo prezentuje w Samuraju coś, co bardzo mi się podoba - chrześcijaństwo z ludzką twarzą, proste i bliskie ludziom, pozbawione niepotrzebnego zadęcia - odrzuca za to fałsz, pychę i parę innych, zupełnie niewłaściwych rzeczy, którymi zupełnie bez sensu kierują się ówcześni chrześcijanie. Chyba zresztą nie tylko ówcześni: było tak i za czasów Rokuemona, i Endo, i naszych, współczesnych. Widać to zwłaszcza w kreacji ojca Velasco, który momentami zapomina o byciu człowiekiem i daje się ponieść lekkiemu fanatyzmowi. Absolutnie zaszokowało mnie wyznanie Velasco dotyczące brutalnej kolonizacji Meksyku:
Zdobywca Nowej Hiszpanii, Cortes, wylądował tu w roku 1519 i z garstką żołnierzy pojmał i pozabijał mnóstwo Indian. Nikt nie uważa, że czyn ten w świetle nauki Bożej jest słuszny. Lecz nie zapominajmy również o tym, że w rezultacie tej ofiary wielu Indian dzisiaj usłyszało Słowo Boże, zostało wybawionych z barbarzyńskich obyczajów i zaczęło kroczyć ścieżką prawdy. Nikt nie może lekko osądzać, czy byłoby lepiej pozostawić Indian w ich szatańskim bytowaniu, czy też przymknąć oczy na do pewnego stopnia złe uczynki i przekazać im Słowo Pańskie.
Do pewnego stopnia. Uhm. Jasne.

Przeciwwagą dla ojca Velasco jest spotkany w Meksyku słabowity, chory Japończyk, były zakonnik, który mieszka wśród ubogich Indian. Bohaterowie spotykają go dwukrotnie: podczas wyprawy do Hiszpanii oraz w drodze powrotnej. Za pierwszym razem ani nie rozumieją za bardzo, o czym i dlaczego ten mężczyzna opowiada, ani ich to za bardzo nie ciekawi. Mężczyzna jednak nawet nie zauważa, że jego przemyślenia nie są dla Japończyków zrozumiałe i że dziwi ich jego zaangażowanie. Prawie na samym wstępie wprost wytyka błędy zakonników-kolonizatorów:
 - Nim padres przybyli do Nowej Hiszpanii, w tym kraju zdarzyło się coś bardzo okrutnego. Mianowicie południowi barbarzyńcy zabrali Indianom ziemię, wygonili ich z rodzinnych wiosek i pomordowali okrutnie, a tych, którzy przeżyli, sprzedali w niewolę (...).
 - Wojna zawsze jest taka - szepnął Samuraj. - Tak się dzieje w każdym kraju po przegranej wojnie.
 - Ja nie mówię o wojnach - odparł z grymasem na twarzy mężczyzna. - Mówię o tym, że padres, którzy później przybyli do tego kraju, zapomnieli o cierpieniach Indian... Nie, nie chodzi o to, że zapomnieli. Oni udają, że się tu nic nie stało. I z twarzami niewiniątek, z całą powagą w głosie pouczają nas o litościwym i miłosiernym Bogu. To mnie oburzyło. Z ust księży w tym kraju zawsze płyną tylko piękne słowa. Ręce wielebnych padres zawsze są czyste, nigdy nie bywają skalane brudem.
 - Dlatego odrzuciłeś chrześcijaństwo?
 - Nie, nie (...). Nie obchodzi mnie, co sądzą księża, ja wierzę w swojego Jezusa. Mój Jezus nie mieszka w pałacach zwanych katedrami. On żyje między tymi biednymi Indianami... Ja w to wierzę.
Ale najcięższą artylerię wytacza  podczas drugiego spotkania. Japońscy posłowie są już wówczas bogatsi o widoki Madrytu i Rzymu, zaczynają mieć o chrześcijaństwie jako takie pojęcie i cały ten temat nie jest już odległy o lata świetlne od ich życia, przejawiają więc pewne zainteresowanie słowami Japończyka-Indianina. Mężczyzna zaczyna od próby wytłumaczenia posłom przyczyny swojej wiary, a kończy na pełnej pasji krytyce tego, co i dziś wzbudza wśród ludzi pewne emocje i wątpliwości. Czyli powiązań między Kościołem a pieniędzmi.
 - On rozumie serca ludzi żyjących w nędzy, ponieważ sam doświadczył nędzy i nieszczęścia. Zna rozpacz umierającego żałosną śmiercią, bo sam też umarł podobnie. Nie był silny. Nie był też piękny.
 - Lecz spójrz na kościoły. Spójrz na Rzym - odparł Nishi. - Wszystkie kościoły, które widzieliśmy, są podobne do złotych pałaców, nawet mieszkańcy Meksyku nie potrafią  wyobrazić sobie przepychu pałacu, w którym mieszka papież.
 - Czy sądzicie, że On pragnął tego dla siebie? - Były zakonnik potrząsnął głową rozgniewany. - Czy sądzicie, że znajdziecie Go w tych oślepiających bogactwach katedr? Wcale nie. On nie mieszka w takich budowlach. On mieszka w tych nędznych chatach, gdzie żyją Indianie, jestem o tym przekonany.
 - Dlaczego?
 - Całe Jego życie o tym świadczy.
Powiedział to z najgłębszym przekonaniem, następnie spuścił wzrok w dół i powtórzył, jakby mówił sam do siebie:
 - Takie było całe Jego życie. On nigdy nie odwiedził domu, w którym ludzie żyli w przepychu i przesycie. Odwiedzał tylko brzydkich, godnych politowania, ludzi nieszczęśliwych. Teraz biskupi i kapłani w tym kraju są bogaci, przesyceni. Nie są tymi, o których troszczył się nasz Pan.
Podoba mi się chrześcijaństwo w wydaniu Shusaku Endo. Jest wyjątkowo bliskie mojemu własnemu. Może dlatego tak dobrze mi się to czytało...
...i równie dobrze pisało. Gratuluję i dziękuję każdemu, któremu udało się dotrzeć do końca tej notki ^^.

5 komentarzy:

  1. Jestem pod wrażeniem - fantastyczny artykuł Ci wyszedł xD
    "Samuraj" jest jedną z moich ulubionych książek Endo ;3

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja jestem pod wrażeniem, że to przeczytałaś :). Mój własny narzeczony w połowie stwierdził, że już nie rozumie co czyta i musi sobie zrobić przerwę... ^^ Dziękuję :D.
    Póki co przeczytałam tylko 3 książki Endo, ale "Samuraj" spodobał mi się z nich zdecydowanie najbardziej. W czwartek mam nadzieję zdobyć jeszcze "Szaleńca" - o ile ten, ktoś, kto go przetrzymuje, zwróci go przed feriami do biblioteki... :]

    OdpowiedzUsuń
  3. Hehe, dobrze piszesz, to się dobrze czyta xD

    Jak dla mnie wszystko, co na polski przetłumaczono Endo, jest dobre, trzyma poziom - no poza "Głęboką rzeką" (ta książka mnie nie przekonała). A co jeszcze czytałaś Endo?
    Tak, mam nadzieję, że ten ktoś odda "Szaleńca", cobyś mogła go przeczytać i podzielić się wrażeniami xDD

    Pozdrawiam ciepło!^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo ciekawie napisałaś i skłoniłaś mnie do przeczytania książki. Nie żałuję bo "Samuraj" robi wrażenie. Dziekuję,
    m.

    OdpowiedzUsuń
  5. Trafiłam na tego bloga przypadkiem i mam zamiar "odkopać" wpisy o literaturze japońskiej ;)
    Jako studentka filologii hiszpańskiej i miłośniczka Japonii, po "Samuraja" na pewno sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts with Thumbnails